Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Z przyjemnością dowiedziałem się o wydaniu książki Marcina Mrowca pt. Austriacka Szkoła Ekonomii – Jak może pomóc wyjaśnić stagnację gospodarki Japonii. Na stronie wydawcy (PWN) przeczytałem ‘Data premiery: 14.11.2017’ – fajnie, że nie tylko filmy, sztuki teatralne, czy opery, mają swoje premiery, ale premiery mają też książki).

MrowiecOkladka

Pan Marcin Mrowiec jest głównym ekonomistą i dyrektorem Biura Analiz Makroekonomicznych Banku Pekao SA. Doskonale łączy zainteresowania teoretyczne z praktycznymi aspektami swej działalności zawodowej.

 ‘Kibcowałem’ powstaniu jego pracy doktorskiej i późniejszej jej obronie w listopadzie 2016 roku. Książka ta jest poprawioną i uzupełnioną wersją pracy doktorskiej p. Mrowca.

Nie miałem przyjemności recenzji jego pracy doktorskiej, ale z zadowoleniem napisałem, na prośbę PWNu, recenzję wydawniczą.  

Rekomendował tę książkę Wydawnictwu uznając, że jest ciekawa i może być wartościowa, zarówno dla ‘austriaków’, bo Autor pokazuje możliwości zastosowania teorii ASE do (praktycznego) wyjaśnienia specyfiki rozwoju gospodarki japońskiej, jak i ‘nieaustriaków’ (przeciwników podejścia austriackiego w ekonomii), bo jest pewna szansa, że przekona ich, że jest przynajmniej ziarnko prawdy w tym co twierdzą ekonomiści ze szkoły austriackiej.

Poza tym w książce zawarł Autor sporą dawkę informacji i wiedzy o specyfice rozwoju gospodarczego Japonii w ostatnich kilkudziesięciu latach.

Zarys teorii szkoły austriackiej przestawiony jest w rozdziale pierwszym oraz w trzech aneksach (Najważniejsi prekursorzy oraz przedstawiciele ASE,  Główne wyróżniki ASE i Porównanie ASE do szkół ekonomii „głównego nurtu” )

Książka jednak w istocie jest o Japonii i jej rozwoju gospodarczym, a wszelkie rozważania dotyczące austriackiej szkoły ekonomii (ASE) należy potraktować jako dodatek i wyjaśnienie dla czytelnika, który tej teorii nie zna.

W trzech rozdziałach Autor opisuje ‘Źródła interwencjonizmu w Japonii oraz jego wpływ na architekturę instytucjonalną’, ‘Przedsiębiorstwo japońskie – ustrój wewnętrzny oraz usytuowanie w szerszych strukturach gospodarczych’, oraz ‘Interwencjonizm w sferze monetarnej gospodarki Japonii’. Dobrym uzupełnieniem tych bardzo oryginalnych rozważań Autora są trzy aneksy („Stracone dekady” Japonii, Typologia tytułów licencyjnych używanych przez japońską biurokrację, oraz Cechy szczególne japońskiego modelu gospodarczego).

Ze względu na oryginalność rozważań dotyczących rozwoju Japonii przy wykorzystaniu teoretycznych osiągnięć szkoły austriackiej w ekonomii zaproponowałem zmianę tytułu tej książki, sugerując np.:

  • Rozwój i stagnacja gospodarcza Japonii w świetle austriackiej szkoły ekonomii
  • Rozwój gospodarczy Japonii z perspektywy austriackiej szkoły ekonomii
  • Japoński cud gospodarczy z perspektywy austriackiej szkoły ekonomii
  • Japońskie prosperity i stagnacja w świetle austriackiej szkoły ekonomii

Wydawnictwo jednak nie zaakceptowało tych sugestii pozostawiając jako podstawowy tytuł ‘Austriacka Szkoła Ekonomii’. Jak mogę sądzić powodem takiej postawy było uznanie, że taki tytuł będzie bardziej komercyjnym (co dla nas, zwolenników szkoły austriackiej brzmi bardzo optymistycznie – oby faktycznie zwolenników szkoły austriackiej było coraz więcej w Polsce!)

Niestety nie tylko sugestii tytułu nie zaakceptowano, ale także nie uwzględniono mojej propozycji zmiany Zakończenia, które wedle mojej opinii nie jest typowym zakończenie podsumowującym dzieło.  Zaproponowałem mianowicie by część o ‘Arystotelesie, Grecji, Rzymie, Europie i Chinach’ przenieść do dodatku, a zostawić tylko oryginalny opis i wnioski odnoszące się do przypadku Japonii.

Serdecznie polecam przeczytanie książki Marcina Mrowca, dzięki temu spojrzymy na Japonię całkiem inaczej niż nam się dotychczas proponowało, pozwoli nam też zrozumieć różnice kulturowe pomiędzy światem zachodnim i Japonią, a przez to zrozumieć odmienność modelu gospodarki japońskiej.

Na szczęście dyskusja wokół problemu zmiany czasu z letniego na zimowy (i odwrotnie) pozwala mieć nadzieję, że ten absurd wkrótce zniknie z naszego życia.

Prawdopodobnie to Benjamin Franklin był pierwszym, którzy zaproponował zmianę czasu w miesiącach letnich, po to by skorzystać z dobrodziejstw światła słonecznego w strefie umiarkowanej (w strefie równikowej dzień i noc maja mniej więcej te samą długość po ok. 12 godzin) i zaoszczędzić na oświetleniu. W liście do jednego z paryskich czasopism w 1784 roku, w trochę prześmiewczej formie przekonywał do tego by latem ludzie chodzili spać, i wstawali, wcześniej niż robią, to zimą. Może w czasach Franklina miało to sens, może też miało to sens na początku XX wieku, kiedy intensywnie rozwijała się elektryfikacja i elektryczność była używana głównie do oświetlenia (patrz np. tutaj). Wiele wskazują na to, że obecnie, kiedy udział energii zużytej do oświetlenia to maksimum kilka procent ogółu energii zużywanej przez ludzi, zmiana czasu nie ma absolutnie sensu.
Pierwsza praktyczna próba wprowadzenia zmiany czasu dokonana została przez
Brytyjczyka Williama Willetta, który zaproponował to w wydanej w 1907 roku broszurzeThe Waste of Daylight”. Pomimo wsparcia tej propozycji przez niektórych członków rządu brytyjskiego, nie udało mu się przekonać większości do wprowadzenia pomysłu w życie. Wedle opinii Willetta przestawiane w okresie letnim zegarów w Anglii o 80 minut, przyniosłoby oszczędności na oświetlaniu rzędu 2,5 mln funtów, co jak mogę szacować odpowiadało ok. 0,1% ówczesnego PKB. (dane o PKB zaczerpnąłem tutaj).

Jednakże pionierami we wdrożeniu czasu letniego byli Niemcy, którzy podczas pierwszej wojny światowej, 30 kwietnia 1916 przesunęli wskazówki zegara o godzinę do przodu, a 1 października 1916 o godzinę do tyłu. Dopiero po tym niemieckim kroku, w Anglii również zaczęto stosować zmianę czasu: z zimowego na letni (na wiosnę) i z letniego na zimowy (na jesieni). Podobnie Kongres Stanów Zjednoczonych 19 marca 1918 ustalił podział na strefy czasowe w USA i wprowadził na czas trwania wojny obowiązek stosowania czasu letniego, w celu oszczędności paliwa służącego do produkcji energii elektrycznej. W Polsce zmiana czasu została wprowadzona została w czasie okupacji hitlerowskiej, potem w latach 1946-1949, 1957-1964, i stale od 1977 roku.
Obecnie czas letni stosowany jest w blisko siedemdziesięciu państwach na świecie (m.in. we wszystkich krajach europejskich, poza Islandią).

Nie miejsce tu na bardziej szczegółową dyskusję o wpływie tej zmiany na gospodarkę i na społeczeństwo (dobrym podsumowaniem jest raport Fundacji Republikańskiej i Stowarzyszenia Koliber z 2016 roku, Zła zmiana. Negatywne konsekwencje zmiany czasu, ale patrz też tutaj).

Dostępne obecnie analizy tego problemu sugerują, że zmiana czasu nie wpływa w sposób znaczący na szeroko rozumiane procesy energetyczne, natomiast negatywnie wpływa na transport (bo, przedsiębiorstwa muszą zmieniać rozkłady jazdy), na systemy internetowe banków i innych instytucji finansowych (które z tego powodu często bywają nieczynne w noce zmiany czasu), czy na zachowanie inwestorów giełdowych (którzy przez kilka dni po zmianie czasu ponoszą niepotrzebne straty finansowe spowodowane błędnymi decyzjami inwestycyjnymi; np. straty te są dwu-, a nawet pięciokrotnie większe niż zwykle obserwowane w każdy poniedziałek). Przez kilka dni, a nawet tygodni, po każdej zmianie czasu spada wydajność pracowników i zwiększa się liczba zwolnień.

Badania pokazuję też, że po zmianie czasu występuje większe ryzyko zawałów serca, zwiększa liczbę wypadków drogowych, pojawiają się zaburzenia snu, samopoczucia i nastroju.

