Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z tagiem: biurokracja

Od wielu lat zwracam uwagę na to jak wielkie spustoszenie w naszych umysłach zrobiła w wieku XX idea i praktyka państwa opiekuńczego (do czego przyłożył się jeszcze komunizm, zwłaszcza sowiecki i chiński). Po czterech-pięciu pokoleniach żyjących w okresie państwa opiekuńczego, nie jesteśmy w stanie zaakceptować tego, że to nie od państwa powinniśmy oczekiwać rozwiązania wielu trapiących nas problemów. Nie wspomnę o tym, że wiele z tych problemów wykreowało właśnie samo państwo opiekuńcze. Zamiast szukać pomocy w naszej indywidulanej aktywności, wspartej aktywnością i współpracą lokalnych społeczności, wytworzyliśmy w sobie przekonanie, że najlepszym remedium na trapiące nas problemy jest omnipotentne państwo. Zapomnieliśmy, że jeszcze sto lat temu tak nie było, że niemalże powszechną zasadą była postawa typu ‘jeśli umiesz liczyć to licz przede wszystkim na siebie’.

Przyznam, się, że sam nie wiem jakie jest wyjście z tego ‘skrzywienia umysłowego’. Bardzo prawdopodobne, że do wyleczenie się z niego potrzeba będzie dwóch pokoleń, jak to było u Mojżesza (40 lat wędrówki narodu wybranego po pustyni). Należy zacząć o tym dyskutować i kształtować postawy młodych ludzi.

Dyskutując o tego typu problemach przywołuję często słowa brytyjskiego historyka A.J.P. Taylora, który w Historii Anglii (English History 1914-1945, Oxford University Press, 1965) napisał:

„Do sierpnia 1914 roku rozsądny, przestrzegający prawa Anglik mógł przejść przez życie i prawie nie zauważyć istnienia państwa poza urzędem pocztowym i policjantem. Mógł żyć, gdzie chciał. Nie miał urzędowego numeru czy karty identyfikacyjnej. Mógł podróżować za granicę albo opuścić swój kraj na zawsze bez paszportu czy jakiegokolwiek urzędowego zezwolenia. Mógł wymienić pieniądze na każdą obcą walutę bez ograniczeń i limitów. Mógł nabywać dobra z każdego kraju na świecie na takich samych warunkach, na jakich kupował je w domu. Skoro o tym mowa – cudzoziemiec mógł spędzić życie w tym kraju bez zezwolenia i bez informowania o tym policji. Odmiennie niż w krajach europejskich na kontynencie, państwo nie wymagało od swoich obywateli służby wojskowej. Obywatel angielski mógł – jeśli chciał – zaciągnąć się do regularnej armii, marynarki lub rezerwy. Mógł także zignorować, jeśli tego chciał, wymagania obrony narodowej. Poważni posiadacze byli od czasu do czasu powoływani jako sędziowie przysięgli. Poza tym pomocą państwu służyli tylko ci, którzy chcieli [...]. Pozostawiało ono dorosłych obywateli samym sobie.”

 Kilka dni temu przeczytałem wpis Dennis’a Prager’a dotyczący najgroźniejszego uzależnienia jakiemu uległy współczesne społeczeństwa, jakim jest uzależnienie od przywilejów (uprawnień) nadawanych obywatelom przez państwo. Polecam przeczytanie tego wpisu w całości.

Prager zwraca uwagę na to, że prawdą jest iż wyjście z takich powszechnych uzależnień jak narkomania, alkoholizm, hazard, seksoholizm, czy palenia papierosów jest bardzo trudne. Jest jednak jedno uzależnienie (które nawet nie jest traktowane jako uzależnienie), mianowicie uzależnienie od przyznawanych przez państwo przywilejów, uzależnienie od tego, że ‘dostaje się coś za nic’.

Dla większości pełnosprawnych osób, którzy otrzymują pomoc od instytucji publicznych  w postaci zapomóg pieniężnych, kuponów żywnościowe, dotowanych mieszkań, nieodpłatnej edukacji, nieodpłatnej opieki zdrowotnej i innych świadczeń socjalnych, już sama myśl o rezygnacji z jednego z nich i podjęcia się trudu zapłacenia za nie z własnych ciężko zarobionych pieniędzy wydaje się niemożliwa. Wyjście z takiego uzależnienia uznawane jest za trudniejsze niż wyjściu z alkoholizmu czy narkomanii.  

Prager idzie w swej opinii nawet tak daleko, że uważa, iż wszelkiej maści socjaliści, czy politycy rozdający na lewo i prawo przywileje, powinni być traktowani na równi ze sprzedawcami narkotyków.

Zwraca on uwagę na to, że uzależnienia od nadawanych przywilejów czyni w istocie więcej szkód w społeczeństwie niż jakikolwiek inne uzależnienie. Wszelkie inne uzależnienia mogą zrujnować własne życie i życie najbliższych, a pijani kierowcy czynią kalekami, lub nawet zabijają, konkretnych ludzi. Społeczeństwo jako całość może przeżyć tego typu uzależnienia. Natomiast im więcej osób, które otrzymują pomoc publiczną w formie nadawanych przywilejów (uprawnień), tym szybszy i bliższy jest gospodarczy upadek tego społeczeństwa jako całości.

Uzależnienie od przywilejów niszczy system wartości, który przyczynił się w przeszłości do rozwoju gospodarczego opartego na mechanizmach rynkowych, kapitalistycznych. Wydaje mi się, że do uzależnienia opisanego przez Pragera, można dodać jeszcze jedno uzależnienie gorsze od alkoholizmu, narkomanii, palenia papierosów, hazardu, uzależnienia jakim ulegają sami politycy, sami rządcy, mianowicie uzależnienie od kreowania inflacji i psucie pieniądza.

