Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z okresu: 12.2011

W przedświątecznym ‘Piśmie Osiedlowym – Pawłowice’ przeczytałem ‘Felieton o liberalizmie i Bożym Narodzeniu’. ‘Scholastyk’, który podpisał się pod felietonem, napisał m.in.: „Wolność, jak wiemy, to główne hasło wszystkich odmian liberalizmu. A że Kościołowi było zawsze nie po drodze z filozofami liberalizmu, zwłaszcza dlatego, że środka do celu, do czegoś większego, zrobiono z wolności cel …”.  Dalej ‘Scholastyk’ pisze jeszcze ‚ciekawsze’ rzeczy: „A jednak … to bliższa ciągle jest Polakom nauka Kościoła, że nie każde pojęcie wolności jest dobre i tak np. pełna wolność na wolnym rynku np. miedzy kapitalistą a robotnikiem, wspomniana w encyklice Leona XIII „Rerum novarum” może być zwyczajną niemoralną krzywdą i przeciw tej wolności krzyczy sprawiedliwość. Dlatego Kościół w walce z liberalizmem zawsze uczył, że wolność jednostki kończy się  tam, gdzie zagrożona jest wolność drugiego czy dobro wspólne, a prawa są ściśle związane z obowiązkami.”

Kiedy czytałem ten felieton (a zwłaszcza to o ‘walce Kościoła z liberalizmem’) przypomniało mi się zdarzenie sprzed wielu, wielu lat, kiedy to po kolędzie zawitał do nas proboszcz parafii na Osiedlu Kiełczowskim we Wrocławiu (gdzie wówczas zamieszkaliśmy). Po modlitwie siedliśmy przy stole i zaczęła się miła rozmowa, najpierw na tematy ogólne, potem o rodzinie i w którymś momencie rozmowa zeszła na tematy zawodowe. Proboszcz zapytał się czym się  zajmujemy, gdzie pracujemy? Rozmowa przebiegała bardzo przyjemnie do momentu, kiedy powiedziałem,  że zajmuję się także ekonomią i, że bliski mi jest wolny rynek i liberalizm. Kiedy stwierdziłem, że jestem zadeklarowanym liberałem, a liberalizm klasyczny, wigowski jest mi najbliższy, w proboszcza jakby piorun strzelił, popatrzył na mnie jak na antychrysta i (dosłownie) wybiegł z naszego mieszkania. Do tego stopnia stracił kontrolę nad swoim zachowaniem, że zapomniał wziąć biretu i potem musieliśmy go szukać w innych mieszkaniach by mu go oddać.

Przyznam się, że nie wiem skąd bierze się ta wrogość przedstawicieli Kościoła wobec liberalizmu. Liberalizm nie przeciwstawia się doktrynie Kościoła, zwraca jedynie uwagę, że nauczanie Kościoła i nauczanie liberalizmu dotyczą dwóch odrębnych sfer życia. Kościół troszczy się o sferę ducha a liberalizm o sferę materialnego dobrobytu, która jest w dłuższej perespektywie podstawą realizacji tego co duchowe. Jak to ujął Ludwig von Mises w napisanym w 1927 roku Liberalizm w klasycznej tradycji: „Liberalizm jest doktryną dotyczącą całkowicie wzajemnego postępowania ludzi w stosunku do siebie w tym świecie. W końcowej analizie, liberalizm nie ma nic innego na widoku, ale tylko postęp ludzi w ich zewnętrznym materialnym dobrobycie, i nie interesuje się bezpośrednio ich wewnętrznymi, duchowymi i metafizycznymi potrzebami. Liberalizm nie przyrzeka ludziom szczęśliwości i zadowolenia, ale tylko możliwie najobfitsze zaspokojenie tych pragnień, które mogą być zaspokojone rzeczami zewnętrznego świata.

Liberalizmowi często zarzuca się jego chętne czysto zewnętrzne i materialne ustosunkowanie się do tego co ziemskie i przejściowe. Życie człowieka, mówiono, nie składa się z jedzenia i picia. Istnieją wyższe i ważniejsze potrzeby niż żywność i napoje, schron przed pogodą i ubrania. Nawet największe ziemskie bogactwa nie mogą dać człowiekowi szczęścia; pozostawiają jego wewnętrzne duchowe życie, jego duszę, niezadowoloną i pustą. Najważniejszym błędem liberalizmu było, że nic nie miał do oferowania człowiekowi i jego głębszym i szlachetniejszym aspiracjom.