W coraz większym stopniu zmian czasu jest nieaprobowana przez społeczeństwo. Jak wynika z badania opinii publicznej, przeprowadzonej na zlecenie Komisji Europejskiej przez ICF International  w 2014 roku, 76% Europejczyków wyraziło się negatywnie o  dokonywanych corocznie zmianach czasu.

Ciekawe jest to, że w większości przypadków wprowadzeniu (a raczej można powiedzieć, wymuszeniu przez rząd) czasu letniego nie towarzyszyły żadne obiektywne badania dotyczące skutków takich zmian. Przykładowo, w 1975 roku, Departament Transportu USA zaproponował rozszerzenie czasu letniego z sześciu do ośmiu miesięcy, co według urzędników miało zmniejszyć przestępczość, zwiększyć bezpieczeństwo transportu oraz pozwolić na oszczędność energii.  Kiedy dociekliwi dopytywali się czy dokonano stosownych wyliczeń departament oświadczył, że nie poda jakichkolwiek wyliczeń, które udowadniałyby, że zmiana jest korzystna. Natomiast w 1976 roku, Narodowy Urząd Normatywny USA stwierdził, że nie obserwuje się żadnych oszczędności energii ani zmian w liczbie wypadków. Zaobserwowano natomiast zwiększoną liczba wypadków dzieci w trakcie godzin porannych, ale nie przypisano tego do zmiany czasu.

Ociera się o absurd sytuacja kiedy to przeprowadzana dwa razy w Polsce zmiana czasu powoduje perturbacje w transporcie kolejowym, np. przy odwoływaniu jesienią czasu letniego pociągi pasażerskie, które są na trasie w chwili przestawiania zegarów, muszą wydłużyć postój o godzinę na najbliższym posterunku ruchu, lub punkcie ekspedycyjnym, na którym mają postój handlowy, aby jechać dalej zgodnie z rozkładem jazdy. Natomiast przy wprowadzaniu czasu letniego wszystkie pociągi, które są na trasie w chwili przestawiania zegarów, są opóźnione o godzinę.

Gdy następuje zmiana czasu uciążliwe stają się też problemy z zakupieniem biletu lub dotarciem na dworzec lotniczy, kolejowy, czy autobusowy o odpowiedniej porze. Może drobnym, ale dla wielu uciążliwym problemem jest też ustalanie terminów międzynarodowych rozmów telefonicznych.

 Często podawanym przykładem są wyniki badań przeprowadzonych w amerykańskim stanie Indiana (USA), które wyraźnie pokazują, że zmiana czasu spowodowała tam więcej strat niż korzyści. Wynika to m.in. z tego, że obecnie w gospodarstwach domowych znacznie więcej energii niż oświetlenie, pochłania używany sprzęt AGD, ogrzewanie czy klimatyzacja. Jak się szacuje w USA i Kanadzie oświetlenie domowe to jedynie 3,5% całkowitego zużycia energii elektrycznej. Okazało się, że po wprowadzeniu czasu letniego w stanie Indiana, opłaty za zużycia energii elektrycznej wzrosły. Natomiast z badań prowadzone w Kalifornii wynika, że w tym stanie zmiana czasu nie powoduje zmian w zapotrzebowaniu na energię elektryczną. Z kolei Japończycy wyliczyli, że stosowanie czasu letniego może zmniejszyć emisję dwutlenku węgla o 400 tys. ton i pomóc zaoszczędzić do 930 mln litrów paliwa. Oszacowano też, że zmiana na czas letni przyczynia się do spadku liczby ulicznych kradzieży o 10 proc. Widać, że wyniki różnorakich badań nie są jednoznaczne i bardzo prawdopodobne, że znacznie większe oddziaływanie na zużycie energii maja czynniki losowe.

Zmiana czasu jesienią powoduje straty wielu firm, bo firmy muszą zapłacić pracownikom za dodatkową, nadliczbową, godzinę pracy, a zmiana wiosenna doprowadza często do dezorganizacji pracy (bo faktyczny czas funkcjonowania zmiany nocnej jest o godzinę krótszy; niektórym procesom technologicznym trudno jest ‘zrozumieć’, że muszą przyspieszyć lub opóźnić czas ich trwania, np. reakcji chemicznej, tak by następną zmiana pracowników mogła przejąć kontrolę nad nim tak jak to zwykle bywa).

Nawet gdyby uzasadnione było wprowadzenie zmiany czasu na początku XX wieku, to takiego uzasadnienia nie ma obecnie w sytuacji powszechnego użycia globalnych sieci telekomunikacyjnych i internetu, międzynarodowego transportu lotniczego, kolejowego, czy autobusowego, globalnych powiązań systemów finansowych.

Może czas by zakrzyknąć do przewodniczącego Komisji Europejskiej: „Panie Juncker, czas wrócić do normalności i przestać żonglować czasem letnim i zimowym”.  

Kilka tygodni temu Business Insider zwrócił się do Towarzystwa Ekonomistów Polskich z prośbą o podanie przykładu ‘jednego wykresu, który obecnie najbardziej zaprząta nam głowę, który frapuje, zastanawia, dziwi lub denerwuje’. Byliśmy jedną z kilkudziesięciu instytucji do których się zwrócono.  Wybrano takich wykresów ponad 50, które z krótkimi uzasadnieniami opublikowane zostały na stronie Business Insidera (tutaj).

Kilku członków TEP przedstawiło swoje propozycje i z chęcią wysłalibyśmy je wszystkie do Business Insidera. Niestety redaktorzy postawili wyraźnie swoje oczekiwania: ‘od jednej instytucji jeden wykres’. Po dyskusji wewnętrznej w TEP wybrano moją propozycję.

Jak to zwykle bywa, redakcje mają swoje prawa i zwykle to co im się przedstawia jest publikowane ze skrótami, niekiedy bardzo dużymi. Jako, że zostało to moje uzsadnienie faktycznie okrojone (choć naprawdę starałem się by było ono krótkie, ale o te skróty wcale nie mam pretensji; ‘takie prawa rynku’ ;-) ), dlatego poniżej pozwalam sobie na przedstawienie tego uzasadnienia w postaci jakiej wysłana zostało do reakcji (choć prosiłoby się o jeszcze dodanie więcej komentarzy).

Myślę, że większość (jeśli nie wszyscy) zapytani o podanie ‘najważniejszego wykresu na świecie’ mogą mieć problemy z wybraniem jednego takiego wykresu (sam zresztą tego doświadczyłem po przeczytaniu tej propozycji – kiedy to moja pierwsza reakcja była: takich wykresów mógłbym podać dziesiątki!).  Po krótkim zastanowieniu się doszedłem jednak do wniosku, że nie jest to tak ekstremalnie trudne zadanie i szybko wybrałem ten jeden, jedyny wykres ‘najważniejszy na świecie’.

Wykres prezentuję poniżej, odnosi się on do redukcji zakresy biedy (ubóstwa) w skali całego świata w ostatnich 200 latach:

Business insider bieda najwazniejzyt wykres

 

Wykres ten dostępny jest na stronie ‘Our World in Data’:
https://ourworldindata.org/extreme-poverty/

Do wykresu tego odwołuję się bardzo często przy różnych okazjach, a czynię to z kilku powodów, trzy najważniejsze to:

Kapitalizm jest jedynym system ekonomicznym w historii, który wyciągnął ludzkość z biedyPrzed rewolucją przemysłową na przełomie XVII i XIX wieku rozwój gospodarczy, pozwalający ludziom żyć dostatniej i być coraz to bogatszymi, był bardzo niewielki, praktycznie zerowy. Według ocen dokonanych przez Angusa Maddisona  (Contours of the World Economy, I-2030 AD (2007, str. 86)) do 1820 roku roczna stopa wzrostu dobrobytu w skali całego globu (mierzona PKB na osobę) była poniżej 0,05%, w okresie  1820–70 wzrosła ponad dziesięciokrotnie (do 0,54%). W końcu XIX wieku i w XX wieku stopa wzrostu tak rozumianego dobrobytu była już większa prawie dwudziestokrotnie (wzrosła do ok. 2%). Przed rewolucją przemysłową, czyli przed rozwojem systemu kapitalistycznego opartego na swobodzie gospodarowania i mechanizmach rynkowych, niemalże cały świat żył w biedzie (mierząc to współczesną miarą, tzn. dochodem na osobę równą 1 lub 2 dolarom amerykańskim z 1985 r.). Udział ludzi posiadających dochód poniżej 2 dolarów stale spadał z ok. 94% globalnego społeczeństwa w 1820 roku do ok. 55% w 1980 roku, by obecnie osiągnąć poziom poniżej 10%.

