Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z okresu: 9.2014

Zastanawia mnie dlaczego przedsiębiorcy, którzy osiągnęli sukces, a założona przez nich firma stała się znaną na rynku (nawet na rynku globalnym), tak często opowiadają się za protekcjonizmem i ‘ochroną rodzimego biznesu przed konkurencją międzynarodową’.  Wczoraj przeczytałem wywiad z Krzysztofem Domareckim, założycielem Seleny S.A.. Jego pierwsza spółka Selena została założona w 1992 roku, a jej działalność koncentrowała się na rynku polskim, teraz Krzysztof Domarecki jest Przewodniczącym Rady Nadzorczej Grupy Selena, globalnego producenta i dystrybutora chemii budowlanej posiadający centralę w Polsce. Jest też jednym z najbogatszych Polaków.

Często spotykam się z opiniami w stylu ‘oczywiście jestem za rynkiem, ale … musi to być rynek regulowany’. Podobnie jest z wypowiedzią K. Domareckiego: „Nie jestem zwolennikiem protekcjonizmu, ale zbyt daleko posunięty liberalizm szkodzi”.  

Postawieniem problemu na głowie jest stwierdzenie, że: „W dyskusji o polskim rozwoju gospodarczym nie chodzi o to, czy mamy wolny rynek, czy nie. Chodzi o to, że warunki konkurowania w Europie, w USA i w ogóle na świecie nie są równe. O ile my wpuszczamy bez ograniczeń zagranicznych graczy, o tyle inne kraje – USA, Niemcy czy Francja – mają taryfowe i pozataryfowe bariery wejścia na własne rynki.” Pan Domarecki dostrzega stworzoną przez polski rząd patologię, że „firmy zagraniczne mają większe szanse na rozwój niż nasze, które takiej ochrony nie otrzymują”. Jednakże zamiast walczyć o to by wszystkie podmioty gospodarcze, te polskie i zagraniczne, miały takie same warunki funkcjonowania , opowiada się za swego rodzaju retorsjami, na zasadzie ‘bo tak robią w USA, Niemczech, czy Francji’.  Okrasza jeszcze tę swoją wypowiedź apelem o ‘patriotyzm gospodarczy’. Patriotą to ja jestem wtedy kiedy walczę o wolność ojczyzny, jeśli jest zagrożona, ale też wtedy kiedy kupuję w Polsce produkty lepsze i tańsze, nie patrząc na to kto je wyprodukował.

Zastanawia mnie pomieszanie różnych porządków. Krzysztof Domarecki wyraża opinię, że „Wyznaje się u nas naiwny liberalizm”. I jako przykład podaje, że „w większości krajów zachodnich firmy mogą negocjować wysokość stawek podatkowym w swoim urzędzie skarbowym. W Polsce jest to wciąż nie do pomyślenia”. Co ma piernik do wiatraka? Gdzie Rzym, a gdzie Krym?

 Takich nielogiczności i  pomieszania porządków jest w tym wywiadzie więcej. Choćby to: „Ja nie twierdzę, że konkurencję należy ograniczać. Należy ją chronić! Proszę jednak spróbować wygrać jakiś przetarg w Niemczech. Tam przetargi ustawia się tak, żeby największe szanse miały w nich firmy niemieckie. Ja nie twierdzę, że należy stawiać naszym konkurentom bariery prawne, ale proszę spojrzeć na wspomniane Niemcy – tam nie ma barier prawnych, przecież może pan w tym przetargu startować, może pan sprzedawać, tylko i tak nikt od pana nic nie kupi.”

Okopywanie się i stwarzanie barier naprawdę nie ma sensu i jestem przekonany, że tak doświadczona w tworzeniu biznesu osoba jak Krzysztof Domarecki jest tego w pełni świadoma. Gdyby coś takiego zrobiono to Selena nie byłaby obecnie firmą globalna, wygrywającą na rynkach międzynarodowych.  

