Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z okresu: 4.2014

Kiedy usłyszałem w dzisiejszych wiadomościach, że umarł Mieczysław Wilczek to pomyślałem: ‚odszedł Turgot polskiej gospodarki’. Naturalnie porównanie jest trochę naciągane, ale jest coś na rzeczy. Przede wszystkim Anne Robert Jacques Turgot (1727 – 1781) przed tym jak został ministrem, pracował w administracji publicznej oraz był uznanym teoretykiem (w odróżnieniu od Mieczysława Wilczka, który był przedsiębiorcą, praktykiem).  Prawdą jest, że Turgot napisał niewiele o gospodarce, wszystkiego 12 pozycji, łącznie 188 stron. Tym niemniej ma on zapewnione stałe miejsce w historii myśli ekonomicznej. W 1766 roku napisał stosunkowo krótką, bo liczącą 53 strony pracę zatytułowaną Uwagi na temat kształtowania się i rozdziału bogactwa (Réflexions sur la Formation et la Distribution des Richesses). W tym co napisał wyprzedził myśl ojca współczesnej analizy ekonomicznej, Adama Smitha (więcej o Turgocie w mojej Historii myśli liberalnej).

Kiedy w 1774 roku Turgot został ministrem (controller-general), jego pierwszym aktem było zadekretowanie wolności importu i eksportu zboża. Preambuła do tego aktu jest swego rodzaju podsumowaniem leseferystycznej polityki fizjokratów i Turgota w szczególności: nowa polityka handlu została ustanowiona po to, by „stymulować i poszerzać wykorzystanie ziemi, której produkcja jest rzeczywistym i najbardziej pewnym bogactwem państwa; by podtrzymać obfitość poprzez rozbudowę spichlerzy i import zboża z zagranicy; by zapobiec spadkowi cen zboża do poziomu czyniącego całą produkcję nieopłacalną; by zlikwidować monopole poprzez zlikwidowanie wszystkich prywatnych licencji i przywilejów i przez sprzyjanie wolnej i pełnej konkurencji, tak by możliwa była wymiana nadwyżek produkcji na towary potrzebne, co jest zgodne z porządkiem ustalonym przez Święta Opatrzność”.

Bogata i wpływowa burżuazja sprzeciwiła się próbom zreformowania gospodarki. Na bezpośredni protest Marii Antoniny, oraz innych ważnych osobistości tracących przywileje w wyniku wprowadzania aktów prawnych przez Turgota, Ludwik XVI zdymisjonował go przed upływem drugiego roku jego ministrowania. (W przypadku Mieczysława Wilczka było inaczej. Dzięki zmianom systemowym w 1989 r. jego dzieło było kontynuowane przez rząd Tadeusza Mazowieckiego, a zwłaszcza przez ministra finansów i wicepremiera Leszka Balcerowicza.)

Podobna w duchu do regulacji wprowadzonych przez Turgot’a była ustawa o działalności gospodarczej z 23 grudnia 1988 roku (popularnie nazywana ‚ustawą Wilczka’). Jest to krótka ustawa (ma zaledwie 5 stron, przy czym 3,5 strony to odwołanie poprzedich aktów prawnych)  i napisana językiem zrozumiałym dla każdego, kto chciałby podjąć działalność w biznesie. Myślę, że na nagrobku Mieczysława Wilczka powinny być wykute dwa artykuły tej ustawy (Art. 1  i Art. 4):

„Podejmowanie i prowadzenie działalności gospodarczej jest wolne i dozwolone każdemu na równych prawach, z zachowaniem warunków określonych przepisami prawa.”

„Podmioty gospodarcze mogą w ramach prowadzonej działalności gospodarczej dokonywać czynności i działań, które nie są przez prawo zabronione.”

To jest esencja działalności gospodarczej i esencja prawa. Prawo powinno być formułowane w sposób negatywny (‚Nie wolno …’). Poza tym co jest zabronione, wszystko jest dozwolone. Proszę zauważyć, że w dekalogu, poza pierwszymi trzema przykazaniami odnoszącymi się do Boga, z pozostałych siedmiu tylko jedno przykazanie jest nakazem (‚Czcij ojca swego i matkę swoją’). Pozostałych sześć przykazań ma formę zakazu: Nie zabijaj, Nie cudzołóż, Nie kradnij,  …

Warto podkreślić, że w ‘ustawie Wilczka’, kiedy jeszcze rządzili w Polsce komuniści, wyliczone zostało jedenaście przypadków udzielania koncesji (czyli ograniczenia wolności gospodarczej). Obecnie, po 25 latach, kiedy mamy tzw. gospodarkę rynkową, takich koncesji jest kilka razy więcej. 

