Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z okresu: 1.2011

Komisarz Lewandowski (swego czasu liberał, a obecnie etatysta odpowiedzialny za budżet UE) w rozmowie z red. Jackiem Pawlickim stwierdza, że „nasza propozycja budżetowa będzie realistyczna. To znaczy, weźmiemy pod uwagę nie najlepszy klimat i uwarunkowania dzisiejszej Europy. Wykażemy też wstrzemięźliwość w zakresie kosztów administracji, które najbardziej kolą w oczy.” Czujny jednak redaktor Pawlicki wspiera Komisarza zauważając, że "[p]rzecież to jest ledwie 5-6 proc. całości budżetu UE." Wtóruje mu Komisarz Lewandowski: „Tak, ale te wydatki są fetyszyzowane, więc jakiekolwiek gesty wstrzemięźliwości w tym zakresie są bardzo pożądane. Prasa, zwłaszcza ta spod znaku Murdocha (wydawca brytyjskich eurosceptycznych gazet), która atakuje projekty UE, bardzo często sięga po argument rozdymanej i przepłacanej administracji.”
Biedni ci biurokraci z Brukseli! Tak bardzo musza oszczędzać i wykazywać, że ich utrzymanie nie kosztuje nas zbyt dużo. Żonglując liczbami próbują wykazać np., że budżet UE jest bardzo niewielki, bo przecież to tylko 1% dochodu narodowego wszystkich społeczeństw UE, albo licząc inaczej to tylko 244 Euro rocznie od jednego mieszkańca UE, albo jak niektórzy wyliczają: to tylko jedna kawa dziennie.
Patrząc na to z nieco zinnej strony można powiedzieć, że ci sami politycy europejscy ronią krokodyle łzy mówiąc o tragicznej sytuacji biednych krajów, że ponad 1,2 mld ludzi na świecie żyje za mniej niż 1 dolara dziennie. Gdyby oddali te ‚filiżankę kawy’ dla tych biednych to byłby dla nich istotny wzrost dochodów, jak można szacowaćo jakieś 40%.
Politycy zawsze znajdą odpowiednią ideologie i wytłumaczenia. Jak piszą brukselscy urzędnicy w oficjalnym dokumencie: „Pieniądze te mają służyć poprawie codziennego życia obywateli. Dla studentów może to oznaczać szansę nauki za granicą; dla małych przedsiębiorstw – łatwiejszy dostęp do większych rynków zbytu i uczciwe warunki prowadzenia działalności gospodarczej; dla badaczy – większą szansę na realizację pomysłów; dla poszukujących pracy – nowe możliwości szkoleń.” Nie dociera do nich, że te budżetowe, grubo ponad 100 miliardów euro mogłyby być znacznie efektywniej wykorzystane przez tych którym te pieniądze odebrano.
Na zarzuty, że administracja UE kosztuje zbyt wiele, urzędnicy europejscy odpowiadają, że to nieprawda bo relatywnie tyle samo kosztuje administracja w poszczególnych krajach, która też pochłania ok. 5-6 procent budżetu tych państw. (z czego wynika, że to już druga filiżanka dziennie jaką nie mogą wypić mieszkańcy UE).
Można żonglować liczbami i podawać je w takim układzie, że jakieś tam procenty, czy dzienne wydatki ponoszone przez mieszkańca Europy są niewielkie, ale nie ukryje się tego, że ta biurokratyczna struktura pożera ogromne pieniądze; te ponad 100 miliardów euro, to na prawdę ogromna suma, to prawie 40% polskiego PKB.
Jeśli do tego dodamy różne informacje typu Wielkie europrzekręty‚, to może wyłaniać się nam inny obraz administracji UE. Jak podano w GW: „Poseł X wypłacił całą miesięczną kwotę dostępną na utrzymanie asystentów (15,5 tys. euro) firmie zajmującej się handlem drewnem, poseł Y – firmie zajmującej się opieką nad dziećmi. Firma zatrudniona przezposła Z nie wykazała żadnej aktywności, a firma posła Q prawdopodobnie w ogólenie istnieje – nie ma jej w żadnym rejestrze, a numer telefonu jest fałszywy. 
Powyższe przykłady pochodzą z raportu, który audytorzy sporządzili na podstawie tylko 4 proc. losowo wybranych wypłat z października 2004 r. Podejrzewają, że nadużyć jest o wiele więcej. Większość z 785 europosłów zatrudnia po kilku asystentów w Brukseli i Strasburgu oraz w rodzinnym kraju. Choć raport gotowy jest od stycznia, mało kto go widział, bo szefowie Parlamentu utajnili go. Został przedstawiony tylko posłom z komisji kontroli budżetowej PE, którym nie wolno było ujawnić jego treści."
Ale to nic nowego pod słońcem. Tak było zawsze z tzw. publicznymi pieniędzmi. Niczym nowym jest też chęć ukrycia raportu (a takie ‚chowanie pod dywan’ zawsze czynione jest to w imię dobra społecznego). Pocieszające jest to, że zwykle ‚kłamstwo ma krótkie nogi’ i wcześniej czy później wiadomości tego typu przedostają się ‚do wiadomości publicznej’.
Chciałbym zwrócić uwagę, że jest nadużyciem nazwanie tego co czynią tzw. europosłowie ‚wielkim przekrętem’.  Śmiem twierdzić, że prawdziwie wielkie europrzekręty są nam nieznane (pozostaje nadzieja, że kiedyś zostaną ujawnione), a chyba największym przekrętem jest sama UE i to, że musimy na nią łożyć całkiem spore pieniądze (choć niektórzy twierdzą, że to ‚tylko filiżanka kawy‚).
Na szczęście coraz częściej pisze się  o tych wielce negatywnych cechach biurokracji europejskiej. Warto choćby przeczytać niedawno wydane Absurdy Unii Europejskiej, zebrane przez Tomasza Sommera. Tam znajdujemy m.in. opinię jednego holenderskich urzędników jaką wypowiedział w wywiadzie dla BBC: „Gdyby zapytać mnie o moją subiektywną opinię i gdybym musiał postawić pieniądze na to, to odpowiedziałbym tak: mafia i masoneria przeniknęły do Komisji Europejskiej. Ale nie potrafię tego udowodnić.” O ile książka Tomasza Sommera jest napisana w tonie lekko żartobliwym, to książka Hansa Herberta von Arnima Europejska zmowa. Jak urzędnicy UE sprzedają naszą demokrację, już taką nie jest. To solidnie udokumentowana rozprawa,która powinna być obowiązkową lekturą ‘każdego europejczyka’. Pozwala ona wyrobić sobie wyobrażenie o tym jak w istocie funkcjonuje Unia Europejska, czym zajmują się jej urzędnicy i ile nas kosztują.

