Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z okresu: 2.2012

Wczoraj poszedłem do sklepu by kupić żarówkę 60W. Jakież było moje zdziwienie, kiedy sprzedawczyni powiedziała mi, że zwykłych, edisonowskich żarówek 60W juz nie produkują, bo ich sprzedaży zakazała Unia Europejska. Cel jest jak zwykle szczytny (a że przy okazji wylało się dziecko z kąpielą, to urzędników UE już nie obchodzi). Bruksela chce, by mieszkańcy Wspólnoty przestawili się na energooszczędne świetlówki, co ma doprowadzić do zmniejszenia zużycia energii elektrycznej i ograniczyć emisję dwutlenku węgla.

Tania żarówka tradycyjna kosztują nawet złotówkę lub dwa złote, a pali się nawet po 1000 godzin. Przepaloną żarówkę można wyrzucić do zwykłego śmietnika, nie trzeba szukać pojemników na elektrozłom. Nie są szkodliwe dla otoczenia. Dają światło zbliżone do dziennego, nie męczą wzroku. Palą się pełną mocą od razu po włączeniu.

Natomiast żarówka energooszczędna jest droga; zwłaszcza ta najmocniejsza, o świetle zbliżonym do naturalnego, kosztuje nawet kilkadziesiąt złotych. Na zwrot ‘inwestycji’ trzeba czekać kilka lat, wierząc w zapewnienia producentów, że się nie przepalą (z mojego doświadczenia wynika, że taka energooszczędna żarówka służy mi ok. 3 lat – w żaden sposób nie jest w stanie zamortyzować się w tym czasie). Żarówki te zawierają niebezpieczne dla zdrowia substancje. Większość jednak daje nieprzyjemne, zimne światło (nazywane trupim). Większość nie świeci pełną mocą od razu po włączeniu, tak jak tradycyjne lampki. Dopiero po kilku minutach „nabierają mocy”.

Ale jak zwykle mędrcy z Komisji Europejskiej przekonują, że nowe przepisy przyniosą same korzyści. Oczywiście mający hopla na punkcie ochrony środowiska podkreślają oni przede wszystkim korzyści ekologiczne: wycofanie tradycyjnych żarówek z ulic, domów i biur ma ograniczyć zużycie elektryczności w całej Unii Europejskiej o około 80 terawatogodzin (TWh) rocznie, w okolicach 2020 r. (czyli mniej więcej tyle energii zużywa rocznie cała Belgia). Takie oszczędności spowodują, że emisja dwutlenku węgla do atmosfery (z kominów elektrowni węglowych, gazowych, elektrociepłowni itp.) spadnie o 32 mln ton rocznie. W przeliczeniu na pieniądze, Komisja szacuje łączne oszczędności na 5 do 10 mld euro.

To, że konsumenci zapłacą znacznie więcej za zakup żarówek energoosczędnych ich już nie obchodzi (a przecież te pieniądze niepotrzebnie wydane byłyby przeznaczone na zakup innych produktów – o koszcie alternatywnym uczą na podstawowych kursach ekonomii).  Konsumenci płacą za energię elektryczną i umieją liczyć czy opłaca im się kupić kilkunastokrotnie droższą żarówkę energooszczędną,  czy tanią żarówkę tradycyjną. Wielu innych, niewymiernych uciążliwości też się nie bierze pod uwagę. Przykładów można by mnożyć. Sam w pomieszczeniach w których długo przebywam używam energooszczędnych, ale w pomieszczeniach do których często zaglądam i krótko świecę (i potrzebuję by szybko było widno)  uznaję, że korzystniej jest mieć żarówki tradycyjne, ale to urzędników już nie obchodzi.

