Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z okresu: 8.2013

Przed chwilą przeczytałem artykuł o tym jak to „Agnieszka Horyza budowała firmę od 10 lat. Rząd jedną ustawą niszczy jej biznes. Pracę straci 130 osób”. Po przeczytaniu wypowiedzi Pani Horyzy: „Dla mnie to była głównie pasja, poświęciłam temu całe swoje życie. Kokosów nie zarabiam, przez pierwsze 5 lat nie miałam wakacji. Moja firma uczy dzieci angielskiego w 250 przedszkolach. Rząd wszystko to niszczy jedną ustawą” i, że „straci cały dorobek życia, bo od 1 września w przedszkolach w ogóle nie będzie zajęć dodatkowych”, pomyślałem, że znów rząd próbuje ręcznie sterować gospodarką i znęca się nad przedsiębiorcami.

Dalej w tym artykule czytamy: „Jeśli ustawa faktycznie wejdzie w życie od 1 września, to tylko w naszej szkole bezpośrednio straci pracą ok. 40 osób, łącznie z pracownikami biurowymi. Kolejne osoby to 21 licencjobiorców prowadzących własne działalności gospodarcze i około 70 lektorów z nimi współpracujących.”

 Nie znam dokładnie sprawy i w tym momencie czytania artykułu, zadałem sobie pytanie: „Czy tak powinien zachowywać się prawdziwy przedsiębiorca? Czy powninein pisać petycje do rządu?”.  Wydaje się, że jest czymś naturalnym w biznesie, że przedsiębiorców spotykają różne nieoczekiwane zdarzenia i naturalną ich reakcją jest próba dostosowania się do tych nowych warunków. Pomyślałem, no dobrze, jeśli państwo przestaje dopłacać do dodatkowych zajęć (czyli nas podatników będzie to mniej kosztowało) to  chyba nic nie stoi na przeszkodzie by Pani Agnieszka i inni przedsiębiorcy z tego sektora podpisali z przedszkolami umowy, by zajęcia były kontynuowane, a za naukę zapłacą rodzice, czyli ci którzy są zainteresowani by dzieci uczyły się angielskiego.

Zgłupiałem, kiedy przeczytałem, że „te zajęcia są dobrowolne, a rodzice płacą za nie naprawdę mało – zdecydowanie mniej, niż musieliby płacić prywatnie lub popołudniami. Zajęcia odbywają się poza tzw. podstawą programową, kiedy dziecko podczas zajęć ogólnorozwojowych zdobywa umiejętności określone przez Ministerstwo. Nie reorganizujemy pracy nauczycieli, ani nie wchodzimy w ich kompetencje.” Jeśli tak, to faktycznie coś z tymi urzędnikami w Ministerstwie i politykami głosującymi za taką ustawą jest nie tak. Jak można zabronić rodzicom dobrowolnie dogadać się z oferującymi usługi edukacyjne firmami by ich pracownicy uczyli dzieci angielskiego? W tej sytuacji to faktycznie paranoja. Wracamy do najczystszego socjalizmu?

Potem pomyślałem  sobie, że przecież w Polsce mamy takie ‘fajne’ powiedzenie: „Prawo jest po to, aby je omijać” (nawiasem mówiąc to nasze wielkie nieszczęście, że mamy taki stosunek do prawa – no, ale kiedy od dziesięcioleci mamy takich ustawodawców, którzy tworzą prawo, którego nie da się stosować w życiu, to konsekwencją jest taki a nie inny stosunek Polaków do prawa). Nie mam doświadczenia w tym względzie, ale chyba musi być jakiś sposób ‘ominięcia tego durnego prawa”.

Szybko okazało się, że jest tu coś na rzeczy bo w jednym z komentarzy do tego artykułu przeczytałem (zachowałem pisownię): „OJ, bardzo irytujący artykuł! Sama prowadzę taką firmę, która między innymi uczy Dzieci angielskiego, szachów i innych w przedszkolu. Nie mniej jednak z całym szacunkiem, ale jest mnóstwo nieścisłości w tym artykule. Już mam informacje z kuratorium, że umowa o wynajem lokalu w przedszkolu oraz umowa z Radą Rodziców wystarczy aby zajęcia kontynuować bez szwanku dla osób, które chcą aby Dzieci uczestniczyły w zajęciach dodatkowych. Wymaga to drobnych reorganizacji, ale nie przekreśla całkowicie szans na zajęcia dodatkowe w przedszkolach. Nie sądzę aby firma o której mowa straciła nagle prawo istnienia, natomiast sądzę, że artykuł jest sprytną promocją tej firmy. Gratuluję pomysłu, szkoda, tylko, że brak tutaj rzetelności dziennikarskiej. Opieranie opinii i dramatyzowania na podstawie wypowiedzi jednej firmy, których są setki. Jeszcze raz gratuluję rzetelności.”

W tym momencie powstrzymuję się od dalszego komentowania.

Od początku XX wieku, a pewną cezura może być tutaj ‘Panika 1907 roku’, w Stanach Zjednoczonych i w Europie bardzo intensywnie rozbudowywany był system, który tylko z nazwy związany jest z klasycznym kapitalizmem, coś co nazwane zostało kapitalizmem kolesiów. Różne jest rozumienie tego terminu, dla mnie jest to system gospodarczy w którym dominują silne relacje (najczęściej związane z relacjami personalnymi) pomiędzy sferą biznesu i sferą polityki. W systemie takim niby dominuje rynek i mechanizmy rynkowe, ale sukces firmy nie zależy w istotnym stopniu od poziomu zaspokojenia potrzeb konsumenta, ale od protekcji, którą otrzymuje od rządu poprzez odpowiednie regulacje prawne, ulgi podatkowych, dotacje rządowe, itp. Naturalnie powiązania pomiędzy sferą przedsiębiorców i sferą polityków były obecne od zarania kapitalizmu, ale jeśli chodzi o znaczenie tych relacji w zdobywaniu pozycji rynkowej firm był on marginalny. W Stanach Zjednoczonych proces budowania ‘kapitalizmu kolesiów’ zaczął się wyraźnie rozwijać po Wojnie Domowej 1861-1865. Nabrał przyspieszenia w ostatnich dekadach XIX wieku, a przełomowym był okres przed i po Panice roku 1907.

