Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z okresu: 2.2014

Taki wpis powinien pojawiać się niemalże codziennie, bo też niemalże codziennie zdarza mi się czytać tekst zohydzający liberalizm. Ciągle zastanawiam się skąd taka postawa się bierze? Najczęściej chyba z całkowitego niezrozumienia czym liberalizm jest, ale bardzo często z chęci przyłożenie (dokopania) tym wstrętnym liberałom, bo to przecież oni są odpowiedzialni za wszelkie zło tego świata.
Jakże często ta niechętna postawa wobec liberalizmu (neoliberalizmu w istocie, bo takie słownictwo jest powszechne) przybiera formę ‘ustawiania sobie chłopca do bicia’ (o czym wielokrotnie na tym blogu pisałem).
Do dzisiejszego wpisu sprowokował mnie kolega, który podesłał mi wywiad z Paulem Craigiem Robertsem, amerykańskim ekonomistą uważanym za jednego z architektów reaganomiki. Już sam tytuł – Neoliberalizm wprowadził zachodnie gospodarki na ścieżkę samozniszczenia – ma zohydzić liberalizm. Przedstawiona tam krytyka neoliberalizmu jest o tyle uwiarygadniana, że początki neoliberalizmu datowane są przez wielu właśnie na czasy prezydentury Ronalda Reagana i premierostwa Margaret Thatcher.
Jak się jednak przyjrzeć dokładniej temu o czym mówi Roberts, to nie jest żaden neoliberalizm (choć co rusz używają tego słowa zarówno prowadzący wywiad, jak i Roberts), ale ‘kapitalizm kolesiów’, ‘kapitalizm polityczny’, kapitalizm kreatywny (o korzeniach tego typu kapitalizmu pisze tutaj). Dlaczego Roberts dokonuje takiego nadużycia? Trudno mi powiedzieć. Wydaje się, że z racji swego wykształcenia i doświadczenia zawodowego, powinien on rozumieć istotę liberalizmu, kapitalizmu i wolnego rynku.
Sam pisze o tym, jak to za prezydentury Reagana wprowadzali zasady wolnorynkowe, liberalne. Zacytujmy go: „Zaczęliśmy od podatków osobistych oraz od zysków kapitałowych. Obniżyliśmy wszystkie stawki. Tu nie chodzi tylko o to, by ludzie w sumie płacili mniej. Naszym celem było stworzenie takiej sytuacji, w której opłaca się pracować i produkować więcej niż dotychczas. Bo dotąd każdy dodatkowy dolar był opodatkowany na tyle wysoko, że nie warto było pracować więcej. A jak nie pracowano więcej, to było mniej oszczędności i mniej pieniędzy na inwestycje. Logiczny wniosek, że taki system promował bierność zamiast pracy i konsumpcję zamiast inwestycji. Więc myśmy tę sytuację odwrócili. Niższe podatki od wyższych dochodów sprawiały, że brak pracy i konsumpcja stały się nagle bardziej kosztowne. A inwestycje bardziej opłacalne. Keynesistom się to nie podobało, ale gdy zobaczyli, że nasza recepta działa, musieli złożyć broń. Bo nagle amerykańska gospodarka ruszyła z miejsca. Pojawiła się też praca. Dobra, solidna praca dla zwyczajnych Amerykanów.”
To nie przeszkadza mu powiedzieć: „Wstyd mi za neoliberalizm. Ten niewiarygodnie patologiczny kult wolnego rynku, który wprowadził zachodnie gospodarki, w tym USA, na ścieżkę samozniszczenia”. Można zadać pytanie o jakim neoliberalizmie on mówi? Gdzie w ostatnich latach, od 1990 roku, widzi on ten ‘kult wolnego rynku’?
Zacytujmy jego wypowiedzi odnoszące się, do okresu po 1990 roku i sami osadźmy, czy mówi on o sytuacji, która w jakikolwiek sposób ma odniesienie do zasad (klasycznego) liberalizmu. Przy okazji proponuję by (np. przy drugim czytaniu tych cytatów, albo najlepiej przy czytaniu całego wywiadu) wstawić tam gdzie pada słowo ‘neoliberalizm’ określenie typu ‘kapitalizm kolesiów’, lub ‘kapitalizm polityczny’ albo ‘kapitalizm kreatywny’. Według mnie wypowiedzi Robertsa będą bardziej zrozumiałe i odpowiadające rzeczywistej sytuacji i rzeczywistej krytyce.

