Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z okresu: 3.2012

Od wielu dziesięcioleci, powoli, ale systematycznie Europa traci swą pozycję lidera zmian gospodarczych. Próbą powrotu do utraconej pozycji była podpisana w marcu 2000 roku sławna (niesławna?) Strategia Lizbońska. Zarówno szybkość wzrostu wydajności, jak i wzrost innowacyjności w krajach UE była (i jest) niższy niż w USA. Choroba jaka dotknęła Europę różnie jest nazywana, niekiedy nazywano ja „Eurosklerozą”, „uwiądem starczym”, „totalną niemocą”. Zgodnie z „Kalendarzem Lizbońskim”, w roku 2010 UE miała nadrobić dystans w (zwłaszcza w stosunku do USA) i stać się „najbardziej konkurencyjną gospodarką świata”. Powinno się to dokonać dzięki:

  • rozwojowi innowacyjności;
  • inwestowaniu w edukację pracowników;
  • wprowadzeniu ułatwień dla tworzenia nowych przedsiębiorstw;
  • liberalizacji kluczowych sektorów: energetycznego, telekomunikacyjnego, finansowego i pocztowego.

Jeśli chodzi o retorykę Strategii Lizbońskiej to przypomina ona retorykę z okresu realnego socjalizmu, kiedy to też wytyczano podobne cele dogonienia i przegonienia gospodarki kapitalistycznej. Moim komentarzem do strategii lizbońskiej w 2000 był cytat z Hamleta, Williama Shakespeare: „Słowa, słowa, słowa.” Podobnie jak za czasów sowieckiej gospodarki planowej (m.in. w PRLu), szybko okazało się, że celu nie da się osiągnąć. W 2005 roku dokonano oficjalnej oceny Strategii Lizbońskiej  i już wtedy zaczęto unikać odwoływania się do niej. Zaczęto myśleć o zmianie perspektywy na bardziej odległy termin 2020 roku. Unia nie tylko nie dogania Stanów Zjednoczonych, ale coraz bardziej od nich odstaje (nie wspominam tutaj o Chinach, ale za lat 20 podobnie będzie można mówić o relacji Europa-Chiny). Kluczowy wskaźnik, jakim jest tempo wzrostu wydajności pracy rósł w Unii w latach 2000-2004 zaledwie o 0,7%. rocznie, podczas gdy w USA o 1,8%. Stopa zatrudnienia od 2000 r. minimalnie wzrosła (z 62% do 64%), ale jest nadal daleko za celem strategii lizbońskiej (70%) i poziomem USA – 72%.

Widocznym efektem choroby, która dręczy Europę jest nieefektywne wykorzystanie, wręcz ogromne marnotrawstwo, środków, jakimi dysponuje Unia do realizacji swoich celów. Nie istnieją dane o marnotrawstwie środków przeznaczonych na badania i rozwój, ale można podejrzewać, że jest on na podobnym poziomie jak wykorzystanie funduszy w ramach Wspólnej Polityki Rolnej, której środki to ponad 40% całego budżetu UE. Informacje o braku tej efektywności możliwe są dopiero ostatnich latach dzięki walce o jawność wydawania pieniędzy unijnych, jaką prowadzą niezależne instytucje monitorujące funkcjonowanie Unii. Taką instytucją jest założony przez Duńczyka Nils Mulvada i Brytyjczyka Jack Thurstona, serwis internetowy farmsubsidy.org. Jak wynika z zebranych przez nich informacji do największych beneficjentów Wspólnej Polityki Rolnej (Common Agriculture Policy – CAP) należeli: książę Albert z Monako, niemieckie linie lotnicze Lufthansa, duńska służba więzienną, koncern Nestlé i książę Westminsteru.  Po wejściu Polski do UE jednym z dużych beneficjentów CAP był, posiadający  ponad 60 tys. hektarów ziemi, Kościół katolicki.

Aż prosi się by powstał podobny portal informacyjny dotyczący finansowania badań naukowych i przeglądu tematyki tych badań. Śmiem twierdzić, ze moglibyśmy tam poczytać o podobnych absurdach jakie czytamy odnośnie CAP.

Nie miejsce tutaj na dokładną analizę wypowiedzi i dokumentów odnoszących się do koniecznych działań w celu poprawy innowacyjości i konkurencji Unii Europejskiej. W ogromnej liczbie wypowiedzi i publikacji powtarza się jak mantrę o „potrzebie pokonania istniejących barier poprawy innowacyjności takich jak: nieefektywne reżimy własności intelektualnej, słabe powiązania pomiędzy nauką a przemysłem (zwłaszcza we wstępnych etapach badań), brak kapitału wysokiego ryzyka i efektywnego prawa bankructwa”, o konieczność „wzmocnienia reżimów własności intelektualnej, podwyższenia poziomu wiedzy naukowej, ograniczenia obciążeń legislacyjnych dla małych, młodych i innowacyjnych firm, wzmocnienia powiązań pomiędzy nauką i przemysłem, zapewnienia większych efektów z finansowanych przez UE badań naukowych .”