Ale krytycy, którzy wypowiadają się w takim nastawieniu pokazują tylko, że mają bardzo wadliwe i materialistyczne pojęcie tych wyższych i szlachetniejszych potrzeb. Społeczna polityka, ze środkami do jej dyspozycji, może uczynić ludzi bogatymi lub ubogimi, ale nigdy nie może zdołać uczynić ich szczęśliwymi lub zadowolić ich najgłębsze pragnienia. Tutaj wszystkie zewnętrzne usiłowania zawodzą. Wszystko co może społeczna polityka to usunąć zewnętrze przyczyny bólu i cierpień; może sprzyjać systemowi który nakarmi głodnych, ubierze potrzebujących odzienia, i da mieszkanie bezdomnym. Szczęście i zadowolenie z losu nie zależy od żywności, odzienia, i mieszkania, ale, przede wszystkim, od wewnętrznych myśli i marzeń człowieka. … Liberaliści pragną produkować tylko zewnętrzny dobrobyt, ponieważ zdają sobie sprawę z tego, że inne, duchowe bogactwa nie mogą przyjść do człowieka z zewnątrz, ale od wnętrza jego własnego serca. Liberalizm nie dąży do tworzenia niczego innego, ale tylko zewnętrzne konieczne warunki do wewnętrznego życia. I nie może być najmniejszej wątpliwości, że względnie zamożny człowiek XX-go wieku może łatwiej zadowolić swoje duchowe potrzeby, niż powiedzmy, człowiek X-go wieku, który nie miał wytchnienia od troski o wypracowanie żywności zaledwie wystarczającej na przeżycie lub zabezpieczenie od niebezpieczeństw, które groziły mu od jego nieprzyjaciół.”

Wracając do felietonu ‘Scholastyka’ można powiedzieć,  że reprezentuje on typową postawę niezrozumienia istoty liberalizmu. Po pierwsze nieprawdą jest, że ‘Kościołowi było zawsze nie po drodze z filozofami liberalizmu’. Prawda historyczna jest taka, że to ‘filozofowie kościoła’ położyli podwaliny pod współczesny liberalizm. Późnośredniowieczni scholastycy analizując proces gospodarczy wyrażali opinie jako żywo przypominające współczesne poglądy rynkowe i liberalne. Dlatego często nazywa się ich protoaustriaklami (poprzednikami szkoły austriackiej w ekonomii). By się zbytnio na ten temat nie rozpisywać polecam poczytanie książek Alejandro Antonio Chafuena Chrześcijanie za wolnością. Ekonomia późnoischolastyczna oraz Wiara i wolność. Myśl ekonomiczna późnych scholastyków (jest to w istocie jedna książka wydana pod dwoma tytułami). Warto też przeczytać Murraya Rothbarda Economic Thought Before Adam Smith: An Austrian Perspective on the History of Economic Thought, Volume I, a zwłaszcza Rozdział 4 pt. ‘The late Spanish scholastics’ oraz Rozdział 3 ‘From Middle Ages to Renaissance’.  Myśliciele późnoscholastyczni (w tym także św. Tomasz z Akwinu) nie widzieli żadnej sprzeczności pomiędzy wolnością gospodarczą a doktryną Kościoła.

Nieprawdą jest też to co twierdzi felietonista-scholastyk, że liberałowie uznali, wolność za cel, a nie środek do celu. Wystarczy zainteresować się podstawami ekonomii liberalnej a wtedy takich niedorzeczności nie będzie się pisało.