Stwierdza on: „Korporacje w majestacie prawa mogą kupować sobie wybory oraz rządy” (od razu ciśnie się pytanie – to naprawdę postuluje liberalizm (neoliberalizm)?). Dalej: „Im bardziej neoliberalna gospodarka, tym wyższy poziom bezrobocia. Według najnowszych statystyk 40 proc. amerykańskiej populacji zarabia mniej niż 40 tys. dol. rocznie. A granica biedy w tym kraju to jakieś 24 tys. 3 proc. populacji w ogóle nie ma pieniędzy na żadne wydatki prócz pokrycia najbardziej podstawowych potrzeb. Oni właściwie nie uczestniczą w obrocie gospodarczym i są na dodatek potężnie zadłużeni. Rosną tylko dochody absolutnie najbogatszych. Tego symbolicznego już jednego procenta. Tylko czy to jest powód do radości w rzekomo najbogatszym i najpotężniejszym gospodarczo kraju na ziemi? Przecież w tej sytuacji nie ma absolutnie żadnych szans na ożywienie gospodarcze. Bo skąd ono ma się wziąć?”. (Czy to bezrobocie stworzone zostało dlatego, że w duchu liberalnym sprzyjano rozwojowi przedsiębiorczości (jak to było za Reagana) czy dlatego, że kapitalizm kolesiów zniszczył ducha przedsiębiorczości w Ameryce?)
Roberts przyznaje, że pazerność wielkich korporacji była wymuszona „przez Wall Street. Bo inwestorzy powiedzieli do firm: zobaczcie, tam są niesamowite szanse na krociowe zyski. Nadal ich nie widzicie? To my zaraz pójdziemy do waszych konkurentów i sfinansujemy im przejęcia waszego biznesu. Więc i tak wasze firmy trafią do Chin.”
Zauważa on, że „jeśli szukać autorów liberalizacji amerykańskiego sektora finansowego, to trop wiedzie tutaj wprost do dwóch nazwisk” (chodzi o Billa Clintona i George W. Busha). Roberts wspomina o zniesieniu w 1999 r. (za czasów Clintona) słynnej ustawy Glassa-Steagalla z lat 30. którą uchwalono po to, żeby ukrócić poziom spekulacji i pokusę nadużycia na rynkach finansowych. „Od tamtej pory każdy bank mógł zacząć działać w branży inwestycyjnej i używać depozytów swoich klientów do finansowania nawet bardzo ryzykownej działalności.” Czy to podejmowanie coraz to bardziej ryzykownej działalności spowodowane było liberalną zasadą, że jak podjąłeś złą decyzję to sam zapłacisz za swoją porażkę, czy raczej, tym, że państwo gwarantowało, że „zbyt duży nie może upaść”, wymuszało udzielanie kredytów osobom niewypłacalnym, czy gwarantowało wysoką ocenę papierów wartościowych gwarantowanych, w ten czy inny sposób, przez państwo?
Dalej Roberts mówi: „I deregulacyjne szaleństwo ruszyło pełną parą. Już na samym początku jego administracja zniosła regulacje derywatów (czyli instrumentów pochodnych, np. kontraktów terminowych albo swapów – red.) znajdujących się w obrocie pozagiełdowym. Potem bushowcy zdecydowali, że w ogóle nie interesuje ich ograniczanie działalności spekulacyjnej. I tak zmienił się świat finansów.” Czy to rynek zadecydował, że ‘nie interesuje go ograniczenie działalności spekulacyjnej’? Czy ludzie uwierzyli w to wszystko dlatego, ze wmówiono im, że na straży bezpieczeństwa sytemu finansowego stoją instytucje rządowe (np. Securities and Echange Commission)? To w istocie agencje rządowe gwarantowały to, że agencje ratingowe oceniały śmieciowe papiery wartościowe jako te o najwyższym ratingu.
Dalej już bez komentarzy i zadawania pytań pozwolę sobie zacytować fragmenty wypowiedzi Robertsa: „amerykańskie elity polityczne poczuły się po prostu bezkarne. Zaczął się etap hegemonicznej dominacji Stanów Zjednoczonych. Na jej potrzeby wymyślono sobie papierowego wroga w postaci rzekomego terroryzmu islamskiego. … Wielki kapitał, a zwłaszcza sektor finansowy, zainwestował wiele w to, by do globalizacji dorobić opowieść pod tytułem „To jest w interesie każdego z nas. Nikt na niej nie straci, a wszyscy zyskają”. … [a zrobili to] pieniędzmi. Wielki kapitał po prostu kupił sobie amerykańską klasę ekonomiczną. Uczynił z niej swoich lobbystów. Stworzył sieć grantów badawczych, think tanków. Niektórzy ekonomiści przechodzili wręcz do biznesu, zasiadając w zarządach spółek finansowych. Ekonomia w latach 90. i na początku XXI wieku przestała być nauką. Stała się propagandą. … To przejaw degeneracji amerykańskiego życia publicznego. Ameryka stała się państwem lobbingowym. … W USA kampanie wyborcze są finansowane z datków prywatnych. Kilka lat temu Sąd Najwyższy tylko to utwierdził, uznając, że prawo do wspierania kampanii wyborczych przez korporacje nie może być ograniczone. … W Stanach niezależnie od politycznego rozdania rządzi więc kilka potężnych organizacji lobbystycznych. Najważniejsza z nich to Wall Street, a więc banki i instytucje finansowe. Drugą jest sektor militarny oraz bezpieczeństwa. Wyjątkowo groźny dla reszty świata, co pokazały wypadki sprzed dekady. Trzeci blok to potężne lobby izraelskie. Potem jeszcze lobby górniczo-naftowe. Szczególnie wpływowe od czasów George’a W. Busha, który postawił wielu nafciarzy na czele powiązanych z rządem ogranizacji zajmujących się środowiskiem. Na tym przykładzie dobrze widać, jak działa ta „neoliberalna deregulacja”. … Bo nie ma w tym kraju żadnych wolnych mediów. … Mieliśmy kiedyś w Ameryce tysiące niezależnych od siebie tytułów. Wzajemnie się uzupełniających i niezależnych. I to był prawdziwy pluralizm. Dziś całe amerykańskie media są skoncentrowane w mniej więcej pięciu kluczowych megakoncernach. Wiem, co mówię, bo współpracowałem kiedyś blisko z „Wall Street Journal”. Dziś ten szacowny tytuł należy do… megakoncernu Ruperta Murdocha. Tymi tytułami nie rządzą już dziennikarze, tylko specjaliści od marketingu i reklamy. Zniknął też słynny mur oddzielający pion biznesowy od merytorycznego. Rząd zaś zabezpiecza się przed nadmierną krytyką ze strony tych tytułów, kontrolując system licencji na nadawanie.”
Zadam tylko pytanie do tego powyższego cytatu. Czy wszystko to o czym mówi Roberts to ma cokolwiek wspólnego z liberalizmem? Śmiem twierdzić, że jest to przeciwieństwo tego co może być wynikiem stosowania na co dzień zasad liberalnych, zasad wolnego rynku.