Pierwszym krokiem ku wyjściu z tego uzależnienia od przywilejów powinno być  wykorzeniamy postaw antykapitalistycznych u tzw. intelektualistów (o których mówiłem w wykładzie „O antykapitalistycznej mentalności ludzi wykształconych”, dostępnym tutaj).

Są pewne powody do (przynajmniej umiarkowanego) optymizmu i jest nadzieja, że możliwe jest wyjście z tego typu uzależnień. Jak na razie jedynie Szwajcarzy wykazują się pewnym rozsądkiem, ale może za nimi pójdą inne społeczeństwa.  W 2014 roku Szwajcarzy odrzucili w referendum możliwość włączenia służby zdrowia w domenę przynależną państwu. Istniejący w Szwajcarii system ochrony zdrowia wymaga, aby każdy obywatel posiadał podstawowy pakiet ubezpieczenia zdrowotnego, które oferuje ok. 60 firm prywatnych. W tym referendum, zainicjowanym przez przedstawicieli lewicy,  prawie 62% Szwajcarów opowiedziało się za tym, aby nadal funkcjonował system prywatny. Ciekawy jest rozkład opinii na temat utrzymania obecnego systemu. Regiony niemieckojęzyczne głosowały przeciwko objęciu przez państwo kontroli nad służbą zdrowia, natomiast kantony, w których dominującym językiem jest francuski, były zdecydowanie przeciwko sektorowi prywatnemu.

Podobnym rozsądkiem wykazali się Szwajcarzy w czerwcu 2016 roku, kiedy to w referendum rozpisanym ponownie na wniosek lewicy, prawie 77% Szwajcarów odpowiedziało się przeciw wprowadzeniu tzw. dochodu gwarantowanego.

Uczmy się od Szwajcarów i wykazujmy się takim jak oni rozsądkiem. Stać nas na to. 

Ten cytat z Hamleta przyszedł mi do głowy podczas słuchania wystąpienia premiera Morawieckiego na Kongresie 590, kiedy prezentował swoją ‘Konstytucję biznesu’. Po skończeniu tego wystąpienia pomyślałem za św. Mateuszem: „poznacie ich po ich owocach”.

W broszurze rozdanej uczestnikom Kongresu 590 zaznaczono na niebiesko pewne ważne zasady:

  • Zasada wolności działalności gospodarczej
  • Działalność nierejestrowa (przychód miesięczny nie przekracza 50% płacy minimalnej – WK)
  • Zasada „co nie jest prawem zabronione, jest dozwolone”
  • Zasada uczciwej konkurencji i poszanowania dobrych obyczajów oraz słusznych interesów innych przedsiębiorców i konsumentów
  • Zasada domniemania uczciwości przedsiębiorcy
  • Zasada rozstrzygania wątpliwości faktycznych na korzyść przedsiębiorcy
  • Zasada przyjaznej interpretacji przepisów (in dubio pro libertate)
  • Prawo do oceny jakości obsługi w urzędzie
  • Zasady pogłębiania zaufania, proporcjonalności, bezstronności i równego traktowania (przez urzędy państwa – WK)
  • Zasada odpowiedzialności urzędników za naruszenie prawa
  • Zasada pewności prawa
  • Zasada udzielania informacji
  • Zasada polubownego rozwiązywania kwestii spornych
  • Reguła interpretacyjna co do pierwszeństwa stosowania ustawy – Prawo przedsiębiorców
  • Ulga na start
  • Zasada szybkości działania
  • Zasada współdziałania organów
  • Punkt Informacji dla Przedsiębiorcy
  • Objaśnienia prawne (zapewnienie jednolitego stosowania przepisów prawa – WK)

Wszystko to ładnie wygląda i jest z pewnością słuszne, ale tak prawdę powiedziawszy to są zasady tzw. zdroworozsądkowe i można powiedzieć, że aż dziw, że nie są obecne w polskiej rzeczywistości gospodarczej.

Niepokój budzić mogą pewne sformułowania w  dalszej części ‘Konstytucji biznesu’. Przytoczę tylko kilka z nich:

  • (Art. 53. 1.) Nie można równocześnie podejmować i prowadzić więcej niż jednej kontroli działalności przedsiębiorcy. Nie dotyczy to sytuacji, gdy: (i tu lista 10 wyjątków …)
  • (Art. 59.) Wniesienie sprzeciwu nie jest dopuszczalne, gdy organ przeprowadza kontrolę, powołując się na przepisy art. 47 ust. 2 pkt 2, art. 50 ust. 2 pkt 2, art. 53 ust. 1 pkt 2, art. 54 ust. 2 pkt 2 i art. 62.
  • (Art. 61.) Przepisów art. 53 i art. 54 nie stosuje się:  (lista wyjątków …)
  • (Art. 62.) Przepisów art. 47, 48, 50, 51, 53 i 54 nie stosuje się wobec działalności gospodarczej przedsiębiorców w zakresie objętym: (lista wyjątków …)
  • (Art. 63. 1.) Przepisów art. 47, art. 51, art. 53 i art. 54 nie stosuje się w odniesieniu do kontroli: (lista wyjątków …)

Nie jestem prawnikiem i nie jestem w stanie prześledzić tych wyjątków, ale znając życie mogę sądzić, że mogą one stać się furtką na swobodę interpretacyjną urzędników.

