Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z okresu: 12.2014

Zadano mi dwa pytanie: ‘Co dają nam święta?’ i ‘Co by było, gdyby świąt nie było?’.

W typowej odpowiedzi na tego typu pytania odwołujemy się zwykle do ciepłej, rodzinnej atmosfery świąt, radości wspólnego przebywania, oraz radości dawania i otrzymywania prezentów. Dawanie i otrzymywanie prezentów z pewnością może być radością. Jednakże czy zawsze tak jest? Zróbmy taki eksperyment myślowy i pomyślmy jak to bywało dawniej (a może i jak to jest teraz, tuż przed świętami)? Czy czasami nie jest tak, że kiedy mamy obdarować jedną osobę to jest to autentyczna radość, ale kiedy mamy położyć pod choinką takich prezentów kilka, czy kilkanaście to zaczyna być to problemem, a może nawet udręką? Jak często zdarza się, że odczuwamy faktyczne zadowolenia po rozpakowaniu prezentu, a jak często po rozpakowaniu targają nami tzw. mieszane uczucia?

Możemy też popatrzeć na ‘problem prezentów’ okiem ekonomisty. Pierwsze skojarzenie: wszyscy kupują prezenty, wydają pieniądze, zatem (jak powiedziałby keynesista) dzięki wydatkom konsumpcyjnym gospodarka jest ‘napędzana’. Jak się ocenia, w tym roku na prezenty bożonarodzeniowe przeciętna rodzina brytyjska wyda (po przeliczeniu) ok. 1800 zł, francuska i niemiecka ok. 1200 zł, a polska ok. 600 zł. Jeśli pomnoży się  to przez liczbę gospodarstw domowych tych krajów to sumy wydatków są faktycznie wysokie. Jakże często w wypowiedziach znanych ekonomistów słyszymy określenia typu ‘tegoroczny wzrost gospodarczy napędzany był wzrostem konsumpcji’ (co jest pokłosiem mitycznego, podręcznikowego i jakże mylącego Y=C+I+G+X). Jeśli by tak faktycznie było to rząd, aby móc pochwalić się jak on to stymuluje wzrost gospodarczy, powinien namawiać (a może nawet zmusić?) wszystkich do jak największego kupowania prezentów świątecznych, świątecznego obżarstwa czy bezsensownych podróży samochodem (by spalić jak najwięcej benzyny).

Ekonomista często stawia pytanie o efektywność wydatków (nakładów). Tak też można postąpić w przypadku wydatków świątecznych. Jednym z ekonomistów, którzy tak spojrzeli na ten problem był prof. Joel Waldfogel, który w 2009 r. wydał książkę pt „Scroogenomics. Why You Shouldn`t Buy Presents For The Holidays” (Scroogonomia. Dlaczego nie powinieneś kupować prezentów na święta?). Zatem, staje się to już dyscypliną badawczą a Joel Waldfogel  zaproponował nazwać ją Scroogonomią – od nazwiska bohatera przedstawionego przez Karola Dickensa w ‘Opowieści wigilijnej’, Ebenezera Scrooge. W książce tej Waldfogel wykazuje, że zakup prezentów jest jednym z najgorszych sposobów ’alokacji zasobów’. W rozdziale czwartym zastanawia się jak dużo marnujemy w trakcie naszych bożonarodzeniowych wydatków. Nie ma tutaj miejsca na opisanie sposobu szacowania tej straty przez Waldfogela, ale podejście wydaje się rzetelne i sensowne. Wniosek jest jednak szokujący: w 2007 r., według tych szacunków Amerykanie wydali na prezenty świąteczne ok. 66 mld dol.,  z tego  strata społeczna wyniosła 12 mld dol., natomiast w skali świata ta szacowana przez niego strata jest ponad dwukrotnie większa, ok. 25 mld dolarów. Zatem strata występująca w wyniku nietrafienia z prezentem wynosi ok. 18% (12/66=0,1818…) całości wydatków na prezenty.