Faktycznie, jak zacząłem szperać w internecie, dotarłem do dyrektywny UE, która nakazuje wycofanie z użycia domowego wymyślonych w 1879 roku przez Thomasa Edisona żarówek. Od 1 września 2009 r., jako pierwsze z rynku zniknęły tzw. żarówki matowe (nieprzezroczyste), bo zgodnie z dyrektywą w tej kategorii produktów obowiązywać ma stopień efektywności energetycznej „A”, którego żarówka żarnikowa nie osiąga (zamienia ok. 5% energii na światło, reszta to ciepło, o czym za chwilę). Wycofywanie żarówek „przezroczystych” zaplanowano w iście wojskowy sposób. Batalia ma być prowadzona etapami. Żarówki o mocy 100W lub więcej watów muszą mieć klasę energetyczną „C” (lub wyższą), co spowodowało, że też od 1 września 2009 roku wycofano żarówki przeźroczyste 100W. Natomiast od 1 września 2010 r. w całej Unii Europejskiej zostały wycofane z produkcji tradycyjne, energochłonne żarówki o mocy 75W (dotyczy to zarówno produkcji jak i importu). Natomiast ta żarówka 60W, której wczoraj szukałem, została zakazana i wyklęta przez UE z dniem 1 września 2011. Jak możemy się domyślić na celowniku w tym roku są żarówki 25W i 40W, tak stanie się z dniem 1 września 2012 r. (zróbmy sobie ich zapas póki co; jak to było za komuny, kiedy robiło się zapasy kiedy nadarzyła się okazja; sam pamiętam jak po 1990 roku miałem zapas komunistycznej waty na kilka lat). Cały ten proces (a raczej farsa) z tradycyjnymi  żarówkami ma się skończyć ostatecznie w 2016 roku.

Ale po 2016 r. przepisy zostaną jeszcze bardziej zaostrzone – z rynku będą musiały zniknąć także „zwykłe” żarówki halogenowe. Ostaną się natomiast halogeny wypełnione gazem ksenonem.

Nowe przepisy nie dotyczą żarówek żarnikowych stosowanych w specjalnych celach. Jeśli na opakowaniu umieści się napis: „Zgodnie z dyrektywą 2005/32/WE nie stosować do użytku domowego. Zastosowanie: sygnalizacja świetlna, lampy warsztatowe”, to można obejść unijny zakaz i legalnie sprzedawać zakazane żarówki. Tyle że ta „przemysłowa” żarówka tak naprawdę niczym się nie różni od zwykłej i można ją bezpiecznie stosować w domu. Można też kupić lampy do ogrzewania terrariów, albo żarówki do montowania w piecach kuchennych (ze względu na ich wysoką odporność na temperaturę).

Niemiecki przedsiębiorca wpadł na pomysł, jak ominąć zakaz Unii Europejskiej sprzedaży żarówek o mocy większej niż 60 W. Nazwał je minigrzejnikami, a nie źródłami światła. Siegfried Rotthaeuser i jego szwagier produkują w Chinach żarówki o mocy 75 W i 100 W, a do Europy sprowadzają je jako „małe urządzenia grzewcze” z anglojęzyczną nazwą handlową „heatball”. Inżynier Rotthaeuser przeanalizował stosowne przepisy i postanowił wykorzystać to, że zakazane żarówki używane jako grzejniki są bardzo efektywne i można je zaliczyć do klasy energetycznej „A” (95% energii przekształcają na ciepło, a tylko 5% energii marnuje się na bezużyteczne światło). Na swej stronie internetowej (
http://heatball.de/
) Rotthaeuser i jego szwagier reklamują swe przedsięwzięcie jako „sprzeciw wobec przepisów wprowadzanych bez procedur demokratycznych i parlamentarnych”, ale też reklamują się,  że ich ‚heatball’ jest największym wynalazkiem od czasu wymyślenia przez Edisona żarówki.

Urzędnicy UE umieją nam komplikować życie. Jeszcze trochę a naszym największym wkładem  do Wspólnoty Europejskiej będzie wprowadzenie w życie codzienne naszego starego przekonania, że „Prawo jest po to by je omijać.”