Premier Morawiecki w swoim wystąpieniu na Kongresie z wielką estymą przywołał książkę Mariany Mazzucato ‘Przedsiębiorcze państwo’  (The Entrepreneurial State: Debunking Public vs. Private Sector Myths). Bardzo mnie to zmartwiło, bo jeśli ta wyjątkowo szkodliwa książka staje się wzorcem do działania dla polityka mającego tak duży wpływ na kształt  życia gospodarczego w Polsce to możemy spodziewać się wielu niedobrych rzeczy (Deirdre McCloskey zapytana o książkę Mazzucatto odpowiedziała: „To wyjątkowo głupia książka. To naprawdę bzdurna idea.”).

Zatem premier Morawiecki ma już dwóch ulubionych ekonomistów: Justina Yifu Lina i Marianę Mazzucato. To nie wróży nam nic dobrego. Miałbym propozycję by, na zasadzie uzupełnienia,  Pan premier przeczytał choć kilka książek innego sortu. Na początek proponowałbym by przerobił wspaniale napisaną ‘Ekonomię w jednej lekcji’ Henry Hazlitta, a przede wszystkim by wziął sobie do serca podstawowe przesłania (lekcję) Hazlitta i Frederica Bastiata, że „Sztuka ekonomii polega na tym, by spoglądać nie tylko na bezpośrednie, lecz także na odległe skutki danego działania czy programu; by śledzić nie tylko konsekwencje, jakie dany program ma dla jednej grupy, lecz także te, jakie przynosi wszystkim.

Wiem, że premier Morawiecki nie ma zbyt wiele czasu na przyjemne lektury ekonomiczne, dlatego nie odważę się zaproponować mu przeczytanie magnum opus Ludwiga von Misesa ‘Ludzkie działanie’, ale myślę, że trzy krótkie książeczki Misesa, mianowicie ‘Interwencjonizm’, ‘Planowany chaos’ i ‘Biurokracja’, mogłyby być bardzo użyteczne w kształtowaniu myślenia o gospodarce. Naturalnie, gdyby premier Morawiecki miał ochotę to gotów jestem polecić  wiele innych ciekawych (‘otwierających umysł’)  i w miarę krótkich lektur, pomocnych politykowi mającemu tak duży wpływ na polską gospodarkę.

Lubię ‘papierki lakmusowe’ pomocne w stwierdzeniu kierunku dobrych zmian. Takim papierkiem lakmusowym polskiej transformacji była dostępność papieru toaletowego w polskich sklepach. Myślę, że w przypadku ostatnich propozycji premiera Morawieckiego  ‘papierkiem lakmusowym’ jego dobrych intencji i chęci wprowadzenia realnych zmian byłoby szybkie wprowadzenie zwolnienia z opłat mikro-przedsiębiorców zarabiających mniej niż 3000 zł miesięcznie. Mówił o tym w trakcie swojego wytępienia na Kongresie. To naprawdę można wprowadzić stosunkowo szybko, bez zbytniej straty dla budżetu. Myślę, że trzy miesiące byłoby dostatecznie długim czasem.  Takie skuteczne działanie z pewnością przyczyniłoby się do wzrostu zaufania do rządu. A o braku tego zaufania oraz o potrzebie wzrostu tego zaufania mówił Pan wicepremier Mateusz Morawiecki na Kongresie 590.

PS Na Facebooku, po powrocie z Kongresu napisałem: Wszyscy zachwycają się tym, że naczelną zasadą będzie „co nie jest prawem zabronione, jest dozwolone”. Fajnie, ale aby to było skuteczne to prawa musi być mało i musi być jasne. Cóż z tego, że zasada będzie obowiązywała jeśli zakazów będzie tak dużo, że na wolność gospodarczą pozostanie drobny margines. W tym roku będzie opublikowanych ok. 32 000 stron nowego prawa. Jeśli od wielu lat ‚produkuje się’ ok. 30 000 stron nowych przepisów to co warta jest zasada „co nie jest prawem zabronione, jest dozwolone”? W takiej konstytucji biznesu powinno być odwołanych 90% (a najlepiej 100%) obowiązujący przepisów ograniczających przedsiębiorców, a tego nie zauważyłam ani w ‚Konstytucji dla biznesu’, ani w wypowiedzi premiera Morawieckiego. 
To jest takie samo fetyszyzowanie tej zasady jak twierdzenie, że ‚podatek liniowy jest dobry’. Cóż mi z tego, że podatek będzie liniowy, jeśli wynosił on będzie 50%. To ja wolę podatek progresywny z 15 progami podatkowymi, przy czym ten ostatni, krańcowy, próg będzie na poziomie 15%. Podatki mają być niskie, proste i jasne.

Polityka przeżywa wyraźny kryzys. Politycy nie są w stanie sprostać wyzwaniom współczesnego świata. Wiele wskazuje na to, że żyjemy w okresie przedefiniowania roli i znaczenia państwa. W ostatnich dziesięcioleciach politycy zepsuli niemalże wszystkie dziedziny w których funkcjonuje państwo. Poczynając od najważniejszych ról, tradycyjnie przypisywanej państwu, mianowicie stanowienie prawa, zapewnienie bezpieczeństwa (policja, wojsko), poprzez już uzurpatorskie role, jak opieka zdrowotna, edukacja, ‘walka z bezrobociem’, opieka nad biednymi, opieka społeczna i emerytury, a na ‘drobnych’ sprawach jak ‘budowanie więzi społecznych’, ‘budowanie społeczeństwa obywatelskiego’, kończąc.