Kilka lat temu, kiedy potrzebowałem pewnych danych statystycznych, wszedłem na stronę GUS i początkowo ucieszyłem się, bo tam zobaczyłem link do rocznika statystycznego. Rozczarowałem się kiedy pobrałem ten ‘rocznik’, bo okazało się, że udostępniono mniej niż połowę zawartości tego rocznika, a te potrzebne mi dane były akurat w tej drugiej, nieudostępnionej części.  Zadzwoniłem do GUSu z zapytaniem dlaczego nie udostępnione są całe roczniki? Powiedziałem, że nie tylko całe roczniki statystyczne, ale i inne dane gusowskie powinny być udostępnione w domenie publicznej, bo przecież zbieranie tych danych finansowane jest z pieniędzy publicznych (m.in. z moich podatków). Pani z którą rozmawiałem wyraziła zaskoczenie i zdziwienie. Napisałem w tej sprawie maila do prezesa GUSu. Nie wiem czy to odniosło skutek, ale faktem jest, że coraz więcej ‘surowych’ danych dostępnych jest na stronie internetowej GUSu. To dobry znak.

Od wielu lat mówię (m.in. swoim studentom), że powinniśmy się domagać od wszystkich instytucji publicznych udostępniania nam wszelakich danych (informacji, wiedzy, …), których uzyskanie było finansowane z pieniędzy publicznych. Nie jestem w tym żądaniu odosobniony, ani nie byłem też pierwszym. Od wielu lat w innych państwach jest to postulowane. Chyba pierwszym był Hans Rosling, twórca oryginalnej metody prezentacji danych statystycznych (wszystko dostępne na stronie gapminder.org). W wykładzie na TED w 2006 roku (którego obejrzenie polecam w całości) postuluje to w szesnastej minucie (15:02). Podobnie domaga się tego twórca World Wide Web (WWW) Tim Berners-Lee. Tutaj polecić można jego dwa wykłady na TED, pierwszy, wygłoszony w 2009 roku, poświęcony przyszłości  internetu (w nim o konieczności udostępnienia danych mówi od jedenastej minuty (10:49)), drugi, wygłoszony w następnym roku, już poświęcony jest w całości korzyściom jakie może przynieść publiczne udostępnienie danych. Jego okrzyk „Raw Data Now” (10:50 w pierwszym wykładzie), czyli „Dajcie nam Surowe Dane”, stał się zaczynem szerszego ruchu społecznego, który powoli zaczyna przynosić efekty w postaci coraz większego udostępniania danych przez rządy i agencje międzynarodowe (m.in. ONZ).

Jakie nieoczekiwane efekty może przynieść udostępnienie surowych danych opisał wczoraj Piotr Arak w artykule ‘Otwarte dane’, opublikowanym na Obserwatorze Finansowym. Polecam przeczytać całość. Okazuje się, że „z ujawnionych przez rząd w USA danych systemu ubezpieczeń społecznych udało się odkryć, że kilkuset lekarzy w ramach wynagrodzenia za usługi otrzymało po kilka milionów dolarów. Rekordzista – okulista z Florydy – 21 mln dol.” a „rządowa agencja zajmująca się wywiadem Intelligence Advanced Research Projects Activity (IARPA) udowadnia, że obywatele-ochotnicy zajmujący się badaniami dla rządu są skuteczniejsi niż specjaliści z CIA”.

Udostępnienie danych przez różne instytucje publiczne może wiązać się z pewnym ryzykiem ich nadużywania, z pewnością jednak korzyści płynące z tego publicznego udostępnienia są znacznie, znacznie większe. Jestem przekonany, że przy odpowiedniej polityce, te negatywne efekty mogą być zminimalizowane, a dokona się to dzięki zbiorowej dbałości (i odpowiedzialności) tych którzy będą korzystali z tych surowych danych. Już oni wymyślą sposoby zabezpieczenia się przed nieuczciwością i nadużyciem!

Zatem domagajmy się:

Raw Data Now!!!