Jeśli przyjąć, za raportem Deloitte Polska, że w 2014 r. przeciętna polska rodzina wyda na święta ok. 600 zł, a takich gospodarstw domowych w Polsce jest 13,6 mln, to wydatki na prezenty bożonarodzeniowe w Polsce wyniosą ok. 8 mld zł. Nie ma powodów zakładać, że efektywność wydatków na prezenty w Polsce jest lepsza niż w Stanach Zjednoczonych, jeśli tak, to strata ta wyniesie w Polsce ok. 1,4 mld zł. Ładna sumka, prawda? Ale na pocieszenie możemy sobie, jako dający podarki, powiedzieć, że i tak jest to niewiele w stosunku do marnotrawstwa rządu (polski rząd właśnie zaplanował ponad trzydziestokrotnie większy deficyt na przyszły rok).  Bardzo ładnie (i szerzej) o takich szacunkach pisze i mówi Aleksander Piński na Obserwatorze Finansowym

Czy zatem nie powinniśmy przyjąć postawy liberała, który postuluje, że lepiej podarować komuś pieniądze, a obdarowany sam dokona najlepszego dla niego wyboru i kupi to, co da mu największe zadowolenie? Niektóre firmy próbują znaleźć jakieś rozwiązanie w duchu ‚liberalnopdobnym’ i karty podarunkowe są  namiastką (‘protezą’) takiego stricte liberalnego podejścia do podarunków. Jednakże karty podarunkowe nie poprawiają sytuacji. Jak się okazuje ok. dziesięć procent z tych kart nigdy nie jest realizowanych – są  zgubione, pozostają niezauważone, zapomniane, itp. Ktoś mógłby powiedzieć, że podarowanie pieniędzy to nie to samo co podarowanie jakiejś konkretnej rzeczy. Przecież liczy się gest, liczy się to, że poszło się do sklepu, dokonało wyboru, potem ładnie zapakowało prezent i go uroczyście wręczyło. Czy do końca jest to prawdziwe?

 Często święta układają się tak, że okres wolny od pracy wydłuża się znacznie (w tym roku w okresie noworoczno-bożonarodzeniowym można mieć nawet 12 dni wolnego). Często zadawanym pytaniem jest, czy takie tzw. długie weekendy nie powodują strat w gospodarce? Okazuje się, że w sytuacji kiedy dominującym w gospodarce jest sektor usług, straty takie mogą nawet nie występować, albo, jeśli wystąpią, to są niewielkie. Faktycznie nie wyprodukowanych zostanie ileś tam telewizorów, samochodów, czy pralek, …, ale zyskają hotelarze, właściciele restauracji, wyciągów narciarskich, kin, teatrów, … . A jeśli dodamy do tego, że ludzie wrócą do pracy wypoczęci to zyski mogą być jeszcze większe. Stosując jednak metodę Frederica Bastiata (którego lekturę zawsze wszystkim polecam, a klasycznym przykładem jest Petycja) możemy sprowadzić sytuację do absurdu i powiedzieć, że zatem najlepiej gdybyśmy mieli święta przez cały rok. Czego sobie i Państwu, życzę z całego serca.

W komentarzu do jednego z poprzednich wpisów poproszono mnie bym ‚odniósł się do tekstu’ Bawełniany wzrostWywołany do tablicy postaram się choć krótko skomentować te często powtarzane tezy, że ‘Ameryka zbudowana została na niewolnictwie i na wyzysku niewolników’.

Zacznę jednak od deklaracji. Niewolnictwo jest złem i jako takie należy je zawsze potępiać. Nieszczęściem jest, że i dzisiaj istnieje niewolnictwo. Jak się ocenia, obecnie niewolników na świecie może być nawet 21 milionów.  Śmiało jednak można postawić tezę, że tak jak Ameryka nie dorobiła się na niewolnictwie, tak i obecnie, żadne z tych społeczeństw w których istnieje niewolnictwo nie dorobią się i nie zbudują na nim swojego dobrobytu.