Nie bez przyczyny wspomniałem rok 1980, bo to jest druga przyczyna by pamiętać o tym wykresie. Rok 1980 uznany jest za początek współczesnej fali globalizacji. W sierpniu tego roku ogłoszono zasady tzw. Konsensusu Waszyngtońskiego, dziesięciu zasad stanowiących podstawę liberalizacji gospodarek krajów rozwijających. W 1980 roku prezydentem Stanów Zjednoczonych został Ronald Reagan, który zainicjował proces deregulacji gospodarki amerykańskiej, a rok wcześniej premierem Wielkiej Brytanii została Margaret Thatcher, która zainicjowała proces prywatyzacji gospodarki brytyjskiej. W tym kontekście warto też wspomnieć, że w 1978 roku Deng Xiaoping rozpoczął w Chinach  reformy gospodarcze, otworzył Chiny na świat. Symbolem liberalnych reform Denga było utworzenie w sierpniu 1980 pierwszych dwóch specjalnych stref ekonomicznych w niewielkich, w tamtym czasie, miejscowościach Shenzhen i Zhuhai. Natomiast 16 października 1978 na papieża wybrany został Karol Wojtyła (Jan Paweł II), który wspierał reformy gospodarcze w krajach rozwijających się, a symbolem jego stosunku do zmian gospodarczych było opublikowanie w 1991 roku najbardziej liberalnej encykliki w XX wieku, Centessimus Annus. Patrząc na załączony wykres widać wyraźnie, że proces redukcji biedy w skali całego świata nabrał przyspieszenia po 1980 roku. W ciągu 35 lat (od 1980 roku do 2015 roku) udział ludzi żyjących w biedzie spadł z 44% do 10%. W tym okresie, po raz pierwszy w historii świata, zaczęła spadać liczba ludzi żyjących w biedzie. W 1980 roku żyjących w biedzie było ok. 2 mld ludzi (cała populacja globalna w tym roku to ok. 4,5 mld), natomiast w 2015 roku żyjących w biedzie było prawie trzykrotnie mniej, ok. 700 mln (przy populacji globalnej równej ok. 6,6 mld ludzi).

 Trzecim ważnym powodem by pamiętać o tym wykresie jest coś co nazywam ‘nadużyciem onzetowskim’ (w bardziej radykalnej formie można byłoby to nazwać ‘kłamstwem onzetowskim’). W 2000 roku ONZ ogłosił osiem tzw. milenijnych celów rozwoju. Pierwszym z tych celów było ‘Zlikwidowanie skrajnego ubóstwa i głodu’ (‘Zmniejszenie do 2015 roku o połowę, w porównaniu z 1990 rokiem, liczby ludzi, których dochód wynosi mniej niż 1 dolar dziennie; Zmniejszenie do 2015 roku o połowę, w porównaniu z 1990 rokiem, liczby ludzi cierpiących głód’). W 2015 roku w ONZ odtrąbiono sukces i ogłoszono, że ten cel millenijny został osiągnięty. Smaczku sprawie dodaje to, że zostałby on osiągnięty, i to w nadmiarze, bez ogłaszania tego celu millenijnego. Jak widać z załączonego wykresu, i z danych statystycznych do których się odwołuję, to radykalne zredukowanie ubóstwa związane było z długookresowym trendem, a zwłaszcza z liberalizacją wielu gospodarek światowych i procesem globalizacji, a to dokonało się bez udziału ONZ, a nawet można powiedzieć, dokonało się wbrew działaniom biurokratów z ONZ. Nawiasem mówiąc, tego typu zachowanie polityków i biurokratów jest typowe – ogłaszają oni często programy działania i wyznaczają cele, które byłyby zrealizowane i osiągnięte bez ich udziału,. Cele te osiągnięte byłyby dzięki aktywności ludzi działających w otoczeniu rynkowym, a których osiągnięcie wynika w istocie z kontynuacji trendu obserwowanego przed ogłoszeniem tych programów i celów (tak było np. z ‘walką z analfabetyzmem’ i tzw. powszechną, publiczną edukacją w końcu XIX wieku w USA i w Wielkiej Brytanii).       

 PS Warto może zauważyć, że na ponad 50 odpowiedzi na zapytanie Business Insidera jedynie dwie pochodzą od pracowników uczelni (moja i z Akademia Leona Koźmińskiego), reszta od instytucji prywatnych. Z tego co wiem redaktorzy zwrócili się do kilku uniwersytetów ekonomicznych i do innych towarzystw ekonomistów.  Znak czasu?

 

W cieniu błękitnego orła, czyli co Nowy Ład zrobił gospodarce USA, Jana Jakuba Tyszkiewicza to książka którą warto przeczytać by spojrzeć na to co stało się w Stanach Zjednoczonych po Wielkim kryzysie w 1929 roku z perspektywy innej niż jest to zwykle przedstawiane jest w polskiej literaturze. Przemek Hankus właśnie ‘ujawnił’ fakt wydania tej książki na kilku wpisach na Facebooku (np. tutaj i tutaj). Miałem przyjemność przeczytania manuskryptu tej książki i napisania wstępu do niej. Myślę, że nie naruszę praw wydawcy kiedy poniżej zamieszczę roboczą wersję tego wstępu. Proszę odczytać to jako zachętę do przeczytania tej ksiażki. 

 Czy po 80 latach warto pisać o Nowym Ładzie Franklina Delano Roosevelta? Według mnie tak, bo wiele możemy się nauczyć (zwłaszcza po kryzysie 2008) analizując przyczyny długiego wychodzenia gospodarki po Wielkiej depresji (Wielkim kryzysie) w 1929 roku, które spowodowanego było przede wszystkim błędami popełnianymi przez polityków w latach 30. ubiegłego wieku w ramach Nowego Ładu. Warto też pisać, jeśli jest to napisane w interesujący sposób jak to uczynił Jan Jakub Tyszkiewicz w tej książce. 

Przez te kilkadziesiąt lat po wprowadzeniu Nowego Ładu napisano o nim setki książek i tysiące artykułów (sam w swoich zbiorach mam ponad 40 książek poświęconych samemu Nowemu Ładowi (New Deal)). Większość tych publikacji jest napisana po angielsku, niestety po polsku praktycznie nic nie opublikowano. Polscy autorzy wspominają jedynie mimochodem o Nowym Ładzie przy okazji opisywania Wielkiego Kryzysu (Great Depression), a elementarne informacje o Nowym Ładzie dostępne są po polsku jedynie w książkach poświęconych historii gospodarczej[1].

Wiele książek poświęconych Nowemu Ładowi to typowe książki historyczne, starające się przedstawiać ‘suche fakty’. Dużo z książek odnoszących się do oceny wpływu Nowego Ładu na gospodarkę amerykańską jest swego rodzaju apologetyką programu F. D.  Roosevelta, natomiast bardzo niewiele z nich przyjmuje perspektywę krytycznej analizy i wskazanie na błędy tego programu[2].  Książka Jana Jakuba Tyszkiewicza dobrze wpisuje się w ten drugi, krytyczny nurt publikacji o Nowym Ładzie. Książkę tę wyróżnia też pokazanie wpływu Nowego Ładu na codzienne życie społeczeństwa amerykańskiego. Opisane w książce podstawowe regulacje Nowego Ładu (ustawy, akty powołujące agencje rządowe) ilustrowane są informacjami o wpływie tych regulacji na codzienne życie Amerykanów. Czyniąc to Autor korzysta bardzo obficie z dużej liczby artykułów prasowych jakie ukazywały się w tamtym czasie. Zgodnie z przesłaniem Frederica Bastiata (‘Co widać i czego nie widać’) i Henry Hazlitta (‘Ekonomia w jednej lekcji’), J. J. Tyszkiewicz patrzy nie tylko na bezpośrednie skutki regulacji wprowadzanych w ramach Nowego Ładu, ale pokazuje też skutki w długim okresie i skutki dla całego społeczeństwa.  Czytając tę książkę powinniśmy patrzeć na to co pisze Autor także przez pryzmat tego co dzieje się w ostatnich latach u nas w Polsce, w Stanach Zjednoczonych i w innych krajach zachodnich. Jak się wydaje wiele elementów Nowego Ładu, które przyczyniły się do długiego wychodzenia z recesji gospodarczej Wielkiego Kryzysu, ma też miejsce obecnie w procesie wychodzenia z kryzysu 2008 roku.

Naturalnie w tej krótkiej książce Autor nie mógł przedstawić wszystkich aspektów Nowego Ładu, jednakże dokonana selekcja wydaje się być trafna i uzasadniona. Po przedstawieniu najważniejszych reform pierwszego i drugiego Nowego Ładu, Autor opisuje wpływ reform Nowego Ładu na funkcjonowanie wybranych, najważniejszych w tamtym czasie sektorów gospodarki (rolnictwa, przemysłu ciężkiego (paliwowo-energetyczny, stalowy, motoryzacyjny) i przemysłu lekkiego). Czyni to dyskutując tak ważne problemy szczegółowe jak migracje i praca sezonowa, projekty publiczne (tutaj posługuje się bardzo dobrym i reprezentatywnym przykładem Tennessee Valley Authority), programy pomocy społecznej.

Wielki Kryzys był z pewnością jednym z ważniejszych wydarzeń gospodarczych w XX wieku, jednakże wydaje mi się, że znacznie większy wpływ na historię rozwoju społecznego i gospodarczego w następnych dziesięcioleciach miał Nowy Ład. To ten program, firmowany przez Franklina D. Roosevelta,  ukształtował myślenie w świecie zachodnim i stał się podstawą rozwoju tzw. państwa dobrobytu, państwa opiekuńczego, w wielu krajach Zachodu.