Może jednak Pan Domarecki sięgnąłby do dobrej teorii ekonomii (tutaj jako dobry początek proponuje Henrego Hazlitta ‘Ekonomię w jednej lekcji’, gdzie Hazlitt rozprawia się pięknie z poglądami bliskimi Panu Domareckiemu) albo odwołałby się do dobrych wzorców z polityki gospodarczej. By nie sięgać za daleko i do odległych czasów, niechby odwołał się choćby do działań premiera Estonii Marta Laar’a (w latach 1992-1994 i 1999-2002).

Podstawowa zasada, jaką kierował się Laar, wtedy kiedy przeprowadzał Estonię z komunizmu do zdrowej gospodarki rynkowej, to przeprowadzić reformy polityczne i niemalże jednocześnie, szybko reformy gospodarcze. W wielu krajach nie doceniono znaczenia ‘zasady prawa’, jak mówi Laar, żadne chciejstwo nie zastąpi procesu stałego poprawiania prawa, żadna ekonomia rynkowa i demokracja nie mogą istnieć bez dobrego prawa, jasno określonych praw własności i dobrze funkcjonującego systemu sprawiedliwości. Ważne jest też być zdecydowanym w swoich działaniach, by dominowało przekonanie „Zróbmy to” (trzeba być zdecydowanym we wdrażaniu reform na przekór krótkotrwałym problemom, jak mówi Laar „No pain, no gain.”). Jego zdaniem, najważniejsze jest, by zadbać o zmiany w mentalności ludzi, by pobudzić przedsiębiorczość i energię w ludziach, zmusić ich do podejmowania decyzji i brania odpowiedzialności.

Dlatego w 1992 roku zniesiono w Estonii wszystkie ważne taryfy celne, Estonia stała się obszarem wolnego handlu (nie patrząc na to czy inne kraje działają protekcjonistycznie czy nie). Konkurencja z zagranicy wymusiła restrukturyzację przedsiębiorstw. W tym samym czasie wstrzymano wszelkie subsydia, pomoc i tanie kredyty dla przedsiębiorstw, pozostawiając im tylko dwie opcje – bankructwo albo efektywna produkcja. Jak sam Laar często powtarza: „Zaskakująco dużo przedsiębiorców wybrało tę drugą opcję.” W tym samym czasie dokonano wszelkich starań by dać pewność tym, którzy pracują więcej i zarabiają więcej, że nie będą za to karani. Ważnym tutaj elementem była radykalna reforma podatkowa. Obniżono znacznie poziom fiskalizmu i wprowadzono podatek liniowy. Zdaniem premiera, podatek liniowy był podstawą sukcesu gospodarczego Estonii. Jest on prosty w poborze i łatwy w kontroli. Jedynymi stratnymi na wprowadzeniu tego podatku byli doradcy podatkowi. W Estonii firmy nie płacą podatku CIT jeśli jest on reinwestowany w rozwój gospodarczy Estonii.

Uznano, że przyszłość Estonii (podobnie każdego innego kraju będącego w fazie przemian systemowych) leży w rozwoju technologicznym i potraktowania zapóźnienia technologicznego jako okazji do dokonania przełomu w rozwoju technologicznym. Przyjęto, że Estonia powinna dokonać skoku technologicznego i stosować najnowsze technologie, które, rzadko dostarczane są, jeśli rozwój oparty jest na pomocy. Dlatego w 1993 roku przyjęto zasadę „Handel a nie pomoc.” Dzięki temu Estonia doświadczyła w ciągu ostatnich lat nieprawdopodobnego postępu technologicznego i obecnie jest on jednym z elementów przewagi gospodarczej nad innymi krajami. Widać to także w działaniach rządu, który praktycznie nie korzysta z papieru, a normalnym jest, że na posiedzeniach rządu ministrowie używają tylko komputerów. Obecnie około 50 procent eksportu Estonii to elektronika. Korzystanie z telefonów komórkowych, wykorzystanie Internetu (np. w systemie bankowym) jest jednym z najwyższych w Europie. Deklaracje podatkowe już od wielu lat składa się w formie elektronicznej, co, ze względu na prostotę podatku zajmuje kilka minut.

