Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z okresu: 8.2011

To
co dzieje się w Chile warte jest bliższego przyjrzenia się. Po kilku dekadach
budowy systemu rynkowego, czego widocznym efektem jest ogólny wzrost dobrobytu ekonomicznego,
lepiej wykształcona i zdrowsza młoda generacja, nastroje społeczeństwa
chilijskiego zaczynają oscylować w kierunku bardziej lewicowym. W ostatnich
protestach studenci domagają się bezpłatnej edukacji, związki zawodowe walczą o
dodatkowe państwowe emerytury i rozszerzenie programów socjalnych państwa.

Chile
od 1985 roku doświadcza intensywnego wzrostu gospodarczego. PKB liczony siłą nabywczą
(czyli realny PKB) Chile wzrósł  z
60 697
mln dolarów w 1985 do 224 013 mln dolarów, czyli   3,7
razy, natomiast PKB na osobę wrósł z 5030 dolarów do 13 377 dolarów (czyli
ponad 2,5 krotnie). Wielkim natomiast problemem jest duża nierówność podziału
tego dochodu. Współczynnik Giniego w Chile jest bardzo wysoki, w 1988 roku był
równy 0,57, w 2004 0,55, ale w ostatnich latach obserwuje się wyraźną tendencje
spadkową, w 2010 roku był równy 0,52. Czym mniejsza jest wartość współczynnika
Giniego tym większe równomierność rozkładu dochodu; jeśli jest on równy zero to
mamy idealna równość. W Polsce wskaźnik Giniego jest równy 0,35 (w Niemczech
0,27, a w Danii 0,29). Ta nierównomierność dochodów wydaje się być dobrą
pożywką dla  populistycznych głosów
opozycji i łatwości akceptowania nawoływań do protestów.

Maciej Stasiński w komentując dwudniowy strajk
generalny w Chile napisał, że „
Kamieniem, który poruszył lawinę był sprzeciw studentów i
profesorów przeciw systemowi edukacji, który – spośród bodaj wszystkich znanych
w świecie – jest w najmniejszym stopniu finansowany przez państwo a w
największym przez samych obywateli, najsilniej opiera się na prywatnych
kapitale oraz najbardziej utrwala nierówności społeczne”.  Widać, że niedostatki edukacji ekonomicznej obserwujemy
nie tylko wśród studentów i profesorów chilijskich, ale także wśród redaktorów
polskiej prasy. Skąd państwo weźmie pieniądze by sfinansować edukację jak nie z
kieszeni obywateli? Edukacja będzie ‘bezpłatna’, szkoły będą publiczne, tylko, że
rodzice tychże studentów będą musieli zapłacić większe podatki, a w dłuższej
perspektywie Chile będzie się rozwijało znacznie wolniej. Jak pokazuje doświadczenie
wielu krajów, wzrostowi wydatków publicznych o 10% towarzyszy w długim okresie
spadek średniej stopy wzrostu o ok. 1%.  To pozornie tylko niewiele, po 50 latach 1%
spadek średniej stopy wzrostu skutkuje skumulowanym spadkiem dobrobytu  o 40%.

Historia lubi
się jednak powtarzać, czy zdarzy się to też w Chile? Ostatnie 150 lat pokazują,
że najpierw następuje kumulacja bogactwa dzięki ciężkiej pracy w systemie rynkowym,
potem przychodzą socjaliści, którzy mamią ludzi łatwym i lekkim życiem, roztrwaniają
to co poprzednie pokolenia wypracowały, doprowadzają do zubożenia, nie mając
innego wyboru ludzie znów zabierają się do ciężkiej pracy i uznają, że jednak liberalny
system sprzyja rozwojowi.

Czy nauczymy
się, że na prawdę ‘nie ma obiadu za darmo’?

Dotarla do mnie informacja o przeprowadzonym na zlecenie Związku Przedsiębiorców i Pracodawców (
http://www.zpp.net.pl/
) badaniu preferencji wyborczych polskich przedsiębiorców z sektora MSP. 
 Warto stale podkreślać, że małe i średnie firmy (MSP) stanowią 99,8% wszystkich firm w Polsce, tworzą ¾ miejsc pracy oraz wytwarzają ok. 67% PKB.