Pisząc o żarówkach w UE przypomniała mi się akcja Fidela Castro na Kubie, który w 2005 roku (nota bene, tym samym roku kiedy ogłoszona została dyrektywa unijna o żarówkach) zakazał używać żarówek powyżej 15 W (
http://wyborcza.pl/1,75477,2849949.html
). W kwietniu 2005 r. Castro wstrzymał sprzedaż żarówek, bo zjadały zbyt dużo prądu i zapowiedział, że sprowadzi z Chin 1,5 mln żarówek prądooszczędnych oraz 2 mln jarzeniówek. Miały być za darmo instalowane we wszystkich domach i zakładach pracy. Nakazał oczywiście zniszczyć leżące w magazynach wszystkie żarówki większej mocy. W ten Castro walczy o oszczędność prądu. Zresztą wojna z żarówkami to kolejna z niezliczonych batalii gospodarczych, które w ciągu 46 poprzednich lat Komendant Fidel Castro wszczynał na długim froncie rewolucji. Fidel Castro rozgrywał (i przegrywał) kolejne wielkie bitwy o największą na świecie produkcję mleka, jaj, mięsa wołowego, itp. A naukowców, inżynierów, hodowców i agronomów prowadził do boju osobiście pouczając ich co do najdrobniejszych szczegółów taktyki żywnościowej. W latach 60. dyktator co roku przygotowywał naród do bitwy o rekordowe zbiory trzciny.

Kubańczycy żyją w codziennym koszmarze wyłączeń prądu od wielu lat. Na kilka, niekiedy kilkanaście  godzin dziennie, bez ostrzeżenia gaśnie światło w domach i na ulicach, wyłączają się lodówki, telewizory, klimatyzatory, wentylatory, stają też zakłady pracy. Fidel Castro obiecał Kubańczykom, że dzięki wygranej bitwie z żarówkami oraz 250 mln dolarów inwestycji w sieć energetyczną kraju już w połowie 2006 roku, 47 lat po rewolucji, Kuba zwycięży w bitwie o 24-godzinne dostawy prądu.

Niechybnie też ‘nasi’ przywódcy z Brukseli też zwyciężą w bitwie o lepsze jutro!

Udają Greka

1 komentarz

Ministrowie finansów UE po długich 12. godzinnych, nocnych debatach, dzisiaj nad ranem (biedaczyska, znów nieprzespana noc!), uzgodnili drugi pakiet pomocowy dla Grecji, pożyczkę 130 mld euro. By dostać tę ogromną forsę (w sumie już chyba 240 mld euro) Grecy musieli spełnić pewne warunki, m.in. obniżenie płacy minimalnej z 751 euro do 586 euro, a dla Greków poniżej 25. roku życia – do 510 euro,  oraz  zmniejszenie o ponad miliard wydatków na ochronę zdrowia i redukcję o 300 mln wydatków na wojsko.

Zastanawia mnie jedno. Jeśli zmniejszenie płacy minimalnej i większe oszczędności budżetowe mają pomóc gospodarce Grecji, to dlaczego tego samego lekarstwa, ci sami ministrowie nie aplikują w swoich krajach (czynią coś wręcz przeciwnego, stale podnoszą płace minimalne, a o oszczędnościach budżetowych tylko dużo gadają). Może dzięki takiemu samemu pakietowi oszczędnościowemu  cała Unia Europejska wyrwałaby się z marazmu gospodarczego i bez konieczności ogłaszania przeróżnych Strategii Lizbońskich, ‘strategii wzrostu 2020’ i chrzanienia o ‘innowacyjnej Europie’, UE stałaby się wreszcie ‘najbardziej konkurencyjną gospodarką na świecie’?