W tytule artykułu (tutaj robocza wersja) użyłem określenia ‘kreatywny kapitalizm’. Utożsamiam go z ‘kapitalizmem kolesiów’ i przyznam się, że bardziej on odpowiada moim celom. Użyłem go intencjonalnie, by kojarzył się z ‘kreatywną księgowością’, bo też i ten kreatywny kapitalizm zawiera w sobie to co wydarzyło się w ostatnich latach, a co zostało nazwane kreatywną księgowością. Związaną zwłaszcza z  wielkimi skandalami finansowymi w USA w 2001 i 2002 r., z ukrywaniem strat i przedstawianiem, za wszelką cenę, w pozytywnym świetle wyników przedsiębiorstw w celu przyciągnięcia inwestorów. Dotyczyło to wielu firm, ale dwa przypadki są chyba najgłośniejsze, myślę tu o Enron’ie (skandal ujawniony w październiku 2001 r.) i WorldCom’ie (który ogłosił bankructwo 21 lipca 2002 r.).

 Kreatywny kapitalizm najbardziej widoczny jest poprzez wykorzystanie możliwości jakie daje swego rodzaju ‘karuzela stanowisk’, z jednej strony politycy kończący swoją karierę w polityce, przechodzą do zarządów firm, albo kierują firmami, którym często w jakiś sposób pomagali, z drugiej bardzo często wielcy przedsiębiorcy, bankowcy, finansiści zdobywają najwyższe stanowiska polityczne i w różnoraki sposób są przychylni, albo wręcz działają z korzyścią, dla wybranych kręgów biznesowych.

Przykładów takich interpersonalnych powiązań można mnożyć, z pewnością znalazłoby się materiału na obszerną książkę. Podam tylko dwa przykłady.

Gerhard Fritz Kurt Schröder (rocznik 1944), zapisał się do Partii Socjaldemokratycznej w 1963 roku, od tego czasu robił karierę polityczną. W 1978 został przewodniczącym federalnym niemieckich Młodych Socjalistów, młodzieżówki SPD, a w 1980 został wybrany na deputowanego do Bundestagu. Niedługo po tym został wybrany na przewodniczącego SPD w Hanowerze. W 1986 został wybrany do lokalnego parlamentu Dolnej Saksonii i znalazł się także we władzach federalnych partii. Zwieńczeniem jego kariery politycznej był wybór na kanclerza RFN, co dokonało się 27 października 1998. Był kanclerzem przez dwie kadencje, do 2005 roku. W ostatnich tygodniach swojego urzędowania, 8 września 2005 r., Schröder podpisał z Rosją umowę o budowie Gazociągu Północnego pod dnem Bałtyku, omijającego Polskę, Ukrainę i kraje bałtyckie. Wkrótce po opuszczeniu urzędu były kanclerz objął stanowisko przewodniczącego Rady Dyrektorów rosyjsko-niemieckiego konsorcjum North European Gas Pipeline Company (NEGPC), budującego Gazociąg Północny.

Drugą, znaną postacią o której warto w kontekście kreatywnego kapitalizmu (‘kapitalizmu kolesiów’) napisać jest Henry Paulson (rocznik 1946), który wychowywał się na rodzinnej farmie w Illinois. Uczęszczał do Dartmouth College, następnie studiował w Harvard Business School; tam otrzymał tytuł Master of Business Administration w 1970 r. W latach 1970-72 był asystentem zastępcy Sekretarza Obrony w Pentagonie. Następnie w latach 1972-73 był asystentem Johna Ehrlichman, doradcy prezydenta.

W 1974 Paulson zaczął pracować w banku inwestycyjnym Goldman Sachs. Początkowo jako ‘zwykły’ pracownik w biurze firmy w Chicago, ale szybko robi karierę. W 1982 roku został partnerem. Od 1983 do 1988 roku, Paulson kierował Grupą Bankowości Inwestycyjnej (Investment Banking group for the Midwest Region). W 1988 roku zostaje partnerem zarządzającym w biurze w Chicago. Od 1990 r. do listopada 1994 r. był zastępcą szefa bankowości inwestycyjnej, a od grudnia 1994 roku do czerwca 1998 roku był dyrektorem operacyjny (Chief Operating Officer). W czerwcu 1998 zastępuje Jona Corzine na stanowisku prezesa i dyrektora wykonawczego Goldman Sachs. W maju 2006 po rezygnacji Johna Snowa, prezydent George W. Bush mianuje Paulsona na stanowisko Sekretarza Skarbu. Po zatwierdzeniu przez Senat zostaje oficjalnie zaprzysiężony na to stanowisko 10 lipca 2006. Zanim został sekretarzem skarbu, był zobowiązany do likwidacji wszystkich swoich udziałów w Goldman Sachs (o wartości, w 2006 roku, ponad 600 mln dolarów). Wspominaliśmy o roli Paulsona w kreowaniu planów ratunkowych w 2008 r. (Plan Paulsona). Powszechnie uznaje się, że oba banki inwestycyjne Goldman Sachs i Lehman Brothers były wielkimi konkurentami. Czy nieudzielenie pomocy we wrześniu 2008 roku Lehman Brothers przez Fed (lub przez Departament Skarbu) miało z tym związek?

Wsparcie udzielane przez Zarząd Rezerwy Federalnej (Ben Bernanke) i Departamentu Skarbu (z Paulsonem) w przejęciu Bear Stearns przez JP Morgan było bardzo krytycznie przyjęte przez Kongres (zarówno przez Republikanów jak i Demokratów). Wielokrotnie wskazywano na potencjalny konflikt interesów. Formalnie Paulson nie miał udziałów w Goldman Sachs, poza tym korzyści Goldman Sachs w wysokości 12,9 mld dolarów wynikają z wykupu (bailout) zagrożonego upadkiem towarzystwa ubezpieczeniowego AIG. Dziwnym trafem, okazuje się, że to GS był największym odbiorcą środków publicznych z AIG. Tworzenie papierów dłużnych (CDO) stanowiących przyczynę obecnego kryzysu była bardzo ważną częścią działalności Goldman Sachs w okresie kiedy Paulson szefował GS. Twierdzi się też, że Paulson działał jako insider dla Wall Street (gdzie miał wielu znajomych a nawet przyjaciół wśród ludzi z władz firm beneficjentów programu ratunkowego).