Naturalnie podjęcie się tego typu działań nie przyczynia się do wzrostu popularności. Rząd wprowadzający tego typu reformy staje się niepopularny i często ‘odstawiany’ jest od władzy, ale, zdaniem premiera Laar’a, nie jest to ważne, liczy się to, że dzięki temu możliwe jest wprowadzenie radykalnych zmian poprawiających jakość życia. Jak powiedział Laar: „To była brudna robota, ale ktoś musiał ja zrobić. Pociąg, którego się pchnęło by ruszył nie zatrzyma się i obecnie jedynie to się liczy.” Estończycy docenili to i Laar został po raz drugi premierem na przełomie wieków.

 Dlatego nie zgadzam się z opinią Krzysztofa Domareckiego i dostrzegam nielogiczności w jego wypowiedzi: „nie jestem zwolennikiem protekcjonizmu, ale musimy zdawać sobie sprawę, że jeśli posuniemy nasze wyobrażenia o liberalizmie za daleko, to sobie zaszkodzimy, a nie pomożemy. Znosząc wszystkie bariery 25 lat temu, Polska spowolniła rozwój własnych firm. Kto na tym stracił? Pracownicy, firmy i państwo.” 

Przede wszystkim w Polsce na początku lat 90. ubiegłego wieku nie zniesiono ‘wszystkich barier’, gdyby to uczyniono i wytrwano w tej decyzji, to obecnie bylibyśmy znacznie bardziej rozwinięci gospodarczo i technologicznie (patrz choćby wspomniany przeze mnie przykład Estonii).

Do pewnego stopnia skłonny jestem przyjąć opinię nt. prywatyzacji w Polsce i tutaj jest ziarno prawdy. Jak mówi Pan Domarecki: „Gdybym to ja prywatyzował polski przemysł, to sprzedałbym wtedy państwowe firmy polskim przedsiębiorcom na 20-letni kredyt. Tymczasem wiele polskich firm po prostu zaorano albo sprzedano zachodnim koncernom za mniej niż 10 proc. ich wartości. Rezultat jest taki, że w Polsce nie ma zbyt wielu centralnych siedzib dużych firm. Ludzie bez kapitału zauważają, jaki ma to efekt dla zarobków. Jeśli taka firma jak Nowy Styl braci Jerzego i Adama Krzanowskich czy Synthos Michała Sołowowa ma siedzibę w Polsce, to zatrudnia tu całą centralę, marketing, dział badań i rozwoju oraz finansistów. Tworzy więc etaty o wysokiej wartości dodanej, wysoko opłacane, buduje kapitał ludzki. Jeśli zaś zamiast głównej siedziby firmy mamy zakład przetwórczy zachodniej korporacji, to nie ma tu marketingu, nie ma badań i rozwoju, są zaś tylko stanowiska robotnicze i techniczne. Nadmierna liczba takich zakładów w Polsce jest właśnie efektem zbytniej liberalizacji. Mamy jeden Synthos, jedno Fakro, a mogliśmy mieć po 50 takich firm.”

Tylko dlaczego polscy przedsiębiorcy nie wywierali takiego nacisku na polskich polityków 25 lat temu? Oto hamletowskie pytanie?

Jest jednak dla mnie zagadką, jak logicznie wytłumaczyć można to, że „nadmierna liczba takich zakładów w Polsce jest właśnie efektem zbytniej liberalizacji”? A może ja już na prawdę nie wiem co to jest liberalizacja? Może określenie ‘liberalizacja’ znaczy już obecnie to co ja rozumiem pod słowem ‘etatyzm’?

