Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z okresu: 11.2013

Próbuje się nam wmówić, że rynek nie jest w stanie realizować tzw. celów społecznych. Staram się z tym błędnym poglądem walczyć. Okazję ku temu był wywiad o który poprosił mnie Pan Arkadiusz Korycki (chyba w ramach jakiegoś programu badawczego nt. ekonomii społecznej, a czym ta ekonomia wg. jej zwolenników jest można przeczytać np. tutaj i tutaj). Cały wywiad jest dosyć długi (dla wytrwałych do poczytania tutaj), ale kilka fragmentów pozwolę sobie zamieścić poniżej:

 

„AK: Czy zdaniem Pana Profesora gospodarkę społeczną należy traktować jako jeden z integralnych segmentów nowoczesnej gospodarki czy jako odrębny sektor?

WK: Uważam, że jest to integralna część gospodarki, w zasadzie jej segmentu rynkowego. W ramach gospodarki społecznej oprócz tych elementów związanych z zyskiem powinniśmy realizować cele społeczne, ale proszę zauważyć, że w momencie kiedy dany przedsiębiorca zaspokaja ludzkie potrzeby, zachowuje się egoistycznie, ale w takim egoizmie, czy dbałości o interes własny,  załatwia wiele celów społecznych. Jednym z celów przedsiębiorstwa społecznego jest walka z bezrobociem. W momencie kiedy przedsiębiorca wytwarza zysk, ma pieniądze na to, żeby rozwijać przedsiębiorstwo, zatrudnia dodatkowe osoby i w ten sposób znacznie efektywniej zaspokaja potrzeby walki z bezrobociem aniżeli dzieje się to w ramach tzw. ekonomii społecznej (w rozumieniu urzędników  Unii Europejskiej). Wśród polityków, społeczników pada bardzo często określenie „musimy walczyć z bezrobociem”. W gospodarce rynkowej z bezrobociem nie ma sensu walczyć, bo ono jest załatwiane w sposób naturalny, poprzez normalne mechanizmy rynkowe. Taka nomenklatura wojenna używana przez polityków wynika z faktu, że bezrobocie jest często wykreowane przez nich samych. Najpierw kreują to, a potem z tym usilnie walczą. Sytuacja podobna jest do tej ze strażakiem, który najpierw podpala dom, a następnie jest pierwszym do gaszenia pożaru.

….

AK: Czy Pana zdaniem gospodarka społeczna ma mieć takie same prawa jak inne podmioty gospodarcze?  

WK: Absolutnie tak. Powinna rozwijać się przede wszystkim w otoczeniu rynkowym, poddana takiej samej konkurencji jak wszystkie inne podmioty rynkowe.  Wówczas ona będzie się lepiej rozwijała i kwitła. Nie twierdzę jednak, że  w okresie przejściowym państwo nie może wspierać. Ogromne miliony złotych można przeznaczyć na coś co w dłuższej perspektywie może przynieść znacznie lepsze efekty, co mogłoby służyć temu, co jest podstawowym brakiem polskiego społeczeństwa – na budowanie zaufania społecznego, wzajemnego zaufania pomiędzy ludźmi. Ekonomia, gospodarka społeczna opiera się przede wszystkim na zaufaniu. Wszystko, co się dzieje w gospodarce opiera się  na zaufaniu. W Polsce – jak to pokazuje chociażby diagnoza społeczna profesora Janusza Czapińskiego i jego  wieloletnie badania, należymy do społeczeństw o najniższym poziomie zaufania społecznego. Nie zbudujemy  dobrej gospodarki rynkowej bez budowy tego zaufania. Gdyby te miliony złotych poszły nie na jakieś ułudy typu ‘przedsiębiorstwa społeczne’, gdzie liczba osób zaangażowanych w to przedsiębiorstwo społeczne jest znacznie większa niż liczba stworzonych miejsc pracy, to mielibyśmy znacznie większe efekty.