Może dobrze byłoby aby ci którzy z ohydą patrzą na liberalizm zapoznali się przynajmniej z podstawowymi zasadami liberalizmu, by mogli sobie sami odpowiedzieć na pytanie czym w istocie jest liberalizm? Na początek proponuję Ludwiga von Misesa, Liberalizm w klasycznej tradycji. System Społeczno-Ekonomiczny (1989, oryginalne niemieckie wydanie w 1927 r.).
W mojej Historii myśli liberalnej (której robocza wersja dostępna jest tutaj), odwołując się, właśnie do Misesa, próbowałem odpowiedzieć na pytanie:
„Czym zatem jest liberalizm? Jak pisał Ludwig von Mises (1989, s. 3):
„Liberalizm nie jest kompletną doktryna lub określonym dogmatem. Całkiem przeciwnie: jest zastosowaniem nauki do życia człowieka w społeczeństwie. I tak jak ekonomia, socjologia i filozofia nie zatrzymały się w swoim rozwoju od czasów Dawida Hume, Adama Smitha, Dawida Ricardo, Jeremy Benthama, i Wilhelma Humboldta, tak doktryna liberalizmu jest inna dzisiaj od tej, jaka była w ich czasach, nawet jeśli jej podstawowe zasady pozostały niezmienne. [...] Liberalizm jest doktryną dotyczącą całkowicie wzajemnego postępowania ludzi w stosunku do siebie w tym świecie. [...] Liberalizm nie przyrzeka ludziom szczęśliwości i zadowolenia, ale tylko możliwie najobfitsze zaspokojenie wszystkich tych pragnień, które mogą być zaspokojone rzeczami zewnętrznego świata.
Liberalizm często krytykowany jest za zbyt materialne nastawienie do człowieka. Twierdzi się, że nie ma on nic do zaoferowania dla zaspokojenia tzw. wyższych potrzeb człowieka. Trzeba być świadomym, że odpowiednia polityka społeczna może przyczynić się do polepszenia bytu materialnego, ale nigdy nie zdoła uczynić ludzi szczęśliwszymi, czy też zadowolić ich najskrytsze pragnienia.”