Niewolnictwo istniało przez wieki, najczęściej niewolnikami zostawały ludy podbite w wyniku wojny. Ta ‘łatwość’ zdobycia niewolnika nie była bodźcem do stosowania technik oszczędzających pracę. Po raz pierwszy taka sposobność nadarzyła się właśnie w Stanach Zjednoczonych. Zdobycie (a w zasadzie nabycie) niewolnika i jego utrzymanie było kosztowne. Naturalnie nie neguję, że dola wielu niewolników w Stanach Zjednoczonych była okropna i ich właściciele bardzo często nadużywali władzy. Ogromna większość tych właścicieli dbała jednak o ich dobrą kondycję. Nie mogło być inaczej kiedy (jak się ocenia) koszt jednego niewolnika w połowie XIX wieku to ok. 40 000 współczesnych dolarów.

RandomJog (tak będę pisał, bo Autor bloga nie ujawnia swojego nazwiska) pisze: „Dzięki dynamicznie rosnącej wydajności … Stany Zjednoczone mogły sprostać rosnącemu popytowi na bawełnę, co z kolei pozwoliło na spadek jej cen. … Jeżeli mniej więcej jedna piąta kapitału w Stanach była w postaci niewolników, a stopa zwrotu z „inwestycji” w niewolnika sięgała od siedmiu do kilkunastu procent w zależności od szacunków, to trudno nie uznać niewolnictwa jako siły, która pozwoliła zbudować potęgę Stanów. Dla porównania stopy procentowe – które były punktem odniesienia dla jakichkolwiek inwestycji – były niższe i sięgały w tamtych czasach przeciętnie około 6%.”

RandomJog zapomina jednak, że ta wysoka wydajność niewolnika dokonała się dzięki wprowadzanym innowacjom technicznym i poprawie warunków pracy (także niewolników). Dość wspomnieć o rewolucjonizującym wynalazku odziarniarki bawełny (wiem, okropna nazwa, ale tak to się fachowo nazywa, po angielsku brzmi to lepiej: cotton gin). Odziarniarkę wymyślił w 1793 roku Eli Whitney (i opatentował w 1794). Dzięki temu wynalazkowi włókna bawełniane oczyszczane były z nasion nie ręcznie a mechanicznie (też przez niewolników, ale już w lepszych warunkach). Dzięki m.in. odziarniarce i kolejnym usprawnieniom, produktywność pracownika wzrosła kilkunastokrotnie. Ważne jest też, że wynalazek Whitneya umożliwił wykorzystanie gorszego gatunku bawełny o krótszych włóknach, w których szczególnie trudno było oddzielić nasiona od włókien bawełny. W ciągu niespełna dziesięciu lat produkcja, co raz to tańszej, bawełny wzrosła w Stanach Zjednoczonych z mniej niż 5 mln funtów do ponad 50 mln funtów.

Warto też podkreślić, że utrzymywanie niewolnictwa jest nie jest produktem mechanizmów rynkowych, ale zawsze i wszędzie jest aktem politycznym. Odważę się nawet postawić tezę, że niewolnictwo w Stanach Zjednoczonych zniknęłoby znacznie szybciej gdyby zamiast odwoływania się do regulacji federalnych i stanowych odwołano się do efektywnościowych mechanizmów rynkowych. Tak prawdę powiedziawszy, zniesienie niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych dokonywało się dosyć długo (i wcale Wojna Secesyjna w 1861-65 nie była tu najważniejsza, gdzie postulat prezydenta Lincolna o zniesienia niewolnictwa pojawił się dopiero po trzech latach od rozpoczęcia wojny).  Zniesienie niewolnictwa dokonywało się stopniowo (nawet można powiedzieć, że od pierwszych dekad amerykańskiej państwowości) dzięki właśnie rozszerzaniu i wzrostowi znaczenia mechanizmów rynkowych w budowaniu dobrostanu Amerykanów.