By do tego doszło musi nastąpić zmiana w myśleniu polityków, które prezydent Ronald Reagan ujął trafnie w powiedzeniu: „Politycy mają skłonność do myślenia o następnych wyborach, a nie o następnym pokoleniu.”

AK: A jak pańskim zdaniem radzą sobie podmioty gospodarki społecznej w realizacji celów typowo społecznych?

WK: Po pierwsze należy uświadomić sobie, co rozumiemy przez cel społeczny. Faktem jest, że wielu ludzi nie radzi sobie w otoczeniu rynkowym, są zagubieni. W dużym stopniu wynika to z ‘bagażu przeszłości’. Państwo, instytucje publiczne, oduczyły ludzi (nie tylko w Polsce, także w krajach Europy Zachodniej) elementarnej odpowiedzialności za swoje działania. To państwo (a pierwszym był kanclerz Otto von Bismarck, który w końcu XIX zaczął rozbudowywać programy pomocy społecznej) oduczyły ludzi czegoś naprawdę ważnego – odpowiedzialności i dbałości o zapewnienie sobie i swojej rodzinie bezpiecznej przyszłości. Ta erozja odpowiedzialnego ludzkiego zachowania zaczęła się właśnie w końcu XIX wieku a w wieku XX, nabrała przyspieszenie, zwłaszcza od lat 1930., a wszystko to pod zbożnym i obłudnym hasłem budowy ‘państwa dobrobytu’. To państwo ‘wmówiło’ ludziom, że zadba o ich zdrowie, edukację, zapewni pracę, ubezpieczy od wszelkich nieszczęść. Ludzie uwierzyli, że tak może być i to tanim kosztem. Efekty widzimy po kilkudziesięciu latach – jakość publicznej edukacji jest fatalna, po to by faktycznie zadbać o swoje zdrowie trzeba dać łapówkę, albo pójść do prywatnego lekarza, stopa bezrobocie osiąga dwucyfrowe wartości, widmo głodowej ‘państwowej’ emerytury jest całkiem realne, itd., itp.   

Tego typu działania państwa (w tym także publicznej edukacji) oduczyły czegoś, co jest bardzo istotne dla rozwoju gospodarczego – mianowicie akceptacji porażki, akceptacji tego, że może mi się nie udać. W Polsce, gdy ktoś ponosi porażkę uznaje ten moment za klęskę i uważa, że już się z tej sytuacji nie podniesie. W gospodarce rynkowej, w kapitalizmie, nawet we współczesnej Ameryce, jeśli ktoś ponosi porażkę, to nie jest to jeszcze klęska życiowa. Dominuje przekonanie,  że jeśli teraz mi się nie udało, to spróbuje raz jeszcze i z pewnością odniosę sukces. …

AK: Czy według Pana przedsiębiorstwa społeczne w Polsce potrafią wykorzystać swoje przewagi (np. wspólnotowość) w konkurencji z innymi podmiotami gospodarczymi czy nie są świadome swoich zalet, nie wiedzą jak się wybić, konkurować z nimi?

WK:      Powiem coś niepopularnego.  Uważam, że   przedsiębiorstwa społeczne w takiej postaci jak działają obecnie,  przestałyby istnieć, gdyby zakręcić kurek z funduszy publicznych. Proponuje zrobić taki eksperyment myślowy. Mamy setki, a może już nawet tysiące przedsiębiorstw społecznych, czy tzw. organizacji pozarządowych.  Nagle zakręcamy kurek pieniędzy publicznych, które płyną do tych instytucji, organizacji. Należy zapytać: ile z tych organizacji przetrwałoby? Uważam, że ogromna większość upadłaby w krótkim czasie, bo one funkcjonują wyłącznie dzięki wsparciu z funduszy publicznych. Nie ma tam samodzielności, samowystarczalności gospodarczej. Natomiast gdyby przedsiębiorstwa społeczne powstawały z inicjatyw oddolnych, z uwzględnieniem pewnych realiów gospodarczych, zwłaszcza tego, że funkcjonowałyby w otoczeniu rynkowym, poddane presji konkurencji tak samo jak przedsiębiorstwa komercyjne, to z pewnością ogromna większość przetrwałaby względnie długi czas. Wówczas funkcjonowałyby znacznie lepiej i mogłyby przetrwać bez funduszy publicznych. Takie eksperymenty myślowe czasami są potrzebne, co często proponuję moim studentom.