Paul A. Volcker, były szef Fed, a jeszcze do wczoraj przewodniczący Doradców ds. Odbudowy Gospodarki (Economic Recovery Advisory Board) przy prezydencie Obamie, zostanie zastąpiony przez Jeffrey’a R. Immelt’a, prezesa General Electric, jednego z największych koncernów świata. Sama Rada zmieni nazwę na Council on Jobs and Competitiveness. Już widzę jak przedstawiciel wielkiego biznesu będzie dbał o wysoki poziom konkurencyjności i o dobre funkcjonowanie rynku pracy!
Widocznie prezydent Obama doszedł do wniosku, że gospodarka amerykańska wyszła z kryzysu i dalej należy już tylko walczyć o świetlaną przyszłość Stanów Zjednoczonych. Zgodnie z oczekiwaniami prezydenta Obamy nowa Rada będzie starała się wypracować nowe metody zachęcające sektor prywatny do zwiększenia zatrudnienia i inwestowania we wzrost konkurencyjności gospodarki  amerykańskiej ("finding new ways to encourage the private sector to hire and invest in American competitiveness"). 
Nie chcę być złym prorokiem, ale chciałbym jedynie przypomnieć, że w przełomowym okresie kryzysu finansowego w latach 2007-2008 Sekretarzem Skarbu w USA był Henry Paulson, były szef Goldman Sachs, czyli jednego z największych banków inwestycyjnych i głównego konkurenta innego banku inwestycyjnego Lehman Brothers. Jak pamiętamy Lehman Brothers w 2008 roku nie uzyskał pomocy rządu amerykańskiego i 15 września 2008 roku ogłosił bankructwo. Powszechnie uważa się, że upadek Lehman Brothers zainicjował obecny kryzys finansowy. Natomiast w październiku 2008 r. w ramach programu pomocy rządowej TARP, Goldman Sachs dostał (jak się szacuje, bo dotychczas nie opublikowano żadnej oficjalnej informacji) ok. 10 mld dolarów. 