Nowy Ład to ogromna aktywność legislacyjna i rozrost biurokracji. Warto może wymienić te najważniejsze akty legislacyjne administracji Franklina D. Roosevelta (bo nie o wszystkich wspomina J. J. Tyszkiewicz w swojej książce): w 1933 r., pierwszym roku funkcjonowania Nowego Ładu, uchwalono (lub powołano): Emergency Banking Relief Act, Farm Credit Act, Civilian Conservation Corps, Glass-Steagall Act, Truth-in-Securities Act, Agricultural Adjustment Act, Tennessee Valley Authority, Federal Emergency Relief Act, National Industrial Recovery Act, National Recovery Administration, Public Works Administration, Home Owners Refinancing Corporation,  Civil Works Administration, w 1934: Gold Reserve Act, Silver Purchase Act, Indian Reorganization Act, Federal Housing Administration, w 1935: Emergency Relief Appropriation Act, Resettlement Administration, Rural Electrification Administration, Revenue (Wealth Tax) Act, National Labor Relations Act, Public Utility Holding Company Act, Social Security Act, Banking Act, w 1936:  Judiciary Reform Bill (wprowadzony po ciężkiej batalii z Sądem Najwyższym (Supreme Court)), w 1937: Bankhead-Jones Farm Tenant Act, Wagner-Steagall National Housing Act, w 1938: Second Agricultural Adjustment Act, Fair Labor Standards Act, w 1939 powołano Execustive Office of the President (gdzie obecnie zatrudnionych jest ok. czterech tysięcy osób).

Liczba powoływanych agencji i uchwalanych ustaw była tak wielka, że Amerykanie zaczęli używać skrótowców na odwoływanie się do nich, stąd nazywano je ‘agencjami literowymi’ (alphabet agencies), np. FHA, REA, AAA, CCC, PWA, TVA, NIRA, NRA, SSA.

Twórczość legislacyjna była tak intensywna, że już w dwa lata po rozpoczęciu Nowego Ładu zaszła konieczność zebrania ich w jedną całość, by w pewien sposób mieć kontrolę na zawartością obowiązującego prawa. W 1936 roku wydano po raz pierwszy Federal Register (wcześniej nie było takiej potrzeby!) w którym na ok. 2 600 stron zebrano wszystkie obowiązujące wówczas regulacje rządowe, w 1939 roku był on już prawie dwukrotnie grubszy, obecnie jest to ok. 80 000 stron[3].

Ten duch etatyzmu, rozrostu ingerencji państwa w życie gospodarcze, był wyraźnie widoczny w latach 30. dwudziestego wieku w wielu państwach. Stany Zjednoczone są jednak pod pewnymi względami wyjątkowe, bo z jednej strony dokonano to w ramach demokratycznego, bardzo systematycznego i jasno sformułowanego procesu, a z drugiej USA traktowane były jako wzorzec dla innych rozwiniętych gospodarczo państw demokratycznych. Pytanie, które od dawna mnie nurtuje, to, do jakiego stopnia Nowy Ład inspirowany był ‘sukcesami’ Rosji Sowieckiej i wprowadzaniem tam wielkich programów gospodarczych. Tutaj takim wzorcem mógł być NEP – Nowa Polityka Ekonomiczna (ros. Nowaja Ekonomiczeskaja Polityka), doktryna polityki gospodarczej Rosji Sowieckiej w latach 1921-1929. To zauroczenie zachodnich intelektualistów Rosją Sowiecką zaczęło się od publikacji w 1919 roku książki  Johna Reeda, Dziesięć dni, które wstrząsnęły światem (Ten Days that Shook the World). Inny amerykański intelektualista Lincoln Steffens, po odbyciu w 1919 roku podróży do Rosji, zachwycił się osiągnięciami sowietów i napisał: „widziałem przyszłość i ona działa”. W następnych latach zaczęła się istna pielgrzymka zachodnich intelektualistów do Moskwy. Jak się ocenia w latach 20. i 30. XX wieku kilkadziesiąt tysięcy europejskich i amerykańskich specjalistów, naukowców, artystów i intelektualistów przyjechało do Rosji by zobaczyć sowiecki eksperyment. Podobno Lenin nazywał ich ‘pożytecznymi idiotami’. W latach 1923-24 powstały w wielu państwach Zachodu (w tym w USA) towarzystwa przyjaciół Rosji Sowieckiej, których członkami i sympatykami byli bardzo wpływowi intelektualiści, że wspomnieć choćby takich jak: Julian Huxley, Herbert Wells, Henri Barbusse, Rabindranath Tagore, Romain Rolland, Tomasz Mann, Albert Einstein, George Bernard Shaw, Edmund Wilson, Pablo Neruda, Louis Aragon, Bertolt Brecht, Jean Paul Sartre[4]. Zastanawiające jest dlaczego ci najwybitniejsze myśliciele, których deklarowanym obowiązkiem moralnym było dociekania prawdy, naiwnie wierzyli w to co widzieli podczas ich pobytów w Moskwie, albo udawali, że nie wiedzą, co dzieje się w ojczyźnie komunizmu? To duże zainteresowanie intelektualistów tym co dzieje się w Rosji sowieckiej w latach 20. XX wieku widać było w licznych recenzjach i artykułach jakie ukazywały się w prasie amerykańskiej, w tym bardzo poczytnych i wpływowych New York Evening Post, New Masses, New York Times Book Review, Books Abroad.

 W takiej atmosferze intelektualnej nie może dziwić, że i politycy zaczęli zastanawiać się czy nie należałoby zastosować przynajmniej niektórych elementów planowania i centralnego zarządzania w Stanach Zjednoczonych. Wielki Kryzys, który zaczął się w 1929 roku wydawał się być dobrą okazją ku temu. Te elementy planowania i centralnego zarządzania zaczął stosować w swej polityce po 1929 r. ówczesny prezydent Herbert Hoover, a FDR ‘twórczo’ je rozwinął w programie New Deal.  Roosevelt w swojej mowie na konwekcji demokratów, na której uzyskał nominację Partii Demokratycznej na prezydenta Stanów Zjednoczonych, w Filadelfii, 27 czerwca 1936 roku, powiedział: „Rząd w nowoczesnej cywilizacji ma pewne niezbywalne zobowiązania wobec swoich obywateli, wśród których są ochrona rodziny i ogniska domowego, wprowadzenie demokracji szans i pomoc dla tych, dotkniętych nieszczęściem”[5].

Wiele ustaw wprowadzanych w ramach Nowego Ładu było szkodliwych, ale o dwóch (opisywanych przez J. Tyszkiewicza) szczególnie warto wspomnieć, mianowicie reformującą rolnictwo Agricultural Adjustment Act (AAA) oraz o ‘ustawie o narodowym odrodzeniu przemysłu’, National Industrial Recovery Act (NIRA). Warto podkreślić, że to właśnie uchwalając w 1933 roku AAA uznano rolnictwo jako bardzo specyficzną, szczególną gałąź gospodarki, którą należy mocno subsydiować. Ta optyka przejęta została przez inne państwa, a obecnie w Unii Europejskiej subsydiowanie rolnictwa w ramach tzw. Wspólnej Polityki Rolnej (CAP) pochłania ok. 40% budżetu unijnego (w latach 80. XX wieku było to ponad 70%).  Natomiast NIRA zainicjowało niesamowity rozrost administracji państwowej i stosowanie niemalże ręcznego sterowania rozwojem przemysłu, oraz przyczyniła się do monopolizacji wielu gałęzi gospodarki Stanów Zjednoczonych.

Co ciekawe, zarówno AAA jak i NIRA uznane zostały za niekonstytucyjne, pierwsza w styczniu 1936 roku, druga w maju 1935 roku. Nie oznaczało to ‘cofnięcia wskazówek zegara’. Rozpoczęte dzięki obu ustawom działania były kontynuowane. Natomiast te przepisy, które administracji rządowej były potrzebne, wpisane zostały w innej formie, lub nawet rozszerzone, w innych ustawach, ale w takiej postaci by już nie było możliwe zarzucenie im niekonstytucyjności. W 1938 roku uchwalono drugi Agricultural Adjustment Act (1938 AAA), natomiast wiele przepisów NIRA znalazło się w innych ustawach np. w uchwalonym w czerwcu 1935 roku National Labor Relations Act.

Czy jest możliwe odwrócenie zainicjowanych w czasach Nowego Ładu procesów etatyzacji gospodarki i silnego interwencjonizmu państwowego? Wierzę, że tak, choć na razie nie wiadomo jak to się może dokonać. 

 

Wrocław, 6 listopada 2016 r.


[1] np. Szpak J., Historia gospodarcza powszechna, Polskie Wydawnictwo Ekonomiczne, Warszawa 1997, str. 180-181, 193, Skodlarski J. Historia gospodarcza, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2012, str. 265-267, Wojnarski D., Powszechna historia gospodarcza, Wydawnictwo Poltext, Warszawa 2004, str. 215, 219.

[2] tutaj dobrymi przykładami są: Robert Murphy, The Politically Incorrect Guide to the Great Depression and the New Deal, Regnery Pub., (2009) oraz Jim Powell, FDR’s Folly: How Roosevelt and His New Deal Prolonged the Great Depression, Crown Forum (2003)

[3] Podobna tendencja do rozrostu regulacji prawnych obecna jest w innych państwach. Jak się ocenia prawo Unii Europejskiej spisane jest na ponad 130 000 stronach. Nie wiem ile stron zajmuje spisane prawo w Polsce, ale np. ‘z obliczeń firmy Grant Thornton za 2014 r., w Polsce w 2014 roku w życie weszło łącznie 25 634 stron maszynopisu nowego prawa, nowych ustaw, rozporządzeń i innych dokumentów, które tworzą lub zmieniają obowiązujące przepisy prawa’; w 2015 roku było to 29 843 strony, Grant Thornton  prognozuje, że w 2016 roku będzie to ok. 32 000 stron.

