Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z okresu: 1.2015

Jak zadbać o edukację ekonomiczną młodego pokolenia i uwolnić przedsiębiorczą energię Polaków? Takie pytanie postawili sobie pracownicy i współpracownicy Instytutu Misesa i w odpowiedzi zaproponowali realizację projektu ‘Wolna przedsiębiorczość. Dzisiaj w szkołach – jutro w gospodarce’. Zamierzeniem jest stworzenie ‘przełomowego, bezpłatnego zestawu do przedmiotu Podstawy przedsiębiorczości dla szkół średnich’. Wydaje mi się, że warto wesprzeć realizację tego projektu, bo może dzięki temu projektowi poprawi się edukacja ekonomiczna młodego pokolenia, pokolenia, które za kilka, kilkanaście lat będzie kształtowało to co będzie się dziać w Polsce. Projekt Wolna przedsiębiorczość jest działaniem długookresowym, niezwiązanym z jakąkolwiek koniunkturalną działalnością, cechującą zwłaszcza polityków myślących przede wszystkim o wygraniu następnych wyborów, a nie o tym co będzie za lat kilkanaście, czy kilkadziesiąt. Pierwsze wersje, niektórych rozdziałów planowanego podręcznika są już dostępne, np. tutaj.  

Autorzy projektu podają wiele przykładów błędów jakie znaleźli w oficjalnych podręcznikach do przedsiębiorczości. Pozwolę sobie poniżej dodać coś ze swej strony i przedstawić tylko niektóre informacje i fakty świadczące o tym jak fatalny jest poziom wiedzy na temat gospodarki oraz jak słaba jest znajomość choćby podstawowych pojęć z ekonomii w Polsce. Zacznijmy od krótkiej sondy, w której przypadkowych ludzi zapytano „Z czym kojarzy się Panu-Pani słowo PRZEDSIĘBIORCZOŚĆ?” Dwuminutowy filmik można obejrzeć tutaj