Przy okazji warto spojrzeć na skład Economic Recovery Advisory Board. Na 17 członków tej Rady siedmiu to dyrektorzy lub  prezesi największych korporacji. Jeśli dodamy do tego przedstawiciela największej centrali związkowej AFL-CIO i byłego szefa SEC to głosy kilku niezależnych członków Rady (np. byłego szefa doradców prezydenta Reagana) nie mogły zbyt wiele ważyć w pracach tej Rady.  Ciekawe jaki bedzie skład nowej Council on Jobs and Competitiveness?

BP opublikował dzisiaj raport Energy outlook 2030. Nie będę jednak opisywał tego raportu, jedynie zarekomenduję go, jak i całą stronę BP poświęconą analizie  światowego rynku energii. Nie odmówię sobie jednak przyjemności skomentowania jednego rysunku z tego raportu, którego kopię (za The Economist) zamieszczam poniżej.

Okres rozwoju gospodarczego związany z industrializacją wiąże się nieuchronnie z coraz to większym zużyciem energii na jednostkę wyprodukowanego produktu krajowego (PKB). Widać to wyraźnie w przypadku Stanów Zjednoczonych w XIX wieku, ale również innych państw przedstawionych na wykresie (Rosji, Indii czy Chin). Warto jednak zauważyć bardzo szybki wzrost zużycia energii na jednostkę PKB w przypadku Chin i Rosji Sowieckiej w okresie intensywnej industrializacji i wprowadzania socjalistycznej, centralnie sterowanej, gospodarki planowej. 
Ciekawsze jest jednak przeanalizowanie okresów w których obserwujemy trwałą tendencję spadku zużycia energii na jednostkę PKB. Najwcześniej, bo od drugiej dekady XX wieku, wzrost efektywności gospodarki wystąpił w USA i obecnie jest ona jedną z bardziej efektywnych gospodarek na świecie. W przypadku pozostałych krajów, jak i w skali całego świata, proces ten bezwzględnie związany jest z wprowadzeniem gospodarki rynkowej oraz globalizacją, otwarciem się tych gospodarek na konkurencje międzynarodową. W skali całego świata trend ku coraz to większej efektywności gospodarowania obserwujemy po 1980 roku (uznawanym powszechnie za początek współczesnej fali globalizacji). Bardzo wyraźnie widać to w przypadku Chin, które po potępieniu przez Deng Xiaopinga "rewolucji kulturalnej" w 1978 r., rozpoczęły swój ‚marsz ku rynkowi’ (budując tzw. ‚socjalistyczną gospodarkę rynkową’, której charakterystyczną cechą są tworzone od 1979 roku specjalne strefy ekonomiczne) oraz Indii, które w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku odrzuciły wreszcie socjalistyczne mrzonki i od 1991 roku, po reformach premiera Narasimha Rao (i ministra finansów w jego rządzie Manmohana Singha) weszły na drogę liberalnego rozwoju. Trudno jest mówić o zaawansowanej gospodarce rynkowej w Rosji, ale z pewnością rachunek ekonomiczny odgrywa w Rosji coraz większą rolę, i to jest widoczne po 1999 roku (kiedy do władzy doszedł pragmatycznie nastawiony Putin). 
Globalizacja i prorynkowe reformy sprzyjają konwergencji gospodarek w skali całego świata. Zgodnie z przewidywaniami przedstawionymi raporcie BP, po 2030 roku różnice w efektywności gospodarowania będą niewielkie. Można zadać sobie pytanie, po co nam te wszelkie (wielce kosztowne) konferencje i debaty międzynarodowe nad redukcją emisji gazów cieplarnianych, po co nam te kłótnie wokół ‚Protokołu z Kioto’? Wiele z tych problemów można rozwiązać znacznie szybciej i prościej, oraz mniejszym kosztem, promując rozwój gospodarki rynkowej w skali całego świata. Ale co wtedy robiliby politycy? Czy tak łatwo zrezygnują z możliwości debatowania o ‚walce z ociepleniem klimatu’, ‚walce z biedą’, ‚walce z … ‚ (tutaj już politycy wymyślą  coś z czym trzeba będzie walczyć) w najlepszych hotelach i w ciepłym klimacie na wyspie Bali, w Cancun, czy w innym ładnym miejscu w którym każdy z nas chciałby spędzić urlop (za publiczne pieniądze naturalnie). 