Proponuję też ‘Scholastykowi’ dokładniej przeczytać encyklikę Leona XII z 1891 roku. W Rerum novarum Papież nie pisze o złej wolności wyznaczającej relacje pomiędzy kapitalistą i robotnikiem. Wprawdzie znajdujemy w Rerum novarum następujący fragment: „Chociaż więc pracownik i pracodawca wolną z sobą zawrą umowę, a w szczególności ugodzą się co do wysokości płacy, mimo to jednak ponad ich wolą zawsze pozostanie do spełniania prawo sprawiedliwości naturalnej, ważniejsze i dawniejsze od wolnej woli układających się stron, które powiada, że płaca winna pracownikowi rządnemu i uczciwemu wystarczyć na utrzymanie życia. Jeśli zatem pracownik zmuszony koniecznością, albo skłoniony strachem przed gorszym nieszczęściem, przyjmuje niekorzystne dla siebie warunki, które zresztą przyjmuje tylko pod przymusem, ponieważ mu je narzuca właściciel warsztatu lub w ogóle pracodawca, wtedy dokonuje się gwałt, przeciw któremu głos podnosi sprawiedliwość.”, to jednak nie odnosi się to do sytuacji wolności, swobody zawierania umów (papież mówi o przymusie) a po drugie także liberałowie zwracają uwagę, że nadrzędnym jest prawo naturalne (‘prawo sprawiedliwości naturalnej’).

Podobnie chybiony jest argument ‘Scholastyka’, że liberalizm nie uczy, że granica wolności jednostki wyznaczona jest zagrożeniem wolności innych. Toż to liberałowie powtarzają od dawane i aż do znudzenia, że granicą mojej wolności jest wolność innych. To przesłanie zawarte jest też w tradycyjnej ‘Złotej zasadzie’, która trafnie ujął Immanuel Kant w 1785 roku (a którą przyjęło wielu liberałów, m.in. Friedrich von Hayek): „postępuj według takiej zasady, którą mógłbyś chcieć uczynić prawem powszechnym”.

W dyskusji z Kościołem proponuję postawę bliską klasycznemu liberalizmowi: szukajmy punktów wspólnych w naszych poglądach, pamiętając o różnicach nie czyńmy z nich czegoś co uniemożliwia dialog, bo przecież każdemu z nas chodzi o to by żyjącemu na tym padole człowiekowi było z dnia na dzień coraz lepiej (patrz np. Thomas E. Woods,  Kościół a wolny rynek. Katolicka obrona wolnej gospodarki). Taką postawę przyjąłem kiedy w 2005 roku poproszono mnie o to bym powiedział coś na temat ‘Kapitalizm i rynek w encyklice Centesimus annus’, czy ostatnio na konferencji ‘Rynek-Demokracja-Kościół’, gdzie mówiłem o ‘Kapitalizm i rynek w encyklikach społecznych’.

Dla zbliżenia stanowiska Kościoła oraz ekonomii liberalnej ważnym wydaję się przesłanie zawarte w Centesimus annus, gdzie Jan Paweł II potwierdza wyraźnie, że „Kościół nie proponuje żadnych modeli. Realne i naprawdę skuteczne modele mogą się zrodzić jedynie w ramach różnych historycznych sytuacji, dzięki wysiłkowi tych wszystkich, którzy w sposób odpowiedzialny podejmują konkretne problemy we wszystkich ich aspektach społecznych, gospodarczych, politycznych i kulturalnych, zazębiających się ze sobą. Temu wysiłkowi Kościół ofiarowuje, jako niezbędną ideę przewodnią, swoją naukę społeczną, która … uznaje pozytywny charakter rynku i przedsiębiorstwa, ale jednocześnie wskazuje, że muszą być one nastawione na dobro wspólne.”

W poniedziałek byłem na spotkaniu z Václavem Kalusem, prezydentem Czech, ale też profesorem ekonomii, który przyjechał do Wrocławia z okazji wydania polskiego tłumaczenia jego książki ‘Gdzie zaczyna się jutro’ (Zakład Narodowy im. Ossolińskich).

Klaus jest jednym z niewielu polityków, którzy odwołują się do ekonomii szkoły austriackiej i, co ważne, traktują ją jako ‘drogowskaz’ w swoim działaniu. Jak pisze w tej książce: „… aspirując do Czechosłowackiej Akademii Nauk, do Instytutu Ekonomii, odkryłem czar ekonomii jako ogólnej nauki o zachowaniu ludzi i jego prawidłowościach, … dzięki temu dostałem do ręki kompas i mocne narzędzie analizy”. W książce tej nawiązuje do jego „uniżonej pokory względem nauk ekonomicznych, zwłaszcza szkoły austriackiej, którą uważam za szczery i bardziej płodny kontekst do badań w dziedzinie nauk społecznych niż teorię neoklasyczną, która reprezentuje mainstreamową ekonomię teoretyczną naszych czasów”.