[4] Warto przeczytać np.  Paul Hollander, Political pilgrims. Travels of Western Intellectuals to the Soviet Union, China and Cuba 1928-1978, Harper and Row Publishes, New York, 1983, oraz Ludmila Stern, Western Intellectuals and the Soviet Union, 1920-40: From Red Square to the Left Bank, Routledge, 2007.

Z pewnością moje odczucia są czysto subiektywne (a czego można oczekiwać od zwolennika austriackiej szkoły ekonomii ;-) ), ale odnoszę wrażenie, że coraz więcej jest przesłanek za tym by uznać, że idee szkoły austriackiej są coraz popularniejsze w Polsce, zwłaszcza wśród młodego pokolenia. Tydzień temu odbyła się premiera filmu  Zapomniani. Historia krakowskiej szkoły ekonomicznej, w którym odwołania do wielkich ekonomistów szkoły austriackiej, Carla Mengera i Ludwiga von Misesa, były częste i wyraźne. W planach twórców filmu o Zapomnianych ekonomistach szkoły krakowskiej jest podobny film o Misesie. Jednym z największych propagatorów idei szkoły austriackiej w Polsce jest  Instytut Misesa. Ostatnio dowiedziałem się też o kilku inicjatywach (konferencjach, wydawnictwach specjalnych numerów czasopism naukowych, …) socjologów, filozofów i ekonomistów, których celem jest propagowanie myśli szkoły austriackiej, a zwłaszcza Carla Mengera i Ludwiga von Misesa.

W tym kontekście ciekawie wyglądają wyniki badań opinii polskich ekonomistów, przedstawione w opublikowanej kilka tygodni temu książce Paradoksy ekonomii. Rozmowy z polskimi ekonomistami. Z rozdziału w którym omówiono wyniki badań pt. „Identyfikacja polskich ekonomistów akademickich ze szkołami myśli ekonomicznej” możemy dowiedzieć się, że w Polsce najpopularniejsza  wśród ekonomistów jest tzw. nowa ekonomia instytucjonalna (NEI). Wczytując się jednak w wyniki tych badań możemy doszukać się zalążków znaczącej zmiany w stylu myślenia polskich ekonomistów (zwłaszcza tego młodszego pokolenia). Pozwolę sobie zacytować fragmenty z opracowania przedstawionego w tej książce:
„ … odsetek ekonomistów, którzy określali się jako neoaustriacy (8,1%), był w badanej populacji wyższy niż udział ekonomistów postkeynesowskich i radykalnych łącznie (6,8%), jak i przewaga ekonomistów nowoklasycznych nad nowokeynesistami (15,2 wobec 12,9%).

W odpowiedzi na pytanie o poglądy w kwestii równowagi w gospodarce kapitalistycznej, najwięcej wskazań uzyskał przypisany ekonomii radykalnej pogląd, że „gospodarka z zasady pozostaje w nierównowadze” (37,2%), a następnie charakterystyczny dla szkoły austriackiej, że „gospodarka nieustannie dąży do równowagi” (26,2%).
… na inspirację z strony ekonomistów marksistowskich (Oskar Lange, Paul Sweezy) w pytaniu o autorytety wskazało 13%. Podobna sytuacja wystąpiła w przypadku szkoły neoaustriackiej. Przy wyborze autorytetów wskazań na znanych twórców szkoły austriackiej (Murray Rothbard, Ludwig von Mises) było 25% − ponad trzykrotnie więcej niż identyfikujących się z tą szkołą.

Na szczególną uwagę zasługuje, najliczniejsza w badanej populacji, grupa respondentów w wieku 36–45 lat (42,4%). Ekonomiści akademiccy z tej kategorii wiekowej w ciągu następnych 20–30 lat będą w decydującym stopniu wpływać na kształt i treści przekazywane w ramach nauczania ekonomii na wyższych uczelniach
W grupie tej udział zwolenników nowego instytucjonalizmu był najniższy. Jednocześnie odnotowano w niej najwięcej osób wybierających szkołę austriacką (11,5%), nieco powyżej średniej kształtował się także udział reprezentantów nowej ekonomii klasycznej (18,3%) oraz eklektyzmu (20%). …
Zupełnie inaczej wybory szkół rozłożyły się wśród najstarszych respondentów − powyżej 65 lat. Instytucjonalizm wskazało 35%, nowy keynesizm, nową ekonomię klasyczną i postkeynesizm po 10%, a szkołę austriacką − 5% przedstawicieli tej grupy. Charakteryzowało ją więc prawie dwukrotnie niższe poparcie dla nowej ekonomii klasycznej i ekonomii austriackiej niż wśród ekonomistów w przedziale wieku 36–45 lat. Z kolei zwolenników instytucjonalizmu było wśród nich prawie dwa razy więcej.”

Niech wspomniany w tym cytacie Oskar Lange będzie pretekstem do napisania tego co o Misesie zamierzałem napisać od dwóch lat. Przy różnego rodzaju okazjach przypominana jest opinia Oskara Lange, że Ludwigowi von Misesowi socjaliści powinni wystawić pomnik za zmuszenie ich do przemyślenia problemu rachunku ekonomicznego w socjalizmie. Edward Łukawer (jeden z socjalistycznych polskich ekonomistów) we wspomnieniach o Langem napisał: „Trzeba z całym naciskiem podkreślić, że O. Lange potrafił w swoim rozumowaniu wykorzystać określone elementy – wrogich przecież! – opinii neoliberałów do zbudowania teoretycznej koncepcji mechanizmu funkcjonowania gospodarki socjalistycznej. Tym samym wprowadził on do analizy ekonomicznej szereg fundamentalnych kategorii, które przedtem przez marksistów nie były brane od uwagę. Nic więc dziwnego, iż O. Lange zauważył – oczywiście, pół żartem, pół serio – że w Centralnym Urzędzie Planowania jakiegoś państwa socjalistycznego należałoby wznieść pomnik L. Misesowi (chyba można tu też dodać G. Halma – E. Ł.) oraz wmurować tam tablice pamiątkowe dla F. Hayeka i L. Robbinsa.” (Edward Łukawer, ‘Oskar Lange’, Gospodarka Narodowa Nr 10/2005).

Nie wiem dlaczego Edward Łukawer twierdzi, że Lange powiedział to „pół żartem, pół serio”? (takaż to widocznie taktyka niektórych socjalistów by dezawuować osiągnięcia swoich przeciwników).  Wszak Lange opublikował to bardzo prestiżowym czasopiśmie, The Review of Economic Studies (część pierwszą ‚On the Economic Theory of Socialism’ opublikował w 1936 roku, a część drugą w 1937). Część pierwsza zaczyna się od wyrażenia podziękowań Misesowi za rzucone socjalistom wyzwanie i propozycją postawienia mu pomnika:

“Socjaliści z pewnością mają powody, aby być wdzięcznymi profesorowi Misesowi, ich wielkiemu advocatus diaboli. Bo to było jego potężne wyzwanie, które zmusiło socjalistów do uznania znaczenia odpowiedniego systemu rachunku ekonomicznego w celu ukierunkowania alokacji zasobów w gospodarce socjalistycznej. Co więcej, głównie z powodu wyzwań rzuconych przez profesora Misesa, wielu socjalistów uświadomiło sobie istnienie takiego problemu. I chociaż profesor Mises nie był pierwszym, który ten problem podniósł, jak również nie wszyscy socjaliści byli zupełnie nieświadomi tego problemu, to prawdą jest, że w szczególności na kontynencie europejskim (poza Włochami) zasługa tego, że socjaliści podjęli ten problem systematycznie go analizując, należy w pełni do profesora Misesa. Zarówno jako wyraz uznania dla jego wielkich dokonań i jako swego rodzaju memento o podstawowym znaczeniu dobrego rachunku ekonomicznego, posąg profesora Misesa powinien zajmować honorowe miejsce w wielkim hallu Ministerstwa Socjalizmu lub Centralnego Biura Planowania państwa socjalistycznego. Obawiam się jednak, że profesorowi Misesowi nie spodobałaby się ta propozycja, co wydaje się być jedynym odpowiednim sposobem na spłatę długu wobec niego przez socjalistów, i trudno go winić za to”.

Całość swoich rozważań podsumowuje Lange pisząc w zakończeniu części drugiej z estymą o Misesie:

„Wyzwanie jakie rzucił profesor Mises miało zbawienny wpływ, powodując to, że socjaliści zaczęli poszukiwanie bardziej satysfakcjonującego rozwiązania problemu, ale wielką prawdą jest też, że wielu z nich dowiedziało się o istnieniu tego problemu dopiero po rzuceniu tego wyzwania. Jak widzieliśmy, ci socjaliści, którzy nie zdają sobie sprawy z konieczności i ważności istnienia odpowiedniego systemu cen i rachunku ekonomicznego w gospodarce socjalistycznej, są zapóźnieni nie tylko w odniesieniu do obecnego stanu analizy ekonomicznej: nie korzystają nawet z wielkiego dziedzictwa doktryny marksistowskiej”.