Od paru lat zaangażowany jestem w analizę czegoś co w ortodoksyjnej (europejskiej) nomenklaturze nazywane jest ekonomią (gospodarką) społeczną, czy innowacjami społecznymi. Nie będę się tutaj znęcał nad tym, że terminy te to klasyczne oksymorony (ekonomia czy innowacje z natury są społecznymi).  W dzisiejszym wpisie chciałbym poruszyć inny problem, który pokażę na przykładzie ‘ekonomii społecznej’, ale wydaje się być problemem natury ogólnej. Mianowicie jak krytyczne analizy pochodzące z ‘wnętrza sytemu’, okazują się być nie tylko nieskutecznymi, ale wręcz ignorowanymi. Trochę  na zasadzie: „plują mu w twarz, a on udaje, że deszcz pada”.

  W czerwcu 2008r. w Gdańsku odbyła się konferencja „Ekonomia Solidarności”. Na tej Konferencji zaprezentowano i ogłoszono dokument Manifest Ekonomii Społecznej. Powstawał on w latach 2006-2008, w zamierzeniu miał być to głos środowiska ekonomii społecznej w Polsce, który miał zainicjować budowę polskiego modelu ekonomii społecznej i zintensyfikować jej rozwój. Cztery lata po tym wydarzeniu, w listopadzie 2012 Jan Jakub Wygnański i Piotr Frączak opublikowali tekst podsumowujący te lata doświadczeń, pt. Manifest ekonomii społecznej cztery lata później. Głos ten jest o tyle ważny, że autorami są osoby od wielu lat bardzo zaangażowane w działalność trzeciego sektora, aktywnie uczestniczący w rozwijaniu ekonomii społecznej w Polsce, osobami o niekwestionowanym autorytecie w środowisku aktywistów, ale też i wśród polityków i samorządowców.

Autorzy zauważają, w tym okresie „w Polsce ze środków UE uruchomiono na bezprecedensową skalę liczne programy wsparcia ekonomii społecznej na poziomie krajowym i regionalnym. Wydano setki milionów złotych, wsparto setki programów i instytucji, których celem ma być wspieranie ekonomii społecznej, zorganizowano tysiące konferencji i szkoleń, uruchamiano zespoły, budowano strategie, prowadzono badania itd. Można zaryzykować twierdzenie, że był to najkosztowniejszy w ostatnich latach program wsparcia ekonomii społecznej w całej UE.” Po tej refleksji zadają pytanie na ile te wszystkie działania były skuteczne, i przedstawiają jeszcze całą listę dodatkowych, ważnych pytań: „Czy podmiotów ekonomii społecznej jest więcej? Czy stworzono w oparciu o te mechanizmy nowe, wartościowe, trwałe miejsca pracy dla osób, które mają problemy z odnalezieniem się na otwartym rynku pracy? Czy środowisko jest bardziej zintegrowane i zdolne do budowania wspólnej wizji rozwoju ekonomii społecznej? Czy ekonomia społeczna i jej produkty są bardziej rozpoznawalne społecznie? Czy dotarliśmy do jakichkolwiek ważkich nowych znalezisk badawczych? Czy nasza pozycja w UE jako dynamicznego lidera rozwoju ekonomii społecznej została podtrzymana? Czy na poziomie rządowym udało się zbudować poważne środowisko realnie, a nie tylko nominalnie zainteresowane rozwojem ekonomii społecznej? Czy wreszcie zakładanie i funkcjonowanie podmiotów ekonomii społecznej jest prostsze, wziąwszy pod uwagę np. dostęp do kapitału początkowego, fachowego wsparcia, dostępu do rynków?”

Bardzo niepokojące jest to, że ci doświadczeni działacze ruchu społecznego, doskonali znawcy historii i bieżącej sytuacji w szerokorozumianym trzecim sektorze, konstatują, że „wiele wskazuje na to, że właściwie na wszystkie zapisane powyżej pytania trzeba udzielić odpowiedzi negatywnej.” Proponują, by „szczerze zastanowić się nad powodami porażki i zadbać o to, aby przynajmniej tych samych błędów nie powielać w przyszłości”.