Książka Klausa jest naprawdę interesująca, stawia kilka ciekawych tez i z pewnością może służyć jako lektura uzupełniająca w nauczaniu ekonomii (zwłaszcza wtedy kiedy dyskutuje się o różnych systemach gospodarczych).

Odwołując się do słów Dietricha Bonhoeffera (uwięzionego i niestety zabitego w obozie koncentracyjnym na kilka dni przed końcem wojny, w kwietniu 1945 r), że „Stracony czas, to czas niewypełniony, pusty. Minione lata na pewno takie nie były. Bardzo wiele zostało utracone, ale nie czas” Václav Klaus słusznie zauważa, że podobnie można powiedzieć o naszym życiu w okresie komunizmu.

Lubimy wyznaczać cezury czasowe zajścia jakichś rewolucyjnych zdarzeń. Klaus zwraca uwagę, że „zawsze mamy do czynienia z bardzo specyficzną i bardzo skomplikowana kombinacja ciągłości i braku ciągłości”. W pełni z tym się zgadzam, to samo od wielu lat mówię studentom. Dobrze jest wyznaczyć datę, jak to uczyniła jedna znana aktorka, że 4 czerwca 1989 roku upadł komunizm, ale trzeba być świadomym, że ten upadek (jak i wiele innych rewolucyjnych zmian) może być też postrzegane jako proces ciągły, mający swe korzenie w przeszłości. Można sięgać daleko, i zmian tych doszukiwać się np. w polskim czerwcu i węgierskim październiku 1956 r., praskiej wiośnie w 1968 r., polskim grudniu 1970, radomskim, polskim czerwcu 1976, polskim sierpniu 1981 r, Okrągłym Stole 1989, itp. Można też odwołać się do bliżej przeszłości i powiedzieć, że to co wydarzyło się 1 stycznia 1990 roku w związku z wprowadzeniem Planu Balcerowicza miało swe początki w reformie systemu bankowego i wprowadzeniu nowego prawa gospodarczego (tzw. Ustawa Wilczka) w 1988 roku przez rząd Mieczysława Rakowskiego. Ma racje Klaus, że historia to splot ciągłości i nieciągłości, że warto zawsze zapytać się czy źródeł zmian nie należy szukać w przeszłości. By to zilustrować, często podaję studentom przykład Aleksandra Macedońskiego (zwanym Wielkim), który w każdym podręczniku przedstawiany jest jako bohater i waleczny zdobywca; warto jednak uzmysłowić sobie, że jego sława nie byłaby możliwa gdyby jego ojciec Filip II Macedoński nie zbudował silnego państwa i potężnej, nowoczesnej armii. To charakterystyczne, że często podręczniki historii jedynie na marginesie wspominają o Filipie Macedońskim.

Václav Klaus w czterech częściach książki przedstawia: swoją wizję tego co porzucone zostało w 1989 roku (nazywając ten okres ‘przedwczoraj’), to co dokonało się w okresie transformacji (czyli ‘wczoraj’), jaki jest stan obecny i ‘gdzie jesteśmy’ (czyli ‘dzisiaj’) oraz w ostatniej części pisze o ‘jutrze’, starając się krótko odpowiedzieć na pytanie ‘jak się prawdopodobnie potoczy?’.

Opisując ‘przedwczoraj’ Václav Klaus trafnie wyróżnia dwa modele komunizmu: ‘komunizm hipotetyczny’ (HM) i ‘komunizm realny’ (HR). Wydaje się, że trzeba się zgodzić z opinią Klausa, że „teraz, kiedy komunizm minął, w głowach ludzi zachował się przeważnie właśnie ten hipotetyczny komunizm, nie jego realna odmiana”. Analizując ‘przedwczoraj’ Kalus odwołuje się do tego co już znacznie wcześniej trafnie opisywali przedstawiciele szkoły austriackiej, zwłaszcza Ludwig von Mises i Freidrich von Hayek, oraz do inni zwolenników liberalizmu, np. Milton Friedman. Ma rację Václav Klaus pisząc w podsumowaniu swych rozważań na temat ekonomicznego wymiaru komunizmu i procesu transformacji systemowej, że „istnienie RM w chwili upadku komunizmu wymagało innego wariantu procesu transformacji, niż gdybyśmy wychodzili z HM”.