Liberałowie uważają wręcz, że „szczęście i zadowolenie z losu nie zależy od żywności, odzienia i mieszkania, ale przede wszystkim od wewnętrznych myśli i marzeń człowieka” (Mises, 1989, s. 4). Troszcząc się przede wszystkim o materialny byt człowieka, liberalizm nie lekceważy duchowej strony życia. Taki stosunek liberalizmu do sfery duchowej wypływa z przekonania, że żadne regulacje zewnętrzne nie mogą wpływać na to, co najwyższe i najgłębsze w człowieku. Liberałowie dążą do stworzenia odpowiednich warunków dla zaspokojenia materialnych potrzeb człowieka, traktując to jako warunek konieczny jego pełnego duchowego rozwoju. Wypływa to z ich przekonania, że „inne duchowe bogactwa nie mogą przyjść do człowieka z zewnątrz, ale z wnętrza jego własnego serca” (Mises, 1989, s. 4). To co najważniejsze w liberalizmie, to chęć stworzenia zewnętrznych warunków, koniecznych do zbudowania bogatego życia wewnętrznego. Liberałowie wierzą nie tylko w możliwości doskonalenia się ludzi ale też i w możliwości polepszania warunków zewnętrznych, w których przychodzi im żyć. Co jednak równie istotne, liberałowie są przekonani, że w perspektywie długookresowej, w toku ludzkich dziejów dokonuje się rzeczywiste doskonalenie się człowieka i poprawa jego warunków życia, przy czym okresy najszybszych zmian na lepsze doświadczane były przez cywilizacje, które umożliwiały jednostką względną swobodę działania, w imię ich własnego interesu. Liberalna wiara w możliwości doskonalenia się człowieka zakłada empiryczny i pragmatyczny stosunek do zastanej rzeczywistości, skłonności do eksperymentowania i poszukiwania coraz to lepszych rozwiązań. Pod tym względem liberałów można nazwać ewolucjonistami, bo podobnie jak w ewolucji naturalnej, lepsze rozwiązania poszukiwane są metodą prób i błędów, a znalezione rozwiązania zawsze poddawane są jak najszybszej konfrontacji z rzeczywistymi warunkami i sprawdzeniu ich przydatności w warunkach rzeczywistych. Generalnie można powiedzieć, że ideą bliską liberałom było pojęcie zmiany – już na początku XIX w. partia liberalna nazywana była „partią ruchu”, w odróżnieniu od konserwatystów, nazywanych „partią porządku”.
Mises (1989, s. 167) kończy swoją książkę o liberalizmie stwierdzeniem, które warto wielokrotnie powtarzać:
„Liberalizm nie jest religią, ani żadnym światowym poglądem, żadną partią specjalnych interesów. … Liberalizm jest czymś całkowicie różnym. Jest ideologią, doktryną wzajemnej zależności wśród członków społeczeństwa i równocześnie, zastosowaniem tej doktryny do zachowania się ludzi w aktualnym społeczeństwie. Nie obiecuje nic, co przekracza to co może być osiągnięte w społeczeństwie i przez społeczeństwo. Pragnie dać ludziom jedną rzecz, spokojny, niezakłócony rozwój materialnego dobrobytu dla wszystkich ludzi, by osłonić ich przed zewnętrznymi przyczynami bólu i cierpień, o ile to leży w mocy społecznych instytucji w ogóle. Zmniejszać cierpienia, zwiększać szczęście: to jest cel liberalizmu. …
Liberalizm … nie ma partyjnych kwiatów i nie ma żadnych kolorowych sztandarów, żadnych partyjnych pieśni, żadnych partyjnych bożków, żadnych symboli i sloganów. Liberalizm ma istotną treść i argumenty. Te muszą prowadzić do zwycięstwa.”