Badanie zostało przeprowadzone na zlecenie ZPP przez Dom Badawczy Maison w dniach 18-24 sierpnia 2011, na próbie 634 przedsiębiorców, techniką CAWI.

Trochę zaskakująca jest ogromna przewaga PO nad innymi ugrupowaniami (49% badanych zadeklarowało głosowanie na PO). W stosunku do powszechnych badań (publikowanych przez tzw. mass-media) bardzo małym poparciem  wśród przedsiębiorców cieszą się PiS (8%), SLD (6%) i PSL (2%). Niestety wszystkie inne partie ‚wrzucono do jednego worka’ i na te ‚inne partie’ glosować będzie chciało 14% badanych. Stosunkow dużo, bo 21% badanych’, zadeklarowało, że ‚nie zamierza głosować na żadną partię’. 

Cezary Kaźmierczak, Prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, komentując te wyniki powiedział: „Badanie zrobiliśmy z czystej ciekawości – bowiem nie popieramy, ani nie zwalczamy żadnej partii politycznej, ani nie uczestniczymy w kampanii wyborczej. Ich wyniki są o tyle  ciekawe i niespodziewane, że pokazują absolutną dominację PO wśród polskich przedsiębiorców. Wizerunek czyni cuda.”

Ja ze swej strony dodałbym: ‚na bezrybiu i rak ryba’. Wydaje się, że PO wybierano zasadzie mniejszego zła. 

A może by tak zrezygnować z usług polityków?

W
dzisiejszej Polityce Wawrzyniec
Smoczyński pisząc o kryzysie na Zachodzie zadaje pytanie  Ale kto zawinił?” Odpowiadając na to pytanie
można pisać wiele i bardzo szczegółowo (a w tych szczegółach można łatwo się zagubić).
Odpowiedź na to pytanie jest prosta (o czym pisałem jesienią 2008 roku): „Za
kryzys finansowy odpowiadają politycy i państwo
”. (Nawiasem mówiąc, opublikowania
tej notki odmówiły zarówno Gazeta Wyborcza jak i Rzeczpospolita
).

Praprzyczyną
kryzysu jest psucie pieniądza przez rządy i państwa. Szukającym odpowiedzi na
te i inne pytania związane z kryzysami i z pieniądzem polecam wydaną w 2010
roku doskonałą książkę Ferdinanda Lipsa Złoty
spisek
(wyd.
Wektory).  Lips wie co pisze, bo swoje zawodowe życie związał
z bankowością. Był współzałożycielem i dyrektorem
Rothschild Bank AG w Zurichu. W 1987 r.
otworzył swój własny bank (Bank Lips AG, także w Zurichu). Był członkiem rad
nadzorczych afrykańskich spółek wydobywczych. Jego wielką pasją 
była historia pieniądza, a o sobie zwykł
mówić ‘zatroskany obywatel świata’.

W Złotym spisku pisze: ‘Opierając się na pięćdziesięciu latach doświadczenia,
badaniu rynków i studiowaniu historii pieniądza, doszedłem do przekonania, że
zlikwidowanie dziewiętnastowiecznego standardu złota jest największą tragedią
wszechczasów. Spowodowało ono, że niemal od stu lat, świat funkcjonuje w
obrębie monetarnej ziemi niczyjej i może ostatecznie doprowadzić ludzkość do
całkowitej utraty wolności. Od tamtej pory większość ekonomistów ma klapki na
oczach.” 

W przedmowie do amerykańskiego
wydania jego książki, Lips zadaje pytanie szefom banków centralnych: „czy rzeczywiście
troszczą się państwo o to, co powinno być waszym pierwszym zadaniem, mianowicie
o ochronę siły nabywczej i integralności waluty swoich krajów? Czy naprawdę są
państwo uczciwi i dają z siebie wszystko, redukując rezerwy złota swojego kraju
tylko po to by lokować dochód w wierzytelnościach pieniężnych, które cierpią na
chroniczne suchoty i pewnego dnia przypuszczalnie nie będą mogły być zwrócone?”

Banki centralne są
instytucjami politycznymi, tyczy się to nawet tych uznawanych za najbardziej niezależne:
Deutsche Bundesbank i  
Die Schweizerische Nationalbank.

Ta polityczność banków
centralnych może być kluczem do odpowiedzi na postawione przez redaktora
Smoczyńskiego
pytanie.