Prawo w większości państw rozwiniętych gospodarczo jest tak skomplikowane, że już chyba niewielu je rozumie. W Stanach Zjednoczonych od 1936 roku (wcześniej nie było takiej potrzeby!) publikowany jest Federal Register, miał wtedy ok. 2 600 stron, obecnie jest to ok. 80 000 stron; podobno prawo Unii Europejskiej spisane jest na ponad 130 000 stronach. Nie wiem ile stron zajmuje spisane prawo w Polsce, ale np. ‘z obliczeń firmy Grant Thornton za 2014 r., w Polsce w 2014 roku w życie weszło łącznie 25 634 stron maszynopisu nowego prawa, nowych ustaw, rozporządzeń i innych dokumentów, które tworzą lub zmieniają obowiązujące przepisy prawa’. Kto jest w stanie to wszystko ogarnąć?

W podobnym duchu można byłoby skomentować każdą dziedzinę życia w którą zaangażowane jest państwo. Czy politycy doprowadzą do zapaści państwa? Jaki wyłoni się wtedy nowy porządek społeczny?

Coraz częściej nad tym problemem zaczynają się zastanawiać różnego rodzaju ‘think tanki’. Wczoraj dostałem w mailu informację o organizowanej przez Mises Institute konferencji pt. The end of politics, zilustrowaną bardzo wymowną grafiką, którą przedstawiam poniżej.

 The end of politics FlagBlock

Warto zastanowić się nad pytaniami zawartymi w informacji o tej konferencji, na które 5 listopada próbować będą odpowiedzieć Lew Rockwell, Robert Murphy, Jeff Deist, Roger Stone.

Wydaje mi się, że flaga amerykańska na bokach tego poobijanego bloku może być zastąpiona przez flagę jakiegokolwiek kraju europejskiego, także i Polski.

Może czas byśmy i my w Polsce zorganizowali tego typu konferencję?

Mam nawet odpowiednią grafikę, która może ilustrować informację o tej konferencji. Jeden z wierszy w tomiku Krzysztofa Konopelskiego pt. obajaja Krzysztofa Kolumba, sam autor zilustrował takim oto poobijanym słupkiem.

 Krzysztof_Konopelski_jeszcze_Polska_2007

 

Kryzys państwa jest wyraźnie widoczny w Polsce. Poziom zaufania jakimi darzymy się wzajemnie (zaufania społecznego, jak to jest nazywane przez specjalistów) jest zatrważająco niski. Bez niego nie będziemy mogli zbudować prawdziwego społeczeństwa obywatelskiego. Na to, że państwo (politycy) mogą być pomocni w budowaniu tego zaufania liczyć nie możemy. Jaki jest poziom debaty sejmowej każdy widzi. Parlamentaryzm, taki jaki moglibyśmy sobie wyobrażać i życzyć, ten zapisany w tradycji europejskiej, u nas nie funkcjonuje. Może faktycznie powinniśmy się cofnąć 500 lat i wdrożyć w życie tę ważną zasadę zawartą w konstytucji Nihil Novi, uchwalonej na Sejmie Radomskim w 1505 roku: Nihil Novi sine communi consensu (nic nowego bez zgody powszechnej). W XVI wieku nie za bardzo nam się to udało, ale teraz w dobie zaawansowanej technologicznie komunikacji społecznej byłoby to możliwe?

Nie bez przyczyny swoją stronę w internecie zatytułowałem: ‘Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie’. Nie jest możliwe zbudowanie w Polsce dobrobytu i osiągnięcie zadowolenia, bez poszanowania własności prywatnej (co wiąże się także z niskimi podatkami), bez swobody wypowiedzi i swobody gospodarowania, bez powrotu do tradycyjnych zasad odpowiedzialności i wzajemnego zaufania w naszych relacjach społecznych i gospodarczych.

W dzisiaj opublikowanym przez The Economist artykule prezydent Barack Obama napisał „System polityczny w Ameryce może być frustrujący. Wierzcie mi, wiem to.” (America’s political system can be frustrating. Believe me, I know.). Myślę, że ten system polityczny jest frustrujący nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale jest tak w większości (jeśli nie we wszystkich) współczesnych krajach, w tym i w Polsce. Co zrobić by tak nie było, byśmy tej frustracji nie odczuwali? 

PS Dawno nie było wpisu, przepraszam. Wiem, że powinienem się mobilizować i mimo chronicznego braku czasu pisać; tym bardziej, że tematów i materiałów do pisanie jest sporo, a nawet ogrom.  

Łatwiej mi niekiedy napisać krótki i szybki komentarz na Facebooku, co ostatnio czynię często. Między wpisami zapraszam do siebie na
https://www.facebook.com/witold.kwasnicki.9

Wygląda na to, że jeszcze długo będę miał ‘samograja w temacie innowacyjności’.  Wielokrotnie o tym pisałem (ostatnio tutaj i tutaj). Dzisiaj przeczytałem, że istnieją już „Pierwsze ośrodki innowacji z akredytacją Ministerstwa Rozwoju”. Niestety nie znalazłem wielu informacji w jaki sposób ta akredytacja jest dokonywana i jakie są kryteria tej akredytacji. Jednym dokumentem do którego dotarłem jest ‘System akredytacji ośrodków innowacji świadczących usługi proinnowacyjne’. Połowa dokumentu to tzw. bicie piany, druga połowa zwiera ‘Kryteria wyboru akredytowanych ośrodków innowacji świadczących usługi proinnowacyjne’ oraz ‘Sposób organizacji i procedury akredytacji ośrodków innowacji świadczących usługi proinnowacyjne’. Pouczająca to lektura. 