A.K.: Chciałbym zapytać jakie jest zdanie Pana Profesora na temat Krajowego Programu Rozwoju  Ekonomii Społecznej? Co Pan sądzi o tym dokumencie?

W.K.: Nie jestem zwolennikiem programów rządowych. One są długie i jednostronne, a powinny być krótkie, zwięzłe, zawierać określone cele operacyjne. Gdy popatrzy się na różne programy, strategie rozwoju, czy plany rządowe, to okazuje się, że powstają one co cztery-pięć lat i jest to ciągłe powielanie niemalże tych samych rzeczy. Czasami dopisuje się nowe, nośne hasło, ale istota nie ulega zmianie. Mój postulat: Krajowy Program Wsparcia dla Ekonomii Społecznej nie powinien być napisany na kilkudziesięciu czy kilkuset stronach, ale na kilku, z jasno określonymi celami operacyjnymi (tak by po kilku latach, każdy z nas, jako zewnętrzny obserwator, mógłby  powiedzieć, że cel został, bądź nie został, osiągnięty). Proszę zauważyć, że większość celów prezentowanych w tego typu programach nie jest terminami operacyjnymi (używa się tam takich niejasnych sformułowań jak wsparcie, poszerzenie, zdynamizowanie, rozwój, …). Są to nieprecyzyjne cele, trudne do zweryfikowania czy zostały osiągnięte, czy nie. Żaden polityk nie lubi operacyjnych celów, ponieważ miałby kłopoty rozliczeniem się z nich (np. przed wyborcami).

Najkrócej mogę powiedzieć tak: Jako przeciwnik wszelkiego rodzaju programów subsydiowania działań z funduszy publicznych nie  popieram Krajowego Programu Rozwoju Ekonomii Społecznej.

 A.K.: Jak Pan Profesor  ocenia potrzebę i realność osiągnięcia celów: nadrzędnego  („w roku 2020 ekonomia społeczna stanowi ważny czynnik wzrostu zatrudnienia, spójności społecznej oraz rozwoju kapitału społecznego” oraz celu strategicznego  („do 2020 podmioty ekonomii społecznej staną się ważnym elementem aktywizacji osób w trudnej sytuacji na rynku pracy oraz dostarczycielem usług użyteczności publicznej działającymi we wspólnotach samorządowych”) Krajowego Programu Rozwoju Ekonomii Społecznej 

W.K.: To jest właśnie to o czym przed chwilą mówiłem. Te cele nie są operacyjne, żaden prywatny przedsiębiorca nie sformułowałby ich w ten sposób, wyznaczając cele działania swojej firmy. Przecież zawsze mogę wykazać, niezależnie od tego co zostało zrobione i ile pieniędzy na to wydano, że ekonomia społeczna jest „ważnym czynnikiem wzrostu zatrudnienia ….” ,  czy to, że podmioty ekonomii społecznej „staną się ważnym elementem aktywizacji …”.  Proszę zauważyć, ze nawet w tzw. celach operacyjnych tego Programu, używa się określeń typu „Wzmocnienie roli…”, „Wzrost skuteczności …”, czy „Wzrost kompetencji …”.   Jedynym w miarę operacyjnym jest cel drugi „Powstanie i utrzymanie 35 tysięcy miejsc w pracy w przedsiębiorstwach społecznych”. Kiedy te 35 tys. zestawimy z ponad 2 mln rzeszą bezrobotnych w Polsce to cel ten jest nie tyle operacyjny, co wręcz śmieszny. Ekonomia społeczna ma realizować cel społeczny jakim jest ‘walka z bezrobociem’, kreując kilkadziesiąt tysięcy miejsc pracy?