W jednym z ostatnich wpisów wspomniałem o
artykule Andrzeja Szahaja pt. Posprzątać po neoliberaliźmie’. Tak jak mogłem
oczekiwać ładnie i kompetentnie odpowiedział na ten artykuł Witold Gadomski. Pofesor
Szahaj niestety niewiele zrozumiał z tego co próbował przekazać mu redaktor
Gadomski i odpowiedział w iście akademickim stylu. Andrzej Szahaj klasyfikuje i dzieli włos na
czworo, jak przystało na ‘prawdziwego profesora’. Według niego „neoliberalizm
nie jest tożsamy z liberalizmem jako takim. … Zrównywanie neoliberalizmu z
liberalizmem jako takim to zabieg ideologiczny, który ma doprowadzić do
zmonopolizowania myślenia o liberalizmie przez zwolenników tej jednej z jego
odmian.” Panie profesorze, już Szekspir zauważył:
"Czym
jest nazwa? To, co zowiem różą, Pod inną nazwą równie by pachniało."
Liberalizm
ma swoje jasno określone znaczenie (proponuję poczytać choćby Ludwiga von Misesa ‘Liberalizm
w tradycji klasycznej’). Może Pan nazywać idee „
wielkich filozofów amerykańskich XX wieku Johna
Deweya i Johna Rawlsa
” liberalnymi, ale to nie jest liberalizm w rozumieniu klasycznym (tu kłania się Szekspir). A uznanie, że (jak Pan pisze) „wybitni ekonomiści, laureaci Nagrody Nobla, jak
np. Gunnar Myrda
l, Amartya Sen czy Paul Krugman” mają cokolwiek wspólnego z
liberalizmem, tylko dlatego, że ‘
nie opowiadali się przecież przeciwko gospodarce rynkowej” jest już całkowitą pomyłką. Może Pan sobie uznawać, że „[n]eoliberalizm narodził się za sprawą Miltona
Friedmana, często też kojarzy się go z myśl
ą Augusta Friedricha von Hayeka” bo tak Panu jest
wygodniej ustawić sobie ‘chłopca do bicia’. Może też Pan w tym celu używać nośnych
i intencjonalnie obraźliwych określeń w stylu ‘fundamentalizm rynkowy’, czy (za
Grayem) ‘bolszewizm rynkowy’ i bałamucić czytelnika ładnie brzmiącymi sentencjami
w stylu „
Przeciwnicy
neoliberalizmu, do których się zaliczam, wcale nie muszą być przeciwnikami
wolnego rynku
”. Jakże
często słyszymy bałamutne ‘jestem za rynkiem, ale regulowanym, kontrolowanym,
ograniczonym, itp.’. Rynek  jest instytucją,
która umożliwia dokonywanie swobodnych transakcji pomiędzy dwiema stronami (ku ich obopólnym korzyściom), bez
jakiejkolwiek ingerencji czynników zewnętrznych (‘osób trzecich’). Jasne,
proste jak ‘konstrukcja cepa’. Może Pan to nazwać fundamentalizmem rynkowym,
ale Pan przecież doskonale wie, że jeśli w jakikolwiek sposób przyzwoli się na odstępstwa
(np. ‘uznając, że rynek musi być w jakiś sposób regulowany’) to bardzo szybko
dochodzi do zniszczenia rynku i jego patologii. To nie jest kwestia ‘fundamentalizmu
rynkowego’, by uznać, że „
rynek jest najlepszym sposobem koordynacji wszelkich relacji
społecznych
. Zapomniał Pan wiele lekcji z historii, kiedy to właśnie uznawano, że: „Umiarkowany zwolennik wolnego rynku sądzi , że są takie dziedziny życia społecznego, w których lepszym
koordynatorem owych działań jest np. państwo.
 Podaje
Pan przykłady „
służby zdrowia, transportu publicznego, gospodarki
przestrzennej, ochrony przyrody czy edukacji
. Proszę spojrzeć na te dziedziny obiektywnie (jak to powinien czynić
naukowiec). Czy uznaje Pan ich funkcjonowanie pod egidą państwa za zadowalające?
A niech Pan popatrzy na to co zostało odebrane państwu w ostatnich dziesięcioleciach
i funkcjonuje w znacznie większym stopniu w otoczeniu rynkowym (transport
lotniczy, telekomunikacja, przemysł hutniczy, w niektórych państwach górnictwo,
rolnictwo w Nowej Zelandii, itd.). Czy nie przyzna Pan, że dziedziny te maja się
znacznie lepiej niż było to 50 lat temu?