Po tej publikacji spodziewać należałoby się gorącej reakcji środowiska, wielu debat i głosów polemicznych. Zastanawiające jest to, że nic takiego nie nastąpiło, mimo, że od publicznego udostępnienia tekstu upłynęło prawie dwa lata (piszę to we wrześniu 2014 roku, a tekst udostępniony był w internecie w listopadzie 2012 r.). To symptomatyczne. Czy jest to reakcja typu ‘chowam głowę w piasek’, czy wynika to ze swego rodzaju cynizmu, z przekonania, że ‘faktycznie tak jest, niewiele tutaj sam mogę zrobić, ale póki mogę działać i korzystać z funduszy unijnych to będę w tym trwał’?

Przyznam się, że zatrważające jest stwierdzenie Jakuba Wygnańskiego i Piotra Frączaka, że „z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że liczba osób, które zostały zatrudnione do wspierania ekonomii społecznej jest wyższa niż liczba stworzonych w sektorze ekonomii społecznej miejsc pracy”. Z jednej strony to nie dziwi, bo tak zwykle jest z instytucjami państwami (im więcej zatrudnionych w urzędach pracy tym gorzej jest z wielkością bezrobocia), ale w przypadku zaangażowania oddolnego, środowisk lokalnych, można byłoby spodziewać się czegoś innego.

Autorzy zastanawiają się też nad tym ‘jak wspierać rozwój ekonomii społecznej’, ale równie ważna jest podniesiona przez nich kwestia ‘jak nie wspierać rozwoju ekonomii społecznej’. Ciekawe jest jednak to, że w istocie proponują modyfikację aktualnego stanu rzeczy, a nie jakieś zmiany zasadnicze, a może nawet i rewolucyjne. Tak odczytuję ich stwierdzenia: „Należy rozważyć stworzenie na poziomie krajowym konsorcjum różnych instytucji, którego celem byłoby wypracowywanie rozwiązań systemowych ważnych dla ekonomii społecznej … Trzeba zracjonalizować liczbę różnego rodzaju ośrodków wsparcia i zakres ich działań. … Rozsądne byłoby też stworzenie dosłownie kilku, ale „mocnych” inkubatorów z prawdziwego zdarzenia, w których byłyby rozwijane i testowane bardziej złożone i innowacyjne prototypy działań z obszaru ekonomii społecznej.”

Autorzy potwierdzają moje generalne odczucie, że wspieranie rozwoju innowacyjnego przez państwowe instytucje jest działaniem fasadowym. Piszą oni mianowicie, że „innowacje społeczne powinny zasilać ekonomię społeczną tak, żeby uniknąć obserwowalnego obecnie stanu: odtwórczości, oportunizmu, unikania ryzyka i bezrefleksyjnego kopiowania schematów (ze względu na to, że są „fundowalne”, a nie ze względu na to, że okazały się skuteczne). W całym obecnym systemie finansowania podstawową troską jest maksymalizowanie biurokratycznie rozumianego bezpieczeństwa (stąd hiperformalizm). Nie ma natomiast przestrzeni na podejmowanie trudnych, innowacyjnych, a co za tym idzie – obarczonych ryzykiem przedsięwzięć.” Myślę, że za taką sytuację nie należy jednak winić samych zaangażowanych w tworzenie innowacji społecznych, to jest błąd systemowy i to co jest najistotniejsze w efektywnym prowadzeniu procesu innowacyjnego (tzn. godzenie się na podejmowanie ryzyka i pogodzenie się z tym, że naturalną sytuacją jest ponoszenie porażek w większości przypadków) nigdy nie będzie obecne we wspieranym przez instytucje państwowe (publiczne) rozwoju innowacyjnym.