Odnieść można wrażenie, że wiele energii w Europie poświęca się na generowaniu ładnie brzmiących haseł. Mówi się o potrzebie budowania „wspólnej przestrzeni badawczej”, „europejskiej przestrzeni badawczej”, „innowacyjnej Europie”, „jednolitym innowacyjnym rynku”, „biegunach doskonałości”. W Polsce swego czasu popularny był program rozwoju zaawansowanych technologii pod wielce sugestywnym tytułem „Wędka technologiczna” (z którego oczywiście nic nie wyszło). Znów nasuwają się skojarzenie z okresem ‘realnego socjalizmu”, kiedy to więcej energii poświęcano propagandzie aniżeli efektywnym działaniom.

Typowym przykładem tego specyficznego stylu myślenia w Unii Europejskiej jest opublikowany w 2006 roku raport grupy ekspertów pracujących pod przewodnictwem byłego premiera Finlandii Esko Aho  pt. Stwarzanie innowacyjnej Europy. Przywołuję go, bo nadal jest aktualny, nic się nie zmieniło w myśleniu ‘przywódców europejskich’.

Raport ten uznany on został za przełomowy dokument w dążeniu Europy do tego by stała się najbardziej innowacyjnym regionem globu. Sam tytuł sugeruje istotę proponowanego podejścia, które wbrew pozornej zmianie jest bardzo głęboko zakorzenione w tradycyjnym, ‘kontynentalnym’ myśleniu. Wydaje się, że propozycja ‘grupy Aho’, to kontynuacja dominującego w przeszłości w UE podejścia, które Frederich von Hayek nazywał „konstruktywistycznym racjonalizmem”. Zwykle chodzi o wprowadzenie w życie (często ‘na siłę’) modelu wymyślonego przez grono intelektualistów, dzięki czemu (jak zapewniają ‘intelektualiści-konstruktywiści’) możliwe będzie osiągnięcie wcześniej wytyczonych celów. Mimo pewnych elementów nowego spojrzenia na problem poprawy innowacyjności w Europie, w raporcie tym nie proponuje się oddolnego, spontanicznego, rynkowego procesu, tak bardzo potrzebnego właśnie w badaniach naukowych, ale znów powołanie kolejnych instytucji, które będą wytyczały cele, planowały, określały warunki realizacji celów i finansowały centralnie te działania.

Jak piszą autorzy raportu, podstawową ich rekomendacją jest podpisanie ‘paktu na rzecz badań i innowacyjności’. Autorzy znajdują dwa zasadnicze uzasadnienia dla tego paktu, mianowicie potrzeba silnej woli politycznej na poziomie krajowym i europejskim, oraz przekonanie, że innowacyjności potrzebne są jednoczesne i zsynchronizowane działania na wielu polach. Zaproponowanie podpisania jakiegoś paktu sugeruje znów, podobne jak to było wielokrotnie w działaniach politycznych państwa w przeszłości, że podejmuje się jakąś walkę, wojnę, która (podobnie jak ‘walka z bezrobociem’, ‘walka z biedą’, ‘walka z narkotykami’, ‘walka z korupcja’, itd) będzie kosztowna, długotrwała, trudna do wygrania, a kolejne rządy będą ogłaszały kolejne zwycięstwa w bitwach, tylko, ze wojna nigdy nie będzie wygrana (bo jej po prostu nie można wygrać używając centralnego sterowania i ‘konstruktywistycznego’ podejścia).

Ciekawe, że autorzy raportu proponują by rdzeniem tych rekomendacji był ‘przyjazny innowacjom rynek’ (innovation-freindly market). Wydaje się, że całkowicie nie rozumieją istoty rynku. Rynek z definicji jest przyjazny innowacjom (to dlatego Wielka Brytania osiągnęła sukces w połowie XIX wieku, i dlatego na przełomie XIX i XX wieku Stany Zjednoczone wyprzedziły Wielką Brytanię i w XX wieku stały się przodującym gospodarczo krajem na świecie, to dzięki rynkowym innowacjom kapitalizm zwyciężył w ‘zimnej wojnie’ i spowodował upadek komunizmu w ostatniej dekadzie XX wieku). Wbrew temu, co twierdzą autorzy raportu, to nie brak ‘przyjaznego innowacjom rynku’ jest ‘główną barierą dla inwestycji w badania i innowacje’, ale po prostu brak rynku, zastępowanego powszechnie przez centralne instytucje europejskie i krajowe.