Podejrzewam, że podobny typ zależności można wykazać w przypadku innych charakterystyk rozwoju, np. stanu środowiska naturalnego. W okresie industrializacji może wystąpić lekkie pogorszenie (np. stanu środowiska naturalnego), ale generalnie rynek (zwłaszcza w fazie dojrzalej) sprzyja poprawianiu się tych charakterystyk (np. stanu środowiska naturalnego).

Będąc na stronie Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, czytając list otwarty Prezesa NPP do Przewodniczącego NSZZ Solidarność, zauważyłem notatkę o rozpoczęciu na antenach TVP1 i TVP Info kampanii społecznej ZPP na rzecz przedsiębiorczości z Romanem Kluską (Ambasadorem ZPP) w roli głównej. Film rozpoczynający tę kampanie można obejrzeć na YouTubie. Można tylko przyklasnąć tej kampanii i namawiam wszystkich do rozpropagowania tej idei. 
Polski przedsiębiorca to (używając klasycznego określenia Williama Grahama Sumnera) ‚zapomniany człowiek’ polskiej transformacji. Trzeba tylko podziwiać jego heroiczna walkę z wszelkimi przeciwnościami, stawianymi mu przez wszelkiej maści biurokratów, jakie musiał pokonać w ostatnich 20 latach. Kilkukrotnie zdał w pełni egzamin, kiedy wydawało się, że już nie podoła wyzwaniom, że wspomnieć tylko początek naszej transformacji (kiedy to w ciągu paru lat powstało prawie dwa miliony nowych małych przedsiębiorstw, i tylko dzięki nim polskie bezrobocie zaczęło wyraźnie spadać w połowie lat 1990.), czy wyzwanie jakim było wejście Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku (kiedy to dzięki wysiłkowi polskich przedsiębiorców, przy silnej presji konkurencyjnej firm z Europy Zachodniej i rosnącej sile polskiej złotówki byli w stanie eksportować, dzięki czemu obserwowaliśmy duży wzrost gospodarczy), czy choćby ostatni kryzys finansowy od 2008 roku, kiedy tylko dzięki polskim przedsiębiorcom prywatnym byliśmy ‚zieloną wyspą’ na mapie Europy i Polski nie dotknęła recesja.
Z ogromnym zainteresowaniem będę śledził efekty tej społecznej kampanii na rzecz stworzenia dobrego klimatu dla polskiej przedsiębiorczości. Musimy zdać sobie sprawę, że tylko radykalna poprawa w tej materii i umożliwienie polskim przedsiębiorcom wykorzystanie ich ogromnego potencjału, jest jedynym sposobem na to by żyło nam się lepiej i byśmy mogli dogonić najbogatsze społeczeństwa na świecie.