Przyznaje Pan (w duchu iście marksistowskim), że państwo jest zawsze czyjeś, tzn., że zawsze realizuje interesy jakiejś
klasy dominującej
. Liberalizm nie tak rozumie rolę państwa, i
choćby dlatego trudno nazwać to co wydarzyło się w ostatnich 30 latach, że
miało cokolwiek wspólnego z liberalizmem (czy jak Pan nazywa ‘państwem neoliberalnym’).
To jest nie jest liberalizm (neoliberalizm), to patologia.

Pisze Pan „państwo neoliberalne za pomocą swoich aparatów
propagandowych, jak np.
 telewizja (reklamy!), skutecznie wdrukowało w głowy obywateli – w
interesie wielkich korporacji – że tylko tyle są warci, ile posiadają. Biorąc
kredyty, rozpaczliwie próbowali realiz
ować konsumpcyjne wzory życia”. To jest właśnie patologia
(na styku państwo-wielki biznes), nie mająca nic wspólnego z liberalizmem i zasadami
rynkowymi. Sam Pan to przyznaje pisząc, że
dzisiejsi kapitaliści odeszli bardzo daleko od wzorów
życiowych XIX-wiecznych kapitalistów
. 

Długo byłoby pisać, ale całkowicie
myli się Pan pisząc, że jak „
pokazują doświadczenia krajów skandynawskich, Niemiec,
Austrii czy wreszcie nawet USA w latach 1945-75, najlepsze rezultaty osiągano
wtedy, gdy wolny rynek podlegał regulacjom państwa, w gospodarce występowały
różne formy własności, zaś podatki były wystarczająco wysokie, aby pokryć
potrzeby państwa opiekuńczego.
 To, że w tych krajach (podobnie zresztą w Polsce w ostatnich 20 latach) żyło
się coraz lepiej pod względem materialnym,  nie dokonywało się dzięki regulacjom
państwowym,  ale wręcz wbrew tym
regulacjom, dzięki wielkiemu uporowi prywatnych przedsiębiorców.


No i na koniec (by nie przedłużać tej wypowiedzi), czy Pan na
prawdę widzi to, że neoliberalizm (liberalizm) „to
ideologia, która próbuje zawładnąć naszym myśleniem
”? Ja widzę coś całkiem przeciwnego. Dzięki takim
intelektualistom  jak Pan, w mediach
widoczny jest wyraźny atak na zdrowe zasady liberalizmu, ‘mieszanie ludziom w
głowach’, obiecywanie ‘gruszek na wierzbie’ i mamienie mirażami dobrobytu bez ciężkiej,
solidnej i odpowiedzialnej pracy każdego człowieka.  

Państwo niczego nie produkuje i może dać ludziom
tylko tyle ile im zabierze (przy okazji marnotrawiąc bardzo dużo z tego zagrabionego).

Może Pan nazwać tego typu poglądy ‘fundamentalizmem rynkowym’,
będzie dla wielu ładnie brzmiało, ale konsekwencją odrzucenia ich może być bankructwo państwa i wielkie
zubożenie społeczeństwa. 

W dzisiejszej GW Józef
Halbersztadt, z Internet Society Polska i Jarosław Lipszyc, z fundacji Nowoczesna Polska
postulują ‚Żeby publiczne było publiczne‚. Święta racja, nie ma powodów by dane
i informacje, które uzyskane zostały w wyniku publicznego finasowania ich
zdobywania i prowadzenia badań nie były udostępniane wszystkim, którzy
chcieliby je poznać czy wykorzystać. Warto zauważyć, że postulat ten nie jest
nowym. Jednym z pierwszych którzy to proponowali (i dzięki któremu instytucje
publiczne zaczęły udostępniać swoje zasoby) był Hans Rosling (patrz np.
jego wykład z 2006 roku). A to, jak publiczne udostępnienie danych może
sprzyjać kreatywności i innowacyjności pokazał np. twórca Internetu,
Tim
Berners-Lee (patrz jego wykład
 w którym opisuje swoje marzenie o tym by nadszedł
dzień w którym wszystkie dane będą ogólnie dostępne). W obu wykładach można wybrać polskie napisy.