 

Panika w 1907 roku podobnie jak kryzys w roku 2008 zaczęły się od upadku kilku dużych banków (w 1907 Knickerbocker Trust Co., w 2008 Bear Stearns, Northern Rock i Lehman Brothers). Podobnie w obu kryzysach potrzebny był bardzo duży napływ pieniądza by uratować system finansowy i odbudować jego płynność (w pierwszym przypadku płynność zapewnił J.P. Morgan, który wymusił na prywatnych finansistach zebranie odpowiedniej gotówki, a w drugim kiedy System Rezerw Federalnych stosował różnego rodzaju ‘poluzowania ilościowe’). Sześć lat po Panice 1907 powołano Fed, z oficjalną argumentacją, że instytucja ta zapobiegnie powstaniu tego typu panik bankowych. Czy podobna instytucja (ale w skali globalnej, Światowy Bank Centralny?) zostanie powołana po Kryzysie 2008?

Porównywanie Kryzysu 2008 do Wielkiej Depresji 1929 wydaje się być mniej uzasadnione. Wielka Depresja rozpoczęła się od krachu na giełdzie, a dopiero po roku zaczęła upadać banki (co skończyło się dopiero w 1933 roku po wprowadzeniu przez prezydenta Roosevelta Nowego Ładu (New Deal). Bardziej uzasadniony zdaje się być pogląd, że Wielka Depresja była następstwem błędów popełnionych przez Rezerwę Federalną w latach 1920. Wielka Depresja 1929 to raczej konsekwencja 1907. Czy zatem możemy się spodziewać roku ‘2029’?

Przed Paniką 1907 duże banki narodowe w USA były w znacznym stopniu kontrolowane przez Nowojorski Dom Kliringowy (New York Clearing House), ale trusty bankowe  (jak np. powołany w 1884 roku Knickerbocker Trust, o którym będziemy wiele razy wspominać w tym artykule) były instytucjami nie stosującym się do tych reguł. Podobnie przed Kryzysem 2008 wielkie banki inwestycyjne jak Lehmann Brothers, Goldman Sachs i Bear Stearns były w istocie poza kontrolą Fedu i SEC.

 

To są wyimki z zakończenia i wstępu  artykułu pt. Panika roku 1907 – kryzys finansowy 2008. Sto lat budowania kreatywnego kapitalizmu  nad którym ostatnio pracowałem. Zapraszam do jego poczytania.

Dzisiaj trochę w innym nastroju. Trochę wakacyjnie, trochę  zagadkowo.

W listopadzie w zeszłym roku jechałem na konferencję do Białegostoku. Najpierw z Wrocławia do Warszawy (tanim) samolotem a potem z lotniska autobusem do Białegostoku. W sumie koszt podróży był niewiele większy niż koleją, a podróż dwukrotnie krótsza.

Za bilet autobusowy Warszawa Okęcie-Białystok (via Warszawa Centrum) zapłaciłem 40.50 zł (jak pokazuje poniższa kopia ekranu ze strony internetowej firmy przewozowej, wszystkie przejazdy, niezależnie od pory dnia tyle kosztowały).  

 

Przez przypadek zajrzałem na połączenia tej samej firmy przewozowej z Warszawy Centrum do Białegostoku. Okazało się, że są to te same autobusy wyjeżdzające z lotniska Okęcie, zatrzymujące się przy pałacu Kultury i potem jadące prosto do Białegostoku. Okazało się też, że ceny biletów dla odjeżdżających spod Pałacu Kultury są znacznie niższe i do tego zróżnicowane w zależności od pory dnia, od 8 zł do 17 zł (patrz poniższy rysunek; sprawdziłem dzisiaj na stronie przewoźnika, jest tak nadal).

Czy jest jakieś uzasadnienie  takich różnic w cenach? Wynika z tego, że gdybym zachowywał się racjonalnie (zgodnie z postulatem ekonomii ortodoksyjnej) to powinienem przejechać z lotniska do centrum autobusem miejskim za ok. 4 zl i pojechać do Białegostoku spod Pałacu Kultury. Zarobiłbym wtedy od 20 do 30 zł.  Dlaczego nie zachowałem się racjonalnie? (to jest ta zagadka)

Gdyby ceny ustalał centralny planista to na pewno nie dopuściłby do takich ‘absurdów’ (czy z tego wynika, tak ulubiona przez ortodoksyjnych ekonomistów, ‘zawodność rynku’ i to, że ‘gracze rynkowi’ zachowują się absurdalnie?). Centralny planista uzależniliby ceny od kosztów poniesionych przez przedsiębiorcę (cena=koszty+ustalona marża) i jeśli cena z lotniska to 40.50 zł, to cena spod Pałacu Kultury powinna wynosić jakieś 36 zł. Racjonalny ekonomista ortodoksyjny wspominałby coś jeszcze o podaży i popycie, i może uzależniłby te ceny od pory dnia. To byłoby racjonalne ( zgodne z podręcznikami do nauki ekonomii). Czy faktycznie racjonalne? (to druga zagadka)

Co pokazuje ten przykład? Ano przede wszystkim to, jak bardzo ekonomia ortodoksyjna (głównego nurtu, mainstrimowa) odeszła od rzeczywistości gospodarczej.

Szkoła austriacka od prawie 150 lat stara się ująć te problemy bardziej realistycznie. Od czasu Carla Mengera (jego Zasad ekonomii z 1871 r) ekonomiści szkoły austriackiej powtarzają, że ogromną role w kształtowaniu się zjawisk gospodarczych odgrywają subiektywne oceny wszystkich zaangażowanych w procesy rynkowe. Cena wynikanie nie tylko z poziomu kosztów i zderzenia popytu  z podażą. To wydaje się wręcz zdroworozsądkowe, ale widocznie jest to zbyt proste dla przeintelektualizowanych, zmatematyzowanych, sformalizowanych umysłów ekonomistów ortodoksyjnych?