Podejrzewam, że celem takiej akredytacji jest usprawiedliwienie dania publicznych pieniędzy na wspieranie innowacyjności (jak zwykle nieskuteczne i nieefektywne). Z pewnością powołano kolejną, ważną komisję ds. akredytacji, której godnie opłacani członkowie ciężko pracują nad tym by dać dowody tego jak rząd z troską pochyla się nad zapewnieniem inteligentnego, innowacyjnego rozwoju kraju i wspieraniu innowacyjnego rozwoju małych i średnich przedsiębiorstw.

Po przeczytaniu notatki na stronach Ministerstwa Rozwoju pomyślałem, że akredytacja będzie dotyczyła instytucji (instytutów badawczych, naukowych) pracujących nad wdrażaniem konkretnych pomysłów i mających osiągnięcia w realnym rozwoju innowacji. Nie muszę pisać, że rozczarowałem się (co mnie wcale nie zaskoczyło).

Przejrzałem tzw. „Fiszki oferty usług proinnowacyjnych” tych czternastu akredytowanych ośrodków innowacji i z przerażeniem stwierdziłem, że niemalże wszystkie ośrodki oferują doradztwo i szkolenia. Jedynie Instytut Fizyki Polskiej Akademii Nauk w swoje ofercie ma konkretną techniczną, inżynierską, technologiczną ofertę.

Wygląda na to, że znów ‘para pójdzie w gwizdek’, a publiczne pieniądze będą marnowane na jakieś usługi doradcze, ‘doradztwo szkoleniowe’, ‘audyt innowacji’, ‘audyty technologiczne, innowacyjności’, ‘audyty środowiskowe’, ‘doradztwo, pomoc i szkolenia w zakresie, transferu wiedzy, nabywania i ochrony wartości niematerialnych i prawnych oraz korzystania z nich, korzystania z norm i regulacji, w których są one osadzone,…’.

 Ciąg dalszy tego typu wpisów na blogu z pewnością nastąpi (o co zadba rząd i jego agendy)

‘Wiedzący lepiej’ urzędnicy z Unii Europejskiej wszczęli w 2009 roku procedurę ograniczania sprzedaży i używania tradycyjnych żarówek edisonowskich – najpierw tych o dużej mocy powyżej 100W, potem co roku sukcesywnie mniejszych 75W, 60W i 25W. Teraz zgodnie z prawem żarówek takich nie można już sprzedawać w handlu detalicznym. Tradycyjnie nazywamy ją żarówką edisonowską, bo to Edison po opatentowaniu tej żarówki w 1879 r. w USA, rozpoczął jej masową produkcję, a stworzona przez niego firma United States Electric Lighting Company (obecnie General Electric) rozpoczęła proces elektryfikacji (na początku dolnego Manhattanu, a potem innych miast Stanów Zjednoczonych).  Warto jednak wspomnieć, że prace nad wykorzystaniem włókna węglowego do żarzenia się w próżni prowadzone były od 1838 roku, pierwsze praktyczne wykorzystanie żarówki z włóknem ze zwęglonego bambusa było dziełem Heinrich Göbel’a w 1854 r, a Joseph Wilson Swan uzyskał dwa brytyjskie patenty w 1860 i 1878 roku na świecące włókno węglowe w bańce próżniowej oraz na pierwszą nadająca się do praktycznego wykorzystania żarówkę.

Ten edisonowski system oświetlenia funkcjonował całkiem dobrze przez 140 lat.  Tradycyjne żarówki wprawdzie nie były energetycznie najsprawniejsze, ale dawały ciepłe, przyjemne, żółtawe światło i szybko dochodziły do maksymalnej światłości. Ten kto myślał w kategoriach oszczędzania i uznał, że zalety tradycyjnej żarówki nie są konieczne, instalował świetlówki, lampy rtęciowe, czy halogeny.

Piekło jest wybrukowane dobrymi intencjami. Urzędnicy UE wprowadzili zakaz używania żarówek z zamiarem zmniejszenie zużycia energii elektrycznej i ograniczenia emisji CO2 (by chronić klimat i tzw. naturalne środowisko).  Obecnie – przynajmniej teoretycznie – zwykłe żarówki w sklepach nie powinny być dostępne.  Ludzie kiedy mają poczucie, że  jakieś wymyślane przez urzędników zasady są wbrew ich korzyściom starają się znaleźć wyjście z tej sytuacji (nawiasem mówiąc Polacy są chyba w tym względzie jednymi z najsprytniejszych – co wynika chyba z zaszłości historycznej i tych 123 lat niewoli – szczęściem, i jednocześnie nieszczęściem, jest to co historycznie tkwi w nas bardzo głęboko: zasada ‘prawo jest po to by je omijać’).   

Pojawiły się zatem w handlu „artykuły świetlne” dozwolone warunkowo, albo po prostu sprytnie omijające unijne prawo. Sama UE zezwoliła na sprzedaż żarówek 100-watowych pod nazwą „lamp do celów specjalnych” – pod warunkiem, że na opakowaniu umieszczone zostanie wyraźne ostrzeżenie, iż produkt „nie nadaje się do oświetlenia pomieszczeń domowych” (musieli to zrobić, bo w wielu halach fabrycznych gdzie funkcjonują urządzenia rotujące (np. obrabiarki) trzeba instalować tradycyjne oświetlenie ze względu na efekt stroboskopowy). Producenci i handlowcy, oferują żarówki „specjalistyczne, wstrząsoodporne, przemysłowe”. Teoretycznie mają one służyć jedynie do oświetlania np. kopalnianych sztolni czy hal fabrycznych, ale w praktyce każdy może zastosować je w domu. (Już wyobrażam sobie te armie urzędników kontrolujących czy w domach nie mamy czasem zainstalowanych tradycyjnych żarówek). Edisonowskie żarówki można także kupić jako grzejniki elektryczne, dające „tylko przy okazji” miły, żółtawy blask. By choć trochę wydłużyć możliwość sprzedaży tradycyjnych żarówek, kiedy zakazano sprzedaży żarówek 100 W, producenci pisali na opakowaniu, że żarówka ma 99W,  kiedy zakazano sprzedaży żarówek 60W pisali, że żarówka ma 59W.   