P.S. Zastanawia mnie preambuła ZPP, gdzie czytamy: "Będziemy inicjować i wspierać wszelkie działania zmierzające do wyeliminowania z polskiego prawodawstwa ograniczeń działalności gospodarczej przekraczających wymagania UE i tym samym wyrównania szans konkurencyjnych pomiędzy polskimi i europejskimi przedsiębiorstwami." Dlaczego nie porównywać się z tymi bardziej konkurencyjnymi krajami świata i walczyć o stworzenie takiego klimatu dla przedsiębiorczości w Polsce jaki maja oni np. w Nowej Zelandii, Australii, Singapurze, Hongkongu, czy niedalekiej Estonii. Polski przedsiębiorca na prawdę zasługuje na to! Europa jest w odwrocie od kilku dziesięcioleci i nie jest w tym względzie dobrym wzorem. (Nawiasem mówiąc, często kiedy podaję przykład Estonii to słyszę zarzut, że to nie jest dobry przykład, bo Estonia to mały kraj w którym można zrobić znacznie więcej niż w takim dużym kraju jak Polska. Zwykle odpowiadam w ten sam sposób: ‚Jesli tak faktycznie jest to coż stoi na przeszkodzie by utworzyć szesnaście takich polskich Estonii?’)

NSZZ Solidarność szuka swojego miejsca w polskiej rzeczywistości. Po ‚romansie politycznym’ z ostatnich lat, stara się być teraz  ’prawdziwym związkiem zawodowym’. Napisałem ‚prawdziwym’, choć tak do końca nie wiem co to znaczy w przypadku związku zawodowego. Czy walka o jak najwyższą płacę minimalną należy do tej kategorii? Mam ogromne wątpliwości, tym bardziej, że mające długą historię związki zawodowe w krajach rozwiniętych gospodarczo (jak np. w Niemczech czy w USA) zdają sobie obecnie sprawę z niebezpieczeństwa dla pracowników, a nawet absurdalności, tego typu żądań. Związki zawodowe na Zachodzie coraz częściej współpracują z pracodawcami, i co ważniejsze, ta współpraca dokonuje się na poziomie firmy, a nie na poziomie relacji ‚centrala związkowa – rząd’ (czy tzw. komisji trójstronnej: ‚rząd-związki zawodowe-pracodawcy’). Ta zmiana strategii wynika w dużej mierze z chęci zmiany, obserwowanego od wielu lat, trendu stale zmniejszającego się ‚uzwiązkowienia’ pracowników. W takich krajach jak Wielka Brytania, Niemcy czy USA udział pracowników należących do związków zawodowych spadł w ostatnich 20 latach ponad dwukrotnie (obecnie mieści się w granicach 15% do 30%). W Polsce członkowie związków zawodowych to ok. 15% ogólnej liczby pracujących. Nasuwa się pytanie o legitymację działań związków zawodowych jako reprezentantów pracowników? 
NSZZ Solidarność walczy m.in. o podniesienie płacy minimalnej do 50% wynagrodzenia średniego (co oznaczałoby wzrost z 1386 zł  do 1602 zł. Aktywiści Solidarności za nic sobie mają ostrzeżenia specjalistów (pracodawców i ekonomistów), że taki krok może spowodować wzrost bezrobocia o kilka punktów procentowych (szacunki mówią o wzroście stopy bezrobocia o 5%) i, że wcale nie poprawi to sytuacji najbiedniejszych. ONI muszą dać wyraźny sygnał ‚klasie pracowniczej’, że ONI walczą o ich prawa.
Do kategorii ‚kuriozalny’ zaliczyć należy list przewodniczącego Solidarności Piotra Dudy do prezydenta Europejskiej Federacji Piłkarskiej (UEFA ) Michela Platiniego w którym skarży się sieć sklepów Biedronka (sponsor polskiej reprezentacji piłkarskiej) szykanuje związkowców Solidarności i nie przedłuża im umów. W liście tym szef Solidarności użala się: „Z przykrością muszę Pana poinformować, że w naszym kraju sieć [Jeronimo Martins Dystrybucja] od dawna kojarzona jest z łamaniem praw pracowniczych i związkowych. Od kilku tygodni w sklepach Biedronka ma miejsce skandaliczny proceder nieprzedłużania pracownikom umów o pracę z powodu ich przynależności do NSZZ Solidarność.  … Takie skandaliczne praktyki kładą się cieniem nie tylko na naszej krajowej federacji piłkarskiej, której Biedronka jest oficjalnym sponsorem, ale i na całych przygotowaniach do Euro 2012. … Solidarność – organizacja, która doprowadziła do przemian w Europie Środkowo-Wschodniej i dzięki której demokratyczna Polska może być gospodarzem turnieju w 2012 roku – będzie prowadzić wszelkie dopuszczalne prawem działania służące obronie naszych członków. Obawiamy się, że po części uderzą one w obraz przygotowań do Euro 2012. Dlatego apelujemy do Pana o zainteresowanie tematem i ewentualną interwencję".
Czego spodziewają się związkowcy? Niechybnie tego, że Platini zadzwoni do właścicieli Biedronki i i powie im kilka cierpkich słów do słuchu, a ci wystraszą się i szybko przywrócą związkowców do pracy.
Ciekawe, że w tę grę włączył się też Lech Wałęsa, który powiedział: "Ja czuję się nadal trochę związkowcem i ojcem "Solidarności", dlatego przyłączam się do tej inicjatywy. To nie będzie tylko apel, ale pogrozimy palcem tym kapitalistom, którzy nie przestrzegają praw człowieka. Takie rzeczy nie mogą się dziać, że ludziom pensji się nie wypłaca albo zwalnia, bo są związkowcami." i dodał, że  sam pójdzie na czele protestu.
Zapowiada nam się gorąca wiosna.

