Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z okresu: 11.2011

Co rusz to w popularnych gazetach, programach publicystycznych w telewizji czy radiu słychać niemalże jednobrzmiącą diagnozę: za wszystkie obecne kłopoty, za kryzys ostatnich lat odpowiedzialny jest neoliberalizm. Nie sposób odpowiadać  na te liczne nieporozumienia. Gorsze jednak, że w podobnym duchu publikowane są artykuły w wielu polskich czasopismach naukowych. W Ekonomiście, jednym z najbardziej znanych polskich czasopism, w ostatnim czasie ukazało się też kilka takich artykułów. Kiedy przeczytałem np. Jerzego Żyżyńskiego ‘Neoliberalizm jako strukturalna przyczyna kryzysu a poszukiwanie dróg naprawy’ (tutaj inna wypowiedź prof. Żyżyńskego, utrzymana w podobnym duchu), Grzegorza W. Kołodko ‘Neoliberalizm i światowy kryzys gospodarczy’ (a tutaj inna wypowiedź prof. Kołodki), czy rozmowę ze Zdzisławem Sadowskim ‘Ekonomia w ujęciach neoliberalizmu’, to za każdym razem miałem ogromną ochotę odpowiedzieć Panom profesorom ekonomistom. Potem, w natłoku innych (ciekawszych) zajęć, kiedy dochodziło do tego jeszcze zwątpienie typu ‘czy cokolwiek to zmieni?’, odkładałem ten zamiar ad Kalendas Graecas.

Kiedy jednak będąc w Krakowie na uroczystościach z okazji jubileuszu 90. rocznicy założenia Towarzystwa Ekonomicznego w Krakowie oraz 65-lecia Oddziału Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego w Krakowie wysłuchałem debaty pt. Wielki kryzys jako bilans otwarcia XXI wieku. Próba holistycznej interpretacji w której sześciu znanych polskich osobistości (w tym pięciu profesorów ekonomii) w jednym tonie, niemalże waląc w jeden bęben, oskarżali kapitalizm, rynek i neoliberalizm (odmieniane przez wszystkie przypadki) za obecny kryzys, nie wytrzymałem i zabrałem głos w dyskusji. Organizatorzy poprosili mnie bym przesłał te swoje uwagi na piśmie to umieszczą je w publikacji po tym jubileuszu. Zmobilizowałem się i uczyniłem to. Wypowiedź jest krótka, z pewnością za krótka, ale może na początek niech to wystarczy.

Problem, który cały czas mnie nurtuje, to jak zmagać się z tego rodzaju wypaczeniami, nieporozumieniami, a często przekłamaniami? Jakimi sposobami już nawet nie przekonać wypowiadających się w podobnym duchu (bo to chyba nie jest możliwe), ale w jaki sposób przekonać czytelników i słuchaczy by czytali i słuchali tego rodzaju opinie z  dużą dozą krytycyzmu, w jaki sposób wyczulić ich na nieprawdziwość takich wypowiedzi?

Rządy, jak zwykle, najpierw kreują problem a potem z tym problemem usilnie walczą (najczęściej ogłaszając wojnę z …).  Tak było, jest, i z pewnością będzie jeszcze długo, z inflacją, bezrobociem, biedą, katastrofalną opieką zdrowotna, fatalnym szkolnictwem, itd. Teraz w centrum uwagi jest walka z deficytem i z długiem. Polski rząd nie jest tutaj wyjątkiem, widząc co się dzieje ze świnkami (PIGS) i będąc świadomym tego, że niewiele nam brakuje do tego by znaleźć się w podobnej sytuacji, premier Tusk i jego ministrowie zaczynają  usilnie (za późnio!) walczyć z deficytem i szybko rosnącym zadłużeniem. Deficyt można zmniejszyć (a istocie powinno chodzić o to by go zlikwidować) poprzez zmniejszenie wydatków i zwiększenie przychodów. Demokratyczny system wyborczy  nie sprzyja cięciom wydatków (bo przecież straciłoby się ‘głosy wyborców’, a do tego dochodzi trudność związana z tzw. sztywnymi wydatkami budżetowymi, które w Polsce to ok. 70% tychże wydatków). Łatwiej rządowi zmniejszyć deficyt poprzez wzrost obciążenia daninami, i głównie tę drogę zapowiedział też kilka dni temu premier Tusk w swoim expose. W logice polityków, i doradzających rządowi ekonomistów, nie mieści się to, że można zwiększyć przychody obniżając obciążenia daninami (np. obniżając podatki). Przykłady tego pozornie nielogicznego kroku można mnożyć, od XIX wiecznej Wielkiej Brytanii, która obniżając cła sprzyjała rozwojowi handlu, rozwojowi gospodarki i zwiększała dochody państwa, do współczesnej Irlandii, która w fazie najgłębszego kryzysu zmniejszyła obciążenia podatkowe i dzięki temu powoli zaczyna wychodzić z zapaści gospodarczej.