 

Parę miesięcy temu Institute of Economic Affairs ogłosił konkurs na opracowanie programu wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Nagroda za najlepsze opracowanie była niebagatelna – 100 000 Euro (przyznana przez Lorda Niela Lawsona, Kanclerza Skarbu w latach 1983-1989, za czasów premierostwa Margaret Thatcher).

 Kilka dni temu ogłoszono zwycięzcę, którym został  Iain Mansfield, Dyrektor ds. Handlu i Inwestycji przy ambasadzie brytyjskiej na Filipinach; wcześniej pracował dla Departamentu Biznesu, Innowacji i Umiejętności. Jego propozycja przedstawiona została we własnym imieniu i nie reprezentuje oficjalnego stanowiska Ambasady Brytyjskiej w Manili, Biuro Spraw Zagranicznych oraz Wspólnoty (The Foreign and Commonwealth Office) ani też rządu Jej Rząd Królewskiej Mości.

Opracowanie pt. A Blueprint for Britain: Openness not Isolation (Wzorzec dla Wielkiej Brytanii: Otwartość nie izolacja)  można przeczytać tutaj. Do ścisłego finału zakwalifikowanych zostało jeszcze pięć innych prac (które też warto przeczytać):

W swoim opracowaniu Iain Mansfield  proponuje by Wielka Brytania poprzez ustawę (Great Repeal Bill) doprowadzenia do kompleksowego przeglądu regulacji związanych z członkostwem WB w UE i uchylenia, tam gdzie jest to wskazane, regulacji UE.  Takie powolne wyjście WB z UE miałoby zapobiec  ewentualnym wstrząsam gospodarczym w handlu i pozwoliłoby zmniejszyć obciążenia biurokratyczne jakimi. w wyniku regulacji UE, dotknięte są brytyjskiej firmy.

Decyzja o wyjściu WB z UE (Brexit) musi mieć charakter decyzji politycznej, a nie decyzji gospodarczej. Wedle szacunków Mansfielda, wyjście WB z UE pozwoliłoby zwiększyć wielkość brytyjskiego PKB o 1,3 mld funtów (t.j. ok. 0,1% ogólnego PKB, w innych scenariuszach Mansfield przewiduje:optymistycznie, zysk ok. 16,1 mld (czyli ok. 1,1% PKB), pesymistycznie, spadek o 40 mld (czyli 2,6% PKB)). Znacznie mniej przepisów ograniczających przedsiębiorczość,  w połączeniu z większą swobodą handlu z gospodarkami wschodzącymi, mogą działać niezwykle pozytywnie na przyszły rozwój gospodarki brytyjskiej.

W swym opracowaniu Mansfield twierdzi, że wyjściu z UE towarzyszyć powinno utrzymanie zerowych stawek celnych w handlu pomiędzy Wielką Brytanią a UE we wszystkich dziedzinach z wyjątkiem rolnictwa. Towarzyszyć temu powinno  wyjście z Europejskiego Jednolitego Rynku (Single market). Pobyt w nim oznaczałby utrzymanie prawie wszystkie najbardziej uciążliwych i kontrowersyjnych aspektów członkostwa w UE .

Aby zrekompensować ograniczony dostęp do Jednolitego Rynku, Wielka Brytania powinna:

  • Doprowadzić do przyłączenia się do Europejskiego Stowarzyszenia Wolnego Handlu (EFTA) , pozostając poza Europejskim Obszarem Gospodarczym. Postuluje on by stopień bliskości WB z UE powinien być gdzieś pomiędzy sytuacją Szwajcarii i Turcji .
  • Dążyć do umowy o wolnym handlu z największymi gospodarkami takimi jak Chiny i USA .
  • Pogłębić swoje zaangażowanie w organizacjach takich jak G8, G20 i OECD .
  • Pielęgnować dwustronne strategiczne relacje z tradycyjnymi  sojusznikami – Australią, Kanadą i Francją.
  • Wykuć nowe relacje z wschodzącymi potęgami w Azji i Ameryce Łacińskiej .
  • Ustanowić formalne relacje z krajami europejskimi spoza UE, mającymi bliskie kontakty handlowe z UE, w celu umożliwienia tym krajom przemówienie silniejszym głosem w rozmowach z UE .

Myślę, że warto byłoby w Polsce podyskutować o tych propozycjach Brytyjczyków (wszystkich sześciu!). A w przyszłości może wejść w alians z Brytyjczykami i zaprosić do tego klubu kilka innych państw UE. Może nawet nie po to by od razu myśleć o wyjściu z UE, ale głównie po to by dać sygnał Brukseli, że ‘tak dalej być nie może, że jeśli taki twór jak UE ma przetrwać to musi ulec radykalnej transformacji’. 

