Po raz kolejny odżyła dyskusja o kondycji edukacji w Polsce. Po artykule Jana Hartmana „Szkoła umarła. Nie da się zreformować, trzeba ją zamknąć” na łamach GW rozgorzała dosyć ostra dyskusja (np. Kto do szkoły, kto do łopaty, Skąd ta pogarda?,  Szkoła musi buntować, Żeby człowiek nie błądził, Pan mnie zna …, Liczby nie kłamią …,  Skandaliczna wypowiedź – oburza się minister Kudrycka, Większość naszych absolwentów rzeczywiści jest jak ‚barany’ Hartmana, Szkoła to tygiel …, Prof. Hartman duby smalone plecie). 

Czytając te wypowiedzi  przypomniałem sobie fragment godnej polecenia książki Henry Weavera  O głównej przyczynie rozwoju ludzkości (której pierwsze wydanie angielskie ukazało się w 1947 roku pod tytułem The mainspring of human progress – dostępne m.in. u mnie na stronie – bo często tę książkę polecam swoim studentom do poczytania. W rozdziale 10. tej  książki Weaver pięknie opisuje jak wielki wpływ na rozwój cywilizacji zachodniej mieli Saraceni (muzułmanie, żyjący w północnej Afryce  i na półwyspie Synajskim). Weaver opisuje w tym rozdziale m.in. system edukacji u Saracenów. Może warto byłoby skorzystać z ich doświadczeń, bo jak mi się wydaje rewolucyjne zmiany jakie nas czekają powinny iść właśnie w tym kierunku: płatnego kształcenia, ukierunkowanego na uczenie się a nie nauczanie (‘learning versus teaching’), wolne kontraktowanie nauczania pomiędzy nauczycielem i uczniem, brak ministerialnych standardów kształcenia, itp. Pozwolę sobie zacytować ten fragment książki Weavera:
„Uniwersytety saraceńskie nie miały formalnej organizacji – Mahomet utrzymywał, że nadmierna organizacja prowadzi do wypaczeń. Zasady były nieliczne. Nie było standardowych programów nauczania, regularnego planu zajęć, ani egzaminów. Aby uchronić się przed błędną myślą, że wykształcenie kończy się wraz z uzyskaniem stopnia akademickiego, szkoły saraceńskie nie przyznawały ani dyplomów, ani stopni naukowych. Były to instytucje służące nie nauczaniu, ale uczeniu się. Studenci szli do nich, aby zdobyć wiedzę, tak jak Amerykanie idą do sklepu, aby kupić żywność.

Zajęcia były otwarte. Każdy, kto poszukiwał wiedzy, mógł swobodnie wejść i słuchać. Jeżeli zdecydował się pozostać, wybierał sobie nauczyciela i w prywatnej rozmowie ustalali, czego chciałby się uczyć, co powinien studiować, i jaka będzie opłata za naukę. Jeżeli uczestnictwo w zajęciach nie dało mu wiedzy, której poszukiwał, przestawał płacić swemu nauczycielowi i wybierał nowego lub odchodził na inny uniwersytet. Gdy zaś nauczył się tego, czego powinien się był w swej opinii nauczyć, odchodził ze szkoły i sprawdzał swą wiedzę w praktyce. Przez 800 lat szkoły i uniwersytety saraceńskie funkcjonowały na zasadzie wolności i dobrowolnej umowy pomiędzy nauczycielem a uczniem. Oferowały one całą wiedzę przeszłości, ze specjalnym naciskiem na wiedzę naukową.

Jedną z wybitnych cech Saracenów była umiejętność korzystania z doświadczeń innych. Studiowali prace Arystotelesa, Galena i Euklidesa. Przejęli wynalazki i techniki Greków, Chińczyków i Rzymian – i zazwyczaj udawało im się je ulepszyć. Weźmy choćby pod uwagę liczby: symbole, które znajdziemy na dzisiejszych kalkulatorach, czy w górnym rzędzie maszyny do pisania, czy też na stronach tej książki, znane są jako liczby arabskie.

Chociaż przekazane nam przez saraceńskich Arabów, liczby te w rzeczywistości pochodzą od Hindusów. Grecy i Rzymianie widzieli te symbole w Indii, ale uparcie trzymali się niewygodnych liczb rzymskich i w dalszym ciągu dodawali, odejmowali i mnożyli, przesuwając małe kuleczki po drutach, tak jak robią to do dziś Chińczycy. Saraceni postąpili inaczej. Przejęli prosty zapis hinduski i ulepszyli go. Jedynie wówczas, gdy ludzie są wolni, zaczynają szukać metod oszczędzających czas.”

Kryzys edukacji nie jest tylko doświadczeniem polskim, to problem niemalże całego świata (zwłaszcza zachodniego).

Przy okazji polecam posłuchanie krótkich wykładów Kena Robinsona:  Szkoły zabijają kreatywność, Zrewolucjonizujmy nauczanie! oraz najnowszy How to escape education’s death valley (niestety na razie nie ma polskiego tłumaczenia).