Przypomniało mi się stare powiedzenie z okresu stanu wojennego "Zima wasza, wiosna nasza, a lato Muminków".
P.S. Dzisiaj (17 stycznia, już po wczorajszym umieszczeniu wpisu) dotarła do mnie informacja, że 12 stycznia 2011 roku Prezes Związku Pracodawców i Przedsiębiorców, Pan Cezary Kaźmierczak wystosował list otwarty do Przewodniczącego NSZZ Solidarność, Piotra Dudy w związku z propozycją podniesienie płacy minimalnej. List wart jest przeczytania i rozpropagowania. Pozostaje mieć nadzieję, że tego typu presja społeczna na działania związkowców odniesie skutek (a może i politycy coś z tego zrozumieją?)

We wczorajszym wpisie wspomniałem o potencjalnej roli Chin w przyspieszeniu zmian gospodarczych w Afryce, dzisiaj przeczytałem o tym, że Chińczycy planują duże inwestycje w Korei Północnej. To może być przełom w tym zniewolonym kraju. Zmiany w Chinach też rozpoczęły się od rozwoju w wybranych strefach ekonomicznych. Okazuje się, że chiński państwowy koncern Shangdi Guanqun Investment zainwestuje 2 mld dol. w północnokoreańską specjalną strefę ekonomiczną ulokowaną w Rason przy granicy z chińską prowincją Jilin oraz rosyjskim Primorskim Krajem. Ranson w zamierzeniu będzie jednym miastem, ale obecnie region ten składa się z dwóch miast Rajin and Sonbong.
 