Można byłoby tak analizować niemalże wszystkie sformułowania tego programu i wykazywać ich miałkość, nieoperacyjność, absurdalność, ale chyba nie o to Panu chodzi.

O ile znam ‘cykl życia’ tego typu programów rządowych, za ok. 5-6 lat podjęte zostaną znów dyskusje nad kolejną edycją ‘Krajowego Programu Rozwoju Ekonomii Społecznej’ (choć wtedy na pewno będzie się on inaczej nazywał, ale nazwa na pewno będzie nośna i przemawiająca do wyobraźni) i po dwóch latach dyskusji przedstawione będą nowe cele w horyzoncie roku np. 2030, w których ‘ekonomia społeczna’, ‘podmioty ekonomii społecznej’ będą ważnym, poszerzonym, pogłębionym, …., elementem życia gospodarczego.”

Dzisiejsza notatka nawiązuje w pewien sposób do moich dwóch wpisów sprzed dwóch lat: Na początek roku akademickiego oraz Jeszcze raz o studentach. Kiedy w  artykule „ASP produkuje osierocone zombie”. Debata o uczelni przeczytałem: „Po raz pierwszy od 30 lat studenci Akademii Sztuk Pięknych i ich wykładowcy dyskutowali o tym, co zmienić na swojej alma mater. Taka debata to na wrocławskich uczelniach absolutny wyjątek”, to jako ‘czynny akademik’ zacząłem czytać dalej, z nadzieją, że dowiem się coś ciekawego o tym jak należy zmienić ‘życie uczelni’. No i faktycznie dowiedziałem się coś na prawdę interesującego. Łukasz (absolwent ASP, albo tzw. wieczny student?) powiedział: ”Absolwenci są miarą jakości kształcenia. Ja z tej perspektywy widzę, że na studiach brakowało zajęć z autoprezentacji, pisania CV czy też budowania portfolio. Może nawet przydałby nam się trener osobisty, który motywowałby nas do nauki.” (wyróżnienie moje – WK).

Rozumiem, że student może odczuwać brak praktycznych zajęć, w stylu uczenia ‘autoprezentacji, pisania CV czy też budowania portfolio” (co jednak powinno być traktowane jako zajęcia dodatkowe). Jednakże oczekiwać tego by uczelnia była niańką, by załatwiała ‘trenera osobistego’ wydaje mi się (używając języka studenckiego) przegięciem.

To nie jest problem jednostkowy. Sam obserwuję u studentów, że my, tzw. nauczyciele akademiccy, mamy stworzyć im taką atmosferę na uczelni by studiowanie było ‘łatwe, lekkie i przyjemne’.

A studia to przecież ogromny indywidualny, intelektualny wysiłek. W którym nauczyciel ma być przewodnikiem i partnerem w dyskusji. Tak mi się przynajmniej, skromnie, wydaje.

Kładę jednak uszy po sobie, bo jeszcze studenci pójdą do dziekana albo rektora, naskarżą na mnie i wtedy dopiero będę miał się  z pyszna.

Piosenka Prosto, z najnowszego albumu Kultu pod tym samym tytułem, znalazła się na pierwszym miejscu Listy Przebojów Programu Trzeciego PR  (LP3, notowanie 1659/2013). Czy głosowanie słuchaczy Trójki i  tekst Kazika Staszewskiego mogą być uznane za wyraz buntu młodego pokolenia wobec polskiej rzeczywistości? W każdym razie warto posłuchać.

To co śpiewa Kazik może też być uznane za komentarz do dzisiejszej informacji o tym, że „CBA zatrzymała m.in. wiceprezesa Głównego Urzędu Statycznego, pracownika Centrum Informatyki Statystycznej, naczelnika Wydziału Zamówień Publicznych w Biurze Dyrektora Generalnego Ministerstwa Spraw Zagranicznych i 15 przedstawicieli firm informatycznych”. A to przecież tylko ‚wierzchołek góry lodowej’.