Zaskakujące jest, że autorzy raportu nie odchodzą od tradycyjnego myślenia w kategoriach priorytetów. Proponują by takimi priorytetami były: e-zdrowie, leki, energia, środowisko, transport i logistyka, bezpieczeństwo i treści cyfrowe. Śmiem twierdzić, tak duża liczba i tak szeroko sformułowane priorytety pozwolą ‘podłączyć’ się do nich każdemu, odpowiednio tylko umotywowanemu, działaniu, tak by formalnie wpasowywało się w nakreślone priorytety; istotnym będzie przede wszystkim posiadanie odpowiedniej ‘siły przebicia’ i posiadania efektywnego lobby w Brukseli. Co ciekawe, i co wydaje się bardzo niebezpiecznym, ale też typowym w tego typu postulatach ‘biurokratycznej komisji’, ‘grupa Aho’ proponuje powołanie „niezależnego, wysokiego w hierarchii biurokratycznej koordynatora („independent High Level Coordinator”). Jak uczy historia, ta początkowa, nieraz nawet daleko idąca niezależność, bardzo szybko jest rozmiękczana i znika pod presją biurokratycznego lobby.

W UE nie rezygnują z manii używania wskaźników, czegoś, co można w tym przypadku nazwać „fetyszem 3%’. Uznają, że wyznaczony w Strategii Lizbońskiej cel zwiększenia nakładów na badania i rozwój (B+R) do poziomu 3% wartości PKB, powinien być kluczowym w działaniu UE (postulat ten zawarty jest w najnowszym programie ‘Europa 2020’ –
http://ec.europa.eu/europe2020/index_pl.htm
– warto poczytać, ubaw ‘po pachy’). Mówi się wprawdzie, że wzrost tych nakładów powinien dotyczyć wybitnych badań naukowych, przemysłowych badań B+R, oraz wzmocnienia relacji nauka-przemysł. Niejasny jednak jest sposób określania tego, co to są wybitne badania. Na pewno uznane zostanie, że będzie to w gestii ‘niezależnego komitetu wybitnych naukowców’. A, że tak może być świadczy znów pomysł ‘grupy Aho’ by powołać „niezależny panel monitorujący”, który z pomocą Komisji Europejskiej będzie publikował coroczny raport o postępach związanych z realizacją Paktu.

Myślenie w kategoriach wskaźników (jakim jest np. ‘wskaźnik 3% na B+R’) znów przypomina myślenie życzeniowe jakiego byliśmy świadkami w czasach realnego socjalizmu. Tam też centralni planiści myśleli w kategoriach osiągnięcia wskaźników (np. osiągniecie poziomu akumulacji w gospodarce na poziomie 20-25%, produkcja stali na mieszkańca na poziomie przewyższającym poziom produkcji w krajach kapitalistycznych (co świadczyć miało o zaawansowanej industrializacji)). W prawdziwej gospodarce rynkowej nikt nie zastawania się nad tym, jakiej wartości wskaźniki rozwoju gospodarki narodowej powinny być osiągnięte. Wartości wskaźników mogą być interesującą z naukowego punktu widzenia, ale dla biznesmena odgrywają drugorzędną role i są nie celem, ale wynikiem jego codziennych decyzji, sprzyjających wzrostowi konkurencji firmy oferującej swoje produkty na rynku. Myśląc w kategoriach osiągnięcia odpowiedniej wartości wskaźników zapomina się o tym, że nie tyle wartość tego wskaźnika, ale efektywność działań (np. efektywność nakładów inwestycyjnych, czy nakładów na badania) jest ważna. Gospodarki centralnie planowane rozpadły się nie dlatego, że nie osiągnięto odpowiedniej wartości wskaźnika nakładów inwestycyjnych, ale dlatego, że po prosty nieefektywnie inwestowano. Dokładnie jest tak samo z nakładami na badania naukowe.