Aleksander Piński w artykule Lekcja socjalizmu (opublikowanym w numerze 22/2008 w tygodniku Wprost, wtedy kiedy jeszcze Wprost dał się czytać i miał kilku doskonałych autorów piszących na tematy gospodarcze i ekonomiczne), podaje wiele przykładów jak źle nauczani są podstaw ekonomii i przedsiębiorczości uczniowie w szkołach. Co ciekawsze problem ten nie jest czymś specyficznym dla Polski. Stefan Theil z Foreign Policy przeanalizował to jak się naucza się przedsiębiorczości i podstaw ekonomii w szkołach we Francji i Niemczech. W styczniu 2008 roku Theil stwierdził, że ‘miliony europejskich dzieci są poddawane indoktrynacji, są dezinformowane i zniechęcane do wolnego rynku”. Podobnym tropem poszedł Aleksander Piński, który przejrzał polskie podręczniki dla gimnazjów i szkół średnich. Zacytujmy co ciekawsze fragmenty z artykułu Pińskiego: „Młodzi Polacy obowiązkowy poziom edukacji mogą zakończyć z przekonaniem, że bycie przedsiębiorcą polega na wypełnianiu testów osobowości rodem z kolorowych pism, PIT-ów albo druków dla ZUS. … Przyszli pracownicy zostają … poinstruowani o zaletach przystąpienia do związków zawodowych, postraszeni widmem bezrobocia i pouczeni o zbawiennym wpływie opieki państwa, która ochroni ich przed wyzyskiwaczami. Ekonomiczne aspekty naszego członkostwa w Unii Europejskiej są przedstawiane wyłącznie w superlatywach. … w 2002 r. wprowadzono do szkół ponadgimnazjalnych obowiązkowy przedmiot – podstawy przedsiębiorczości. … W podręczniku „Działam aktywnie. Wychowanie do aktywnego udziału w życiu gospodarczym” Anny Dubieckiej, Zbigniewa Góralewicza i Piotra Piskorskiego gimnazjalistów do przedsiębiorczości zachęca na przykład Grażyna Kozyro, kierownik Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Chełmku. Radzi ona, aby dzieci odwiedziły lokalny ośrodek pomocy społecznej i dowiedziały się, jak państwo pomaga biednym. Uczniowie wyczytają też, że „gospodarka rynkowa powoduje bezrobocie”. Nie ma ani słowa o tym, że kraje, w których udział państwa w gospodarce jest najmniejszy, gdzie podatki i pozapłacowe koszty pracy są niskie, bezrobocie jest niewielkie i dotyczy głównie osób, które pracować nie chcą albo nie muszą (tzw. naturalny poziom bezrobocia). W „Podstawach przedsiębiorczości” Marii Bieleckiej, podręczniku dla uczniów liceów, zawodówek i innych szkół średnich, jeden z rozdziałów jest zatytułowany: „Czy należy korzystać z prawa zrzeszania się w związkach zawodowych?”. Autorka nie pozostawia pytania bez odpowiedzi: „Prawa człowieka nie zabezpieczają ludzi przed wyzyskiem, przed działaniem na ich szkodę przez pracodawców. Łatwo wyeliminować z zakładu niepokornych (…)”. Autorka ma także własną wizję dobrego pracodawcy: „Nie wykorzystuje pracowników do osiągania zysku tylko dla siebie”. Jej zdaniem, pracodawcy powinni się w swoich firmach podzielić władzą z pracownikami, ponieważ „demokracja w gospodarce potrzebna jest dla sprawiedliwego podziału dochodu”. …Naczelnym złem dla autorów podręczników jest postęp technologiczny, który – zdaniem większości z nich – odpowiada za wzrost bezrobocia. W jednej z książek uczniowie dostają zadanie, aby policzyć, ilu robotników pozbawiło pracy wynalezienie koparki. Wedle tej logiki, biorąc pod uwagę skalę postępu technologicznego i wzrostu wydajności pracy od początku XIX-wiecznej rewolucji przemysłowej, wszyscy żylibyśmy dziś z zasiłków. Inaczej kwestię bezrobocia wyjaśniają Barbara Stańda i Barbara Wierzbowska, autorki podręcznika dla szkół ponadgimnazjalnych „Bądź przedsiębiorczy”. Otóż za bezrobocie w Polsce odpowiadają aktywni zawodowo seniorzy („Wydłużenie wieku mobilności zawodowej powoduje blokowanie stanowisk pracy”). Osobną historią jest sposób prezentowania uczniom zagadnień ekonomicznych związanych z Unią Europejską. Na przykład w książce „Przedsiębiorczość bez tajemnic” Sylwestra Gregorczyka, Marii Romanowskiej, Agnieszki Sopińskiej i Piotra Wachowiaka wśród zadań mających utrwalić poznany materiał jest odpowiedź na pytanie: „Jakie korzyści daje obecność Polski w UE?”. O skutki negatywne nikt nie pyta, bo wedle autorów podręczników, ich – ex definitione – nie ma. Żaden uczeń w polskiej szkole nie dowie się na przykład, że za „wyrównywaniem” dochodów unijnych rolników kryją się wyższe o kilkadziesiąt procent ceny żywności, które ich rodzice płacą w sklepach … Trudno się w polskiej szkole publicznej dowiedzieć tego, że sukces na wolnym rynku zależy od pomysłowości, inicjatywy, pokonania konkurencji (która nie jest złem), czy takiego banału, że podstawowym celem biznesu jest wypracowanie zysku. Zapewne ma to związek z tym, że świat znany naszym nauczycielom nie ma nic wspólnego z wolnym rynkiem. Ten z nich, kto jest lepszy od swojego kolegi, i tak nie dostanie ani złotówki więcej, więc jak ma zrozumieć zalety konkurencji? Jak ma wytłumaczyć podopiecznym, że poza znaną mu sferą budżetową istnieje zupełnie inny świat?”

