Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z okresu: 5.2015

Co jakiś czas na uczelniach i w instytutach badawczych przeprowadzana jest tzw. okresowa ocena pracowników naukowych. Niby nic nowego, coś naturalnego, coś co powinno być przedmiotem działań każdej jednostki wobec swoich pracowników. Ocenie poddawany byłem od początku swoje pracy. Wyglądało to zwykle tak, że przekazywałem zwierzchnikowi spisane to co w ostatnim okresie zrobiłem (często w formie ankiety), zbierała się komisja ds. oceny i dokonywała takowej oceny (biorąc także pod uwagę subiektywne zdanie zwierzchników, jak i członków komisji). Jednakże w ostatnim okresie dotknęła nas mania wskaźników i chęci tzw. obiektywnej oceny ilościowej. Powstają różnego rodzaju regulaminy ‘oceny pracownika naukowego’ w których każda aktywność jest wyceniana w punktach, potem te punkty są sumowane i jeśli się nie przekroczy pewnego progu punktowego to ocena jest negatywna. Jednym z elementów oceny pracownika naukowego jest ocena jego dorobku publikacyjnego. Przyznaje się punkty za opublikowanie w różnych czasopismach naukowych, a w tym celu Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego tworzy różnego rodzaju wykazy czasopism naukowych. Uwzględnia się w tych ocenach różnego rodzaju miary bibliograficzne, np. impact factor, indeks Hirscha.

Nawiasem mówiąc, tego rodzaju miary, czy tzw. lista filadelfijska (ISI Master Journal List)  powstały nie po to by dokonywać oceny pracowników, a z pobudek badawczych, z chęci poznania samego procesu publikacji wyników badań naukowych. Twórcy tych wskaźników nie myśleli by używać ich do oceny indywidualnych osiągnieć pracowników naukowych. Dopiero potem różnej maści biurokraci rzucili się na tego typu  koncepcje by użyć je do tzw. obiektywnej oceny pracownika naukowego.

W ten sposób powstaje swego rodzaju przymus publikowania, który sam w sobie nie jest zły, jeśli tylko wynika z wewnętrznej potrzeby naukowca, by podzielić się swoimi wynikami badawczymi. Niestety obecnie przeradza się to w patologiczną zasadę Publish or perish (publikuj albo zgiń). Naturalnie nie jest to zjawisko nowe. Kiedy w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku zaczynałem tzw. karierę naukową zasada ta była już obecna. Już wtedy doświadczaliśmy zalewu publikacji naukowych o wątpliwej wartości; do tego stopnia było to już wtedy dokuczliwe, że odczuwaliśmy pewne problemy ze znalezieniem dobrych publikacji w ogromie wszystkich publikacji (internetu i wyszukiwarek wtedy nie było!). Zajmowaliśmy się wtedy modelowaniem procesów ewolucyjnych i to wtedy pojawił się postulat, do którego coraz częściej wracam, który, jak nam się wydawało, mógłby uzdrowić sytuację. Mianowicie należałoby przyjąć by w czasie swojego życia naukowego, każdy mógł opublikować pewną ograniczoną liczbę publikacji (np. trzy, może pięć), osobistą decyzją naukowca byłoby kiedy takowe opublikować (Karol Darwin pracował nad swym podstawowym dziełem  O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego  ponad 20 lat, od 1838 roku, i pracowałby może jeszcze długo, gdyby nie zmuszono go do opublikowania tej książki w 1859 r.).