Tak przy okazji. Jest coś dziwnego w tym, że porażka Polaków w tzw. piłkę kopaną ze Słowacją powoduje dyskusję ogólnonarodową a premiera filmu  Układ zamknięty‚  (na Wiki),  który odnosi się do znacznie ważniejszych i znaczących dla Polaków wydarzeń, przechodzi niemalże bez echa i nie wpływa na zachowania społeczeństwa?

Poproszono mnie bym  napisał coś na temat innowacji społecznych, no i wyszło mi znów coś długiego. Wydaje mi się, że pewne fragmenty mogą być interesujące dla tzw. szerszej publiczności.

Termin ‘innowacje społeczne’ robi wielką karierą od kilku lat, zarówno w Europie jak i w Stanach Zjednoczonych. W 2008 roku, zwolenniczka tej koncepcji Yvonne Roberts, zauważyła, że „innowacje społeczne są nową globalną obsesją”. Jednakże po kilku latach dużego zainteresowania w Unii Europejskiej innowacjami społecznymi i szermowania hasłem wspierania innowacji społecznych, oraz ogólnie, wspierania innowacyjnego rozwoju przyszła kolej na nowe hasło, które jak się wydaje, będzie dominowało w latach 2014-2020, mianowicie ‘inteligentny rozwój’ (smart specialisation). Politycy, a za nimi naukowcy, którzy chętnie korzystają z funduszy publicznych, lubią co jakiś czas zmieniać hasła ‘inspirujące ich do działania’. Jak szacuję zmienia się je w cyklu 7-8 letnim. Pamiętamy jak modnym w połowie lat 1990. było hasło budowy ‘Gospodarki Opartej na Wiedzy”, potem był „Innowacyjny jednolity rynek”, teraz jest „Inteligentny rozwój”, „Unia innowacji”. Widocznie po to by ‘interes się kręcił’ konieczne są te nowe hasła, które skrywają stare (nierealizowalne) idee?

  Podobnie jest w działaniach polskiego rządu i on też podjął działania  na rzecz ‘inteligentnego rozwoju’. Program Operacyjny Inteligentny Rozwój ma zastąpić dotychczasowy Program Innowacyjna Gospodarka. Co irytuje, to od lat powtarzane te same frazy w różnych konfiguracjach. W założeniach realizacji Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój (Założenia …, 2013) czytamy: „W celu zwiększenia skłonności przedsiębiorstw do podejmowania działalności innowacyjnej konieczna jest realizacja przedsięwzięć systemowych, które będą wpływać na cały system innowacji w Polsce. Takimi działaniami są: promocja innowacyjności jako źródła konkurencyjności gospodarki, promocja współpracy nauki i biznesu (networking) oraz kształtowanie postaw innowacyjnych w społeczeństwie. Finansowane będzie także prowadzenie analiz, dotyczących zmiany stanu innowacyjności gospodarki, skuteczności wykorzystywanych instrumentów wsparcia oraz nowych trendów w tym zakresie. Ponadto realizowane będą projekty dotyczące promocji i wdrażania innowacyjnych rozwiązań o charakterze nietechnologicznym (innowacje w usługach, innowacje zarządcze, organizacyjne i marketingowe) oraz innych form innowacji (innowacje popytowe, innowacje otwarte, innowacje społeczne, nowe modele biznesowe itp.)”. Zadam pytanie z kategorii retorycznych: Czy jest tutaj cokolwiek nowego w stosunku do poprzednich programów wspierających rozwój innowacji, rozwój innowacyjny?