Jest jednak ‘łyżka dziegciu w beczce miodu’. Autorzy piszą, że "W Polsce brakuje niezależnego organu
inspekcyjnego nadzorującego kwestie dostępu do informacji. Brak też w
instytucjach publicznych osób odpowiedzialnych za postępowanie z wnioskami o
udostępnienie."
 Przez redakcję GW ten fragment uznany został za najważniejszy w
całym artykule bo wyeksponowała go w wyimku. W wersji drukowanej tego artykułu wyimek
umieszczony jest na środku strony i wydrukowany 
czerwono-czarną czcionką, kilkukrotnie większą niż tekst główny!


I to jest dla
mnie najbardziej zastanawiające – skądinąd światłym ludziom nie przychodzi do głowy
nic innego by rozwiązać pojawiający się społeczny problem w inny sposób niż poprzez 
powołanie kolejnej agencji rządowej
finansowanej z pieniędzy publicznych!


Ludzie
opamiętajcie się!
Jeżeli już państwo jest prawodawcą to wystarczy przecież
tylko jedno zdanie w odpowiedniej ustawie o konieczności udostępniania danych.
Gdyby jakaś instytucja nie chciała udostępnić tych danych to wyrok
odpowiedniego sądu (i nałożona kara)  
stanowiłby
precedens i dostateczną nauczkę dla innych. Na prawdę do rozwiązania problemów społecznych
nie 
jest potrzebna wielka armia urzędników i rozbudowywana administracja państwowa.


Warunkiem konicznym
jest naturalnie to by sądy pracowały dobrze i wydawały sprawiedliwe wyroki. Z tym wiadomo jest różnie, sądy
państwowe funkcjonują wręcz fatalnie. Czy nie czas na to by je sprywatyzować?
Zauważmy, że coraz częściej  spierające
się strony odwołują się do wyroków prywatnych agencji arbitrażowych, bo wiedzą, że roztrzygnięcie sporu będzie szybsze i sprawiedliwe (obie strony zaakceptują je).

Świat
staje na głowie. A to słyszymy od szanownego uniwersyteckiego profesora Andrzeja
Szahaja zalecenie by ‘Posprzątać po neoliberaliźmie’, a to z ust uznanego międzynarodowego intelektualisty Benjamina Barbera słyszymy by ‘ocalić
państwo opiekuńcze
’, a to jeden z najbogatszych ludzi na świecie Warren Buffet
nawołuje by podnieść podatki dla
najzamożniejszych Amerykanów
.

Kiedy natomiast czyta się tzw. BizAutorytety to bardzo często włos się jeży na głowie, jak wiele niedorzeczności (choć trzeba
przyznać ‘ładnie opakowanych’ i może dzięki temu tak ochoczo podłapywanych przez
dziennikarzy) potrafią wypowiedzieć ekonomiści, intelektualiści, ….

Co w tej sytuacji może zrobić tzw.
zwykły człowiek. Ano przyznać, że na bolączki tego świata jedynym rozwiązaniem
jest jeszcze potężniejszy rząd, a najlepiej superrząd, taki np. jaki proponują kanclerz
Merkel  i prezydent Sarkozy, rząd europejski
którego szefem miałby zostać ‘wielce charyzmatyczny’,  przewodniczący Rady Europejskiej Herman Van Rompuy
.

Świat
staje na głowie.

W połowie lipca Tatu Westling z
Uniwersytetu w Helsinkach opublikował artykuł pod znamiennym w tytułem ‘Male Organ and Economic Growth: Does Size Matter?’ (czyli: ‘Organ męski
a wzrost gospodarczy: czy rozmiar ma znaczenie?’
, dostępny tutaj lub tutaj). Pierwsze wrażenie? Żart,
kpina, kandydat do IgNobla z ekonomii? 