Takie ocenianie oparte na wskaźnikach zwykle kończy się ‘zabawą w złodziei i policjantów’. Kiedy w pierwszym okresie wprowadzania takiej oceny liczyła się liczba publikacji to reakcją środowiska naukowego było pojawienie się ogromnej liczby czasopism gdzie  można było publikować (bardzo często artykuły wątpliwej jakości, jak wtedy nazywaliśmy, ‘przyczynkarskie’). Kiedy okazało się, że ci sprytni nie tyle w prowadzeniu dobrych badań, co w publikowaniu ‘szybko i dużo’, najbardziej na tym zyskiwali (często w finansowym wymiarze), zmieniono wskaźniki i nie tyle liczba publikacji a liczba cytowań stała się podstawą dobrej oceny. Równie szybko środowisko ‘sprytnych naukowców’ znalazło na to sposób – zaczęły powstawać ‘spółdzielnie’, których członkowie wzajemnie się cytowali (niezależnie od tego czy mieli ku temu merytoryczne powody czy nie). Kiedy uświadomiono sobie ten proceder spróbowano kolejny raz ‘uszczelnić’ system oceniania i zaczęto zwracać uwagę na jakość tych cytowani i uwzględniać tzw. impact factor czasopism w których publikowano i cytowano. Cóż się okazało?  Redakcje czasopism by zadbać o wzrost znaczenia danego czasopisma, w uwagach do recenzji artykułów przesyłanych do publikacji, sugerowali, że problematyka ta już wcześniej poruszana była na łamach tego czasopisma i dobrze byłoby zamieścić odnośniki do pewnych artykułów wcześniej opublikowanych (niekiedy dochodzi to sugerowania cytowania konkretnych osób z kręgu danego czasopisma). Proszę mi wierzyć, ta ‘zabawa’ nigdy się nie skończy – na kolejne próby ‘uszczelniania’ systemu zawsze znajdą się sposoby ominięcia ograniczeń. Póki ocena nie będzie oparta wzajemnych relacjach, na swego rodzaju samouzgodnieniu opinii, na zdrowych, ludzkich zasadach krytycznej dyskusji i subiektywnej oceny każdego zaangażowanego w proces, póty nie będzie dobrze. Póki nie wrócimy do moralnych zasad wypływających z potrzeby uczciwego ocenienia tego co robią inni i wykluczania ze społeczności tych nieuczciwych, póty nie nastąpi poprawa w jakości publikacji i jakości prowadzonych badań naukowych. Zapomnieliśmy co to jest honorowe zachowanie, nie doceniamy zasady ostracyzmu – nie doceniamy siły wykluczenia ze środowiska osoby nieuczciwej, zachowującej się nagannie.

Kiedy tak wracam myślami do początków mojej pracy na uczelni, to dochodzę do wniosku, że pewien przymus publikowania jest dobry w pewnym wieku, wtedy jak młody naukowiec rozwija się, kiedy ma ogromną energię i potencjał intelektualny. Sam tego doświadczyłem kiedy starałem się sporo publikować po angielsku w miarę dobrych czasopismach zachodnich. Ta młodzieńcza pasja wynika z chęci samorealizacji, własnego zadowolenia z tego, że coś się poznało i zrobiło, ale także z pewnego młodzieńczego przekonania, że ‘zawojuje się  świat’, będzie się znanym w środowisku, będzie się brało udział w dyskusjach z tymi najlepszymi i najbardziej znanymi.  I to jest prawda, taka aktywność wtedy jest bardzo ważna. Tego typu stosunek do wykonywanej pracy wydaje mi się bardzo ważnym mechanizmem ‘napędzającym’ rozwój nauki.

Jednakże, powoli dochodzę do wniosku, że kiedy człowiek staje się bardziej doświadczonym, starszym (a może nawet starym), kiedy zaczyna patrzeć na świat trochę z innej perspektywy, to zaczyna dominować w nim przekonanie, że znacznie więcej jest do zrobienia ‘tu i teraz’ (w Polsce, we Wrocławiu, w najbliższym otoczeniu), że należy być aktywnym po to by przede wszystkim kształtować myślenie młodego pokolenia. W tej sytuacji publikowanie po angielsku, w najlepszych czasopismach staje się już mniej ważne (sam tego doświadczyłem i doświadczam, choć nadal staram się by od czasu do czasu coś tam opublikować). Dochodzę do wniosku (używając marksistowskiego określenia), że nadbudowa staje się ważniejsza. Tyczy się to zwłaszcza nauk społecznych, w tym ekonomii. Ukształtowanie młodego człowieka, młodego pokolenia, pokazanie alternatyw, nauczenie krytycznego myślenia,  będzie skutkowało w przyszłości, będzie miało wpływ na wiele lat, na zachowanie się kolejnego pokolenia. Kontakt z młodymi, współpraca z organizacjami młodych, wykłady i udział w panelach organizowanych przez młodych są w tej sytuacji znacznie ważniejsze. Dlatego współpracuję i na tyle na ile mogę wspieram działanie młodych ludzi związanych np. z Instytutem Misesa, PAFERE, KoLibra, uczestniczę w pracach Olimpiady Wiedzy Ekonomicznej, czy biorę udział w Festiwalach Nauki.