Zamiast tradycyjnych żarówek, musimy kupować te energooszczędne, ale o wiele droższe: lampy halogenowe, fluorescencyjne oraz diodowe (LED).  Nie mam czasu by dłużej to opisać, ale wiele wskazuje na to, że ta energooszczędność w wielu wypadkach jest tylko pozorna. Żarówki tzw. „ekologiczne”, tak naprawdę bywają groźne dla środowiska.  Przykładowo świetlówki rtęciowe zawierają śmiertelną truciznę jaką jest rtęć. Badania opublikowane pod koniec 2010 roku w Environmental Science and Technology wykazują, że diody LED zawierają ołów, arsen i kilkanaście innych substancji potencjalnie niebezpiecznych, w tym metali ciężkich, które mogą powodować raka. Klasyczna, edisonowska żarówka to trochę metalu i szkła oraz cienkie włókno z trudno topliwego wolframu – w otoczce szlachetnego gazu, na przykład argonu. Jej utylizacja to żaden problem i bardzo niewielki koszt.  

Dlaczego o tym wszystkim się rozpisuję?

Na szczęście oficjele rządowi nie zakazali badań nad tradycyjną żarówką!  Okazało się, że naukowcy z Nanoengineering Group, Massachusetts Institute of Technology (MIT) pracowali nad poprawą efektywności tradycyjnych żarników i niedawno, 11 stycznia 2016 opublikowali na łamach Nature Nanotechnology artykuł pod tytułem: ‘Tailoring high-temperature radiation and the resurrection of the incandescent source’ (co w luźnym tłumaczeniu znaczy „Przystrzyżenie promieniowania wysokotemperaturowego i wskrzeszenie oświetlenia żarowego”). Pisał o tym The Telegraph i Dezeen.

Naukowcy z MIT pokazali, że otaczając włókno żarowe specyficzną strukturą krystaliczną, wymuszają proces samowzmocnienia się generowania światła i zmniejszenia strat cieplnych. Uważają oni, że nowe żarówki mogą osiągnąć 40 procentowy poziom wydajności (czyli ok. dziesięciokrotnie więcej niż produkowane tradycyjną technologią). Byłoby to zatem kilkukrotnie większa efektywność zamiany energii elektryczność na światło aniżeli jest to w świetlówkach czy LED’ach.

Naturalnym pytaniem jest, jak szybko ta nowa technologia może być skomercjalizowana i podjęta może być produkcja masowa tych ‚nowych, tradycyjnych żarówek’?

 Jako konsumenci i producenci, miejmy zatem możliwość samodzielnego decydowania co chcemy kupować i co chcemy produkować. Do jednych celów użyteczne są świetlówki, czy LEDy, do innych tradycyjne żarówki. Konkurencja pozwoli na usprawnianie wszystkich typów generowania światła, oraz wymyślanie nowych sposobów oświetlania, a wszytko  z pożytkiem dla klientów (konsumentów).

A celem powinno być osiągnięcie efektywności przetwarzania różnych źródeł energii (np. elektryczności, ale też np. chemicznej ) na światło na poziomie organizmów biologicznych, np. robaczków świętojańskich (świetlików), które podobno mają efektywność 98 procentową (czyli jedynie 2% zużytej energii tracą na generowanie ciepła).

Po przeczytaniu artykułu jaki Tomasz Rożek zamieścił na swoim blogu ‘Nauka – to lubię’ pt. Ludowców gra grafenem, byłem tak podenerwowany i poruszony, że impulsywnie zacząłem pisać wpis na swoim blogu, by choć w takim stopniu przyczynić się do upowszechnienia tych informacji. Zacząłem pisać w bardzo ostrym tonie, potem jednak skasowałem te zdania, bo doszedłem do wniosku, że przecież to nie pierwsza i nie jedyna sprawa, kiedy to politycy traktują naukę (jak i inne sfery naszego życia) bardzo instrumentalnie, że tak prawdę powiedziawszy moje wkurzanie się nie ma sensu, bo tylko może skończyć się pogorszeniem stanu mojego zdrowia.

Zatem polecam uważne przeczytanie tekstu Tomasza Rożka, dokumentów, których kopie zamieszana on na końcu swojego artykułu, oraz upowszechnienie informacji o skandalu związanym z wyborem dyrektora Instytutu Technologii Materiałów Elektronicznych (ITME).

 Czytając artykuł Tomasza Rożka przypomniałem sobie notatkę jaką przygotowałem na wprowadzenie do wykładu dr. Pawła Tomaszewskiego (pt. „Jan Czochralski – uczony i poeta„), który odbył się w ramach Studium Generale im. Profesora Jana Mozrzymasa na Uniwersytecie Wrocławskim 21 października 2014 roku. Pozwolę sobie zamieścić te notatkę in extenso, bo w dużym stopniu wiąże się ona z sytuacją jaką opisuje Tomasz Rożek, a w której też wspominam o grafenie i ITME.