Ostatni artykuł opublikowany w ramach Project Syndicate przez mojego ‘ulubieńca’ Josepha E. Stiglitza (innym jest Paul Krugman) został dzisiaj opublikowany po polsku przez Obserwatora Finansowego pod znamiennym tytułem ‘Chinom grozi nadmiar, a nie brak rynku’. To zmobilizowało mnie do napisania choć krótkiego komentarza. (Nawiasem mówiąc Stiglitz i Krugman należą do typu osobowości, które uznają, że jak dostali Nagrodę im. Alfreda Nobla  z ekonomii to mogą wypowiadać się na każdy temat i zawsze mają rację).

Stiglitz, ex cathedra oznajmia, że „Wiele z problemów Chin bierze się dzisiaj stąd, że rynku jest za dużo, a państwa za mało”. Fizycy mają amperomierze i woltomierze by dokonywać pomiarów prądu i napięcia. Stiglitz wyraźnie ma jakiś ‘państwometr’, który mu pokazuje, że państwa jest za mało (w przyszłości państwometr nazwany zostanie stiglitzomierzem – bo czyż Joseph E. Stiglitz jest mniej ważnym naukowcem niż Andre Ampere czy Alessandro Volta?.

Ma też prof. Stiglitz dość odwagi by zakazać Chińczykom iść drogą, którą kroczyli jego przodkowie przez ostatnie 200 lat. Pisze on: „Przyjęcie jednak rozrzutnego, materialistycznego stylu życia na wzór amerykański byłyby katastrofalne dla Chin – i dla naszej planety. Jakość powietrza już dziś stanowi zagrożenie dla życia mieszkańców tego kraju. Całemu światu natomiast zagroziłoby globalne ocieplenie wywołane jeszcze większą emisją dwutlenku węgla przez Chiny.”

Wie też, że „warunki życia w Chinach mogłyby się poprawić, gdyby przeznaczono większe środki na eliminację dużych braków w opiece zdrowotnej i w oświacie. Tu rząd powinien odgrywać czołową rolę, tak jak to się dzieje – i nie bez powodów – w większości gospodarek rynkowych”.

Proponuje by Chińczycy przyjęli model francuski lub brytyjski. Ciekaw jestem czy prof. Stiglitz to samo mówiłby gdyby, żyjąc w Wielkiej Brytanii, musiał pójść na operację, którą wyznaczono by mu za lat trzy lub pięć. (Nawisem mówiąc w Polsce też już mamy taki brytyjski system – przeczytałem ostatnio, że pacjentowi wyznaczono operację na rok 2022).

Komentując swój ulubiony temat kryzysu który zaczął się w 2008 roku, prof. Stiglitz pisze, że „najważniejszą nauczkę z okresu, jaki nastąpił po globalnym kryzysie gospodarczym z 2008 roku, stanowi to, że rynki nie dokonują samoregulacji”. Nie dodaje jednak, że rynki nie mogą dokonać tego bo w tryby mechanizmów rynkowych państwo cały czas  dosypuje piasek.

Co natomiast radzi noblista. Ano receptę znaną wszystkim keynesistom i ortodoksom: „Ekonomika sukcesu jest jasna: sfinansowane podwyżką podatków wyższe wydatki na urbanizację, opiekę zdrowotną i oświatę mogą jednocześnie służyć utrzymaniu wzrostu, poprawie stanu środowiska naturalnego oraz zmniejszeniu nierówności. Jeśli chińskie czynniki polityczne będą w stanie wprowadzić ten plan, wyjdzie to na dobre Chinom i całemu światu”.

Pozostaje mieć nadzieję, że Chińczycy będą głusi na rady noblisty. Prof. Stiglitz doradzał już Prezydentowi Stanów Zjednoczonych w latach 1993–1997, a w latach 1997–2000 był głównym ekonomistą Banku Światowego. Nu i chwatit! 

Dopiero dzisiaj przeczytałem artykuł Marcina Króla Dlaczego musimy się zmienić? z sobotnio-niedzielnego magazynu GW (takie czasy!, to zresztą widać po częstotliwości wpisów na tym blogu – i tu bije się w piersi: mea culpa, mea maxima culpa).
Starałem się go przeczytać ze zrozumieniem, ale fragmentami naprawdę nie byłem w stanie zrozumieć o co chodzi prof. Królowi. Kolejny raz mój politechnicznie ukształtowany, inżynierski rozumek nie był w stanie pojąc głębokich myśli filozofów (nie mam nic przeciwko filozofom, wiec może powinienem napisać, niektórych filozofów?).