Jak mylące może być myślenie w kategoriach wskaźników pokazuje opublikowany w Wielkiej Brytanii w październiku 2006 roku raport NESTA (National Endowment for Science, Technology and the Arts) pt. „Luka innowacyjna”.Autorzy zawracają uwagę, że w ocenie tradycyjnych wskaźników odnoszących się do innowacyjności, Wielka Brytania postrzegana jest bardzo źle (wskaźniki te są znacznie poniżej wskaźników innych zaawansowanych gospodarczo krajów). Jednakże, kiedy popatrzymy na rozwój gospodarczy to Wielka Brytania należy do ścisłej czołówki światowej. Autorzy raportu nazywają to „Paradoksem Zjednoczonego Królestwa” („The UK Paradox”). Gospodarka brytyjska pozornie mało inwestuje w badania innowacyjne, ale jednocześnie utrzymuje swoją pozycje jednej z największych i odnoszących sukcesy gospodarek świata.

Rozwiązania tego pozornego paradoksu autorzy znajdują w błędności tradycyjnych wskaźników odnoszących się do innowacyjności. Autorzy zwracają uwagę na to, że wiele ważnych innowacji nie jest uwzględniana w tradycyjnych miarach innowacyjności (nazywają te innowacje ukrytymi (hidden innovation)). Innowacje te są w istocie siłą napędzającą rozwój gospodarczy Wielkiej Brytanii. Te ukryte innowacje nie mają klasycznego charakteru technologicznego (inżynierski), ale przede wszystkim odnoszą się do (niedocenianych, nietradycyjnych) innowacji w sferze usług, często trudnych do zidentyfikowania, ale mających swoje bardzo duże, wymierne efekty gospodarcze. Warto też zwrócić uwagę, że w wielu sytuacjach zaangażowane są zarówno osoby, firmy prywatne jak również, dobrze funkcjonujące w otoczeniu rynkowych, instytucje państwowe i samorządowe.

Wydaje się, że szanse powstanie „innowacyjnej Europy” są bardzo niewielkie. Jedyną szansą na to jest radykalna zmiana myślenia i zmiana stylu działania przywódców europejskich. Unia Europejska jest chora i wymaga radykalnej terapii w stylu dokonanym przez Ludwiga Erharda w Niemczech w 1948 roku (oraz podobnej terapii dokonanej w Polsce w 1990 roku, niestety po kilku latach w dużym stopniu zaniechanej). To czego brak Europie to brak kreatywności (ale nie tylko tej naukowej), która związana jest ze swobodą twórczą, a ta związana  jest nie tyle z intelektem, wymuszaniem działań, ale z tym co Carl Jung nazywa „instynktem zabawy”. Jak pisał Jung (1875-1961): „Stworzenia czegoś nowego nie zawdzięczamy intelektowi, lecz instynktowi zabawy, który bierze się z wewnętrznej potrzeby. Twórczy umysł bawi się obiektami, które uwielbia.”

Często przytaczana jest opowieść jak to Aleksander Wielki odwiedził Diogenesa i zapytał, co może dla niego zrobić, a słynny nauczyciel odpowiedział: „Nie zasłaniać mi światła”. Podobnie można byłoby poprosić biurokratów z UE, by starając się stymulować rozwój innowacyjności, sprzyjali kreatywności po prostu „nie zasłaniając światła”.

Ważnym elementem działań rynkowych, a zwłaszcza działań w sferze badań naukowych, jest zaakceptowanie elementu porażki i straty. Pojedyncza porażka nie jest tragedią dla biznesmena, przedsiębiorcy. Ważne by z tych błędów wyciągać wnioski na przyszłość i by w dłuższym okresie całość działań biznesmena czy przedsiębiorcy była zyskowna. Dokładnie do samo  można powiedzieć o działalności badawczej (w tej sferze aktywności człowieka jest to chyba najważniejsze). Porażka jest czymś codziennym w badaniach naukowych, ważne jest by ucząc się na tych porażkach odnieść od czasu do czasu spektakularny sukces. Tej możliwości poniesienia porażki nie ma w procesie finansowania badań w sektorze publicznym. Czy wyobrażamy sobie raport z badań finansowanych przez sektor publiczny, w którym informuje się, że niestety badania prowadzone w ostatnim roku nie przyniosły żadnych wyników, ale może w przyszłości jest nadzieja na sukces, jeśli badania te będą kontynuowane? Jak powiada  Scott Adams, autor komiksu o Dilbercie,  „Kreatywność to pozwolenie sobie na popełnianie błędów, sztuka zaś to wiedzieć, przy których błędach warto pozostać.