W czerwcu 2008r. w Gdańsku odbyła się konferencja „Ekonomia Solidarności”. Na tej Konferencji zaprezentowano i ogłoszono dokument Manifest Ekonomii Społecznej. Powstawał on w latach 2006-2008, w zamierzeniu miał być to głos środowiska ekonomii społecznej w Polsce, który miał zainicjować budowę polskiego modelu ekonomii społecznej i zintensyfikować jej rozwój. Cztery lata po tym wydarzeniu, w listopadzie 2012 Jan Jakub Wygnański i Piotr Frączak opublikowali tekst podsumowujący te lata doświadczeń, pt. Manifest ekonomii społecznej cztery lata później (obecnie tekst ten opublikowano nie tylko w internecie, ale też w półroczniku Ekonomia Społeczna). Głos ten jest o tyle ważny, że autorami są osoby od wielu lat bardzo zaangażowane w działalność trzeciego sektora, aktywnie uczestniczący w rozwijaniu ekonomii społecznej w Polsce, osobami o niekwestionowanym autorytecie w środowisku aktywistów, ale też i wśród polityków i samorządowców. Warto wyraźnie powiedzieć, ten artykuł nie jest napisany przez przez przeciwników czy krytyków tzw. ekonomii społecznej!   

Autorzy zauważają, w tym okresie „w Polsce ze środków UE uruchomiono na bezprecedensową skalę liczne programy wsparcia ekonomii społecznej na poziomie krajowym i regionalnym. Wydano setki milionów złotych, wsparto setki programów i instytucji, których celem ma być wspieranie ekonomii społecznej, zorganizowano tysiące konferencji i szkoleń, uruchamiano zespoły, budowano strategie, prowadzono badania itd. Można zaryzykować twierdzenie, że był to najkosztowniejszy w ostatnich latach program wsparcia ekonomii społecznej w całej UE.” Po tej refleksji zadają pytanie na ile te wszystkie działania były skuteczne, i przedstawiają jeszcze całą listę dodatkowych, ważnych pytań: „Czy podmiotów ekonomii społecznej jest więcej? Czy stworzono w oparciu o te mechanizmy nowe, wartościowe, trwałe miejsca pracy dla osób, które mają problemy z odnalezieniem się na otwartym rynku pracy? Czy środowisko jest bardziej zintegrowane i zdolne do budowania wspólnej wizji rozwoju ekonomii społecznej? Czy ekonomia społeczna i jej produkty są bardziej rozpoznawalne społecznie? Czy dotarliśmy do jakichkolwiek ważkich nowych znalezisk badawczych? Czy nasza pozycja w UE jako dynamicznego lidera rozwoju ekonomii społecznej została podtrzymana? Czy na poziomie rządowym udało się zbudować poważne środowisko realnie, a nie tylko nominalnie zainteresowane rozwojem ekonomii społecznej? Czy wreszcie zakładanie i funkcjonowanie podmiotów ekonomii społecznej jest prostsze, wziąwszy pod uwagę np. dostęp do kapitału początkowego, fachowego wsparcia, dostępu do rynków?”

Bardzo smutne jest to, że ci doświadczeni działacze ruchu społecznego, doskonali znawcy historii i bieżącej sytuacji w szerokorozumianym trzecim sektorze, konstatują, że „wiele wskazuje na to, że właściwie na wszystkie zapisane powyżej pytania trzeba udzielić odpowiedzi negatywnej”. Proponują, by „szczerze zastanowić się nad powodami porażki i zadbać o to, aby przynajmniej tych samych błędów nie powielać w przyszłości”.

Po tej publikacji spodziewać należałoby się gorącej reakcji środowiska, wielu debat i głosów polemicznych. Niestety nic takiego nie nastąpiło, mimo, że od publicznego udostępnienia tekstu upłynęło prawie rok (piszę to we wrześniu 2013 roku, a tekst udostępniony był w internecie w listopadzie 2012 r.). To symptomatyczne. Czy jest to reakcja typu ‘chowam głowę w piasek’, czy wynika to ze swego rodzaju cynizmu, z przekonania, że ‘faktycznie tak jest, niewiele tutaj sam mogę zrobić, ale póki mogę działać i korzystać z funduszy unijnych to będę w tym trwał’?