Wszyscy ekscytują się teraz wielkim zadłużeniem państw i grożącej z tego tytułu zapaści gospodarczej (zwłaszcza Europy). Zadłużenie faktycznie jest duże.  Dość wspomnieć, że wśród 34 krajów OECD ogólny skonsolidowany dług publiczny w 2010 roku był równy 97,6% ogólnego PKB (największy dług mają Japonia 199,7% PKB, Grecja 147,3, Włochy 126,8%, Islandia 120,2, najmniejszy mają raczej małe kraje, takie jak Estonia 12,1%, Luksemburg 19,7%, Australia 25,7%, Korea Płd. 33,9, Nowa Zelandia 38,7; Polska nie jest w bardzo złej sytuacji, bo jej dług wynosi 62,4% PKB). Dużym obciążeniem budżetów państw OECD są wydatki socjalne, które ogólnie w 2007 r. wynosiły 19,2% PKB krajów OECD (największy udział wydatków socjalnych do PKB mają: Francja 28,4%, Szwecja 27,3%, Dania 26,1%, Niemcy 25,2%, Włochy 24,9%, ale są takie kraje gdzie udział ten jest stosunkowo niewielki np. Meksyk 7,2%, Korea Płd. 7,6%, Turcja 10,5%, Chile 10,6%, Estonia 13%; Polska ma ten udział na poziomie średnim, mianowicie 19,8%). Ogólne wydatki socjalne wzrosły w krajach OECD z ok. 16% w 1980 roku to 18% w 1990, i 19% w 2007 roku. Największy wzrost tych wydatków był w latach 1980. i 1990. oraz na początku XX wieku. Dwie największe kategorie wydatków socjalnych to emerytury (średnio ok. 7% PKB) i zdrowie (6%).

Oprócz wysokich wydatków publicznych, niepokojący jest też wzrost zadłużenia państw i wzrost kosztów obsługi długu publicznego (który w wielu krajach sięga kilku procent PKB, we Włoszech w 2011 r. spłata zadłużenia odpowiada ponad 5%, a w Grecji prawie 8% PKB).

Warto jednak sobie uświadomić, że, jak mówił Stefan Kisielewski, „To nie kryzys, to rezultat”. Jeżeli w Traktacie UE z Maastricht w 1992 roku wpisano możliwość zadłużania się w tempie 3% rocznie (wprawdzie wprowadzając 60% ograniczenie tego długu w stosunku do PKB, ale jeśli przyjęło się Belgię, czy Włochy z długiem ok. 100%, to kto by się tym przejmował).

Ponadto problemy z finansami publicznymi nie są czymś nowym. Najczęściej powodowane były w przeszłości potrzebami pokrycia działań wojennych (nawiasem mówiąc teraz w XX i w XXI wieku też wydaje się na wojnę – politycy co rusz to mówią o konieczności walki z bezrobociem, wojny z biedą, walki z inflacja, itd. – ta wojenna retoryka jest znamienna).

Miasta, miasta-państwa, lub państwa zadłużały się, a potem z różnych powodów miały problemy ze spłacaniem długów. Tu przykładów można byłoby mnożyć. Tak często było np. w miastach włoskich w średniowieczu. Może właśnie to ponad 700 letnie doświadczenie w ‘życiu z długiem’ czyni, że Włosi nie za bardzo przejmują się obecnym dużym zadłużeniem państwa włoskiego?

Jednym z pierwszych miast włoskich, które zaczęły się szybko zadłużać była Florencja, a było to w połowie XIV wieku. Jak zwykle chodziło o zdobycie funduszy na kolejną wyprawę wojenną. Któryś z rajców miejskich wpadł na pomysł, że można to sfinansować poprzez wypuszczenie obligacji, które zakupią obywatele Florencji, a które to obligacje miasto wykupi się po zwycięskiej wyprawie (naturalnie płacąc też odsetki). Obligacje te nie cieszyły się chyba wielkim powiedzeniem, bo bogaci florentyńczycy byli zobowiązani je wykupić. Nazwiska kupujących obligacje wpisywano do specjalnych rejestrów (zresztą oprawianych w skórę) i trzymanych w Palazzo Vecchio. Podobną drogą jak Florencja poszły potem inne miasta włoskie: Sienna, Piza, Wenecja. Nie trzeba było długo czekać, kiedy okazało się, że wszystkie te miasta bardzo szybko się zadłużyły i miały kłopoty ze spłatą tego zadłużenia. Na spłatę koniecznych zobowiązań miasta te brały kolejne pożyczki. Stan takiego rolowania długów i zaciągania pożyczek trwa do dzisiaj. Miasta włoskie są obecnie bardzo zadłużone, a spłata samych odsetek jest ogromnym obciążeniem (w 2011 roku burmistrz Florencji, Matteo Renzi powiedział, że Florencja ma 518 mln euro długu i wydaje więcej pieniędzy na spłatę odsetek niż np. na szkoły).