Kreatywności nie uzyska się ‘pompując’ pieniądze w sektor badań, ale stwarzając warunki swobody twórczej. Zdają sobie z tego sprawę, firmy prywatne, które nie tyle sowicie nagradzają badaczy w finansowanych przez nich laboratoriach (choć wynagrodzenie jest ważne) ile stwarzają odpowiednie warunki do twórczej pracy. Jednym z takich elementów jest często stosowana ‘polityka 15%’ (15% policy) – zatrudniony w ośrodku badawczym powinien poświecić 85% swojego czasu na wykonywanie obowiązków pracowniczych (wykonując często rutynowe badania), ale pozostałe 15% czasu może poświecić na niczym nieskrępowane badania, zgodnie z jego indywidualnymi preferencjami. Jeśli do realizacji tych indywidualnych pomysłów potrzebuje pieniędzy to może je uzyskać ze specjalnego funduszu stworzonego przez pracodawcę. Gdy w wyniku takich indywidualnych działań zrodzi się pomysł na innowacyjną produkcję to z pomocą pracodawcy powstaje często firma odpryskowa (spin-off, pracodawca ma zwykle w tym przedsięwzięciu swój wysoki udział). Najczęściej szefem takiej małej firmy jest sam wynalazca (albo, jeśli nie wykazuje się on osobowością przedsiębiorczej, jest, co najmniej dużym udziałowcem w tym przedsięwzięciu i szefem działu badań).

Remedium na zapóźnienie innowacyjne Europy nie trzeba szukać tam gdzie się zwykle go szuka, tzn. w samym procesie badawczo-rozwojowym, ale całkiem gdzie indziej. Takim fundamentalnym warunkiem jest uzdrowienie finansów publicznych, szybkie i efektywne wprowadzenie rynku i zagwarantowanie wysokiej konkurencji we wszystkich sferach aktywności gospodarczej, a zwłaszcza w sferze usług (które już obecnie wytwarzają ok. 70% PKB UE), reformy systemu podatkowego i systemu socjalnego (tak by obniżyć wyraźnie koszty pracy i pobudzić działalność inwestycyjną i innowacyjną firm prywatnych, jak i każdego mieszkańca Europy).

Warto zaproponować by obowiązkową lekturą biurokratów z UE były książki Frederica Bastiata (zwłaszcza napisana w 1850 roku mała broszurka „Co widać i czego nie widać”) oraz będącą kontynuacją idei Bastiata, książka Henry’ego Hazlitta Ekonomia w jednej lekcji. W tej, jak i w wielu innych publikacjach, Bastiat zwracał uwagę na to, że każde działanie człowieka wywołuje nie tylko jeden efekt, ale skutkuje serią efektów. Z tej serii efektów mamy skłonność zauważać jedynie te bezpośrednie, pierwsze, najbardziej widoczne. Natomiast efekty pośrednie, których skutki bardzo szybko się rozprzestrzeniają, są najczęściej niedostrzegane. Henry Hazlit (1993, s. 17) przyznaje, że w swej istocie ekonomia jest bardzo prostą nauką, której sedno można przedstawić w jednej lekcji, a całość tej lekcji zawrzeć w jednym zdaniu: „Sztuka ekonomii polega na tym, by spoglądać nie tylko na bezpośrednie, ale i na odległe skutki danego działania czy programu; by śledzić nie tylko konsekwencje, jakie dany program ma dla jednej grupy, ale jakie przynosi wszystkim.”

Jednym z ważnych, ale też kłopotliwych pytań stawianych w ostatnich latach jest jak duży powinien być rząd, tak by rozwój gospodarczy i społeczny następował harmonijnie i względnie szybko? Przekonanie o tym, że rząd może sprzyjać efektywności gospodarowania poprzez zwiększanie swoich wydatków, było chorobą, która dokuczała społeczeństwom w XX wieku,  szczególnie od lat trzydziestych XX wieku. Było to też powodem stałego wzrostu rozmiaru rządu w XX wieku.

Bez wątpienia wskazać można na pozytywne działania rządu sprzyjające gospodarce (zapewnienie bezpieczeństwa, tworzenie ram prawnych do rozstrzygania sporów, do pewnego stopnia tworzenie podstawowej infrastruktury). Ale jest wiele czynników (zbyt duże podatki, zbyt dużo regulacji prawnych, wzrost wydatków, sprzyjanie pewnym grupom interesu, i in.) mających z pewnością duży negatywny wpływ na gospodarkę.

Niewielkie są szanse na to by w perspektywie kilkunastu lat powrócić do dziewiętnastowiecznej idei państwa minimalnego, państwa ‘stróża nocnego’. To na co realnie możemy liczyć to rozpoczęcie procesu zmniejszania rozmiarów rządu. Wielu badaczy zajmuje się określeniem ‘optymalnego’ rozmiaru rządu, tak by sprzyjał rozwojowi gospodarczemu, a nie hamował go. Dobrą miarą rozmiaru rządu jest udział wydatków państwa w stosunku do wielkości dochodu narodowego. W XIX wieku i jeszcze na początku wieku XX (do pierwszej wojny światowej) wydatki państwa z reguły nie przekraczały dziesięciu procent PKB. Od pierwszej wojny światowej wydatki te stale rosły, by osiągnąć w niektórych krajach tzw. “państwa dobrobytu” wielkość rzędu 50% – 60% w latach osiemdziesiątych obecnego wieku. Obecnie w państwach uprzemysłowionych wydatki państwa kształtują się średnio na poziomie ok. 45% PKB.