 „Pan dr Paweł Tomaszewski z Instytutu Niskich Temperatur i Badań Strukturalnych PAN we Wrocławiu jest zaangażowany od 30 lat w zbieranie materiałów o prof. Janie Czochralskim. Jest największym znawcą biografii i osiągnięć badawczych Jana Czochralskiego. Bardzo zaangażowany w przywrócenie dobrego imienia prof. Czochralskiemu. To w dużej mierze dzięki jego wysiłkom w 2013 roku obchodziliśmy Rok Jana Czochralskiego (ogłoszony przez Sejm RP w sześćdziesiątą rocznicę jego śmierci).

Naturalnie nie będę mówił o samym Janie Czochralskim, dr Tomaszewski zrobi to doskonale. W kontekście postaci Jana Czochralskiego chciałbym powiedzieć o pewnym, chyba typowym, polskim zjawisku, o czymś co można nazwać zawiścią zawodowa, prowadzącą do tego, że nie umiemy się cieszyć z sukcesu innych. Jak wiemy Jan Czochralski, znany jest na świecie ze swych osiągnieć naukowych, a zwłaszcza metody wytwarzania monokryształów, zwanej powszechnie metodą Czochralskiego (bez której współczesna elektronika, jeśli w ogóle istniałaby to byłaby znacznie opóźniona). Kiedy po II wojnie światowej Czochralski wrócił do Polski by pracować na Politechnice Warszawskiej, spotkał się z wrogim stosunkiem środowiska naukowego. Efektem tego było pozbawienie Czochralskiego tytułu profesorskiego i praktycznie wykluczenie go ze środowiska naukowego w grudniu 1945 roku przez władze Politechniki Warszawskiej. Przez następne dziesięciolecia o Czochralskim nie mówiło się w Polsce (choć na świecie był powszechnie znany). Nazwisko Czochralskiego nie istniało w wydawnictwach encyklopedycznych, dobrym tego przykładem jest wydany w roku 1967 drugi tom Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN. Jedynie krótka notka biograficzna o nim pojawiła się dopiero w wydanym w roku 1970 suplemencie tej encyklopedii. Jak wiemy dopiero po 66 latach senat Politechniki Warszawskiej uchwałą z 29 czerwca 2011 roku całkowicie zrehabilitował prof. Czochralskiego.

Nie jest to jedyny przypadek tego typu ‘zawiści zawodowej’. Niech jako dobry przykład, jeden z wielu, posłuży nam postać wrocławianina Jacka Karpińskiego. Mało kto wie, że ten polski inżynier stworzył w 1970 roku pierwszy minikomputer, który był szybszy niż wprowadzony dziesięć lat później IBM PC. Zaprojektowany i zbudowany przez niego komputer K-202 mógł zapoczątkować rewolucję informatyczna, a Jacek Karpiński polskim Billem Gatesem czy Stevem Jobsem. Jak sam mówił, jego celem było zbudowanie komputera, który miesiłby się w pudelku po butach – i to mu się udało.

Sztandarowym produktem na początku lat 70. Był produkowany w Elwro komputer Odra-1325. Naturalnym była chęć porównania Odry-1325 i K-202. Jak opisał to Andrzej Zwaniecki w „Przegladzie technicznym” z 22.02.1981 r.: „Jednostka centralna K-202 mieściła się na biurku. Odra-1325 była wielkości dużej szafy. K-202 nie wymagał klimatyzacji, był niewrażliwy na wstrząsy i dawał się łatwo uruchomić. Tych zalet nie miała Odra. K-202 dysponujący zdolnością dokonywania miliona operacji na sekundę, był pięć razy szybszy od Odry. Przy podobnym zestawie urządzeń zewnętrznych K-202 kosztował 6 milionów, Odra 20 milionów złotych (dodatkowo klimatyzacja wymagała inwestycji rzędu 20-30 tys. dolarów). Odra była zawodna, podczas gdy producent minikomputera dawał na K-202 pięcioletnią gwarancję.” Wydawało się, że w tej sytuacji przeszłość powinna należeć K-202. Tak się nie stało, inż. Karpiński został odsunięty od prac nad projektowaniem komputerów, a potem zmuszony do odejścia z pracy. W tej sytuacji, w roku 1978 Jacek Karpiński zdecydował się na szokujący gest: wydzierżawił na zapadłej wsi pod Olsztynem rozwaloną chałupę i 10 ha ziemi, ukończył kurs zawodowego rolnika i hodował tam kilka świń, krowę i kilkadziesiąt kur. Raz na tydzień jeździł do Warszawy żeby dać wykład na Politechnice Warszawskiej. Zauważyli to niektórzy dziennikarze i w końcu 1980 roku odwiedzili go na wsi. Przyjechała nawet Kronika filmowa i nakręciła film o Karpińskim-rolniku. Na zapytanie pani redaktor – dlaczego zajął się świniami – odpowiedział : „bo wolę mieć do czynienia z prawdziwymi świniami”.

W ostatnich latach swojego życia (umarł 21 lutego 2010 roku) Jacek Karpiński mieszkał w ciasnej kawalerce we Wrocławiu, zajmował się problemami sztucznej inteligencji, ale zarabiał na życie projektując strony internetowe. Może warto dyskutować o tego typu marnotrawieniu polskiego kapitału intelektualnego?

Ta nieumiejętność zdyskontowania polskich osiągnięć badawczych staje się dokuczliwa. Czy naprawdę stać nas na to? By nie rozwodzić się podam tylko kilka przykładów z ostatnich lat.