Jörg Guido Hülsmann w biografii  Mises The Last Knight of Liberalism (Hülsmann, 2007, s. 782) odwołuje się do słów Oskara Langego i jego propozycji postawienia pomnika Misesowi. Jednakże w  dalszym opisie tej sytuacji  Hülsmann  popełnia wiele błedów pisząc, że: „Żadne państwo socjalistyczne nie było wystarczająco hojne, aby zrealizować tę sugestię, ale Uniwersytet Wrocławski postawił pomnik proponowany przez Oskara Langego i zachował go do naszych czasów, z pewnością jako pomnik trwałości jego przesłania”.

Po pierwsze nie chodzi o Uniwersytet Wrocławski (gdzie faktycznie pracuje grupa ludzi, zwolenników szkoły austriackiej, propagująca idee Misesa), ale o Uniwersytet Warszawski, który nie zainicjował zbudowanie pomnika Misesowi, a dostał popiersie Misesa w 1990 roku, kiedy to Polskę odwiedził George Koether, wielki propagator myśli Misesa. O tym wydarzeniu wspomina sam George Koether w wywiadzie zatytułowanym A Life Among Austrians, jaki udzielił w 2000 roku. Mając wtedy 92 lata Koether wspomina tę wizytę mówiąc: „Dziesięć lat temu przywiozłem brązowe popiersia Hayeka i Misesa do Europy. Cato Institute podarował popiersie Hayeka Rosjanom, a ja podarowałem popiersie Misesa Uniwersytetowi Warszawskiemu, gdzie stał na specjalnej wystawie książek Misesa, tuż za korytarzem prowadzącym do starego gabinetu socjalistycznego profesora Oskara Langego”.

George Koether (1907-2006) i jego żona Ilo, niemalże od początku pobytu Misesa w Stanach Zjednoczonych, byli bardzo bliskimi znajomymi, a potem przyjaciółmi  Ludwiga von Misesa i jego żony Margit (podobnie jak byli przyjaciółmi Murray i Joey Rothbardów). Koether zasłużył się szczególnie po śmierci Misesa. Nie tylko wspomagał Margit Mises w pisaniu jej wspomnień, potem opublikowanych pod tytułem My Years With Ludwig von Mises, ale jeździł po Ameryce i po świecie propagując postać i myśl Misesa. Jednym z elementów jego aktywności była jego wizyta w Europie w 1990 roku.

Historię popiersia Misesa potwierdził prof. Jerzy Wilkin, ówczesny prodziekan Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego. Prof. Wilkin przypomina sobie wizytę George Koethera na UW w 1990 roku, w pierwszym roku polskiej transformacji. Wtedy to Koether przywiózł z USA ciężkie popiersie Misesa i podarował je Uniwersytetowi Warszawskiemu, wspominając znane słowa Oskara Langego o potrzebie uznania wielkiej roli Misesa w rozwoju ekonomicznej myśli socjalizmu. Popiersie to przez kilka lat stało w bibliotece Wydziału Nauk Ekonomicznych UW. Jak powiedział mi w lutym 2015 roku ówczesny dziekan WNE UW, prof. Jan Jakub Michałek, popiersie Misesa leżało później bardzo  długo gdzieś zapomniane w magazynach wydziału, przypomniano siebie o nim kiedy odrestaurowywano gabinet Langego i uznano, że takim najodpowiedniejszym miejscem dla tego popiersia będzie właśnie gabinet Langego, że dobrze się będzie prezentował w otoczeniu oryginalnych, ciężkich, w czarnym kolorze, mebli tegoż gabinetu.

Tak się złożyło, że zorganizowane przez Łukasza Hardta i Jerzego Wilkina seminarium poświęcone filozoficznemu spojrzeniu na wybrane problemy teorii ekonomii, pt. Filozoficznie o ekonomii, odbyło się 21 listopada 2014 r. na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego, ul. Długa 44/50, Warszawa; w sali 408, w  dawnym gabinecie Oskara Langego. Kiedy wraz z uczestnikami tego seminarium wszedłem do tego pokoju, od razu auważyłem stojącą na biurku Oskara Langego statuę Misesa (zdjęcia poniżej).

 MisesStatua1

MisesStatua2

MisesStatua3

Przeglądając swoje archiwum, prof. Wilkin znalazł jeszcze inną ciekawostkę odnosząca się do Misesa. Okazało się, że w kopercie przesłanej do niego przez George Koethera znajdują się fotografie Misesa z jego seminarium na Uniwersytecie Nowojorskim z 1965 roku. Poniżej skany koperty i czterech zdjęć Misesa z tego seminarium.

 KopertaKoetherM

Mises1M

Mises2M

Mises3M

Mises4M

Są to zdjęcia o doskonałej jakości, mimo, że zrobione zostały ponad 50 lat temu. W dodatku, są to zdjęcia oryginalne, z pieczątką fotografa na odwrocie (autorem fotografii jest David Jarrett); mają więc swoją wartość artystyczno-historyczną.

Sebastian Stodolak w opublikowanym właśnie artykule pisze, że ‘Ekonomia czeka na swojego Lutra’. Wprawdzie w artykule tym Stodolak wspomina szkołę austriacką, Carla Mengera i Ludwiga von Misesa, ale nie w kontekście tego, że mogą być oni traktowani jako  ‘Lutrowie’. Wydaje mi się, że nie potrzeba nam nowego ‘ekonomicznego Lutra’, bo szkoła austriacka ze swoimi największymi przedstawicielami (poczynając od Carla Mengera, …) rozpoczęła już ‘Reformację ekonomiczną’. Na efekty musimy trochę poczekać. W przypadku Reformacji religijnej w szesnastym wieku, efekty też nie pojawiły się natychmiast wraz z radykalnym wystąpieniem Marcina Lutra w 1517 roku. Ten proces trwał kilkadziesiąt lat. Dzieło Ludwiga von Misesa, jego magnum opus Ludzkie działanie, opublikowane zostało w 1949 roku, w 1974 roku Friedrich von Hayek uhonorowany został nagrodą im. Alfreda Nobla z ekonomii. 

Tak jak napisałem, nie potrzeba nam w ekonomii Lutra (bo ten już jest, to szkoła austriacka), potrzeba nam Heraklesa, który te ‘ekonomiczne stajnie i obory Augiasza’ posprząta. Ma częściową rację Sebastian Stodolak kończąc swój artykuł głosem nadziei, że w krytycznym momencie naszych dziejów (który z pewnością nadejdzie) będzie „istniał już ratunek w postaci nowych, zrewidowanych podręczników ekonomii i znających oraz rozumiejących je decydentów”. Napisałem ‘częściową rację’, bo takie podręczniki już są, tylko, że jak dotychczas ‘nie trafiły pod strzechy’. Myślę tutaj np. o (przetłumaczonych na polski) książkach (podręcznikach) Thomasa Sowella, oraz o Logice ekonomii, Marka Skousena. Trochę na ten temat w artykule, który napisałem na prośbę śp. Marcina Winiarskiego, pt. Czy podręczniki ekonomii muszą być tak bardzo podobne do siebie?.

Ja czekam raczej na ekonomicznego Heraklesa, aniżeli na ekonomicznego Lutra.

Przygotowując się do wykładu pt. Czy podatki mogą sprzyjać rozwojowi gospodarczemu i wzrostowi dobrobytu narodów?, który wygłosiłem na zaproszenie ZPP (tutaj i tutaj, prezentacja tutaj) przypomniałem sobie o dwóch swoich starych tekstach. Okazało się, że jeden ‘Z historii podatku dochodowego’ opublikowałem w zeszłym roku na tym blogu, ale tego o ‘Zapomnianym podatniku’ jeszcze nie, co niniejszym czynię. Esej o Zapomnianym podatniku napisałem z inspiracji śp. Janka  Winieckiego i zamieszony on został w książce pod jego redakcja (Gospodarka bez ekonoma. Którędy do dobrobytu (Jan Winiecki, red.), Warszawa: Dom Wyd. 2006).   