Pisząc o ‘naturalnych zachowaniach człowieka’ Václav Kalus odwołuje się do magnum opis Misesa, czyli do wydanego w 1949 roku Ludzkiego działania, stwierdzając, że „również w systemie RM punktem wyjścia zachowań ludzkich jest podstawowa zasada maksymalizacyjna, czyli, że również tam jest zachowane dążenie człowieka do maksymalizacji korzyści przy danych ograniczeniach”.

Dosyć kontrowersyjna jest teza do której skłania się Klaus, że komunizm „sam się załamał”, że ‘rola ruchu oporu i „zwykłych” ludzi w doprowadzeniu do zakończenia komunizmu była relatywna’. Natomiast wypada zgodzić się z jego twierdzeniem, że „Absolutne potępienie komunizmu w wielu przypadkach towarzyszy obronie jednakowych (lub przynajmniej bardzo podobnych pod względem struktury) praktyk współczesnych.”

Przemawia do mnie też opinia Kalusa odnośnie relacji moralność-rynek. Sam stale powtarzam, że rynek jest wynalazkiem człowieka, który może być porównywalny jedynie z wynalezieniem koła, że rynek jest najbardziej pokojową i najbardziej moralną instytucja jaką wymyślił człowiek. Dlatego zgadzam się z odpowiedzią Klausa na zarzuty, że stawia dbałość o moralność na drugim miejscu, że „potrzebny jest nam głównie rynek. Rynek można wprowadzić, … moralności wprowadzić się nie da”.

Klaus znany jest z dużego dystansowania się od Unii Europejskiej, można nazwać chyba to też eurosceptycyzmem (polecam jego wystąpienie w parlamencie europejskim: 1, 2, 3), daje temu wyraz także w tej książce. Polecam zwłaszcza jego podsumowanie ‘wzrostu decyzyjności centrali UE’ zawarte na stronach 185-187 (ze względu na ich obszerność nie będę ich cytował).

 

W swej książce Václav Klaus bardzo często odwołuje się do ‘listopada 1989’ (czyli tzw. aksamitnej rewolucji) i tylko raz, trochę mimochodem, wspomina o roli polskiej „Solidarności”. To mnie zaintrygowało i trochę poruszyło, dlatego na poniedziałkowym spotkaniu zapytałem Václava Klausa, dlaczego tak mało wspomina o roli polskich przemian w przekształceniach w Europie Centralnej i Wschodniej (w tym w Czechach, a raczej ówczesnej Czechosłowacji). Dlaczego nie przyzna, że gdyby nie ‘bezkrwawa rewolucja w Polsce’ (zakończone w kwietniu 1989 roku obrady Okrągłego Stołu, pierwsze w miarę wolne wybory do Sejmu i Senatu 4 czerwca 1989 roku, powołanie 12 września 1989 roku pierwszego niekomunistycznego rządu Tadeusza Mazowieckiego) to nie byłoby w Czechosłowacji ‘listopada 1989’? Niestety odpowiedź Václava Klausa daleka była od zadowalającej mnie. Zaczął od tego, że pamięta i docenia wagę polskiego października 1956 roku, że cały proces obalenia komunizmu był bardzo złożony, że to ‘wahadło historii’ zamieniało się, jak w latach 1950. było w Polsce to w 1968 roku było w Czechosłowacji. Dosyć pokrętne wydają mi się te tłumaczenia. Wygląda na to, że jeśli my sami nie zadbamy o to by przyznano, że to Polska zainicjowała ‘wiosnę ludów 1989’ to z pewnością nie zrobią to za nas Czesi, Niemcy i inne narody. Może to powinno być jednym z zadań młodego pokolenia Polaków?

Dzisiaj od rana cała Europa tylko o jednym, jak to ciężko europejscy politycy pracowali do piątej nad ranem i nie doszli do pełnej zgody.

Gazeta Prawna: Przywódcy państw UE o 5 rano w piątek zakończyli rozmowy na szczycie porażką ws. zmiany traktatu UE.

The Economist pisze o ‘wielkim rozwodzie’.

Frankfurter Allgemeine Zeitung zauważa, że zablokowanie porozumienia przez premiera Camerona ‘podzieliło Wielką Brytanię’.

Le Monde oskarża Camerona, że grożąc wetem dba tylko o interesy londyńskiego City (no i Francuzi szybko zorganizowali protesty przeciwko brytyjczykom)

Rzeczpospolita wróży rozpad Unii.