W ramach szerszej akcji pod hasłem „Matura to bzdura” młodzi ludzie przepytują innych młodych ludzi. W dwóch odcinakach (tutaj i tutaj) pt. ‘Podstawy przedsiębiorczości” pytają o podstawowe informacje odnośnie niektórych pojęć ekonomicznych, oraz ze znajomości podstawowych faktów z obecnego z życia społecznego. Oglądając te odcinki uśmiech, czy nawet śmiech, gości na twarzy, ale niestety jest to śmiech przez łzy.

Bardziej systematyczne badania dotyczące ‘świadomości i dojrzałość ekonomicznej nastolatków’ prowadzone są przez Instytut Badań Edukacyjnych. Wyniki tych badań (opisane np. tutaj) w pełni potwierdzają te obserwacje które przedstawiliśmy wcześniej.

Podobnie, co jakiś czas prowadzone badania przez różnego rodzaju instytucje pokazują mizerię wiedzy ekonomicznej Polaków. Wspomnijmy o dwóch takich badaniach. Kilka lat temu Fundacja Kronenberga sprawdziła stan wiedzy ekonomicznej Polaków i wyszło z nich np. że aż 62 proc. Polaków ocenia swoją wiedzę finansową słabo lub nawet bardzo słabo, 67 proc. nie wie, czym jest karta kredytowa.

Ciekawy raport (którym dysponuję, ale którego niestety nie znalazłem w sieci, dlatego pozwolę go sobie udostępnić tutaj) na temat ‘Wiedzy ekonomicznej mieszkańców Polski’ przedstawiło w 2006 roku Centrum Psychologii Ekonomicznej i Badań Decyzji, Wyższa Szkoła Przedsiębiorczości i Zarządzania im. Leona Koźmińskiego (obecnie Akademia Leona Koźmińskiego). Nie sposób tutaj omówić całości tego raportu, dlatego przytoczę tylko wyniki odpowiedzi na kilka pytań.

  1. Przedsiębiorczość jest to zarządzanie i bycie menedżerem w jakiejś firmie – 67,2% odpowiedziało, że zdecydowanie tak lub raczej tak, a jedynie 28,2%, że nie.
  2. Przedsiębiorczość jest to podejmowanie się różnych prac aby zarobić parę złotych – 66,2% odpowiedziało zdecydowanie tak lub raczej tak, 31,6%, że nie.
  3. O tym ile i na co Państwo wyda pieniędzy decyduje Narodowy Bank Polski – zdecydowanie tak lub raczej tak odpowiedziało 47,9%, nie 39%, trudno powiedzieć 13,1%.
  4. Aby zmniejszyć bezrobocie rząd powinien budować nowe zakłady i fabryki i zapewnić w nich miejsca pracy dla bezrobotnych – zdecydowanie tak lub raczej tak odpowiedziało 88% pytanych, a jedynie 10,9% odpowiedziało nie.
  5. Aby podnieść poziom najniższych zarobków parlament powinien ustawowo zwiększyć wynagrodzenie minimalne – zdecydowanie tak, lub raczej tak odpowiedziało 90,4% pytanych, 7,5% odpowiedziało nie.
  6. Aby zwiększyć wydajność pracy należy zwiększyć wynagrodzenia pracownikom – 51,9% zdecydowanie tak, 42,2% raczej tak, a 4,4% nie.

Joanna Papuzińska przyjrzała się obrazowi przedsiębiorcy w polskiej literaturze ostatniego stulecia i opisała to w artykule ”Przedsiębiorca w literaturze czyli sukces potępiony„. Jak pisze ona w tym artykule: „nieodparcie dochodzę do wniosku, że bohater pracowity, energiczny i zamożny – jednym słowem, człowiek sukcesu – tylko pod jednym warunkiem może uzyskać akceptację autora. Mianowicie, jeśli porazi go jakaś niewyobrażalna klęska. … Klęskę osobistą ponosi Wokulski z „Lalki” Prusa, katastrofą kończą się działania młodych inwestorów z „Ziemi obiecanej” Reymonta. Klęska spotyka też wielce pracowitego Niechcica z „Nocy i dni” Dąbrowskiej.” Papuzińska przytacza dwa cytaty z „Przedwiośnia” Żeromskiego: „Para się przemysłem. Handluje. Bogacz. Spryciarz pierwszej klasy”, „…był progenitury szynkarskiej, czy małomiasteczkowo-paskarskiej, wskutek czego zawsze śmierdział pieniędzmi„.