Stosując różne podejścia do oceny optymalnego rozmiaru rządu badacze dochodzili do podobnych wniosków, optymalny rozmiar rządu (w sensie osiągnięcia najlepszych wyników gospodarczych danego społeczeństwa) to rząd który zabiera społeczeństwu od ok. 17% do 21% jego dochodu, tzn. udział wydatków państwa w stosunku do wielkości dochodu narodowego jest równy ok. 19%. Wielkość ta jest o kilka procent większa od wielkości wydatków rządu uznawanych za konieczne, tzn. wydatków na ochronę osób i ich własności przed kradzieżą oraz zapewnienie pewnych ograniczonych dóbr, które przez wielu polityków (i wspierających ich ekonomistów) uznaje się, że rynek nie jest w stanie zapewnić (np. edukacja, transport i komunikacja). Na początek bądźmy tolerancyjni, i uznajmy: niech państwo zadba o edukację, czy transport.

Jak się ocenia wydatki na te podstawowe cele społeczne odniesione do produktu krajowego brutto wynosiły w: USA – 16,9% (1960), 13,8% (1992), Kanadzie – 12,7% (1960), 10,9% (1995), w Wielkiej Brytanii – 13,4% (1992), Niemczech 9,1% (1991), Australii 10,8% (1989), Szwecji 13,3% (1992).

W połowie lat 1990 w krajach OECD wydatki te wahały się między 9% a 14%. Wydatki rządu ponad potrzeby przyczyniają się do zmniejszenia produktywności (wiele rzeczy rynek jest w stanie zrobić lepiej), zniechęcą do przedsiębiorczości (hamuje inicjatywę i chęć poszukiwania nowych rozwiązań), poprzez redystrybucje zmuszają ludzi do poszukiwania pomocy od państwa a nie poszukiwania dodatkowego sposobu zarobienia. Można się zgodzić, że wydatki państwa na jego podstawowe funkcje, sprzyjają wzrostowi to jednak każde wydatki powyżej tego co potrzebne, hamują rozwój. Prawdziwości tego stwierdzenia można poszukiwać porównując szybkość rozwoju w różnych krajach z wielkościami wydatków w tychże państwach. Badając zależność szybkości wzrostu gospodarczego od rozmiaru rządu w oparciu o dane dotyczące rozwoju w 23 krajach OECD w latach 1960-96 dochodzimy do wniosku, że w krajach o stosunkowo niskich wydatkach (poniżej 25% PKB) średnia stopa wzrostu gospodarczego w okresie 1960-96 wynosiła 6,6% i wyraźnie maleje ona wraz ze wzrostem tychże wydatków. Dla krajów o największych wydatkach (pow. 60%) wzrost ten był równy tylko 1,6%, czyli pięć razy wolniejszy niż w grupie krajów o najniższym stopniu fiskalizmu (tj. pierwszej grupie krajów).

Analiza zależność pomiędzy stopą wzrostu PKB a rozmiarami rządu obliczoną na podstawie 92 obserwacji we wspomnianych 23 krajach OECD wskazuje, że każde zwiększenie wydatków o 10% oznacza spowolnienie wzrostu gospodarczego o 1%. Przy wydatkach ok. 20% można się spodziewać wzrostu PKB na poziomie 5%, ale przy wydatkach ok. 45% wzrost będzie już o połowę mniejszy (ok. 2.5%) a przy 60% już prawie pięciokrotnie wolniejszy (niewiele powyżej 1%).

Obserwacje wskazują, że wszystkie kraje wydają znacznie więcej niż wskazują na to wydatki konieczne, a nawet znacznie więcej niż wskazują wyniki o ‘optymalnym’ rozmiarze rządu – jedynie 6 obserwacji z 92 to wydatki poniżej 20%. Kraje OECD są krajami o podobnej strukturze politycznej, porównywalnych dochodach będąc na podobnym poziomie rozwoju. Wpływ takich czynników jak kultura, zasoby naturalne motywacja do pracy są też podobne, zatem można sądzić, że różnice w szybkości rozwoju w dużym stopniu spowodowane są różnicami w rozmiarach rządu.