Gazeta Wyborcza donosi, że Merkel jest zadowolona a Sarkozy liczył na więcej. Najciekawsze jest to, ze redaktorzy GW uznali, że Szczyt UE należy potraktować jak mecz piłkarski i rozpoczęli transmisję na żywo.

A ja mam tylko jedno skromne pytanie: jaki rachunek wystawią nam politycy za pracę w nadgodzinach i do tego w nocy?

A może wzorem firm, za nocne nadgodziny dać politykom wolne? Ja jestem za, będę nawet hojny. Dałbym im ze dwa lata wolnego. Myślę, że to wystarczyłoby na to by gospodarki same ‘doszły do siebie’ (tak jak to było w okresie recesji 1920-21, kiedy już po niecałych dwóch latach prawie zapomniano o kryzysie). Mamy precedens, Belgia nie miała rządu przez 541 dni i ‘świat się nie zawalił’.

P.S. (wieczorem, o 22:38) Brytyjczycy znów wykazali ‚zimnę krew’,  ocenili całą sprawę rozsądnie i zachowali sie zgodnie z liberalną zasadą   ’trzech P‚ – przede wszystkim kierować się fundamentalnymi zasadami i być cierpliwym.

Zreszta chyba tylko brytyjczycy wykazują się tzw. zdrowym rozsądkiem w Parlamencie Europejskim, dość wspomnieć Nigela Farage (np. 1, 2, 3) czy Godfreya Blooma (np. 1, 2).

Niestety w lipcu umknęło mojej uwadze ważne wydarzenie, mianowicie audyt Fedu, Rezerwy Federalnej, banku centralnego USA. Raport z tego audytu dokonany przez GAO (Government Accountability Office) został opublikowany w lipcu 2011 roku, ale o tym dowiedziałem się dopiero parę dni temu (patrz też październikowe przesłuchania w Kongresie). W prasie amerykańskiej trochę o tym pisano w lipcu 2011 (potem zapadła cisza), w prasie polskiej informacja ta chyba w ogóle się nie ukazała. Wszystko to świadczyć może jedynie o tym jak skutecznie politycy potrafią wpływać na massmedia by o niektórych niewygodnych sprawach nie rozpisywać się.

Dokonanie tego audytu jest sukcesem Rona Paula, który od wielu lat zabiegał o to. Wprawdzie nie był to pełny audyt (Fed był bardzo skuteczny w torpedowaniu tej inicjatywy), ale i tak jego wyniki są zatrważające. Przede wszystkim wynika z niego, że Ben Bernanke (obecny szef Fed), Alan Greenspan (poprzedni szef Fedu) oraz wiele innych bankierów okłamywało Kongres informują go o podejmowanych działaniach Rezerwy Federalnej. Pierwsze wyniki tego pierwszego audytu w prawie stuletniej historii Fedu zostały zamieszczone na stronie internetowej Senatora Bernie Sandera.

O tym, że w oficjalnych oświadczeniach Fed kłamał mogliśmy się domyślać, ale chyba najbardziej zaskakującym są ujawnione w tym raporcie kwoty jakie rozdawał Fed w ostatnich latach potajemnie bankom i koncernom amerykańskim i zagranicznym. W sumie Fed od grudnia 2007 do czerwca 2010 rozdał potajemnie ponad 16 bilionów dolarów (16 115 000 000 000). Żeby uzmysłowić sobie jak wielka jest to kwota to warto podać, że szacowany całkowity PKB USA w 2011 roku to ok. 15 bilionów dolarów, podobnego rzędu jest też dług publiczny USA. Rezerwa Federalna twierdzi, że były to kredyty, ale praktycznie żadne pieniądze zostały zwrócone i co ważne jeśli były to nawet kredyty to udzielane były na zero procent. Nie wiadomo też jakim sposoibem wykreowane zostały te wielkie pieniądze (‘jak działała prasa drukarska Fedu’)? Szokujące jest też, że ogromne kwoty zostały przekazane bankom instytucjom spoza USA.

Pod koniec 2008 roku oficjalnie przyznano w ramach pakietu pomocy systemu bankowego (tzw. TARP) pożyczki na sumę 800 miliardów dolarów. Jak się okazuje było to jawne kłamstwo; sam Goldman Sachs otrzymał 814 miliardów dolarów, 2,5 biliona dolarów dostało Citigroup, a Morgan Stanley otrzymał 2,04 biliona dolarów. Duże kwoty dostały zagraniczne banki, np. Royal Bank of Scotland czy Deutsche Bank.