Nawiasem mówiąc podobne ujęcie prezentowali już kilka wieków przed ekonomistami szkoły austriackiej średniowieczni scholastycy. Twierdzi się nawet, że byli oni (np. sławna szkoła z Salamanki) protoaustriakami (prekursorami szkoły austriackiej).  Jeden z nich Franciszkanin Pierre de Jean Olivi (1248-98) pisał, że oprócz kosztów (w naturalny sposób cena musi być wyższa od kosztów) na ustalenie się ceny rynkowej maja wpływ trzy podstawowe czynniki: rzadkość (raritas), użyteczność (virtuositas) i chęć posiadania (pragnienia) (complacibilitas). Proszę zauważyć, że jeśli ‘na siłę’ rzadkość możemy wyrazić w sposób ilościowy (jako ‘grę podaży i popytu) to dwa pozostałe czynniki już nie są możliwe do wyrażenia w kategoriach ilościowych.  Czynniki te to jakościowe (subiektywne) oceny zarówno sprzedającego jak i kupującego. Śmiesznie wyglądają próby ilościowego wyrażenia np. użyteczności (m.in. mierzenie w sławnych utilach). Czy podejmowano próby mierzenia ‘chęci posiadania’? Nie znam, ale na pewno znaleźli się tacy zmatematyzowani ekonomiści, którzy podejmowali i takie próby.

Życzę miłych (i tanich) podróży wakacyjnych i proszę nie denerwować się na ‘niesprawiedliwości rynkowe’. 

W poprzednim wpisie było o ‘profesorze ekonomii akademickiej’ dzisiaj o ‘profesorze ekonomii stosowanej’.

Ten sam redaktor Grzegorz Sroczyński, który przeprowadził wywiad z prof. SGH Leokadią Oręziak (opublikowany w  Gazecie Wyborczej (3-4 sierpnia 2013))  przeprowadził też wywiad z (byłym) prof. AGH Januszem Filipiakiem, który opublikował w dzisiejszym Dużym Formacie GW (Gazeta Wyborcza, Duży Format, nr 32/1039, 8 lipca 2013, początek wywiadu tutaj). Także i ten wywiad chciałbym krótko skomentować, ale gorąco polecam przeczytanie go w całości (mam go zeskanowanego, ale niestety nie mogę go umieścić na swojej stronie bo będę ścigany za naruszenie praw autorskich).

Wydźwięk tego wywiadu jest radykalnie inny niż wywiadu z z prof. Oręziak. Proszę zauważyć: SGH i AGH, tylko jedna litera różnicy, a jak radykalnie inne poglądy. Może ekonomii powinni uczyć praktycy, inżynierowie? Naturalnie przesadzam, ale z pewnością warto się wsłuchiwać w to co mają do powiedzenia ci co realnie tworzą gospodarkę, ci co odnieśli sukces jako przedsiębiorcy.

Proszę też zauważyć jak różny jest styl pytań i ‘zadziorność’ red. Sroczyńskiego w obu wywiadach. W poprzednim wywiadzie to rozmowa-sielanka, w dzisiejszym ‘boksowanie’. Odnoszę wrażenie, że gdyby to legło w mocy ‘wrażliwego społecznie’ red. Sroczyńskiego to zabrałby Filipiakowi prawie wszystko i rozdał ubogim. Choć jestem przekonany, że będąc wrażliwym na krzywdę ludzką nie puściłby go w skarpetkach. Postawa red. Sroczyńskiego jest typową postawą redaktorów i dziennikarzy większości mass-mediów.

Już pierwsze pytanie red. Sroczyńskiego miało ustawić odpowiedni wydźwięk tego wywiadu. Tutaj jak i w wielu innych sytuacjach Janusz Filipiak (wybaczycie mi Państwo, że nie będę mu ‘profesorował’, bo nie tytuły świadczą o jakości poglądów) doskonale ripostuje.

Redaktor Sroczyński zaczyna od stwierdzenia: „Tony Judt mówi tak: „Wiele osób mieszka dziś na grodzonych osiedlach, w bogatych enklawach i nie czują żadnej odpowiedzialności za społeczeństwo za bramą”. Prawda?

I trafia tutaj kulą w płot, bo J. Filipiak odpowiada; Jeśli pan zakłada, że ja siedzę w enklawie, to jest to założenie mylne. Milionerem zostałem dopiero w wieku lat 50. Zanim powstała firma Comarch, robiłem różne rzeczy. Byłem dozorna budowie, pracowałem w hucie, całe studia musiałem dorabiać. Żyliśmy z żoną w biedzie, sprzedawało się butelki na koniec miesiąca. Pisałem doktorat, mieszkaliśmy w hotelu asystenckim z dwójką dzieci na szesnastu metrach kwadratowych. … Ja nie jestem enklawa. Mam dom na wsi pod Krakowem, normalnie żyję z sąsiadami, nawet czasem bańkę z nimi wypiję.”

W innym miejscu Filipiak mówi:

Czasem chodzę sobie po tym przysłowiowym Carrefourze. „TO PAN? BEZ OCHRONY?” - słyszę. Ludzie oczekują, że będą wśród nich bogaci. Tam, gdzie mieszkam, pod Krakowem, wielu się cieszy, że mają bogacza tuż obok. To jest nobilitacja dla okolicy. Jak jadę rolls-royce’em, to spotykam wyrazy sympatii, zwykli ludzie wyciągają kciuk do góry: „Ale fajne auto”.

(Pytania red. Sroczyńskiego będę wyróżniał czcionką pogrubioną, a wypowiedzi Janusza Filipiaka kursywą)

Duży dom?

Tysiąc metrów. Ale mnie prawie w nim nie ma. Najwięcej radości z mojej rezydencji mają ludzie, którzy przychodzą tam sprzątać i kosić trawę.