W tym samym czasie co Mises, w podobnym duchu o istocie liberalizmu pisał Ramsay Muir (1920, s. 15), dla którego liberalizm jest „raczej stanem umysłu, punktem widzenia, sposobem patrzenia na różne sprawy a nie ustaloną i niezmienną doktryną. Jak wszystkie żywotne wyznania, jest raczej przekonaniem duchowym a nie jakimś przepisem.”

 

Warto przeczytać Pora posprzątać po rewolucji energetycznej. Znajdziemy tam m.in. takie stwierdzenia: „mimo masowej instalacji odnawialnych źródeł energii, których koszt paliwa wynosi zero, niemieckie ceny energii są jednymi z najwyższych w Europie i ustępują tylko duńskim. … mimo wysokich cen energii, koncerny energetyczne, mają coraz gorsze wyniki i grożą, że będą musiały zamknąć część elektrowni. …wbrew nadziejom ekologów, większe wykorzystanie elektrowni wiatrowych i słonecznych, doprowadziło w Niemczech do zwiększenia emisji dwutlenku węgla do atmosfery.”

Tak to jest kiedy dominuje polityka nad rozsądkiem gospodarczym, kiedy ręcznie steruje się procesami, które powinny rozwijać się w sposób naturalny, rynkowy.

Nie potrafią sobie poradzić z tak prostym systemem jak energetyka, a chcą wpływać na klimat w skali całego globu.

Za parę lat dojdą do wniosku, że przesadzili z tym straszeniem zagrożeniem ocieplenia się  klimatu, że jakieś tam walki z emisją CO2 nie mają sensu i … znajdą sobie coś nowego, po to by nadal hulać po świecie za publiczne pieniądze i debatować o zagrożeniach cywilizacyjnych (oczywiście w najlepszych hotelach i w ciepłym klimacie – jak np. sławna Konferencji Klimatycznej na indonezyjskiej wyspie Bali w 2007 roku).

Tak było kilkanaście lat temu ze sławną dziura ozonową. Ile to było dyskusji, konferencji, ostrzeżeń, że jeśli coś ludzkość nie zrobi by nie niszczyć ozonu to grozi nam katastrofa. Kto dziś o tym pamięta? Na całym tym humbugu zarobił tylko DuPont, który miał patent na środek zastępujący freon w lodówkach i zamrażarkach.

Dwa tygodnie temu, 14 stycznia 2014 roku grupa 75 ‘znamienitych’ ekonomistów, w tym siedmiu laureatów Nagrody Nobla, opublikowała list skierowany do prezydenta USA i kongresmenów, w którym popierają inicjatywę legislacyjną Senatora Toma Harkina i członka Izby Reprezentantów  George Millera o podwyższeniu płacy minimalnej do ponad 10 dolarów za godzinę. W liście tym ekonomiści wręcz domagają się by przez najbliższe trzy lata płaca minimalna rosła o 95 centów, tak by w 2016 roku wynosiła 10,1 dolara. Inicjatorzy podwyżek płacy minimalnej motywują to tym, że ‘zatrudnionym zarabiającym najmniej trzeba uczciwie zapewnić możliwość skorzystania ze skutków rozwoju gospodarki po wyjściu z recesji’.

Kiedy to przeczytałem, przypomniałem sobie stare niemieckie powiedzenie „88 profesorów, ojczyzno, jesteś zgubiona”  - Achtundachtzig Professoren: Vaterland, du bist verloren  (przypisywane Bismarckowi, ale w Słowniku Kopalińskiego podane jest: „Deutsche Rundschau” z 1901 r. o parlamencie frankfurckim z 1848-9 r.).