Lista instytucji, które otrzymały najwięcej pieniędzy z Rezerwy Federalnej można znaleźć na stronie 131 raportu GAO (patrz też tutaj), przytoczmy je:

  • Citigroup: 2,5 bilionów dolarów ($ 2 500 000 000 000)
  • Morgan Stanley: 2,04 bilionów dolarów ($ 2 040 000 000 000)
  • Merrill Lynch: 1,949 biliona dolarów ($ 1 949 000 000 000)
  • Bank of America: 1,344 biliona dolarów ($ 1 344 000 000 000)
  • Barclays PLC (Wielka Brytania): 868 miliardy dolarów (868 000 000 000)
  • Bear Sterns: 853 miliardów dolarów (853 000 000 000)
  • Goldman Sachs: 814 miliardów dolarów (814 000 000 000)
  • Royal Bank of Scotland (UK): 541 miliardów dolarów (541 000 000 000)
  • JP Morgan Chase: 391 miliardów dolarów (391 000 000 000)
  • Deutsche Bank (Niemcy): 354 miliardów dolarów (354 000 000 000)
  • UBS (Szwajcaria): 287 miliardów dolarów (287 000 000 000)
  • Credit Suisse (Szwajcaria): 262 miliardy dolarów (262 000 000 000)
  • Lehman Brothers: 183 miliardy dolarów (183 000 000 000)
  • Bank of Scotland (Wielka Brytania): 181 miliardów dolarów (181 000 000 000)
  • BNP Paribas (Francja): 175 miliardów dolarów (175 000 000 000)

To są szokujące liczby. W jakim stopniu może to zdestabilizować globalny system finansowy? Na prawdę trudno to ocenić.

P.S. Fed powstał w 1913 roku. Pytanie za jednego dolara  z 1913 roku (wtedy jeszcze wymienialnego na złoto; obecnie to ok. 25 dolarów papierowych, jak to mówią ekonomiści, fiducjarnych; tak tak, przez te prawie sto lat dolar stracił dużo na wartości, współczesny dolar to ok. 4% wartości tego z 1913 roku): czy Fed będzie świętował setną rocznicę swego istnienia?

Premier Donald Tusk odnosząc się do konieczności zmian w Unii Europejskiej powiedział: „Ten nowy traktat, zmiany w obowiązujących traktatach, musi doprowadzić do tego, by Europa przypominała bardziej dobrze funkcjonujące przedsiębiorstwo.”  Można intepretować te słowa w wieloraki sposób. Pozytywny – może faktycznie należałoby Unię Europejską oddać w zarząd prywatny i potraktować ją jak przedsiębiorstwo (najlepiej od razu niech będzie notowane na giełdzie, wtedy w miarę szybko i w miarę obiektywnie widać byłoby oceny jakości zarzadzania). Trochę złośliwie – Unia Europejska w obecnym kształcie to faktycznie przedsiębiorstwo (‚państwowe’) zarządzane przez nomenklaturę i jako takie, niemalże z definicji, nie może być dobrze zarządzane; dlatego nie należy dziwić się, że tak fatalnie jest w UE (znamy to z okresu tzw. realnego socjalizmu).

Przed chwilą przeczytałem wiadomość (Chile nie zapłaci za studia), że rząd chilijski nie ugiął się (lepiej: nie ugiął się w pełni) przed żądaniami socjalistów by wprowadzić publiczne i bezpłatne szkolnictwo. Może dobrze byłoby aby premier Donald Tusk wziął przykład z prezydenta Sebastiana Pinery i nie uginał się przed koniunkturalnymi i populistycznymi żądaniami z lewa i z prawa, by wykazał się zdecydowaniem i by wreszcie pokazał, że te jego młodzieńcze liberalne ideały nie były tylko pustymi słowami.

Jeśli nowy rząd i nowy (stary) premier nie zrobią radykalnych reform w ciągu najbliższych paru miesięcy to potem już na pewno nic nie zrobią. Tu kłania się ‚Tyrania status quo’, może dobrze by premier przypomniał sobie dawne lektury?


  • RSS