Piękny jest fragment o rolls-royce, drogim i praktycznie nie używanym. Co bardzo dziwi Redaktora (‘takie marnotrawstwo i próżność’).  Ta część rozmowy kończy się pouczająco:

- Robię biznes z jakimś szejkiem i czuję się równy. Bo wiem, że też mam. Ten samochód stoi w garażu i służy temu, żeby mieć wewnętrzną świadomość. Nie wiem, czy pan to rozumie.

Nie rozumiem.

-  No i dlatego pan pieniędzy nie zrobił.

W którymś momencie Redaktor ‘atakuje’ kolejnym autorytetem: Cytat z Guntera Grassa: „Dryfujemy w stronę społeczeństwa klasowego z coraz biedniejszą większością i odgradzającą się od niej warstwą najbogatszych” Ma rację?

- No wie pan,Gunter Grass… Każda wypowiedź musi być związana z elementem czasoprzestrzeni, w której została wypowiedziana. Kiedy on to powiedział? Po II wojnie światowej?

Rok temu.

- To- nie chcę nikogo urazić – stracił kontakt z rzeczywistością. Społeczeństwa Europy zmierzają wprost do socjalizmu. Zasiłki socjalne, które niby są obcinane w kryzysie, wciąż wystarczają na niezłe życie. Oczywiście nie kupi pan zegarka, za 25 tysięcy, ale nie jest to nędza i ubóstwo. Niemcy i Francuzi z powodu zasiłków tracą motywację do pracy.

Poglądy na ‘problemy ogólno-społeczne’ Janusza Filipiaka wydaje mi się interesujące, dlatego pozwolę sobie je wybrać z całego wywiadu i zamieścić poniżej. Proszę zauważyć, powiedziane jest to jasno, prosto i bez akademickiej nowomowy. (Nawiasem mówiąc jako żywo przypominają one poglądy Petera Druckera z ‘The age of discontinuity’ – ale podejrzewam, że Janusz Filipiak nie czytał ‘niszowego Druckera’ i są to jego autorskie poglądy wypływajaće z własnego doświadczenia i przemyśleń).

- Z moich obserwacji i rozumienia ewolucji wynika, że świat zmierza w takim kierunku, aby podstawowy poziom życia wszyscy mieli zapewniony. Nikt nie będzie głodny, nie będzie mu zimno ani nie będzie nieubrany. Niezależnie od tego, czy pracuje, czy nie pracuje, to będzie mógł pójść do przysłowiowego Carrefoura, czy też w inne miejsce, gdzie można kupić tę chińską odzież – i podstawowe rzeczy dostanie. Za specjalne bony albo z zasiłku.

Natomiast jednostki, które lubią pracować, mają talent i ciągną całe społeczeństwo, będą miały możliwość posiadania kominów płacowych, których nikt się nie czepia.

- Jednostki pracowite i twórcze muszą dostać premię za szczególny wkład w społeczeństwo.

Przecież żeby ta cała grupa ludzi, którzy pracować nie chcą, mogła godnie żyć, to tamci muszą najpierw zarobić. Dziś nie jest to rozumiane. W Szwajcarii na przykład chcą wprowadzić przepis, że prezes nie może zarobić więcej niż 13 średnich pensji w firmie. Na poważnie dyskutują takie absurdy!

Czy w Polsce powinny być dostępne dla wszystkich bezpłatne przedszkola?

-Tak.

A czy zapłaciłby pan na nie wyższe podatki?

- To złe pytanie. Lepiej postawić inne: kto te pieniądze rozsądniej wyda? Ja czy państwo?

- Swoje prywatne zarobki inwestuję w kraju. Buduję. Daję na tych budowach zatrudnienie dziesiątkom osób. Mnie posiadanie pieniędzy jako takie nie bawi, tyle tylko, żeby mieć na garnitury i móc wykonywać swoją pracę. Natomiast gdy powstanie dom, to sprawia mi to wielką przyjemność. Oto coś nowego stworzyłem. To zostanie. Zapewniam pana, że jeżeli dam milion złotych więcej do gminy, to ten milion zostanie roztrwoniony.

A może pójdzie na przedszkole? I już za 20 lat ten czterolatek będzie w firmie Comarch świetnym programistą.

- Ale jeśli ja zatrudnię architektów, inżynierów i murarzy na budowie, to ich będzie stać na przedszkole dla dzieci! Sami sobie opłacą. Nie trwonię pieniędzy w Monte Carlo, buduję w Polsce nowe domy …

Sobie! W nich nie powstaną mieszkania socjalne ani przedszkola.

- Tłumaczę panu po raz enty podstawowe prawa ekonomii: jeśli bogaty wydaje swoje pieniądze, to ludzie mają zarobek. I nie potrzebują mieszkań socjalnych, bo pracują.
A ja od 20 lat buduję w Polsce kapitalizm, utrzymuję miejsca pracy i płacę podatki. Jeśli na cokolwiek w tym budżecie jeszcze starcza, to dzięki takim jak ja.

Nie zmusi mnie pan do ciężkiej pracy po 12 godzin na dobę przez 30 lat, zabierając mi potem wszystko na podatki.

System podatkowy powinien szanować prawa człowieka. Pan tak sobie rzuca jakieś procenty z powietrza, To jest nieodpowiedzialne, bo system podatkowy musi być przedmiotem analiz i namysłu.

Zajmuje pan pierwsze miejsce na liście najlepiej zarabiających polskich prezesów. Ponad 12 milionów złotych rocznie, czyli ponad milion miesięcznie. Czy myśli pan czasem o skutkach społecznych tak wysokiej pensji?

- Skutek społeczny jest taki, że wielu młodych ludzi bardzo ciężko pracuje, bo też ma szansę tyle zarobić. Jakby nie widzieli tej szansy, to by tak ciężko nie pracowali.

każdy człowiek ma prawo do godziwego życia, ale te osoby, które chcą pracować i mają talent, muszą mieć prawo do wysokich zarobków. Nie naruszajmy podstawowych elementów konstrukcji społecznej! Jak pan mówi, że ludzie nie powinni dużo zarabiać, no to jest koniec cywilizacji!