Jednym ze sposobów tego ‘skubania obywateli’, zapowiedzianych przez premiera Tuska, jest podniesienie o 2 punkty procentowe składki rentowej płaconej przez pracodawców. To ociera się o skandal! Zamiast sprzyjać rozwojowi przedsiębiorstw (zwłaszcza małym i średnim) poprzez zmniejszenie tzw. klina podatkowego i ułatwienia prowadzenia przedsiębiorstw (zwłaszcza zmniejszenia obciążeń biurokratycznych wymuszanych tysiącami zarządzeń i radykalnego zmniejszenia przeogromnej liczby kontroli) rząd zwiększa obowiązki sprawozdawcze przedsiębiorstw i  obciążenia fiskalne.

Sprzyjać rozwojowi przedsiębiorczości można naprawdę szybko i prosto, w istocie jedną ustawą odwołującą wszelkie inne ustawy ograniczające swobodę gospodarowania i jednocześnie pozwalającą na poprowadzenie działalnością przedsiębiorczej na zasadzie ‘wszystko co nie jest prawem zabronione jest dozwolone’   (tak jak to uczyniono w 1988 roku tzw. Ustawą Wilczka).

A jak liczne i jak wielkie są obciążenia działalności przedsiębiorczej od tej jednej, fiskalnej strony, koniecznych państwowych danin, obrazuje rysunek zamieszczony we wczorajszej Wyborczej:

 

Pracodawca i pracownik płacą ubezpieczenie emerytalne i rentowe; pracownik płaci ubezpieczanie zdrowotne i chorobowe, oraz przedpłatę na podatek PIT, a pracodawca dodatkowo ubezpieczenie  wypadkowe, składkę na Fundusz Pracy i składkę na Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych.

W sumie jeśli średnia pensja brutto wynosi 3500 zł to pracodawca dokłada to tego ok. 650 zł, a pracownikowi państwo zabiera ok. 750 zł w postaci różnych składek, plus zaliczka na PIT w kwocie 240 zł (co wydaje mi się zaniżoną wartości bo PIT, nawet ten o najniższej stawce, jest kwotowo wyższy?).

Dobrze, przyjmijmy, że na państwo (w sumie darmozjada) musimy zapłacić te 243 zł (by starczyło im na zapewnienie tych podstawowych, jak to mówią ekonomiści, dóbr publicznych), ale kwota ok. 1400 zł jest porażająca. Śmiem twierdzić, że gdyby pracownik faktycznie zarabiał 4100 zł, to nawet gdyby zostawił sobie do dyspozycji bieżącej te 2500 zł a 1400 zł wydał na prywatne ubezpieczenie (zdrowotne, emerytalne, wypadkowe, …) to uzyskiwałby znacznie lepsze świadczenia, z których byłby znacznie bardziej zadowolony, a przede wszystkim wiedziałby za co płaci i nie musiałby się zastanawiać np. idąc do lekarza, czy nie powinien dać temu lekarzowi jakiejś ‘kopertówki’, a urzędnikowi wydającemu jakiś głupawy świstek z ‘pozwoleniem na coś tam’ nie dać pod biurkiem kawy czy bombonierki. (Zawsze kiedy myślę  o bombonierce dawanej przez petentów urzędnikom to zastanawiam się kiedy dojdzie do ostateczności i petenci będą podkładać bomb(oniery) pod urzędy?)

Przepytano mnie na okoliczność więc odpowiedzialem.