Z metodologicznego punktu widzenia
artykuł ma wszelkie cechy dobrej naukowej roboty. Podejście typowe dla
ekonometrycznego, mainstreamowego nurtu badawczego. Tak jak w wielu tego typu
badaniach, Westling zastanawia się nad czynnikami wpływającymi na szybkość
wzrostu gospodarczego. Przypomina, że np.  z badań jakie przeprowadził Robert Barro, jeden
z najbardziej wpływowych współczesnych ekonomistów, wynika, iż wydatki rządowe i niestabilności polityczne hamują rozwój gospodarczy. Podobnie, powołując się na wiele poważnych publikacji naukowych, zauważa,
że zastanawiając się nad
rolą instytucji
politycznych Helliwell (1994) dochodzi do wniosku, że
​​demokracja nie wydaje się być odpowiedzialną za szybszy wzrost gospodarczy, ale jest związana z wyższym
poziomem PKB.
 Natomiast Jones & Schneider (2006) pokazują, że IQ może wyjaśnić zróżnicowanie
w poziomie PKB w różnych krajach.
 Stosując zatem podobne
podejście, Westling  przyjmuje za cel
swojej pracy zbadanie, czy istnieje jakaś relacja pomiędzy rozwojem
gospodarczym różnych społeczeństw a wielkością ‘męskiego organu w stanie
erekcji’.  
Wykazując się rzetelnością badawczą stwierdza, że na
tym etapie badawczym „o dokładnej przyczynowości można tylko spekulować, ale
korelacje są przekonywujące”.

Wykorzystane przez
autora dane statystyczne dotyczące rozwoju gospodarczego to solidne i powszechne
stosowane dane  odnoszące się do 121
krajów w latach 1960-1985, wykorzystywane np. w badaniach nad rozwojem gospodarczym
przez Mankiw-Romera-Weila, 1992;. Summers i Heston’a, 1988; Barro, 1991.
Natomiast dane dotyczące rozmiaru męskiego organu są też powszechnie dostępne, np.
na  stronie
http://www.everyoneweb.com/worldpenissize/
.
Z danych tych wynika, że rozmiar męskiego organu różni się niekiedy dosyć
znacznie w poszczególnych krajach (np. w Korei Południowej średni rozmiar tego
organu jest równy 9,66 cm, a w Zairze [obecnie Demokratyczna
 Republika Konga] 17,93 cm); średnia w skali całego
świata wynosi 14,5 cm. Ze względu na różnice w danych dotyczących rozwoju gospodarczego
i rozmiaru ‘organów męskich’, autor zmuszony był ograniczyć się do podzbioru odnoszącego
się do 76 krajów.
 W swoich badaniach autor korzysta ze znanego powszechnie modelu Solowa,
oczywiście uzupełnionego o dodatkową zmienną jaką jest ‘rozmiar męskiego organu’.

Najważniejsze
wyniki badawcze przedstawione przez Westlinga są następujące:

1. Zależność pomiędzy poziomem PKB w 1985 roku a rozmiarem ‘narządu męskiego’
przypomina odwróconą literę U (patrz rysunek poniżej). Najwyższy poziom PKB doświadczają
społeczności w których średnia wielkość męskiego
organu jest równy ok. 13,5 cm.
 Długość penisa wyjaśnia w ponad 15% zróżnicowanie PKB między badanymi
krajami, a wyniki są zasadne na 1% poziomie ufności.

 

 2. Średni wzrost gospodarczy w latach 1960-85 jest ujemnie skorelowany z
rozmiarem narządów męskich (patrz rysunek poniżej). Wzrost o centymetr w wymiarze
fizycznym narządu męskiego związany jest ze zmniejszenia wzrostu PKB o 5% do 7%
w latach 1960 i 1985.
 Ponadto godne uwagi jest to, że
męski organ może wyjaśnić w 20% zróżnicowanie tempa wzrostu PKB w latach
1960-1985.
 Wynikiem bezspornym, w granicach błędu
statystycznego, jest to, że
męski organ jest silniej skorelowany ze wzrostem PKB niż, uwzględniane
w modelu, instytucje polityczne.
 

 

 Autor uczciwie przyznaje, że przyczynowo-skutkowa analiza wpływu
analizowanych zmiennych jest konieczna. W jednym z podrozdziałów przedstawia on
trzy osobiste spekulacje na ten temat. W kilku miejscach stosuje nawet formalną
analizę takiego wpływu.  
 

W konkluzji, jak
na dojrzałego badacza przystało, stwierdza, że dalsze badania nad zarysowanym problemem
są pożądane, a nawet konieczne. Jest to potrzebne zarówno ze wglądów na potencjalne
możliwości predykcyjne, jak również możliwy wpływ na politykę gospodarczą.


  • RSS