Za bardzo pozytywny postulat uważam to, że Jakub Wygnański i Piotr Frączak wspomnieli o konieczności ekonomizowania i demonopolizacji systemu wsparcia ekonomii społecznej i ogólnie rozwoju Trzeciego Sektora. Uznają oni, że obecnie proces ekonomizacji jest zahamowany, ryzyko występuje w procesie uzyskania środków, „ale już nie tego, czy przedsięwzięcie się powiedzie od strony ekonomicznej”. To czy projekt zakończy się sukcesem nie ma „żadnego znaczenia dopóki zachowuje się proceduralną poprawność i zbiera przysłowiowe już podpisy”. Autorzy uznają, że bez „istotnego zwrotu w kierunku ekonomizacji sektor popadnie w całkowitą zależność od administracji, a ta poświęci go i porzuci w pierwszej kolejności, gdy tylko zabraknie jej środków własnych (już teraz widać tego przejawy) lub środków unijnych (co też w końcu nastąpi)”. Mam tutaj pewną satysfakcję (trochę na zasadzie ‘A nie mówiłem!’), bo wspominałem o tym w ekspertyzie jaką wykonałem dla Instytutu Spraw Publicznych w 2005 roku, której fragmenty zostały później opublikowane w kwartalniku Trzeci Sektor ( ’Ekonomia (gospodarka) społeczna‚ , ekspertyza wykonana dla Instytutu Spraw Publicznych, 2005 (publikacja w Trzecim Sektorze  i polemika)).

Nie uważam, że ‘gospodarka społeczna’ nie powinna istnieć we współczesnym społeczeństwie. Wręcz przeciwnie, ten sektor gospodarki powinien funkcjonować, z korzyścią dla ludzi, a przez to z korzyścią dla społeczeństwa. Powiem więcej, istnieje on w sposób naturalny w gospodarcze rynkowej (kapitalistycznej) od początku jej istnienia i będzie istniał, jeśli tylko pozwolić ludziom działać. Gospodarka społeczna (i innowacje społeczne) to głównie proces oddolny, w dużym stopniu spontaniczny, bez narzucania jak powinien on wyglądać przez ‘czynniki odgórne’ (rząd, politycy, stowarzyszenia regionalne, itp.).

 

Jak zwykle Adam Leszczyński nie zawiódł i w kolejnym swoim artykułem wprowadził mnie w stan osłupienia. W artykule ‘Wspólne nie znaczy niczyje’ napisał m.in. „W tej liberalnej utopii (bo do tego, że była to utopia, po 25 latach wolnego rynku chyba już nikogo nie trzeba przekonywać) też nie było miejsca dla spółdzielczości.” Pomijam to, że w Polsce nie mamy wolnego rynku (a zwłaszcza po 1997 roku to już jest tylko atrapa rynku) i zarzut o ‘liberalnej utopii’ jest po prostu bezzasadny. Parę słów chciałbym jednak napisać o tym dlaczego w Polsce „nie było miejsca dla spółdzielczości”. Najkrótszą odpowiedzią jest: ‘bo nie było rynku, bo przez ostatnie 20 lat w Polsce obserwujemy coraz większą socjalizację stosunków gospodarczych’.  Jest pewnym mitem, a red. Leszczyński wydaje się być zwolennikiem tego mitu, że spółdzielczość najlepiej rozwija się przy wsparciu instytucji państwowych i czynników politycznych. Elementem tego mitu jest też to, że spółdzielnie nie działają dla zysku, że są swego rodzaju organizacją filantropijną.

Warto zatem  podkreślić, że spółdzielczość jest wynikiem oddolnej aktywności ludzi, myślących w kategoriach własnego interesu, a pierwsze z sukcesem działające spółdzielnie rozwijały się w kapitalistycznej Anglii bez wsparcia jakiejkolwiek instytucji państwowej. Powszechnie uznaje się, że pierwsza z sukcesem funkcjonująca spółdzielnia powstała w 1844 roku w angielskiej miejscowości Rochdale, kiedy to Rochdale Society of Equitable Pioneers ustaliła zasady funkcjonowania spółdzielni (Rochdale Principles), które w przyszłości traktowane były jako swego rodzaju wzorzec organizowania innych spółdzielni. Rochdale Society of Equitable Pioneers utworzona została przez 28 osób, z których około połowa było tkaczami z Rochdale (Lancashire w Anglii). Efektem wprowadzanych innowacji w przemyśle tekstylnym i jego mechanizacji, sytuacja wykwalifikowanych robotników stawała się coraz gorsza. Często nie było ich stać na zakup żywności. Ta grupa 28 osób postanowili otworzyć własny sklep sprzedający produkty żywnościowe. Po spisaniu porozumienia, z pewnym trudem zebrali początkowy kapitał 28 ówczesnych funtów (po jednym funcie, jako udział każdego spółdzielcy) i 21 grudnia 1844 roku otworzyli swój sklep z bardzo skromnym wyborem masła, cukru, mąki, płatków owsianych i świec. W ciągu następnych trzech miesięcy rozszerzyli asortyment (np. o herbatę, tytoń). Dbając o dobrą jakość sprzedawanych towarów, stali się szybko znani jako solidni sprzedawcy. Ich inicjatywa okazała się na tyle skuteczne, że w ciągu następnych dziesięciu lat w Wielkiej Brytanii powstało prawie 1000 spółdzielni.