Ale fundamentalnych przyczyn tego zadłużania współczesnych państw trzeba szukać w tym co wydarzyło się 300 lat temu w Anglii. Nie ma tu miejsca na szczegółowe rozważania sytuacji historycznej w tamtym czasie, dla naszych celów wystarczy wspomnieć, że reakcją na dążenia króla Jakuba II do wprowadzenia rządów absolutnych było wezwanie opozycji do interwencji Wilhelma III Orańskiego, wówczas namiestnika Niderlandów. Po inwazji w listopadzie 1688 roku Wilhelm opanował Anglię niemalże bez walki (dlatego niekiedy mówi się o niej jako Rewolucji Bezkrwawej, ale często nazywa się ją Rewolucją Wspaniałą, Rewolucja Chwalebną, Sławetną Rewolucją – Anglicy nazywają ją Glorious Revolution). Na stronę Wilhelma Orańskiego szybko przeszły główne siły królewskie, a Jakub II uciekł do Francji. Córkę Jakuba II, Marię i jej męża Wilhelma III Orańskiego uznano 23 lutego 1689 roku za parę panującą a parlament przyjął w grudniu 1689 r. prawa ograniczające kompetencje władcy tzw. Bill of Rights (Kartę Praw, Kartę Swobód). Anglia jako pierwszy kraj w Europie wszedł w etap współczesnego parlamentaryzmu: podatki nie mogły być zwiększane bez zgody parlamentu, podobnie w okresie pokoju bezprawne było zwiększenie liczebności armii, zagwarantowano wolny wybór członków parlamentu oraz swobodę wypowiedzi w parlamencie, nie można też było nikogo uwięzić bez sprawiedliwego procesu i wyroku sądowego. Rewolucja Wspaniała otworzyła drogę do szybkiego rozwoju gospodarczego opartego na przedsiębiorczości, wynalazczości i ‘dbałości o interes własny’. Można zaryzykować stwierdzenie, że bez Rewolucji Wspaniałej i Karty Praw nie byłoby rewolucji przemysłowej końca XVIII wieku.

Jednakże kiedy Wilhelm III Orański z Marią Stuart obejmowali władzę, państwo było w fatalnym stanie, groziło mu kompletne bankructwo. Sytuację pogarszała jeszcze dodatkowo skłonność Wilhelma do prowadzenia wojen. Z reguły wyruszał na wojnę (z Francją) wiosną i wracał jesienią (w tym czasie sprawami państwowymi zajmowała się Maria Stuart, będąca w stałym kontakcie z mężem). Zatem Wilhelm był zmuszony do stałego poszukiwania pieniędzy, mając jednocześnie problemy z zaciąganiem pożyczek. Nie mógł też podnosić podatków bez zgody parlamentu. Sytuację taką wykorzystali bankierzy, którzy poprzez swojego rzecznika i nieformalnego przywódcę, Williama Petersona zaproponował królowi nowe, wzorowane częściowo na organizacji systemu finansowego w Holandii, rozwiązanie. Zaproponowali mianowicie utworzenie dużego prywatnego banku, którego udziałowcami byliby właśnie oni. Nazwali go Governor and Company of the Bank of England, powszechnie znany jest jednak pod nazwą Bank of England (Bank Anglii). Dzięki temu swoistemu prywatnemu bankowi centralnemu możliwe było udzielanie królowi kredytu na jego gigantyczne wydatki (formalnie utworzono go 27 czerwca 1694 roku; Udziały Banku Anglii zostały wystawnie na sprzedaż, a każdy, kto zakupił je na kwotę większa niż dwa tysiące funtów, otrzymywał prawo do objęcia funkcji dyrektora w radzie nadzorczej Banku. Łącznie 1330 osób zostało udziałowcami banku; 14 z nich objęło funkcję dyrektora w radzie nadzorczej – naturalnie wśród nich znalazł się William Peterson).