W napisanym w 1883 roku eseju, William Graham Sumner rozważa sytuację czterech osób, których nazwał A, B, C oraz X. Często A, człowiek wrażliwy, społecznik, filantrop, polityk, parlamentarzysta, zauważa coś, co wydaje mu się złe, a od czego cierpi X, tzw. zwykły, szary obywatel. Rozmawia o tej sprawie ze swoim kolegą B. Najczęściej, po tej rozmowie A i B proponują wprowadzenie prawa, które usunie zło i pomoże X. Prawo to zawsze określa, co dla X powinna zrobić czwarta z rozważanych osób, inny obywatel C, a w lepszym przypadku, co dla X powinni zrobić A, B i C. Jeśli chodzi o A i B, którzy ustanawiają prawo odnoszące się do X w dobrej dla niego intencji, to warto powiedzieć jedynie to, że byłoby lepiej gdyby pomogli mu bez ustanawiania jakiegokolwiek prawa. Sumner nazywa C ‘Zapomnianym Człowiekiem’. Najczęściej jest to „prosty, uczciwy pracownik” gotowy do ciężkiej i wytrwałej pracy po to, by godziwie żyć. Często nie zauważamy go, bo swym zachowaniem nie zwraca na siebie uwagi. Jest niezależny, dbający o siebie i swoją rodzinę i nigdy nie proszący o wsparcie. Jego podstawowym celem jest wywiązywanie się z obowiązków, ku zadowoleniu swojego pracodawcy. Swoją pracą przyczynia się do powiększenia swojego dobrobytu, ale też i kapitału zgromadzonego w społeczeństwie, którego jest członkiem. Jednakże jego dostatnie życie zależy także od sumy kapitału zgromadzonego w społeczeństwie i im większy jest dobrobyt społeczeństwa, tym lepiej i jemu się żyje. Każda część kapitału społecznego, która jest przekazana leniwym, niezaradnym, chciwym, niezdarnym jest wzięta z kapitału służącego do zapłaty temu niezależnemu, produktywnemu ‘zapominanemu człowiekowi’. Zwykle jednak nie pamiętamy o nim, bo nie robi on wrzawy wokół siebie, spokojnie pracuje realizując swoje osobiste cele. To właśnie Zapomniany Człowiek „pracuje, głosuje i modli się”, ale przede wszystkim płaci, i to płaci ponad miarę.

Obecnie w większości krajów rozwiniętych gospodarczo należących do OECD (Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju, Polska należy do tego ‘klubu’ 30 krajów od 1996 roku) obywatele, ‘zapomniani podatnicy’, oddają państwu-rządowi (poprawniej powinniśmy powiedzieć: ‘jest im zabierane’) średnio 40% tego, co wypracują (tj. 40% Produktu Krajowego Brutto (PKB) – wartość ta jest też dobrą miarą rozmiaru rządu, czyli stopnia ingerencji państwa w życie jego obywateli). Żeby zobrazować te liczbę, pomyślmy o Polaku w roku 2004, który oddaje państwu 48% tego, co wypracuje. W dniu wypłaty dostaje ‘na rękę’, czyli netto, 1000 zł, ale gdyby przyjrzał się wszystkim innym obciążeniom swojej pracy to zauważyłby, że wypracowana przez niego pensja (tzw. brutto) wyniosła 1900 zł. Zatem 900 zł oddaje on państwu. ‘Zapomniani podatnicy’ płacą w większości nieświadomie, w różnej formie: podatków bezpośrednich, pośrednich, na przyszłą emeryturę i rentę, opłat na fundusze zdrowia, aktywizacji zawodowej i na inne ‘niedorzeczności’ (niedorzeczności, bo w istocie większość tych obciążeń to niedorzeczności – płacimy jednocześnie na rentę i emeryturę, ale ilu z tych co płacą idzie na rentę i emeryturę jednocześnie; płacimy na fundusz aktywizacji zawodowej, a mamy prawie 20% bezrobocie, płacimy na tzw. ‘ochronę zdrowia’, ale po to by się wyleczyć trzeba w istocie pójść prywatnie do lekarza i zapłacić za tę usługę ekstra, itd.).

Obciążenia obywateli krajów OECD są zróżnicowane, wspominane 40% jest wartością średnią. Pięć krajów o najwyższych obciążeniach podatkowych (Belgia, Dania, Francja, Norwegia i Szwecja) płacą ok. 50% PKB, natomiast pięć krajów o najniższych obciążeniach (Australia, Japonia, Korea, Meksyk i USA) płacą ok. 28% PKB.

Dobrą ilustracją wielkości obciążeń podatkowych obywateli jest tzw. Dzień Wolności Podatkowej. Jeśli zrobilibyśmy eksperyment myślowy, w którym obywatele, uznając państwo za najważniejszą instytucje, najpierw oddawaliby wszystko co zarobią właśnie państwu, aż do momentu, w którym państwo-rząd powie łaskawie ‘wystarczy!’ i od tego momentu wszystko co zarabiają zostawiają sobie, to taki dzień, w którym rząd mówi ‘wystarczy!’, nazywamy ‘dniem wolności podatkowej. W Polsce w ostatnich latach dzień ten wypada w drugiej połowie czerwca (w 2004 roku był to 28 czerwca). W USA w ostatnich latach jest to początek kwietnia (w 2004 roku –  11 kwietnia).

Warto powiedzieć, że społeczeństwo może całkiem dobrze funkcjonować z tzw. ‘małym rządem’. Jeszcze w XIX i na początku XX wieku w większości krajów obecnie uznawanych za rozwinięte gospodarczo, obciążenia fiskalne nie przekraczały kilku procent, a dzień wolności podatkowej wypadał w styczniu i w lutym – przekładowo w USA w roku 1900 na potrzeby państwa wystarczyło pracować do 21 stycznia (obciążenia podatkowe wynosiły 5,9%).

Jest chyba coś patologicznego w tym, że obciążenia podatkowe obywateli przewyższają łączne wydatki na to, co jest najpotrzebniejsze każdemu człowiekowi, tzn. na żywność, ubranie i mieszkanie. W 1999 roku, przeciętny Amerykanin zapłacił 10 298 dolarów podatku, natomiast na żywność wydał 2693 dol., na ubranie 1404, a na mieszkanie 5833 dolary. Jeszcze gorsze proporcje są w większości krajów ODCE, w tym w Polsce.

W 1904 roku Oliver Wendell Holmes, Jr wypowiedział sławne zdanie: „Podatki są ceną jaką płacimy za rozwój cywilizacyjny” (Taxation is the price we pay for civilization). Wynika z tego, że od początku XX wieku bardzo ucywilizowaliśmy się.

Prawdą jest, że nikt nie lubi płacić podatków, tak było zawsze i tak będzie z pewnością. Mogą być jednak różne postawy. Kiedy obywatel widzi, że płacone przez niego podatki nie są marnowane to nawet godzi się je płacić, uznając to za swój święty obowiązek (tak było jeszcze kilkadziesiąt lat temu w USA). Kiedy jednak widać ogromne marnotrawstwo tych pieniędzy, obywatele zaczynają oszukiwać na podatkach (i staje się to często początkiem erozji społecznej i kryzysu państwa).

Zakończmy te nasze rozważania o ‘zapomnianym podatniku’ nadzieją, że w niedalekiej przyszłości społeczeństwo będzie miało odwagę i mądrość Lady Godivy, a rząd, politycy i parlamentarzyści będą godni Leofric’a i będą na tyle honorowi i słowni, że dotrzymają oczekiwanych i obiecanych deklaracji.

 Ramka

Lady Godiva była żoną Leofric’a, księcia Mercji (królestwa w centralnej Anglii). Leofric, ok. 1040 roku, nałożył ogromne podatki na mieszkańców swojego księstwa. Jego żona prosiła go by zmniejszył te podatki. On zgodził się, ale pod warunkiem, że przejedzie ona nago na koniu ulicami Coventry. Lady Godiva zgodziła się na to i uczyniła zadość żądaniu męża, przejeżdżając na koniu bez ubrania, choć jej ciało osłonięte było jej długimi włosami, ale wcześniej prosząc obywateli księstwa by w czasie jej jazdy pozostali w domach za zasłoniętymi oknami. Jak można było oczekiwać nie wszyscy posłuchali jej prośby, lokalny krawiec podglądał jej przejazd, ale, jak głosi legenda, podglądając stracił wzrok i do końca życia pozostał ślepcem.

 

Kilka tygodni temu poproszono mnie bym napisał wstęp do raportu Centrum im. Adama Smitha Ile zapłacimy za kawę? Dynamika i perspektywy cen kawy. Napisałem tam też o pewnych rynkowych mechanizmach tworzenia się ceny. Myślę, że może to być interesujące nie tylko dla tych, którzy myślą o tym ile będzie ich kosztowała codzienna filiżanka małej czarnej. Na koniec tego wstępu pozwoliłem sobie na alternatywną prognozę cen kawy. Za kilka lat okaże się czy miałem rację?

 Mechanizmy rynkowe odgrywają istotną rolę w bardzo złożonym procesie produkcji i dystrybucji kawy. „By pić kawę, nie muszę być właścicielem plantacji kawy w Brazylii, parowca oceanicznego i palarni kawy, mimo, że te wszystkie środki produkcji muszą zostać wykorzystane, by na mój stół trafiła filiżanka kawy. Wystarczy, że inni posiadają te środki produkcji i wykorzystują je dla mnie. W społeczeństwie, w którym istnieje podział pracy, nikt nie jest wyłącznym właścicielem środków produkcji… Wszystkie środki produkcji służą wszystkim ludziom biorącym udział w wymianie rynkowej” (Ludwig von Mises, Socjalizm, Warszawa: Arkana, 2009, Tłumaczenie Stefan Sękowski, str. 36-37; org. Die Gemeinwirtschaft: Untersuchungen uber den Socialismus, 1932).

Niels Bohr powiedział podobno, że „prognozowanie jest trudne, zwłaszcza wtedy gdy dotyczy przyszłości”. Ze wszystkich prognoz te odnoszące się do cen wydają się być szczególnie trudne. Z teorii zawartej w podręcznikach ekonomii wydawałoby się, że ustalenie ceny jakiegoś dobra jest stosunkowo proste, bo cena wynika ze zrównoważenia popytu i podaży. Jeśli pozostalibyśmy przy tym podejściu do prognozowania cen to niewiele odeszlibyśmy od dosyć pogardliwej opinii Thomasa Carlyle (1795-1881), który obserwując dyskusje współczesnych mu ekonomistów wyraził się: „Naucz papugę co to jest podaż i popyt a otrzymasz ekonomistę”.