Jeśli mielibyśmy podać przepis na przyspieszenie rozwoju w następnych dekadach to naturalnym byłoby postulowanie zmniejszenia wydatków rządowych co najmniej dwukrotnie. Oczywiście proces ten nie może być natychmiastowym, ale realnym wydaje się zmniejszenie tych wydatków do poziomu 20% w następnych 15-20 latach.

Rząd sprzyja rozwojowi gospodarczemu, kiedy chroni prawa indywidualne i dostarcza dóbr, które nie mogą być zaspokojone przez rynek. Jak pisał 200 lat temu Thomas Jefferson: „Mądry i ograniczony rząd, rząd który powinien chronić ludzi przed wzajemnym krzywdzeniem się, który powinien w każdym innym przypadku pozostawić swobodę kształtowania ich własnej drogi rozwoju i robienia interesów i który nie powinien odbierać od ust chleba którego zapracowali. To jest istota dobrego rządu”.

Często mylnie uważa się, że rząd (szczególnie jeśli wybrany jest w demokratycznych wyborach) ma prawo stosować przymus. Uznaje się często, że rząd poprzez odpowiednią interwencje rozwiąże wszystkie problemy nękające społeczeństwo, jak np. zlikwiduje biedę, zapewni ochronę zdrowia, zapewni edukację na wysokim poziomie, złagodzi wysokie koszty mieszkań, zlikwiduje bezrobocie, zlikwiduje alkoholizm i inne choroby społeczne, itp. Rząd nie jest instytucją, która zawsze działa w „interesie publicznym” (cokolwiek by ten termin miał znaczyć). Nie jest też instytucją korygująca to czego rynek nie w pełni jest w stanie dostarczyć obywatelom.

Często usprawiedliwia się aktywność rządu w niektórych sferach ułomnościami rynku. Jak twierdzą przeciwnicy liberalizacji gospodarki, podstawową ułomnością rynku są tzw. efekty zewnętrzne, np. zbyt duża monopolizacja rynku występująca w sytuacji wolnej gry rynkowej. Jak wspomnieliśmy, ‘naprawiając’ ułomności rynku państwo stara się dostarczać społeczeństwu tzw. dobra publiczne, które, jak się twierdzi, w sytuacji rynkowej byłyby dostarczane społeczeństwu w zbyt znikomej ilości albo nie dostarczane w ogóle. Tak może być w bardzo niewielu przypadkach, w wielu innych (jak np. ochrona środowiska naturalnego, ochrona zdrowia, edukacja) już tak nie musi być. Coraz częściej słyszy się opinię, że rząd mimo obietnic, nie zapewnił odpowiedniego stanu środowiska naturalnego człowieka. Podawanych jest wiele konkretnych przykładów, kiedy ten stan środowiska naturalnego jest znacznie lepiej chroniony w sytuacji wolnego rynku i dominacji własności prywatnej. Podobnie coraz częściej usłyszeć można krytyczne opinie o stanie edukacji i ochrony zdrowia obywateli, które to dziedziny w XX wieku stały się dominującym polem działania rządu.

Podkreślając ułomności rynku (które są czymś naturalnym, w życiu nie ma ideałów, i dlatego rynek też nie może być ideałem) zapomina się o tym, że i rząd nie jest ideałem. Co ważniejsze, doświadczenie uczy, że najczęściej ułomności rządu są znacznie większe i kosztowniejsze niż wytykane ułomności rynku.

Państwo demokratyczne jest pewnym sposobem organizacji aktywności społeczeństwa dzięki której osoby (obywatele) mogą dokonywać wspólnych wyborów i podejmować się wspólnych działań. Nie ma całkowicie pewności, że polityka uznawana za dobrą przez większość faktycznie sprzyja rozwojowi gospodarczemu. Wręcz przeciwnie, nie ma żadnych powodów sądzić, że wybrany większością głosów obywateli rząd będzie stosował politykę stymulującą rozwój gospodarczy.

Warto zwrócić uwagę na zasadnicze różnice pomiędzy demokracją a rynkiem. Kiedy demokratycznie wybrany rząd nakłada podatki na obywateli po to by sfinansować pewne działania rządu to mamy do czynienia z ewidentnym przymusem (demokratyczna mniejszość jest przymuszana do płacenia podatków, choć najczęściej sama niewiele potem korzysta z pomocy państwa). Prawo nakładania podatków jest równoznaczne z zabieraniem każdemu pojedynczemu obywatelowi części jego własności (np. części dochodu) bez pytanie się o ich zgodę.