Bank Anglii udzielił rządowi brytyjskiemu pożyczki na ogromną jak na tamte czasy sumę 1,2 miliona funtów w gotówce. Co ważne i ciekawe, suma ta stała się tzw. wiecznym długiem, oprocentowanym rocznie na osiem procent z kosztami obsługi wycenionej na 4000 funtów rocznie. Król musiał spłacać ‘jedynie’ odsetki w kwocie 100 tysięcy rocznie, bez konieczności spłaty całej pożyczonej sumy. Jak zwykle w takich relacjach państwo-biznes (szczególnie wtedy kiedy państwo jest w nagłej potrzebie) rząd musiał dodatkowo ‘wyświadczyć przysługi’ bankierom, np. nadać Bankowi Anglii wyłączne prawo do emisji poświadczonych przez państwo kwitów bankowych. Te zatwierdzone przez państwo, a wydawane przez Bank Anglii kwity bankowe stały się oficjalna walutą państwa.

Ciekawe do jakiego stopnia bankierzy zdawali sobie sprawę z tego, że uruchomili ‘samonapędzający’ się mechanizm tworzenia długu państwowego. Wprawdzie wpływy rządu Wielkiej Brytanii rosły w całym XVIII wieku (w latach 1670-1685 wynosiły 24,8 miliona funtów, a latach 1685-1700 zwiększyły się ponad dwukrotnie, osiągając 55,7 miliona funtów) ale równolegle z tym rosła wielkość pożyczek udzielonych rządowi przez Bank Anglii, która wzrosła ponad siedemnastokrotnie, z 800 tysięcy do 13,8 miliona funtów. Po powstaniu Banku Anglii wielkość wydatków rządu brytyjskiego skoczyła z ok. 4% PKB w 1694 roku do prawie 25% PKB w 1711 r. Przez cały XVIII wiek wydatki te rzadko spadały poniżej 10%.

Wyjątkowość powołania banku centralnego w Anglii polegała przede wszystkim na ścisłym powiązaniu emisji państwowej waluty i długu państwa. Wiele wskazuje na to, że (świadomie czy też nieświadomie) w idee Banku Anglii wpisano praktyczną niemożliwość spłacenia całego długu państwowego, a próby takiego spłacenia mogłyby doprowadzić do zniszczenia państwowej waluty. Rządowi Wielkiej Brytanii nigdy nie udało się spłacił całego długu. Cały wiek XVIII charakteryzuje się prawie stałą tendencją wzrostową tego długu. Jeżeli w 1694 roku zadłużenie wynosiło ok. 20% ówczesnego PKB, to w okresie wojen napoleońskich urosło niebotycznie do ponad dwukrotnej wartości PKB (w 1819 roku było równe 260% ówczesnego PKB). Przy tak wysokim zadłużeniu rząd wydawał w XVIII wieku na samą obsługę długu ponad 30% swoich ‚dochodów’. Na początku lat osiemdziesiątych XVIII wieku obciążenie było tak wielkie, że nowy premier rządu Wielkiej Brytanii William Pitt Młodszy (który został szefem rządu w 1783 roku w wieku 24 lat) zainicjował radykalne reformy gospodarcze (duże w tym był udział krytyki działań rządowych przez opozycję, a zwłaszcza przez Thomasa Phaine’a). Jego reformy zasadzały się, na trzech filarach: obniżenie taryf celnych (np. na herbatę), podpisaniu traktatu handlowego z Francja w 1786 r. i zakończeniu stuletniej wojny celnej pomiędzy obu krajami oraz uproszczeniu i konsolidacji systemu ceł i podatków akcyzowych w jeden fundusz. Towarzyszący tym zmianom wzrost gospodarczy pozwolił Pittowi na zniesienie w następnych latach takich niepopularnych (i dziwnych) podatków jak np. podatku okiennego i obniżenie niektórych z nich np. podatku od świeczek. Wybuch wojny z Francja w 1793 roku pokrzyżował plany Pitta, i na kolejną radykalną próbę naprawy finansów publicznych trzeba było czekać kolejnych 20 lat.