Ważny (a może ważniejszy) staje się innego rodzaju ‘impact factor’, ten subiektywny, budowany dla mnie, pozwalający mi ocenić na ile moje działania są ważne dla mojego bliskiego i dalszego otoczenia.  Ten oficjalny  ‘impact factor’  jest naturalnie też ważny, ale wydaje mi się, że znacznie mniej ważny niż dawniej. Przyznam się, że teraz nie odczuwam takiego imperatywu jaki odczuwałem dawniej: jechać na tę czy inną konferencję zagraniczną, opublikować w dobrym czasopiśmie zagranicznym. Oczywiście staram się, ale świadomie staje się to dla mnie mniej ważne. Dochodzę często do wniosku, że może lepiej opublikować coś po polsku, nawet w mniej znanym, w skali międzynarodowej, czasopiśmie, ale dostępnym dla szerokiego grona polskich czytelników.  Artykuł taki staje się niekiedy podstawą do późniejszych wystąpień, udziału w panelach dyskusyjnych i spotkań z młodymi ludźmi.

Gdyby dzisiaj żył Adam Smith, ten Szkot, pracujący w Edynburgu w XVIII wieku, który w swoim życiu napisał ledwie dwie książki, to z pewnością oceniony byłby negatywnie przez współczesne komisje uniwersyteckie.  Nad swoim podstawowym dziełem, Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów (1776), Adam Smith pracował 10 lat. Jaki współczesny uniwersytet pozwoliłby na tego typu nieproduktywność?  

Przygotowując się do wykładu z procesów innowacyjnych (‘Zarządzanie innowacjami’) zajrzałem do swoich notatek w których znalazłem zapisaną propozycję dla studentów obejrzenia wystąpienia Michael O’Leary, szefa linii lotni­czych Ryanair, na pierwszej  Konwencji ds. Innowacji (Innovation Convention ), zorganizowanej przez Unię Europejska w 2011 roku (Michael O’Leary at the Innovation Convention 2011 (to samo na Youtube), Master Class with Michael O’Leary at the Innovation Convention 2011 – Brussels).  Konwekcje te odbywają się co roku, ale przeglądając listy uczestników w kolejnych edycjach dochodzę do wniosku, że w następnych latach dobór występujących na nich był już znacznie ostrożniejszy. Chciałbym zachęcić Państwa do obejrzenia tych dwóch filmów z udziałem Michael O’Leary. Wydaje mi się, że warto, bo osobowość Michaela O’Leary jest ciekawa, oraz w ciekawy sposób opowiada o innowacyjności pod egidą Unii Europejskiej właśnie w budynku Komi­sji Europejskiej w Brukseli, ‘jaskini lwa’, centrum UE.

Pierwszy ok. 17 minutowy film to wykład Michael O’Leary, drugi (prawie półgodzinny) to dyskusja z uczestnikami i odpowiedzi na ich pytania. Pierwszy film jest z napisami w języku polskim, drugi niestety nie ma polskiego tłumaczenia (jedynie można włączyć napisy po angielsku). By zachęcić Państwa poniżej przedstawiam fragment wykładu Michael O’Leary.

„OK, witam panie i panowie. To wielki zaszczyt być tu­taj dzisiejszego ranka. Myślę, że to pierwszy raz, kiedy ja czy Ryanair jesteśmy zaproszeni na konferencję przez Unię Europejską, bo jak większość z was wie, Unia Eu­ropejska zwykle albo mnie pozywa, znęca się nade mną i krytykuje, albo potępia za obniżanie kosztów podróży powietrznych nad Europą. Czyni moje życie tak bardzo trudnym dla dobra jej ulubionych linii lotniczych, którymi są jak wiemy Air France, British Airways czy Lufthansa.