Poniżej próbka niektórych myśli filozofa z którymi miałem kłopot (Czy tylko ja mam ten kłopot? Oto jest pytanie!)

Choroba ta [demokracji zachodnich – WK] polega na poważnych niedostatkach demokracji przy nieznośnie bezkrytycznym umiłowaniu liberalizmu w dwu postaciach: gospodarczej – neoliberalizm, oraz społecznej – radykalizacja indywidualizmu, czyli zanik wspólnoty.”

Gdzie to ‘bezkrytyczne umiłowanie’ widzi prof. Król, ‘radykalizacja indywidualizmu’ wcale nie przeczy możliwości kształtowania się wspólnoty (wystarczy poczytać ‘O demokracji w Ameryce’, A. de Tocqueville).

„Żyjemy więc w świecie niesprawiedliwym, pozbawionym przeszłości i przyszłości, zagrożonym ostatnio przez wojnę, nie tak liberalnym, jak być powinno, i nie dość demokratycznym, by demokracja budziła nasz szacunek.”

To zdanie nawet trudno mi jest rozebrać na tzw. czynniki pierwsze.  

„Ponieważ doszliśmy do punktu, z którego nie tylko nie widać przyszłości, ale nawet horyzontu. Wszystko zdominowała mgła, mgła demokracji bez serca i liberalizmu bez wolności, wolności wykorzystanej przez siebie i dla innych.”

Czy to nie jest to zbytnio poetyckie? I zapytam jak pytał nas nauczyciel w szkole: Co poeta miał na myśli?

„Ale to była pestka, bo jeżeli zdołamy spojrzeć poza mgłę, na odległy las na horyzoncie, to zobaczymy, że nigdy do niego nie dojdziemy bez wskazówek.”

Kurka wodna, to jest ten horyzont czy go nie ma? Jednak Pan profesor potrafi spojrzeć poza ‘mgłę demokracji’.

„Demokracja to wspaniała wizja wspólnoty politycznej, wizja – piszę to z całą wiedzą o utopiach i ich konsekwencjach – utopijna. Jednak jest to utopia w postaci owego horyzontu, i tak jak filozof wie, że dąży do prawdy, która zawsze jest gdzieś na odległym horyzoncie, dąży do niej, chociaż wie, że jej nie osiągnie (Leszek Kołakowski), tak zwolennik demokracji dąży do pełnej wspólnotowej demokracji, chociaż wie, że na tym świecie jest ona nieosiągalna, ale dzięki samemu dążeniu świat się zmienia, na ogół na lepsze.”

To już wolę jak Skaldowie śpiewają o króliczku.

„Horyzont demokracji, nadzieja demokratyczna, wizja i utopia stały się tak odległe, ponieważ od kilku dobrych dekad żyjemy, my, wszyscy obywatele cywilizacji zachodniej, w nieustającym strachu, który – przepraszam za banał – jest złym doradcą. A czegóż to się boimy? A tego, że stracimy to, co mamy, na rzecz tego, co niepewne. Ten strach jest psychologicznie zrozumiały, lecz intelektualnie i politycznie morderczy.”

Aż się boję bać.

„Filozof ma obowiązek przypominać, że przyszłość istnieje, a skoro chcemy żyć w demokracji, to jesteśmy zobowiązani do myślenia o tej przyszłości.”

Tylko demokracja ma patent na myślenie o przyszłości? Kubańczyk, żyjąc pod dyktaturą Fidela już o przyszłości nie myśli.

„Ryzyko polega na rozszerzeniu uczuć prywatnych na publiczne, wolności prywatnej na publiczną.”

Ludzie, powiedzcie mi co to są ‘uczucia publiczne’, a także co to jest ‘wolność publiczna’.

Ale nie tylko prof. Król ma patent na takie ‘bon moty’. Nawet nie musiałem szukać daleko. W artykule wydrukowanym obok artykułu Marcina Króla (Piotr Kuczyński, ‘Czy rynek wycenia wartość pisarza?’) znalazłem taki kwiatek: „To już zdecydowanie nie jest liberalizm – to jest neoliberalizm”.


  • RSS