Dopiero po wojnach napoleońskim, przez następne dekady XIX wieku, kolejne rządy Wielkiej Brytanii podjęły heroiczną walkę z tym wielkim długiem, dzięki czemu zredukowano to zadłużenie do ok. 25% w 1913 roku. W XX wieku ‘wahadło przeszło na drugą stronę’, rząd Wielkiej Brytanii znów zaczął się zadłużać. Obecnie wydatki rządowe to ok. 45% PKB a zadłużenie publiczne Wielkiej Brytanii sięga 60%.

Ale o tym może w którymś z kolejnych wpisów.

Psycholodzy i biolodzy sugerują by w sytuacjach stresu, złości, rozgoryczenia czy wściekłości znaleźć sobie jakiś obiekt zastępczy na którym można się ‘wyżyć’. Może to być nawet coś bardzo prostego, jakaś puszka po piwie, którą można zgnieść, powykręcać, zdemolować. To pomaga. Taka reakcja znana jest biologom. Opisuje ją np. Konrad Lorenz w pięknej, wartej przeczytania,wydanej po polsku książce  Tak zwane zło. Kiedy czujemy że spada u nas ‘wartość progowa bodźców wyzwalających agresję’, należy zdaniem Lorenza, zachować się rozsądnie i zamiast ‘mordować kogoś’, pozwolić sobie na  „’rozwalenie’ jakiegoś przedmiotu niezbyt cennego, rozpryskującego się w kawałki z możliwie efektownym hałasem”.  Dalej Lorenz pisze: „W języku fizjologii zachowania się nosi to miano ruchu przekierunowanego bądź nowo ukierunkowanego … Przekierunkowanie i nowe ukierunkowanie ataku to chyba najgenialniejsze wyjście, jakie „wynalazła” specjacja (powstawanie gatunków), aby agresywność zwekslować na nieszkodliwe tory.”

Takie przekierunkowanie  (nowe ukierunkowanie) proponuje nam Fundacja PAFERE, która ogłosiła konkurs na esej p.t. ‘List do rządzących – jak zwiększyć zakres wolności gospodarczej w Polsce’.  Serdecznie namawiam do wzięcia udziału w tym konkursie. Bliższe informacje na ten temat można znaleźć na


http://www.pafere.org/artykuly,n1230,konkurs_pafere_list_do_rzadzacych.html

Plakat propagujący ten konkurs można pobrać pod:


http://www.pafere.org/userfiles/Plakat(1).pdf

Zwekslujmy zatem nasze frustracje na nieszkodliwe tory twórczości, zasiądźmy przy klawiaturach i napiszmy list do rządzących. A może faktycznie coś do nich (rządzących) trafi? Może wzbudzi to u nich refleksję, a potem może nawet zdobędą sie na jakieś działanie?

Napisałem ‚działanie’, choć najlepiej jakby nic nie działali i dali przedsiębiorcom (i nie tylko im) po prostu spokój. Tylko przed tym ‚niedziałaniem’ powinni się zdobyć na ustawę odwołujacą wszelkie już wydane regulacje.



  • RSS