Pisząc tę notatkę, pomyślałem, że w tym momencie lepiej będzie odwołać się do słów Ludwiga von Misesa,który w Ludzkim działaniu (str. 534-7, wyróżnienia pogrubioną czcionką WK)  napisał: 

„Być może apologeci niewolnictwa nie mylili się tak bardzo, kiedy twierdzili, że wielu niewolnikom odpowiadała ich życiowa pozycja i nie chcieli jej odmieniać. Niewykluczone, że niektóre jednostki, grupy bądź całe narody, a nawet rasy lubią spokój i bezpieczeństwo, jakie zapewnia im poddaństwo; nie odczuwają poniżenia i upokorzenia związanego z niewolą i są gotowe płacić pracą za przywilej korzystania z wygód zamożnego domu; uważają, że konieczność znoszenia humorów i kaprysów pana jest najwyżej drobną niedogodnością. Oczywiście, warunki, w jakich musieli pracować niewolnicy na wielkich farmach i plantacjach, w kopalniach, warsztatach i na galerach, różniły się znacznie od spokojnego życia lokajów, pokojówek, kucharzy i nianiek, często przedstawianego jako sielanka. Różniły się od doli parobków, krowiarek czy pastuchów w małych gospodarstwach. Żaden apologeta niewolnictwa nie odważył się gloryfikować rzymskich niewolników pracujących na roli, którzy, zakuci w kajdany byli przetrzymywani w ergastulum, ani losu Murzynów harujących na plantacjach bawełny i trzciny cukrowej w Ameryce.

Zniesienie niewolnictwa i poddaństwa nie nastąpiło w odzewie na apele teologów czy moralistów, za sprawą słabości bądź szczodrobliwości właścicieli niewolników. Wśród nauczycieli religii i etyki było tylu elokwentnych obrońców niewolnictwa, ilu jego przeciwników. Praca niewolnicza zniknęła, ponieważ nie wytrzymała konkurencji z pracą ludzi wolnych. O jej losie przesądziło to, że w gospodarce rynkowej była nieopłacalna.

O cenie niewolnika decyduje oczekiwany zysk netto z jego zatrudnienia (zarówno w charakterze pracownika, jak i protoplasty kolejnych niewolników), podobnie jak o cenie krowy decyduje przewidywany zysk netto, jaki przyniesie jej posiadanie. Właściciel niewolnika nie osiąga specyficznego zysku związanego z jego posiadaniem. Nie czerpie on dodatkowych korzyści z „wyzysku”, które wynikałyby z tego, że praca niewolnika nie jest opłacana, a potencjalna rynkowa cena jego usług jest być może wyższa niż koszt związany z jego żywieniem, zapewnieniem mu mieszkania i jego dozorowaniem. Ten, kto kupuje niewolnika, musi założyć, że jego cena uwzględnia oszczędności, które zapewnia praca niewolnicza. Płaci za nie pełną kwotę, zawierającą korektę, która wynika z preferencji czasowej. …

Otóż nigdy nie zdarzyło się jeszcze, aby przedsiębiorstwa korzystające z pracy niewolniczej były w stanie konkurować na rynku z przedsiębiorstwami zatrudniającymi wolnych robotników. Niewolnicza siła robocza była wykorzystywana wyłącznie tam, gdzie nie konkurowali z nią wolni pracownicy najemni.