Byłbym złym i nieodpowiedzialnym prezesem gdybym prowadził rozdawnictwo pieniędzy. Pensje trzeba płacić rynkowe. Inaczej się psuje gospodarkę . Ja płacę pensję według wzorca „rynek plus”. Trochę lepiej płacę, bo mnie stać, ale bez przesady. I wtedy jest porządek w społeczeństwie. Nie ja ten porządek społeczny wymyśliłem.

Znów przeintelektualizowany Redaktor Sroczyński atakuje Janusza Filipiaka autorytetem:
Profesor Elizabeth Warren w amerykańskim Kongresie mówiła ostatnio tak: „Nie ma w tym kraju nikogo, kto doszedł do bogactwa sam. Nikogo! Zbudowałeś fabrykę - to świetnie. Ale powiedzmy sobie szczerze, woziłeś towary po drogach, za które reszta z nas zapłaciła. Zatrudniałeś pracowników, których wykształcono za nasze pieniądze. Byłeś bezpieczny w swojej fabryce, bo za nasze pieniądze pilnowały cię policja i straż pożarna. Miałeś świetny pomysł, wyszło ci coś cudownego – Bóg z tobą. Weź dla siebie kawałek tortu. Ale częścią umowy społecznej jest to, że resztę oddasz następnemu dziecku, które będzie chciało pójść w twoje ślady”. Racja? .

- Po raz kolejny mam problem ze zrozumieniem tego, co pan czyta. Robi się to lekko irytujące. Sam jestem profesoremi wiem, że nie zawsze należy profesorów słuchać, ostatnio jedna z takich osób stwierdziła, że informatyka w medycynie spowoduje większą śmiertelność.

Pan snuje takie rozważanie, że na nagrobku można sobie potem napisać „intelektualista”. Nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością! Jeżeli pan podwyższy podatki, to połowa ludzi przestanie pracować, a druga połowa wyprowadzi podatki poza Polskę. Więc taka jest praktyczność w pana rozumowaniu.

Pan redaktor pochwalił się nawet, że umie liczyć:

Nawet to sobie policzyłem.

- Co pan sobie policzył?

Ile jest warta pańska godzina: 6125 złotych. A siedzimy już trzecią.

A nie przyszło panu do głowy jak pan sobie pracowicie liczył i stukał na kalkulatorku, że ja muszę w ciągu roku zrobić dla firmy 800 milionów złotych przychodów. Czyli to będzie – policzmy – 250 dni roboczych, 3 miliony złotych dziennie … Godzina mojej pracy jest warta 400 tysięcy złotych. A nie tak jak pan liczy.

W jakim sensie?

- W takim, że muszę tak działać, żeby ta firma w ciągu godziny zafakturowała klientów na 400 tysięcy złotych. Dzięki temu mogę utrzymać 3500 miejsc pracy. I to jest mój punkt widzenia, i on jest prawdziwy.

Rozmowa ta przypomina fragmentami rozmowę ‘gęsi z prosięciem’. W którymś momencie Janusz Filipiak nie wytrzymuje i mówi: Ta dyskusja przestaje być ciekawa, powiem panu szczerze. Siódmy raz mówimy to samo.” W podobnym stylu Filipiak reaguje na stwierdzenie Redaktora:

Skutkiem społecznym takich pensji [wysokich pensji prezesów – WK] jest frustracja całej reszty. Nigdy tyle nie zarobią.

- Ręce mi opadają.

W innym miejscu Filipiak konstatuje Przestaję już pana całkiem rozumieć.”„Zresztą, proszę pana, możemy sobie rozmawiać w nieskończoność. I nic z tego nie wyniknie. Nic.” A na różne dywagacje przepytującego go redaktora, prawdopodobnie poirytowany, Filipiak wypala: „Socjalistyczne pomysły doprowadzą ten kraj do ruiny. Pan jest szkodliwy.”

To tylko wyimki z całego wywiadu, warto przeczytanie całość wywiadu (i zapłakać nad indolencją ekonomiczną wielu polskich dziennikarzy).

Troche więcej informacjo o Januszu Filipiaku tutaj i tutaj.

P.S. Przy różnych okazjach polecam obejrzenie filmu Johna Stossela ‘Chciwość’ (podobnie jak studentom zadaje to jako ‘pracę domowa’ po wykładzie nt. rynku). Jest on dostępny na Youtubie (sześć odcinów) 1 2 3 4 5 6) Wiele opinii Janusza Filipiaka możemy odależć też w tym filmie (wypowiadanych zarówno przez praktyków jak i profesorów akademickich, ale nie tych z SGH).

Pod takim tytułem w dzisiejszej Gazecie Wyborczej (3-4 sierpnia 2013) ukazał się wywiad z „ekonomistką, prof. Leokadią Oręziak”. Nie mam tego wywiadu dostępnego w formie elektronicznej, ale tutaj można przeczytać jego początek.
Przyznam się, że moja frustracja rosła z w miarę czytania kolejnych wypowiedzi Pani Profesor. W zasadzie każda odpowiedź Pani Profesor na pytania red. Sroczyńskiego wywoływała we ma chęć polemiki. To zajęłoby zbyt wiele miejsca i czasu, więc z konieczności ograniczę się do kilku krótkich komentarzy.  

Wywiad zaczyna się od przedstawienia propozycji Pani Profesor (głównie chyba dla młodego pokolenia): „Jeśli nie chcesz się składać na obecnych emerytów, powinieneś swoje życie zawodowe zacząć na Księżycu. Tam nie ma nic i nikomu nic nie będziesz winien. A tutaj masz wszystko, co wytworzyły poprzednie pokolenia. Dlatego należy się im godziwa starość.” Parę lat temu prawie dwa miliony młodych Polaków wyemigrowało do WB, Irlandii, Niemiec, czy Holandii. Teraz proponuje się kolejnym paru milionom emigrację na Księżyc. Wierzcie mi, oni to zrobią i jak amerykańscy pielgrzymi zaczną budować nowe społeczeństwo, nawet na Księżycu.