Z drugiej strony, nie ma takiego przymusu w przypadku rynku. Prywatna firma może zażyczyć sobie wysokiej zapłaty za swój towar, czy usługę, ale nie może zmusić konsumenta do kupna towaru lub usługi. Wręcz przeciwnie, firma taka musi zapewnić klientowi to co oczekuje on od niej po to by skorzystał on z jej usług lub kupił ich produkt. W przypadku usługi rządowej, lub usługi lub towaru dostarczanego przez firmę finansowaną lub subsydiowaną przez rząd, nie mamy żadnej gwarancji, że dostajemy usługę lub towar wart więcej niż koszt jaki ponieśliśmy.

Demokracja jest większościowym systemem politycznym, podczas gdy rynek jest systemem reprezentacji proporcjonalnej. Weźmy tak podstawową usługę jaką jest edukacja młodego pokolenia. W systemie państwowym wszystkie szkoły muszą zapewniać ten sam (‘światopoglądowo neutralny’) program. Podczas gdy na rynku rodzice o takich a nie innych poglądach religijnych wybierają taką a nie inną szkolę, w ten sposób nawet mała grupka obywateli jest w stanie znaleźć zadowalające rozwiązanie swoich problemów.

Działalność rządu kosztuje i to kosztuje bardzo dużo. Trzy rodzaje kosztów związanych z działalnością rządu wydają się być najistotniejszymi:

  • straty wynikające z tego, że zasoby które potrzebne byłyby do wyprodukowania czegoś pożądanego przez społeczeństwo, zostały przeznaczone do produkcji dóbr, których zaspokojenie wymuszone zostało przez rząd (jest to zatem koszt alternatywny działań rządu). Najczęściej bardzo trudno jest oszacować tę utraconą produkcje, ale zwykle jest to istotna strata, choć niewidoczna. O tego typu stratach pisał już w XIX wieku Frederic Bastiat w cyklu esejów zatytułowanych „Co widać i czego nie widać”. Koszt ten ma swe źródło zarówno w wydatkach rządowych, wzroście deficytu jak i nadmiernej kreacji pieniądza przez rząd. Wiele szacunków tych strat wskazuje, że mogą one sięgać 30 do 50%. Oceny te oparte są na analizie konkretnych wydatków na podobne cele w sektorze prywatnym i państwowym – z obserwacji tych wynika, że złotówka wydana w sektorze państwowym przynosi takie same efekty jak wydanie 50 do 70 groszy w sektorze prywatnym.
  • koszt funkcjonowania administracji (Jak się ocenia straty rządu w tej materii sięgają 10-20% budżetu państwa)
  • nadmierne obciążenia związane ze zniekształceniem ceny przez pobierane podatki i pożyczki rządowe. Wiele przedsięwzięć okazuje się niezyskownymi w sytuacji kiedy uwzględni się w rachunku ekonomicznym koszty oddawanych państwu podatków. W innych przypadkach podatki wymuszają na ludziach korzystanie z wolnego czasu lub działania w sferze pozarynkowej. Co w naturalny sposób obniża wielkość produktu narodowego. Dodatkowo doliczyć należy wszelkie koszty związane z ‘kombinowaniem jak uniknąć płacenia podatków’.

Kiedy to w 1986 r James M. Buchanan odbierał nagrodę Nobla z dziedziny ekonomii za sformułowanie teorii mówiącej o podejmowaniu decyzji ekonomicznych i politycznych powiedział: „Musimy rządy strząsnąć z naszych pleców, podciąć skrzydła biurokracji, deregulować, prywatyzować, obciąć wydatki federalne, rozbijać scentralizowaną władzę polityczną, obniżać podatki, wprowadzać dyscyplinę finansową”.

Kraje rozwinięte gospodarczo przeżywają obecnie trudny okres. Po okresie rozbudowy państwa opiekuńczego w XX wieku wydaje się, że osiągnięto kres dalszej jego ekspansji. Finanse państw są często w opłakanym stanie. Te największe gospodarki krajów OECD przeżywają ogromny kryzys finansów publicznych (wysokie zadłużenie, duży deficyt budżetowy, ogromne wydatki socjalne, spowolnienie gospodarcze, itp.). Intensywnie poszukuje się sposobów na wyjście z tego impasu. Może przywódczy polityczni USA, Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii i wielu, wielu innych krajów, powinni się zainteresować tym jak poradzili sobie Brytyjczycy z podobnymi problemami w XIX wieku. Może warto by poszli za radami Williama Gladstone i w podobny sposób, poprzez redukcję wydatków i redukcję obciążeń fiskalnych obywateli, wyzwalając przedsiębiorczość, spróbowali naprawić tę chorą sytuację do której sami doprowadzili?


  • RSS