Zdaniem Papuzińskiej, w podobnym duchu, jak np. były legionista, a późniejszy komunista, Władysław Broniewski, który pisał: „Tuczą się Łodzią tłuste Scheiblery…”, piszą też współcześni autorzy (‘młodzi gniewni’), którzy zwykle „przedstawiając ludzi zamożnych jako tłustych łysoli, w kosztownych garniturach, jeżdżących samochodami najlepszych marek. … Jak w najgorszych komunistycznych „agitkach”, demaskują z pasją bezwzględnych pracodawców, wyzyskujących personel, okrutnych egzekutorów długów, biadają nad dewastacją życia rodzinnego z powodu zaangażowania rodziców w tworzenie własnych firm. Właściwie wszystko, co kojarzy się już nie tylko z sukcesem, ale nawet z próbą sięgnięcia po sukces w biznesie jest przedmiotem potępienia”.

Papuzińska zwraca uwagę, że konsekwencją takiego obrazu przedsiębiorcy jest życzliwe traktowanie biedy i ubogich: „w naszej literaturze brak refleksji, obecnej np. w wiktoriańskiej (XIXw.) Anglii, gdzie rozróżniano ubogich zasługujących na wsparcie i takich, którzy na nie n i e zasługują. W polskiej literaturze bieda traktowana jest jak jakieś zrządzenie losu. Tak wygląda np. świat popegieerowski, np. w powieści Kazimierza Orłosia („Drewniane mosty”). Przyczyny ubóstwa tkwią w literaturze zawsze p o z a ubogimi.”

Dlatego dobrą ilustracją wniosków Joanny Papuzińskiej jest zamieszczony tam rysunek, który przedstawiam poniżej:

ChceBycBiednym

Przykładów słabej wiedzy Polaków i nieprawdziwego obrazu przedsiębiorczości można mnożyć. Kilkunastoletnie doświadczenie z nauczania podstaw przedsiębiorczości w polskich szkołach pokazują, że nie można liczyć na inicjatywę państwowych instytucji na to by sytuacja uległa poprawie. Dobrym zatem krokiem jest ‘wzięcie sprawy w swoje ręce’, jak to próbuje czynić Instytut Misesa. Dlatego wydaje mi się, ich projekt ‘Wolna przedsiębiorczość. Dzisiaj w szkołach – jutro w gospodarcewart jest wsparcia, także finansowego. 

Na portalu ekonomiaspoleczna.pl, który generalnie nie sprzyja ideom rynkowym, a na którym większość publikowanego materiału dotyczy gospodarki społecznej jako alternatywy dla rynku, ukazał się artykuł Krzysztofa Wittelsa pt. Socjal ery kapitału. Zapomniany dorobek warszawskich przedsiębiorstw 1864-1939. Już wstęp artykułu zachęca do dalszego czytania: „Brzmi jak herezja. A jednak. Osiedla robotnicze, kasy pożyczkowe i emerytalne, przyzakładowe żłobki i szkoły, domy ludowe, kluby sportowe, czytelnie i kółka teatralne miały swoje początki w erze „dzikiego kapitalizmu” sprzed I wojny światowej i w okresie XX-lecia międzywojennego”.  Kiedy przeczytałem ten artykuł to pomyślałem: Mój Boże, jacy oni są niedouczeni, jacy zaślepiani, jacy naiwni?  Dla nich kapitalizm zawsze jest pazerny, krwiożerczy, nieludzki. Kiedy im (nazywam ich ‘wrażliwymi społecznie’) tłumaczy się, że kapitalizm ma przede wszystkim ludzką twarz, że jedyną ‚społeczną odpowiedzialnością biznesu jest tworzenie zysku’, że rynek (symbol kapitalizmu) jest najbardziej pokojową instytucja jaką wymyślił człowiek, to nie wierzą i powiadają, że to kłamstwa i herezje. Dobrze, że powoli zmienia się mentalność tych wrażliwych społecznie aktywistów i publikują u siebie te odkrywcze dla nich prawdy. Dla nas zwolenników rynku (‚wolnego rynku’) i prawdziwego kapitalizmu rynkowego to nic nowego. Ci aktywiści nazywają to herezją, brzmi to podobnie jak nazywanie ‚cudem gospodarczym’ tego co stało się po 1948 roku w Niemczech po reformach i wprowadzeniu rynku przez Ludwiga Erharda. A to przecież żaden cud czy herezja, toż to naturalna reakcja ludzi (przedsiębiorców i konsumentów) na funkcjonowanie zdrowych mechanizmów rynkowych.