Styl myślenia, że rynek to ‘krwawa konkurencja’, chciwość, egoizm i wszystko co najgorsze w naturze człowieka, należy do mitologii myślenia wielu profesorów ekonomii (zresztą nie tylko w Polsce). Już niekiedy nie mam siły tłumaczyć tymże profesorom, że nie ma rynku bez współpracy, że konkurencja i współpraca to dwie strony tego samego medalu, że rynek jest najbardziej pokojową instytucją wymyśloną przez człowieka. Jak grochem o ścianę.

Podobnie jest z rozumieniem ekonomii. Jeśli rozumie się ją tak jak Pani profesor („Bo dał pan sobie wmówić, że ekonomia to nauka ścisła, w której wszystko musi się zgadzać. …  To nauka społeczna niesłychanie miękka, pełna intuicji i hipotez. Przyzwyczailiście się traktować ekonomistów jak głosicieli matematycznych twierdzeń i prawd udowodnionych raz na zawsze. ”Nieuchronne prawa rynku” – to jedno z bardziej złudnych sformułowań, jakie znam.”) to nie dziwota, że różnego rodzaju głupstwa wygaduje się potem. Nie miejsce tu na edukowanie Pani profesor, ale ekonomia to naprawdę nauka ścisła, ale nie w takim rozumieniu jak próbuje to czynić wielu ekonomistów ortodoksyjnych (tzw. głównego nurtu). Jej ‘ścisłość’ nie wynika z tego, że posługuje się formułami matematycznymi, na wzór fizyki, ale z tego, że faktycznie istnieją prawa rozwoju gospodarczego („nieuchronne prawa rynku”), których łamanie prowadzi do katastrofy (tak jak to było z tzw. systemem sowieckim, socjalistycznym). Jak to mówił nieodżałowany Stefan Kisielewski „to nie kryzys, to rezultat”, „kryzys to nie przyczyna, to skutek”, skutek łamania praw ekonomii, nauki ścisłej.

Pani profesor często ‘odwraca kota ogonem’ i próbuje nam wmówić, że to inni próbują wmówić. Choćby w tym fragmencie: „Zwolennicy prywatyzacji emerytur za swój główny sukces uważają to, że składki nie idą już do wspólnego worka w ZUS, lecz na nasze imienne konta. ”To będą wreszcie wasze pieniądze” – słyszeliśmy. Tyle że ten pozorny sukces jest tak naprawdę zrywaniem więzów łączących nowoczesne społeczeństwa. Na czym polegają emerytury? Pracujące pokolenie zgadza się oddawać część swoich dochodów tym, którzy pracować już nie mogą. Przez całe stulecie ludzie wpłacali pieniądze do wspólnego worka – w Polsce ten worek od 1934 roku nazywa się ZUS – i z tego worka wypłacane były bieżące świadczenia. Dziś próbuje się nam wmówić, że takie szlachetne gesty są niepotrzebne i szkodliwe. Zamiast się solidarnie składać, lepiej mieć pieniądze na indywidualnych kontach i grać nimi na giełdzie.

To, że coś się dzieje od 1934 roku ma być dowodem, że jest dobre? Pani Profesor, tu nie trzeba nikomu ‘wmawiać, że takie gesty są niepotrzebne i szkodliwe’, ten system już się praktycznie zawalił, na razie trzyma się dzięki różnego rodzaju stemplowaniu (tak jak przez kilkadziesiąt lat po wojnie trzymały się ruiny budynków na Oławskiej we Wrocławiu, dopiero kiedy stemple nie wytrzymały (a było to już w latach 1990.) i wszystko się zawaliło, zbudowano ładne budynki i Oławska wreszcie wygląda pięknie).

Wielu ekonomistów i polityków nieprzychylnych ideom liberalnym (libertariańskim) ustawia sobie liberalizm jak chłopca do bicia i przypisuje liberalizmowi rzeczy nieprawdziwe, byle tylko mu ‘dokopać’. Tak jest i w przypadku Pani Profesor: „Dziś wygrywa samolubny indywidualizm. Zamiast mówić ludziom, że jesteśmy wspólnotą i powinniśmy razem nosić swoje ciężary, mówi się: ”Obywatelu! Nie śpij! Sprawdź, ile się uzbierało na twoim indywidualnym koncie w OFE”. Na każdym kroku uczy się ludzi, żeby za bardzo nie liczyli na solidarność społeczną, nawet w tak podstawowej sprawie jak emerytura.
Tyle ile powstaje wspólnych działań i jak wielkie jest poczucie wspólnoty w sytuacji prawdziwego liberalizmu nie było nigdy w systemach, które na sztandarach niosły hasła wspólnego działania, sprawiedliwości społecznej, komunizmu. Wystarczy sobie poczytać choćby Alexisa de Tocqueville’a ‘O demokracji w Ameryce’, opublikowanej w 1835 roku, a będącą opisem wrażeń Tocqueville’a z jego pobytu w Stanach Zjednoczonych na początku lat 1830. Przedstawione tam opisy poczucia wspólnoty i wspólnych działań (do załatwiania jakiegoś ‘palącego problemu’) robią naprawdę ogromne wrażenie. To zresztą zostało Amerykanom do dziś (mimo destrukcyjnego działania instytucji publicznych, zwłaszcza w XX wieku) – wystarczy popatrzeć jak potrafią się sami zorganizować w sytuacjach kryzysowych (zwłaszcza katastrof naturalnych).

Należałoby w zasadzie do każdego zdania Pani Profesor napisać sążnistą odpowiedź, polemikę. Nie mam, niestety, na to  i siły, i czasu i cierpliwości. Pozwolę sobie jedynie na zacytowanie niektórych jej (co ’smakowitszych’) wypowiedzi i skomentowanie ich ‘jednym zdaniem’.