Dodam tylko, że ‚ręczne sterownanie’ przynosi opłakane efekty w każdej sferze życia gospodarczego.

Politykom i rządom należy wreszcie odpowiedzieć tak jak odpowiedział jeden z kupców francuskich Thomas Le Gendre (1638-1706) ówczesnemu ministrowi finansów Jean Baptiste Colbert’owi na jego pytanie ‚W czym możemy wam pomóc?’:

Laissez-nouns faire (zostaw nas w spokoju; dajcie nam swobodę działania i ruchu).

Śpieszę donieść, że Cato Institute zainicjował właśnie działanie  nowej strony Libertarianism.org. Jak mogę sądzić, tak po pierwszym jej przeglądnięciu, strona będzie bardzo pożyteczna dla ludzi pragnących poznać co to  jest liberalizm, libertarianizm, poznać historię libertarianizmu. Ogromną zaletą jest też spora liczba filmów (która jak myślę będzie stale się powiększała), wiele z nich nigdy nie było wcześniej publikowane, m. in. wykłady Murraya Rothbarda, F.A. Hayeka, Miltona Friedmana.

Liczba stron poświęconych ideom liberalnym wzrasta systematycznie. Chciałbym wierzyć, że związane jest to z rosnącym zainteresowaniem liberalizmem, libertarianizmem. Linki do niektórych z nich umieściłem na swojej stronie internetowej: tu angielskie a tu polskie.

Życzę miłej lektury!

P.S. Co zastanawia to, że wśród myślicieli uznanych za libertarian (tutaj) nie umieszczono Ludwiga von Misesa! Jest Rothbard, ale Misesa nie ma!

P.S.S. Twórcy strony, jakby słyszeli moje utyskiwanie i notka (ale bardzo krótka) o Misesie ukazała się po kilku godzinach od powyższego wpisu (akurat obok ‚demo- socio- liberała’ Johna Stuarta Milla, no, ale tak wypadło alfabetycznie).
Big Brother is watching you! (?)

P.S.S.S. A propos ”śpieszę donieść”, już po napisaniu tej notatki przypomniało mi się stare powiedzenie mojego kolegi ze szkoły  średniej (a były to lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku): „wszystkie kury niosły, a jedna donosiła”.

„Cóż tam, panie, w polityce?
Chińczyki trzymają się mocno!?”

Warto przyjrzeć się poniższej mapie (większa mapa po kliknięciu na nią).
Obrazuje ona różnicę pomiędzy wartością rezerw walutowych i wartością rezerw złota a wielkością zadłużenia zagranicznego poszczególnych państw (na podstawie danych  CIA Factbook z 2010 r.).
Czy można się dziwić, że świat wpatrzony jest w to co zrobią Chińczycy?
Czy Chiny uratują Europę i USA?
Czy może pokażą Kozakiewicza gest?

Czerwony kolor ma też znaczenie symboliczne. Socjalizacja USA i Europy postępuje w zastraszajacym tempie.

Gdy trwoga to … do rynku. Włochy będące na skraju bankructwa zmuszane są do wprowadzenia zmian prorynkowych (choć daleko im do tego czego by można oczekiwać – oparcia gospodarki włoskiej na pełnych zasadach rynkowych). Wymuszone przez UE reformy obejmują np. poniesienie wieku emerytalnego do 67 lat do 2026 r. (obecnie to 60 lat dla Włoszek i 65 lat dla Włochów), ułatwienia w zatrudnianiu młodych, ulgi podatkowe za tworzenie miejsc pracy w regionach o największym bezrobociu, ułatwienia w zwolnieniach grupowych, zezwolenie na nieograniczony handel w niedzielę, „uwolnienie” zamkniętych zawodów (m.in. prawnicy, dentyści etc.), zniesienie stawki minimalnej np. za usługi notarialne, by pobudzić konkurencję, oraz (odkrycie sezonu!) radykalne uproszczenie biurokracji nękającej biznes. Dopełnieniem tego ma być zredukowanie wydatków budżetowych do 2013 roku o ok. 58 mld euro (a obecny włoski dług publiczny to blisko 120 proc. PKB).