Po przeczytaniu artykułu Krzysztofa Wittelsa może nasunąć się pytanie: Dlaczego współcześni Norblinowie, Wedlowie, Granzowie, Natansonowie, Szlenkierowie, Gerlachowie nie wykazują się tego typu aktywnością prospołeczną i dbałością o pracowników? Nie jest do końca prawdą, że nie obserwujemy tego typu działalności wśród współczesnych przedsiębiorców i kapitalistów. Powoli odżywa idea firm rodzinnych, także w Polsce i w takich firmach jest miejsce na tego typu działalność (polecam portal Inicjatywa Firm Rodzinnych, gdzie jest dużo informacji odnoszących się do ścisłych więzi właścicieli z pracownikami ich firm). Wydaje się, że dwa czynniki nie sprzyjają współcześnie pełnemu rozkwitowi aktywności przedsiębiorców i kapitalistów w ‘kwestii pracowniczej’. Po pierwsze w większości firm (zwłaszcza dużych) nie ma jasno określonego właściciela, dominuje obecnie tzw. rozmyta forma własności. Nazwa firmy nie jest związana z jego właścicielem. Po drugie, w XX wieku państwo (rządy) coraz częściej przejmowało tę sferę aktywności pomocy pracownikom i twierdziło, że zrobi to lepiej niż właściciele firm. Naturalnie po to by realizować te cele rządy musiały nakładać na przedsiębiorców coraz to większe daniny (w Polsce, jak się szacuje, do każdego tysiąca złotych wypłacanego pracownikowi, firma musi dodatkowo wyłożyć ok. 800 zł, wypłacanych w postaci różnorakich danin instytucjom państwowym). Nie dziwi zatem to, że przy tych ogromnych obciążeniach fiskalnych przedsiębiorcy nie wykazują się już tak dużą aktywnością w tej sferze. Dlatego raczej podziwiać należy to, że wielu przedsiębiorców prywatnych nadal wspiera (w różnorakiej formie) swoich pracowników.