„To samo dotyczy publicznej służby zdrowia, która jest niedoinwestowana, byle jaka, więc kto tylko może, próbuje z niej uciec za pomocą prywatnych ubezpieczeń i różnych Lux Medów.” – czy nie zdaje sobie Pani sprawę z tego, że publiczna służba zdrowia zawsze będzie niedoinwestowana, nawet jeśli dostałaby wszystkie nasze dochody. Oni są naprawdę w stanie zmarnotrawić każdy publiczny gorsz i zawsze znajdą uzasadnienie dla niebotycznie wysokich cen usług.

Dla Pani Profesor jest szokujące to, że dziedziczymy coś po naszych rodzicach czy krewnych. Pamiętam, że kiedy w 1999 roku wprowadzano reformę emerytalną, kuszono ludzi nie tylko palmami, ale też dziedziczeniem: będziecie mogli te pieniądze przejąć po najbliższych. Dla mnie to szokujące, bo wywraca zasadę zabezpieczenia społecznego do góry nogami. Polega ona na tym, że składają się wszyscy, a biorą tylko aktualnie potrzebujący. A nie ich spadkobiercy. Właśnie po to, żeby pieniędzy starczyło.” Mogę powiedzieć, że dla mnie jest szokujące, że narusza się prawo własności i to co wypracowali moi rodzice nie należy do mnie, a to co ja wypracuję nie będzie należało do moich dzieci.

„Demografia to kolejna wersja „nieuchronnych praw rynku”. Co będzie za 50 lat? Pan wie, że te szacunki są prawidłowe?”. To jest właśnie ‘ustawianie sobie chłopca do bicie’. Pani Profesor, to jak rozwijają się procesy demograficzne naprawdę nie zależy od ‘praw rynku’.  W ten sam sposób może Pani kwestionować istnienie prawa grawitacji kiedy spada Pani z 10 piętra ‘postkomunistycznego wieżowca’.

„Kupowanie akcji jest najgorszym sposobem inwestowania w okresie długoterminowym.  … w żadnym razie nie miałabym odwagi powiedzieć znajomym, żeby na lata, dziesięciolecia inwestowali na rynku finansowym.  … Aktywa finansowe nie przenoszą wartości bezpiecznie przez pokolenia.  … To jest ideologia stworzona na potrzeby ogromnej ekspansji rynków finansowych. … W dodatku pod wpływem neoliberalnej ideologii rynki zostały zderegulowane i panuje na nich nieustanna huśtawka, bo kapitał spekulacyjny wieje, kiedy chce”. I to pisze Pani profesor, która jak sama mówi: „od 30 lat zajmuje się naukowo rynkami finansowymi”! Ręce opadają i aż trudno to skomentować.

„Perfidia reformy emerytalnej polega na tym, że mąci ludziom w głowach. Mówi się, że OFE to jest wreszcie wolny rynek.”  Proszę niech mi Pani wskaże choćby jednego liberała, który twierdzi, że OFE w polskim wydaniu to jest wolny rynek?

Długie są rozważania Pani Profesor o tym jak to OFE odpowiedzialne jest za wzrost zadłużenia państwa („Od 1999 roku dług publiczny wzrósł – zaokrąglam – z 300 do 900 mld”). Argumentacja jest tak przewrotna, że argumentując w podobnym stylu jestem w stanie uzasadnić każdą tezę. Tylko, że z logiką to nie ma wiele wspólnego.

Od lat 80. zaczęły wiać neoliberalne wiatry i instytucje finansowe nieustannie lobbowały, żeby im rozwiązać ręce. Administracja Clintona w końcu uległa. I zaczęło się. Banki komercyjne na rynku kapitałowym mogą robić niemalże wszystko.” Pani Profesor, te wszystkie tzw. ‘neoliberalne deregulacje’ mają tyle wspólnego z liberalizmem ile ja mam wspólnego z mandarynem. To nie jest liberalizm, to po prostu kapitalizm kolesiów, dogadującej się sfery polityki z wielkim biznesem.

Na pytanie red. Sroczyńskiego „Ma Pani jakiś pomysł?” (by rozwiązać problem z emeryturami – WK), Pani profesor odpowiada: „Wspieranie demografii i warunków do wzrostu gospodarczego”. Tu pełna zgoda, jeśli Pani rozumie przez to, stwarzanie warunków do posiadania coraz to liczniejszego potomstwa i rozwoju przedsiębiorczości. Pani jednak proponuje  coś co w żadnym przypadku nie przyczyni się do tego. A jak pokazuję doświadczanie historyczne i analizy teoretyczne, prowadzi wręcz do czegoś przeciwnego: katastrofy demograficznej i zapaści gospodarczej.  Stwierdza Pani: „Na to trzeba przeznaczyć pieniądze publiczne.” Dodam, … i zmarnotrawić je tak jak, marnuje  się (i marnowało) na tzw. walkę z biedę, walkę z bezrobociem, pokonanie inflacji, nie wspominając o tzw. inwestycjach społecznych (że wspomnę tylko ostanie Euro 2012).

Kuriozalnie brzmi opinia Pani Profesor: „Być może konieczne są wyższe podatki, by zapewnić ludziom minimum usług publicznych.”

Pani Profesor kończy wywiad apelując: „Potrzebujemy społeczeństwa. A ci, którym się noga powinie, powinni spadać na siatkę bezpieczeństwa rozwiniętą przez bliźnich.”  I tu całkowita zgoda. Tylko, że społeczeństwo wcale nie musi być budowane odgórnie, przez przemądrzałych (i cynicznych) polityków i sprzyjającym im intelektualistów. Może być znacznie skuteczniej budowane oddolnie, w ramach porządku spontanicznego. A ‘siatka bezpieczeństwa’ wcale nie musi być budowane przez marnotrawiące wszystko co się da (pieniądze, zaangażowanie ludzi, środowisko naturalne, …)  instytucje państwowe. Może być ta siatka budowana przez instytucje prywatne i (tak bardzo kłujących w oczy tzw. ‘wrażliwych społecznie’) bogatych ludzi, którzy, jak pokazuje doświadczenie historyczne, po przekroczeniu pewnego progu bogactwa, z przyjemnością dzielą się tym bogactwem z potrzebującymi.


  • RSS