Ciekawe, że wymuszenie na Włochach tego typu działań dokonywane jest przez polityków, którzy w swoich krajach bardzo niechętnie czynią to co zalecają innym (to się nazywa hipokryzja? Myślę, że mocniejsze określenia byłyby tu bardziej na miejscu).

W przedrukowanym za Forbesem artykule na Onecie możemy przeczytać: „Bez większego rozgłosu prywatne sieci przełamują monopol publicznych szpitali na rynku usług kardiologii inwazyjnej, w całości finansowanych z NFZ. Nie ma ani głodówek lekarzy, ani okupacji Sejmu przez strajkujące pielęgniarki, ani ataków PiS na rząd, że prywatyzuje służbę zdrowia. W ciągu czterech lat firmy założone przez kardiologów i kardiochirurgów opanowały blisko połowę tego rynku.”

Może to jest jedyny sposób na urynkowienie służby zdrowia, oddolnie i ‘po cichu’, bo na to, że cokolwiek sensownego zaproponowane zostanie przez ministerstwo zdrowia nie mamy co liczyć. Tylko proszę mi nie mówić (bo już słyszę takie głosy), że taka prywatyzacja dokonuje się w tych najbardziej intratnych usługach ochrony zdrowia. Sektor prywatny jest w stanie zapewnić ochronę zdrowia znacznie lepiej i taniej we wszystkich usługach (tylko pozwólmy mu to zrobić).

Warto przeczytać cały ten artykuł, polecam. Tutaj jedynie zacytuje krótkie fragmenty:

„Prywatne firmy efektywniej gospodarowały pieniędzmi z NFZ, a z wypracowywanych nadwyżek mogły finansować rozwój” (to jest typowe w prywatnym biznesie – wbrew powszechnemu oidczuciu, to co przedsiębiorca zarobi nie przejada  natychmiast, tylko inwestuje w dalszy rozwój. Na konsumpcje przyjedzie czas pózniej, podobnie na działania filantropijne i charytatywne.)

„Oszczędności były takie jak zwykle: na energii, redukcji o połowę personelu pomocniczego (salowe, pielęgniarki), a także lepszym zarządzaniu czasem lekarzy. Do tego doszły oszczędności przy zakupach sprzętu. Prywatne firmy kupowały go średnio o 30 proc. taniej niż publiczne szpitale. Nie miały związanych rąk ustawą o zamówieniach publicznych, nie musiały brać najtańszego sprzętu albo takiego pod specyfikacje, dla którego ustawione zostały warunki przetargu. Za tym szła też zmiana jakościowa.”

Efekt tej prywatyzacji: „W ciągu dekady śmiertelność w zawałach spadła z 30 do 3 procent. Stało się to głównie za sprawą właśnie prywatnych sieci, które dzięki swoim inwestycjom zwiększyły dostępność procedur ratujących życie …”

Niezależnie od pytania, odpowiedzią, jest zawsze kapitalizm i rynek.
(i proszę mnie nie wyzywać od fundamentalistów rynkowych!)

Okazuje się, że tak przestrzegający prawa Szwajcarzy w obliczu presji rynku zapominają o swoje cnocie (co nie znaczy, że rynek jest zły, to prawo jest bzdurne). Ale nie ma się co dziwić.  Jeśli można kupić mięso cztery razy taniej w Niemczech to pokusa jest wielka.

Mam propozycję – niech Szwajcarzy pogadają z Polakami, którzy mają bogate doświadczenie w szmuglowaniu rąbanki w Generalnej Guberni czy tzw. ‘turystycznego handlu’ za czasów PRLu.

W zachowaniu Szwajcarów ciekawe są też dwie rzeczy. Szwajcarscy hodowcy nie winią za całe zamieszanie regulacji rządowych tylko „apelują o patriotyzm”, a „rzeźnie proszą rząd, by pomógł sprzedać mięso do Chin lub Wietnamu”. Politycy, jak zwykle, maja jedną odpowiedź: „Zakażmy w ogóle wwożenia mięsa do Szwajcarii i zaostrzmy kontrole na granicach. A złapani z mięsem w bagażniku muszą być surowo karani”. Zamordyzm zawsze jest jakimś wyjściem. Tylko niech ci politycy pamiętają lekcję historii; o tym jak zwykle zamordyzm się kończy.


  • RSS