Od wielu lat utrzymuję kontakty z ludźmi zaangażowanymi w rozwój tzw. ekonomii społecznej (gospodarkę społeczną), działalności organizacji pozarządowych, innowacji społecznych, itp. Bardzo sobie cenię te kontakty i bardzo przyjazny stosunek tego środowiska do moich, niekiedy bardzo radykalnych, poglądów prorynkowych. To są z bardzo mili i zaangażowani ludzie, ludzie ‘których się jeszcze chce coś robić’. Kilka miesięcy temu poproszono mnie o udział w konferencji nt. innowacji społecznych, wykorzystałem tę okazję do pokazania, że wiele tzw. innowacji społecznych powstało tylko dzięki rynkowi w systemie, który tak często krytykują, w kapitalizmie. W artykule, który zawarty został w pracach konferencyjnych, napisałem: „Jedną z ważniejszych innowacji społecznych XIX wieku była idea spółdzielczości. Przykład spółdzielczości wydaje się być dobrym dla zilustrowania tego jak powstawały innowacje społeczne w XIX wieku, w otoczeniu rynkowym. Warto podkreślić, że spółdzielczość jest wynikiem oddolnej aktywności ludzi, myślących w kategoriach własnego interesu, a pierwsze z sukcesem działające spółdzielnie rozwijały się w kapitalistycznej Anglii bez wsparcia jakiejkolwiek instytucji państwowej. Powszechnie uznaje się, że pierwsza z sukcesem funkcjonująca spółdzielnia powstała w 1844 roku w angielskiej miejscowości Rochdale, kiedy to Rochdale Society of Equitable Pioneers ustaliła zasady funkcjonowania spółdzielni (Rochdale Principles), które w przyszłości traktowane były jako swego rodzaju wzorzec organizowania innych spółdzielni. Rochdale Society of Equitable Pioneers utworzona została przez 28 osób, z których około połowa było tkaczami z Rochdale (Lancashire w Anglii). Efektem wprowadzanych innowacji w przemyśle tekstylnym i jego mechanizacji, sytuacja wykwalifikowanych robotników stawała się coraz gorsza. Często nie było ich stać na zakup żywności. Ta grupa 28 osób postanowili otworzyć własny sklep sprzedający produkty żywnościowe. Po spisaniu porozumienia, z pewnym trudem zebrali początkowy kapitał 28 ówczesnych funtów (po jednym funcie, jako udział każdego spółdzielcy) i 21 grudnia 1844 roku otworzyli swój sklep z bardzo skromnym wyborem masła, cukru, mąki, płatki owsiane i świec. W ciągu następnych trzech miesięcy rozszerzyli asortyment (np. o herbatę, tytoń). Dbając o dobrą jakość sprzedawanych towarów, stali się szybko znani jako solidni sprzedawcy. Ich inicjatywa okazała się na tyle skuteczne, że w ciągu następnych dziesięciu lat w Wielkiej Brytanii powstało prawie 1000 spółdzielni.

Spółdzielnia w Rochdale miała swoich prekursorów, jednakże większość z nich upadała w krótkim okresie. Przykładowo za pierwszą udokumentowaną spółdzielnię konsumencką uznaje się założoną przez lokalnych tkaczy w 1769 roku w Fenwick, East Ayrshire. Powstałe w 1761 roku Towarzystwo Tkaczy (Fenwick Weavers’ Society) miało na celu promowanie wysokich standardów w zakresie rzemiosła tkackiego, jednakże po kilku latach rozszerzono zakres działalności o zbiorowy zakup produktów spożywczych luzem oraz zakup książek (efektem tej aktywności było stworzeniem Biblioteki Fenwick w 1808).

W połowie XIX wieku, równolegle ze spółdzielniami produkcyjnymi czy rolniczymi, w całej Europie rozwijały się związki (spółdzielnie) kredytowe. Jednymi z najbardziej znanych były działające na obszarach wiejskich Kasy Raiffeisena. Finansowe związki kredytowe zostały wymyślone w 1852 przez Franza Hermanna Schulze-Delitzsch i działały początkowo w miastach. Ze składek członków spółdzielni finansowano niskooprocentowane kredyty, którymi z kolei można było zaliczkować działalność produkcyjną czy usługową. Warto zauważyć, że Schulze-Delitzsch nazwał te spółdzielnie „spółkami zarobkowymi”. Jednakże większy sukces odniosły kasy założone dwanaście lat później przez Friedrich Wilhelm Raiffeisen i one powszechnie uznawana są za inicjatorów kredytowego ruchu spółdzielczego.

Animatorami wczesnych form spółdzielczości byli w wielu krajach (Wielka Brytania, Belgia, Skandynawia) socjaliści, którzy budowanie gospodarki spółdzielczej uważali za metodę zbudowania alternatywy dla kapitalizmu. Warto jednak podkreślić, że idę spółdzielczości należy uznać za element gospodarki rynkowej. Wbrew pewnym mitom, działalność spółdzielni też była zorientowana na zysk (do podziału pomiędzy członków spółdzielni). Bez swobody gospodarowania jaką daję kapitalizm, spółdzielnie nie funkcjonowałyby tak dobrze (wystarczy sobie jedynie przypomnieć jakim rachitycznym tworem były spółdzielnie w PRLu i w innych krajach tzw. demokracji ludowej w XX wieku).”


  • RSS