Dlatego właśnie myślę, że konferencja o innowacjach jest tak ważna, bo kiedy spojrzycie na ten bałagan, w któ­rym Europa obecnie się znajduje, jest tylko jedna dro­ga ucieczki. I nie są to rozwiązania wymyślone przez któregoś z europejskich polityków, nie są to też zde­cydowanie konferencje w Brukseli, gdzie ostatni in­nowacyjny pomysł miał miejsce chyba w 1922 roku …

Bo Bruksela to (dla tych z was, którzy znają trylo­gię Gwiezdnych Wojen) baza Imperium, budynek Ber­laymont jest Gwiazdą Śmierci, gdzie każda namiastka innowacyjności jest pozostawiana za drzwiami, kie­dy wchodzicie, aby spotkać się z biurokratami i poli­tykami, u których to, że kłamią poznajecie się po tym, że po prostu ich usta się poruszają. Tak, czy ina­czej… pomyślałem, że zrobimy tak: (…) zaprezentu­ję bardzo szybko, czym Ryanair jest i co Ryanair robi.

Ryanair to najbardziej innowacyjne linie lotnicze świa­ta. Zdaję sobie sprawę, że poprzeczka nie jest posta­wiona wysoko, bo pozostałe linie bez końca nawala­ją w kwestii innowacji. I teraz: nasz serwis obsługi klienta nie składa się z wręczania wam dobrego win­ka oraz wielkich siedzeń dla waszych wielkich tłu­stych tyłeczków… albo punktów za częste latanie z nami w kółko na koszt waszego pracodawcy. Nasz serwis klienta składa się z trzech rzeczy, których lu­dzie naprawdę chcą: taniego lotu, przylotu na czas… i gwarancji, że nie zgubimy waszego bagażu po dro­dze. Powyższa idea – która wydaje się całkiem pro­sta – wywołała rewolucję w przemyśle lotniczym. …

Nigdy wcześniej nie byłem na brukselskiej konferen­cji. Ktoś z Komisji bardzo uprzejmie przysłał mi e-mail, pisząc: z chęcią zapłacimy za pańskie loty, hotel, taxi i podeślemy limuzynę, aby pana odebrała… i tak da­lej. Jezu! Więc mówię mu, że dobrze, że przylecę na lot­nisko Brussels-Charleroi lotem linii Ryanair z Dubli­na w poniedziałek wieczór, będę musiał się dostać do centrum miasta i jeśli moglibyście mi znaleźć ho­tel… może Novotel będzie dobry, ale wszystko jedno – może tam, gdzie członkowie Komisji się zatrzymują…

Odpowiedź otrzymałem w poprzedni piątek: „Przykro mi, ale Komisja nie może zapłacić za pana lot Ryana­ir, bo mamy wśród członków Komisji zakaz używania ta­nich linii lotniczych”. Żeby tego było mało: „Nie możemy panu zamówić taksówki z lotniska Brussels-Charleroi, ponieważ możemy posyłać taksówki tylko na bruksel­skie lotnisko [Zaventem], ale możemy panu za to za­pewnić hotel w Brukseli”. Co mogliby jednak dla mnie zrobić? Jeśli poleciałbym liniami konkurencji, Aer Lin­gus, na lotnisko brukselskie [Zaventem], za cenę około 10 razy większą niż lotem w Ryanair, to Komisja byłaby rada, jeśli mogłaby zwrócić mi te 9 razy większe koszty.

Komisja Europejska sama wyprodukowała dwa tygo­dnie temu tabelkę – 25 najszybciej rozwijających się lotnisk świata zeszłego roku – gdzie było tylko JED­NO europejskie lotnisko. Pośród 25 najszybciej roz­wijających się lotnisk, w Europie: ojczyźnie innowacji i radykalnej transformacji, jakież było jedyne europej­skie lotnisko wśród 25 najlepszych na świecie rosną­cych lotnisk ostatniego roku? Południowe Brussels­-Charleroi, gdzie Komisja nie zapłaci za loty, i którego nie są w stanie odnaleźć europejskie limuzynki. …”

 


  • RSS