List ten umieszczony został w sieci i obecnie podpisało go już ponad 600 ekonomistów (by ten list podpisać trzeba mieć co najmniej doktorat z ekonomii!). Pełno tam znanych nazwisk (najgorsze jest, że to,  że oni uczą przyszłych ekonomistów!). Są tam laureaci Nagrody im. Alfreda Nobla z ekonomii oraz byli prezydenci American Economic Association: Kenneth Arrow, Stanford University*+; William Baumol, New York University+; Angus Deaton, Princeton University+; Peter Diamond, Massachusetts Institute of Technology*+; Avinash Dixit, Princeton University+; Claudia Goldin, Harvard University+; Eric Maskin, Harvard University*; Thomas Schelling, University of Maryland*+; Robert Solow, Massachusetts Institute of Technology*+; A. Michael Spence, New York University*; Joseph Stiglitz, Columbia University* (gwiazdką oznaczono Noblistów z ekonomii, a plusem prezydentów AEA).  

Z innych nazwisk wspomnę jedynie Brad’a DeLong’a, University of California, Berkeley (autora znanego podręcznika do Makroekonomii), oraz instytucjonalistę, Geoffrey Hodgson’a, University of Hertfordshire (z Wielkiej Brytanii).

Wszystkim tym ekonomistom nakazałbym przeczytać Henrego Hazlitta ‘Ekonomia w jednej lekcji (tam są m.in. rozdziały pt. ‘Ustawowe płace minimalne’, ‘Kontrolowanie cen przez rząd’ czy „Fetysz pełnego zatrudnienia’). Czy jednak zrozumieliby przesłanie tej lekcji?

Ekonomiści ci twierdzą, że wpływ podwyżki płacy minimalnej na zatrudnienie  jest nieznaczny. Podkreślają, że w Kanadzie i USA odsetek zatrudnionych otrzymujących płacę minimalną nie dochodzi nawet do 5 procent, dlatego uznają, wszelkie bezpośrednie negatywne konsekwencje podwyżki tej płacy zapewne nie dotkną licznych grup społecznych. Inni ekonomiści popierają tego opinie przytaczając wyniki badań, że już w przypadku młodych dorosłych (w wieku dwudziestu paru lat) skutki zmian płacy minimalnej zwykle nie mają znaczenia statystycznego i nie liczą się z punktu widzenia ekonomicznego. Natomiast w przypadku ‘starszych dorosłych’, konsekwencje są tak nikłe, że w niewielu publikacjach w ogóle się o nich wspomina.

Wydaje mi się to hipokryzją do kwadratu. W niemalże wszystkich podręcznikach do Makroekonomii pokazuje się jak to płaca minimalna ustalona na poziomie powyżej płacy rynkowej powoduje powstanie bezrobocia przymusowego. Jeśli ci ekonomiści korzystają z tych podręczników to można ich zapytać kiedy mówią prawdę, ucząc studentów czy pisząc tego typu listy? (tu przypominają mi się słowa Miltona Friedmana z 1977 roku: „Nic nie tworzy tak wielu miejsc pracy dla ekonomistów, co kontrola i interwencja ze strony państwa. Dlatego wszystkich ekonomistów cechuje schizofrenia: ich dyscyplina naukowa, wywodząca się od Smitha, każe im faworyzować rynek; ich własny interes każe im faworyzować interwencję. W efekcie znaczna część środowiska ekonomistów była zmuszona godzić te dwie przeciwstawne siły przez faworyzowanie rynku w ogólności i przeciwstawianie się mu w konkretnych przypadkach”).

Jeśli natomiast jest tak jak twierdzą sygnatariusze tego listu, że „podwyżki tej płacy zapewne nie dotkną licznych grup społecznych” to w takim układzie po co kruszyć kopie? Żeby zaistnieć w mediach? By zdobyć posadkę doradcy rzadowego?

Ten argument, minimalnych kosztów jest często przytaczany w różnych sytuacjach. Kilka lat temu słyszałem go w kontekście tego, że Unia Europejska nie jest wcale tak kosztowną instytucją. bo przecież każdego ‘obywatela UE’ kosztuje tyle ile jedna filiżanka kawy dziennie.