Ustalenie ceny na rynku jest na ogół wynikiem współgrania wielu czynników w tzw. grze rynkowej. Czynniki te mogą mieć naturę subiektywną i obiektywną. Jednym z pierwszych, który zwrócił uwagę, że w ustaleniu się ceny na rynku odgrywają rolę nie tylko czynniki obiektywne (jak np. koszty), ale też subiektywne, był żyjący w XIII wieku franciszkanin Pierre de Jean Olivi (1248-98). Pisał on, że na cenę jakiegoś dobra mają wpływ trzy czynniki: rzadkość tego dobra (raritas), jego użyteczność (virtuositas), oraz chęć posiadania tego dobra przez kupującego (complacibilitas).

Rzadkość dobra dałoby się skwantyfikować i oszacować, np. poprzez policzenie wielkość podaży i popytu na to dobro i powiedzenie, że im większa różnica pomiędzy popytem a podażą, tym dobro jest rzadsze. Dwa pozostałe czynniki zawierają jednak w sobie bardzo duży element subiektywnej oceny kupującego, jak i sprzedającego. Jak zmierzyć użyteczność? Pomimo wielu wysiłków intelektualnych do dzisiaj nie stworzono sposobu pomiaru użyteczności, mimo, że niekiedy zaproponowano już nazwę jednostek pomiaru tej użyteczności, np. utile czy hedony. To czy dane dobro jest mniej lub bardziej użyteczne wynika w dużej mierze z subiektywnej oceny kupującego i sytuacji w jakiej się znajduje (woda będzie bardziej użyteczna na pustyni niż na lodowcu, natomiast puchowa kurtka bardziej przydatna na lodowcu niż na pustyni). Trzeci czynnik, chęć posiadania, jest już całkiem subiektywny w swej ocenie. Tutaj element gry jest najbardziej widoczny. Wyobraźmy sobie kobietę zainteresowaną kupnem sukienki na targu (np. arabskim, albo na Hali Targowej we Wrocławiu). Etykiet z cenami na sukienkach i bluzkach tam nie zauważymy. Z reguły szukająca sukienki pyta się sprzedającego, ile ona kosztuje. Ten zwykle obserwuje zachowanie się klientki, patrzy jej prosto w oczy i ocenia na ile klientka pragnie mieć tę sukienkę. Jeśli widzi w jej oczach wręcz pożądanie to zaoferowana cena może być bardzo wysoka, jeśli natomiast widzi obojętność to można się spodziewać, że zaoferuje znacznie niższą cenę.

Propozycja Olivi była rozwijana i uzupełniana w następnych wiekach. Podajmy tylko jeden przykład. Luís Saravia de la Calle Verońese w Instrucción de mercaderes (1544) uznał, że cena powstaje w wyniku interakcji pomiędzy użytecznością i popytem rynkowym a rzadkością podaży: „sprawiedliwa cena jest wynikiem obfitości lub rzadkości dóbr, kupców i pieniędzy; jak było powiedziane, nie wynika ona z kosztów, rodzajów pracy czy ryzyka. Jeśli musielibyśmy rozważać pracę i ryzyko po to, by ustalić sprawiedliwą cenę, żaden kupiec nie ponosiłby strat, a takie kwestie jak obfitość lub rzadkość dóbr i pieniędzy nie wchodziłyby w nasze rozważania”. Próby opisu tego, jak ustalane są ceny na rynku są kontynuowane obecnie przez ekonomistów szkoły austriackiej, poczynając od Carla Menera w końcu XIX wieku, poprzez Eugen von Böhm-Bawerka, Ludwiga von Misesa, Friedricha von Hayeka w wieku XX, a na współczesnych, coraz liczniejszych, ekonomistach szkoły austriackiej kończąc.

Czynników wpływających na ustalenie się ceny jakiegoś dobra (produktu) może być naprawdę wiele. Wymieńmy kilka innych niż te wspomniane wcześniej: sposoby dystrybucji danego dobra (kanały dystrybucyjne), wielkość środków przeznaczonych na reklamę i promocję, styl produktu (designu, jak to coraz częściej nazywane jest w Polsce), ale też ceny innych dóbr (substytucyjnych lub komplementarnych do danego dobra), ich sposoby dystrybucji i reklamy, wiele zmiennych makroekonomicznych jak np. dochód konsumentów (kupujących), gusty, preferencje kupujących, oczekiwania kupujących dotyczących przyszłego poziomu cen, koszty uzyskania kredytu (stopy oprocentowania), polityka rządu, zmiany demograficzne, warunki pogodowe.

Nie inaczej jest z ustalaniem ceny kawy na rynkach światowych. Te trzy elementy wskazane przed Olivi kilkaset lat temu nadal odgrywają istotną rolę. Cena kawy na rynkach światowych wynika z rzadkości kawy na tych rynkach, zmieniających się gustów i przyzwyczajeń konsumentów (widoczne np. w zróżnicowanych elastycznościach cenowych popytu – popyt na kawę jest znacznie mniej elastyczny w społeczeństwach tradycyjnie pijących kawę, jak USA, Włochy, czy Portugalia, oraz bardziej elastyczny w innych, gdzie np. herbata jest napojem tradycyjnym, np. Chiny czy Japonia (ale i tam widać pewne wyraźne zmiany w tym względzie w ostatnich dekadach). Stąd też wynikają tak duże różnice w cenach kawy w różnych krajach, oraz obserwowane długookresowe trendy w niektórych krajach (także w Polsce).

Tego typu zjawiska widoczne są także w danych przedstawionych w tym raporcie. Teoria ekonomii wskazuje, że ceny spełniają trzy podstawowe funkcje, mianowicie: informacyjną, są bodźcem do efektywnego działania (zachęcają do wykorzystywania najtańszych metod produkcji oraz pozwalają jednocześnie na wykorzystywanie zasobów w sposób najodpowiedniejszy), oraz umożliwiają sprawiedliwy podział dochodów (redystrybucja). Te dwie pierwsze funkcje (informacyjna i bodźcowa) są szczególnie widoczne w przypadku procesu produkcji i dystrybucji kawy. Widać to choćby na zaprezentowanym w tym raporcie wykresie obrazującym zmiany cen kawy gatunku arabica od lat 70. XX wieku do 2016 roku (patrz Rys. 6. str. 14 tego raportu). Od razu rzuca się w oczy to, że co parę lat ceny tego gatunku kawy na rynkach światowych rosną niezmiernie szybko i bardzo dużo. Cena arabiki potrafi wzrosnąć dwukrotnie, a niekiedy nawet trzykrotnie, w przeciągu paru miesięcy, lub nawet paru tygodni. Spowodowane to jest najczęściej zjawiskami losowymi jak np. przymrozkami w Brazylii, czy chorobami (zaraza w 2012 roku w Ameryce Centralnej). Zadziwiające jest jednak to jak szybko reagują producenci kawy i zwiększają jej podaż (poprzez ratowanie i odbudowę plantacji), czego efektem jest stosunkowo szybki spadek ceny kawy.

Na koniec tego krótkiego wstępu pozwolę sobie na dokonanie (spekulatywnej) prognozy ceny kawy na następnych parę lat. Poniżej prezentuję wspomniany wykres zmian cen kawy, zapożyczając go ze str. 14 tego raportu. Uzupełniłem go liniami tendencji zmian cen kawy gatunku arabika w pewnych wybranych okresach (linie czerwone).

 kawa wykres

* w centach za funt (funt to ok. 0,45 kg)
Źródło: Stooq.pl, ceny kontraktów kawy Coffee ‚C’ Future (KC.F)
Źródło: Tradingeconomics.com

 

Jeżeli prognoza cen kawy zaprezentowana w tym raporcie może być nazwana „analizą fundamentalną”, bo opiera się na analizie realnych procesów, to moja propozycja może być nazwana „analizą techniczną”. Zielonymi elipsami zaznaczyłem dwa specyficzne okresy (przełom lat 70. i 80. XX wieku, oraz ostatnie lata, od 2012 roku). Charakter zmian w obu okresach jest podobny. Zatem można sądzić, że przez następne cztery lata (do 2021) roku możemy spodziewać się powolnego wzrostu ceny kawy gatunku arabika, do ok. 190 centów za funt kawy, oraz radykalnego jej wzrostu w latach 2021-2022 r. (spowodowanego najprawdopodobniej przymrozkami w Brazylii). Można szacować ten szybki wzrost do ok. 300 centów za funt. W 2022 roku cena kawy powinna spaść do 100-120 centów za funt. Ponownego wzrostu cen (swoiste echo wzrostu z 2021 roku) można spodziewać się ok. 2025 roku, wzrost ten będzie jednak znacznie mniejszy (szacunkowo do ok. 200 centów za funt). W 2027 roku ceny zaczną szybko spadać do ok. 110 centów za funt, by potem, przez następne parę lat, powoli rosnąć.


  • RSS