Traktując ludzi jak bydło, można z nich wycisnąć najwyżej taką pracę, jaką potrafi wykonać bydło. Wtedy jednak istotną rolę zaczyna odgrywać to, że człowiek jest fizycznie słabszy od wołów czy koni, a koszty żywienia i pilnowania niewolnika są w stosunku do jakości jego pracy wyższe od kosztów żywienia i pilnowania zwierząt. Gdy człowiek jest traktowany jak sprzęt, to daje mniejszy zysk przypadający na jednostkę kosztów związanych z jego bieżącym utrzymaniem i dozorem niż zysk ze zwierzęcia domowego. Jeśli od niewolnika oczekuje się pracy na poziomie ludzkim, trzeba mu zapewnić specyficznie ludzkie bodźce. Jeżeli pracodawca chce, żeby produkcja jego przedsiębiorstwa przewyższyła pod względem jakości lub ilości produkcję towarów, jakie można wytworzyć pracując z batem nad głową, musi zainteresować robotnika zyskiem z jego pracy. Zamiast karać go za lenistwo i opieszałość, musi nagradzać jego pracowitość, umiejętności i zapał. Jednak żadne zachęty tego rodzaju zastosowane wobec niewolnika, czyli pracownika, który nie otrzymuje pełnej rynkowej ceny za swój wkład pracy, nie spowodują, że jakość jego usług dorówna jakości świadczonych przez wolnego człowieka, czyli robotnika wynajętego na wolnym, nieskrępowanym rynku pracy. Górna granica jakości i ilości produktów i usług, które można uzyskać, zatrudniając niewolników i chłopów pańszczyźnianych, znajduje się znacznie poniżej poziomu tego, co mogą wytworzyć wolni pracownicy. Jeśli chodzi o produkcję artykułów wysokiej jakości, to przedsiębiorstwo, które zatrudnia niewolników, a więc pozornie tanią siłę roboczą, nigdy nie wytrzyma konkurencji z firmami, w których pracują wolni ludzie. Z tego właśnie powodu upadły wszystkie systemy oparte na pracy przymusowej. …  W XVI wieku znów zaczęto zatrudniać niewolników do pracy na roli, a nawet w dużych zakładach produkcyjnych. W amerykańskich koloniach zatrudnianie niewolników Murzynów na plantacjach stało się normą. W Europie Wschodniej – w północno-wschodnich Niemczech, również w Czechach oraz na Morawach i Śląsku, które były od nich zależne, a także w Polsce, krajach bałtyckich, Rosji, na Węgrzech i ziemiach im podległych – następstwem legalnego wykorzystywania bezpłatnej pracy chłopów było powstawanie gospodarstw wielkoobszarowych. Instytucje polityczne chroniły oba te systemy pracy niewolniczej przed konkurencją przedsiębiorstw zatrudniających wolnych pracowników. W koloniach wysokie koszty imigracji oraz brak odpowiedniej ochrony prawnej i sądów, która chroniłaby jednostkę przed samowolą urzędników państwowych i możnych plantatorów, uniemożliwiały napływ wystarczającej liczby wolnych pracowników i pojawienie się konkurencyjnych farmerów. W Europie Wschodniej system stanowy nie dopuszczał możliwości podjęcia produkcji rolnej przez osoby spoza ziemiaństwa. Rolnictwo wielkoobszarowe było domeną szlachty. Chłopi pańszczyźniani mogli mieć małą gospodarkę. Nikt jednak nie kwestionował tego, że gospodarstwa korzystające z pracy niewolniczej nie wytrzymałyby konkurencji gospodarstw zatrudniających wolnych pracowników. Autorzy prac na temat rolnictwa w wieku XVIII i w początkowych latach XIX wieku byli co do tego zgodni, podobnie jak autorzy rozpraw o rolnictwie w starożytnym Rzymie. Jednak zniesienie niewolnictwa i pańszczyzny nie mogłoby się dokonać wskutek swobodnej gry sił rynkowych, skoro instytucje polityczne wyłączyły majątki i plantacje szlachty spod praw obowiązujących na rynku. Niewolnictwo i pańszczyznę zniesiono w wyniku akcji politycznej, której duchowym źródłem była tak pogardzana ideologia „laissez faire, laissez passer”.”


  • RSS