Spółdzielnia w Rochdale miała swoich prekursorów, jednakże większość z nich upadała w krótkim okresie casu. Przykładowo za pierwszą udokumentowaną spółdzielnię konsumencką uznaje się założoną przez lokalnych tkaczy w 1769 roku w Fenwick, East Ayrshire. Powstałe w 1761 roku Towarzystwo Tkaczy (Fenwick Weavers’ Society) miało na celu promowanie wysokich standardów w zakresie rzemiosła tkackiego, jednakże po kilku latach rozszerzono zakres działalności o zbiorowy zakup produktów spożywczych luzem oraz zakup książek (efektem tej aktywności było stworzeniem Biblioteki Fenwick w 1808).

W połowie XIX wieku, równolegle ze spółdzielniami produkcyjnymi czy rolniczymi, w całej Europie rozwijały się związki (spółdzielnie) kredytowe. Jednymi z najbardziej znanych były działające na obszarach wiejskich Kasy Raiffeisena. Finansowe związki kredytowe zostały wymyślone w 1852 przez Franza Hermanna Schulze-Delitzsch i działały początkowo w miastach. Ze składek członków spółdzielni finansowano niskooprocentowane kredyty, którymi z kolei można było zaliczkować działalność produkcyjną czy usługową. Warto zauważyć, że Schulze-Delitzsch nazwał te spółdzielnie „spółkami zarobkowymi”. Jednakże większy sukces odniosły kasy założone dwanaście lat później przez Friedrich Wilhelm Raiffeisen i one powszechnie uznawana są za inicjatorów kredytowego ruchu spółdzielczego.

Animatorami wczesnych form spółdzielczości byli w wielu krajach (Wielka Brytania, Belgia, Skandynawia) socjaliści, którzy budowanie gospodarki spółdzielczej uważali za metodę zbudowania alternatywy dla kapitalizmu. Warto jednak podkreślić, że idę spółdzielczości należy uznać za element gospodarki rynkowej. Wbrew pewnym mitom, działalność spółdzielni też była zorientowana na zysk (do podziału pomiędzy członków spółdzielni). Bez swobody gospodarowania jaką daję kapitalizm, spółdzielnie nie funkcjonowałyby tak dobrze.  Wystarczy sobie jedynie przypomnieć jakim rachitycznym tworem były spółdzielnie w PRLu i w innych krajach tzw. demokracji ludowej w XX wieku.

P.S. Polscy pionierzy spółdzielczości uczyli się na wzorach niemieckich. Najbardziej znane są powstałe w końcu XIX wieku na terenie Wielkopolski Kasy Stefczyka (założone przez Franciszka Stefczyka), które ułatwiały finansowanie rzemiosła, rolnictwa i drobnego przemysłu. Ten rozwój spółdzielczości w drugiej połowie XIX wieku w Wielkopolsce był wspaniale przedstawiony w polskiej telewizji w latach 70. XX wieku w serialu Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy. Scenariusz do tego filmu napisał Stefan Bratkowski, a jego głównym celem było pokazanie jak ubodzy Polacy pod koniec XIX w. stali się, dzięki samoorganizacji, najważniejszym przeciwnikiem wielkiego kanclerza Niemiec Otto von Bismarcka.


  • RSS