Argumenty tego typu ekonomistów jako, żywo mogłyby przypominać argument chemika, który twierdziłby, że katalizator w reakcji chemicznej nie jest ważny, bo przecież zawsze dodawany jest on w minimalnych ilościach (w porównaniu z ilością substancji głównej w której zachodzi reakcja). Śmiem twierdzić, że gdyby student chemii odpowiedział w tym stylu to na pewno nie zdałby egzaminu z chemii.

Argumentując podobnie jak to czynił Frederica Bastiata, można powiedzieć, że jeśli podwyższenie płacy minimalnej nie ma wielkiego wpływu, to dlaczego nie podwyższyć jej do np. 50 dolarów za godzinę, wtedy wszystkim byłoby lepiej, wszyscy byliby zadowoleni.

W książce (którą polecam przeczytać) The Finacial Crisis and the Free Market Cure (z podtytułem Why Pure Capitalism is the World Economy’s Only Hope) John A. Alisson (szef  BB&T Corporation w latach 1989-2008, jednej z większych instytucji finansowych w USA) opisuje swoje doświadczenia, kiedy to w młodości pracował za mniej niż minimalna płaca. Pisze on, że nie była to ciekawa praca, ale to w niej nauczył się współpracować z innymi, ale też nauczyło go ona tego, że powinien zrobić wszystko by przez resztę swojego życia nie musieć pracować za taką minimalną stawkę.  

Wielu z nas może podobnie powiedzieć (sam pamiętam jak będąc w średniej szkole, by sobie dorobić i móc wyjechać na wakacje, przerzucałem, za tzw. psie pieniądze, worki z mąką w Gminnej Spółdzielni w Blachowni).   

Patrick Jake O’Rourke w Wykończyć bogatych, książce. którą stale polecam swoim studentom do poczytania, opisuje jak to wiele lat po studiach życie zmusiło go do powrotu do studiowania ekonomii, pisze:  „Zdecydowałem więc, że powrócę do moich studenckich podręczników do ekonomii, żeby coś z tego pojąć. Wówczas ponownie i z nie mniejszą siłą dopadło mnie dawne bitnikowskie uprzedzenie. Tym razem jednak nie dotyczyło ono studentów biznesu, ale autorów podręczników, z których musieli się uczyć. Wyszło na jaw, że profesorowie ekonomii również są ekonomicznymi idiotami.”

Skończę tak, jak zwykł kończyć swoje wykłady „O wyższości Świąt Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenia”, prof. mniemanologii stosowanej Jan Tadeusz Stanisławski (zresztą też ekonomista i filozof):
i to by było na tyle.

Jak ten czas szybko leci, to już z górą 10 lat kiedy ‘kibicuję’ Fundacji Instytutu Misesa. Mam ogromny sentyment dla tego portalu, i to z kilku powodów. Instytut Misesa został założony przez mojego byłego (nawiasem mówiąc bardzo zdolnego) studenta (Mateusz, kiedy inicjował powstanie Instytutu Misesa był na drugim roku studiów), od ponad dziesięciu lat rozwijany jest przez młodych ludzi (pracujących tam dla przyjemności, głoszących ‘dobrą nowinę’ z przekonania i z osobistym, autentycznym zaangażowaniem), publikowanych jest tam mnóstwo materiałów, które z czystym sumieniem mogę polecieć jako lekturę uzupełniającą dla uczestników moich wykładów, no i sam czerpię ogromna przyjemność z czytania publikowanych tam tekstów.

Kiedy powstawał portal było tam urzekając hasło (które w kolejnych mutacjach tego portalu niestety znikło): ‘nasza misją jest sprowadzenie austriaków do domu’. Tę misję skutecznie realizują, idee szkoły austriackiej są coraz powszechniejsze w Polsce. Dziękuję za to i proszę o więcej. Kolejne mutacje  tego portalu można obejrzeć tutaj

Zaglądajcie na mises.pl i wspierajcie go: duchowo, propagując idee szkoły austriackiej  i, w miarę możliwości, finansowo.

Sto lat, sto lat … !


  • RSS