Formalnie Rason (będący jedynym regionem mającym status wolnego, jakkolwiek absurdalnie by to brzmiało w kontekście Korei Płn.) stał się strefą ekonomiczną w 1991 r, ale dopiero obecnie rząd Korei Płn. zniósł liczne ograniczenia, uniemożliwiające swobodne prowadzenie interesów. Świadczyć to może o tragicznej sytuacji gospodarczej w tej jednej z ostatnich enklaw komunizmu, tej ‘żywej skamieniałości’, chęci znalezienia jakiegoś wyjścia z tragicznej sytuacji społecznej w Korei Płn. i ‘odbicia się od dna’.
Shangdi Guanqun Investment specjalizuje się w przerobie ropy, kopalin oraz międzynarodowych usługach finansowych. Oprócz Ranson są jeszcze trzy specjalne strefy ekonomiczne – w Kaesong, Sinyhzhu i obszar w górach Kumgang. Czy podobnych kroków możemy się i tam spodziewać? Shangdi Guanqun Investment Co., Ltd podpisało 20 grudnia  2010 w Pekinie dziesięciopunktowe memorandum z północnokoreański państwowym Pyongyang’s Investment and Development Group.  Celem jest zbudowanie w ciągu najbliższych 10 latach “największej strefy przemysłowej w północnowschodniej Azji” (planuje się zbudowanie elektrowni węglowych, dróg, portu, nabrzeży i rafinerii ropy naftowej).
Dla Chińczyków Ranson może być bazą dla eksportu do Japonii i północnowschodniej Azji.
Ubocznym celem działań Chińczyków może być chęć uzyskania zapewnienia o uwolnieniu Korei Płn. od broni nuklearnej, no i naturalnie chęć kontrolowania tego co się dzieje na Półwyspie Koreańskim. Otwartym pozostaje pytanie na ile ten krok Chin ‚miesza’ w planach Korei Południowej, która musi brać pod uwagę możliwe połączenie obu Korei w przyszłości?

Sytuacja w Afryce, zwłaszcza w Afryce Subsaharyjskiej, jest wielkim wyrzutem sumienia społeczności międzynarodowej, dlatego z dużą radością przeczytałem dzisiaj informacje w The Economist o polepszeniu się sytuacji gospodarczej w wielu krajach Afryki. Wzrost gospodarczy biednych społeczeństw, a nie działania charytatywne społeczności międzynarodowej, jest warunkiem podstawowym pokonania biedy. Może to pierwszy sygnał, że kraje Afryki wyrwą się z tego zaklętego kręgu ubóstwa i biedy? Wśród dziesięciu najszybciej rozwijających się krajów na świecie (w rankingu uwzględniono jedynie kraje w których mieszka więcej niż 10 mln mieszkańców) w ostatnich dziesięciu latach jest sześć krajów z Afryki (Angola, Nigeria, Etiopia, Czad, Mozambik i Ruanda). Jak prognozuje Międzynarodowy Fundusz Walutowy w następnych pięciu latach wśród takich dziesięciu krajów będzie siedem z Afryki (Etiopia, Mozambik, Tanzania, Kongo, Ghana, Zambia i Nigeria) – pozostałe trzy to kraje azjatyckie (Chiny, Indie i Wietnam).
 

W ostatniej dekadzie szybkość wzrostu PKB w krajach Afryki Subsaharyjskiej zwiększyła się ponad dwukrotnie (z 2,4% do 5,7% rocznie) i była większa niż w krajach Ameryki Łacińskiej, ale nadal mniejsza niż w w Azji Południowo-Wschodniej. Optymistyczne jest to, że w najbliższych pięciu latach średni wzrost w krajach Afryki Subsaharyjskiej będzie większy niż w Azji. 
Najlepszą formą pomocy krajów bogatych krajom biednym jest otwarcie się na współpracę gospodarczą i zwiększenie wymiany gospodarczej z nimi. A pierwszym krokiem powinno być radykalne obniżenie taryf celnych na produkty rolne i zniesienie subsydiowania rolnictwa (zwłaszcza w Unii Europejskiej, Japonii i USA).
Ciekawe, czy to, że Afryka doświadcza tak szybkiego wzrostu nie jest zasługą Chińczyków, którzy coraz więcej inwestują w Afryce i stosują całkiem odmienną strategię współpracy niż kraje Zachodu w przeszłości i obecnie. Zachód, jak pomagał, stawiał warunki by dokonywano w tych krajach reform tak by Afryka demokratyzowała się i przestrzegała tzw. praw człowieka. W wielu sytuacjach doprowadzało to do konfliktu z tradycją i kulturą tamtych społeczeństw i było też powodem wzrostu korupcji. Chińczycy podchodzą do tego pragmatycznie, biznesowo – nie interesują ich jakieś mrzonki o prawach człowieka, demokracji, wolnościach (które przecież ‚przyjdą’ same w miarę jak kraje będą się rozwijały) a układają się z krajami afrykańskimi na zasadzie obustronnych korzyści. 

  • RSS