Przyznam się, że zatrważające jest stwierdzenie Jakuba Wygnańskiego i Piotra Frączaka, że „z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że liczba osób, które zostały zatrudnione do wspierania ekonomii społecznej jest wyższa niż liczba stworzonych w sektorze ekonomii społecznej miejsc pracy”. Z jednej strony to nie dziwi, bo tak zwykle jest z instytucjami państwami (im więcej zatrudnionych w urzędach pracy tym gorzej jest z wielkością bezrobocia), ale w przypadku zaangażowania oddolnego, środowisk lokalnych, można byłoby spodziewać się czegoś innego.

Autorzy zastanawiają  się też nad tym ‘jak wspierać rozwój ekonomii społecznej’, ale równie ważna jest podniesiona przez nich kwestia ‘jak nie wspierać rozwoju ekonomii społecznej’. Ciekawe jest jednak to, że w istocie proponują modyfikację aktualnego stanu rzeczy, a nie jakieś zmiany zasadnicze, a może nawet i rewolucyjne. Tak odczytuję ich stwierdzenia: „Należy rozważyć stworzenie na poziomie krajowym konsorcjum różnych instytucji, którego celem byłoby wypracowywanie rozwiązań systemowych ważnych dla ekonomii społecznej … Trzeba zracjonalizować liczbę różnego rodzaju ośrodków wsparcia i zakres ich działań. … Rozsądne byłoby też stworzenie dosłownie kilku, ale „mocnych” inkubatorów z prawdziwego zdarzenia, w których byłyby rozwijane i testowane bardziej złożone i innowacyjne prototypy działań z obszaru ekonomii społecznej.”

W kontekście dyskutowanych przez nas innowacji społecznych, autorzy potwierdzają generalną opinię, że wspieranie rozwoju innowacyjnego przez państwowe instytucje jest działaniem fasadowym. Piszą oni mianowicie, że „innowacje społeczne powinny zasilać ekonomię społeczną tak, żeby uniknąć obserwowalnego obecnie stanu: odtwórczości, oportunizmu, unikania ryzyka i bezrefleksyjnego kopiowania schematów (ze względu na to, że są „fundowalne”, a nie ze względu na to, że okazały się skuteczne). W całym obecnym systemie finansowania podstawową troską jest maksymalizowanie biurokratycznie rozumianego bezpieczeństwa (stąd hiperformalizm). Nie ma natomiast przestrzeni na podejmowanie trudnych, innowacyjnych, a co za tym idzie – obarczonych ryzykiem przedsięwzięć.” Myślę, że za taką sytuację nie należy jednak winić samych zaangażowanych w tworzenie innowacji społecznych, to jest błąd systemowy i to co jest najistotniejsze w efektywnym prowadzeniu procesu innowacyjnego (tzn. godzenie się na podejmowanie ryzyka i pogodzenie się z tym, że naturalną sytuacją jest ponoszenie porażek w większości przypadków) nigdy nie będzie obecne we wspieranym przez instytucje państwowe (publiczne) rozwoju innowacyjnym.

Mam tutaj pewną satysfakcję (trochę na zasadzie ‘A nie mówiłem’), bo wspominałem o tym w ekspertyzie jaką wykonałem dla Instytutu Spraw Publicznych w 2005 roku, której fragmenty zostały później opublikowane w kwartalniku Trzeci SektorEkonomia (gospodarka) społeczna‚(publikacja polemika)).

Nie uważam, że ekonomia (gospodarka) społeczna nie powinna istnieć we współczesnym społeczeństwie. Wręcz przeciwnie, ten sektor gospodarki powinien funkcjonować, z korzyścią dla ludzi, a przez to z korzyścią dla społeczeństwa. Powiem więcej, istnieje on w sposób naturalny w gospodarcze rynkowej (kapitalistycznej) od początku jej istnienia i będzie istniał, jeśli tylko pozwolić ludziom działać. Ekonomia społeczna (i innowacje społeczne) to głównie proces oddolny, w dużym stopniu spontaniczny, bez narzucania jak powinien on wyglądać przez ‘czynniki odgórne’ (rząd, politycy, stowarzyszenia regionalne, itp.).


  • RSS