Kilka lat temu polscy naukowcy z Instytutu Technologii Materiałów Elektronicznych (którym kieruje dr Zygmunt Łuczyński) opracowali bardzo efektywna metodę produkcji grafenu. Wydawało się, że to może być początkiem wielkiego biznesu i dalszego rozwoju badań nad grafenem w Polsce. Wierzono, że przy zaangażowaniu instytucji państwowych i wsparciu sektora prywatnego produkcja grafenu na skalę przemysłową rozpocznie się w Polsce już w grudniu 2013 roku. Historia znów się powtórzyła, inicjatywa się nie rozwinęła i ostatnio mogliśmy się dowiedzieć z prasy, że Firma Cambridge Nanosystems otworzyła w angielskim Cambridge nowy zakład produkcyjny tego niezwykłego materiału. Okazuje się, że założycielem firmy jest dr Krzysztof Koziol, wykształcony na Politechnice Śląskiej w Gliwicach, pracujący od paru lat na Uniwersytecie Cambridge. Na początek planują oni dostarczać rocznie na rynek pięć ton tego materiału o najwyższej jakości, a sprzedaż odbywać się będzie w dużym stopniu poprzez sklep internetowy. Niedługo Cambridge Nanosystems zamierza zbudować ogromną fabrykę produkcji grafenu w Malezji. Aż ciśnie się na usta pytanie: można było zrobić to w Wielkiej Brytanii, dlaczego nie można w Polsce?

Nagrodę Nobla z fizyki otrzymali w 2014 roku trzej twórcy niebieskiej diody LED – Japończycy Isamu Akasaki i Hiroshi Amano oraz Shuji Nakamura z USA, dzięki którym energooszczędne i trwałe świecące diody zastępują żarówki i świetlówki. W uzasadnieniu tej nagrody napisano, że uhonorowano ich za wynalezienie „wydajnych diod emitujących światło niebieskie, które pozwoliły na stworzenie jasnych i energooszczędnych źródeł światła białego”. W Polsce prace nad niebieskimi diodami prowadzone są od wielu lat i przy stworzeniu odpowiednich warunków to wielce prawdopodobne, że i Polacy mogliby się znaleźć w gronie laureatów. Prof. Roman Stępniewski z Wydziału Fizyki UW powiedział w jednym z wywiadów, że takie badania prowadzi kilka polskich ośrodków naukowych, np. na Uniwersytecie Warszawskim, ale Polakom brak odpowiedniej bazy, by osiągać tak efektowne sukcesy, jak nobliści. Kluczem do stworzenia niebieskiej diod jest technologia wytwarzania azotku galu. Prof. Sylwester Porowski z Instytutu Wysokich Ciśnień w Warszawie twierdzi, że „azotek galu jest drugim półprzewodnikiem po dominującym ciągle krzemie” Okazuje się, że Polska należy do czterech krajów – obok USA, Japonii i Niemiec – które mają najlepiej rozwiniętą technologię wytwarzania azotku galu. Prof. Porowski przewiduje się, że azotek galu może w XXI wieku odegrać rolę równie ważną jak ta, którą odegrał krzem w drugiej połowie XX wieku. W komentarzu do przyznanej Japończykom Nagrody Nobla prof. Porowski powiedział: „To, że azotek galu jest wspaniałym półprzewodnikiem, wiadomo od jakichś 50 lat. Pod wieloma względami materiał ten jest podobny do diamentu. Azotek galu nie występuje jednak w przyrodzie i trudno go uzyskać w postaci monokryształu w laboratorium. Pierwsze kryształy uzyskano w Polsce. My cały nacisk położyliśmy na to, by wytworzyć idealny kryształ. Nobliści tymczasem pogodzili się z tym, że azotek galu ma wiele defektów i wykorzystali go do produkcji diod świecących. To niewątpliwie ich wielkie osiągnięcie. Pojawienie się jednak opracowanych w Polsce kryształów azotku galu znacznie przyspieszyło rozwój badań nad diodami i laserami”. Cóż z tego, że Prof. Sylwester Porowski za swoje badania nad azotkiem galu otrzymał w 2013 r. Nagrodę Fundacji na rzecz Nauki Polskiej w dziedzinie nauk chemicznych i o materiałach, jeśli znów nie potrafimy zdyskontować sukcesu badawczego poprzez jego skomercjalizowanie.

Na koniec przykład z bliskiego mi Wrocławia. Prof. Jan Szopa-Skórkowski, biotechnolog z Uniwersytetu Wrocławskiego, pracuje nad technologiami którymi podstawą jest modyfikowany genetycznie len. Parę lat temu głośna była sprawa opracowanych w zespole prof. Szopy-Skórowskiego opatrunków lnianych, które pomagają w gojeniu się ran odpornych na leczenie, żeli przeciwzapalnych oraz półproduktów do produkcji leków na bazie lnu. Pojawiło się wiele artykułów w prasie na ten temat, zaangażowali się w to politycy, obiecywano, że niedługo rozpocznie się produkcja tych opatrunków lnianych. Upłynęło kilka lat i nic na ten temat nie słychać. Tylko czekać, kiedy w Wielkiej Brytanii ktoś rozpocznie produkcję tych opatrunków.

Tych kilka przykładów podałem by zilustrować to co powtarzam od wielu lat, Polska jest bardzo innowacyjnym krajem i pełnym kreatywnych ludzi, nie umiemy jednak tych możliwości zdyskontować, m.in. poprzez komercjalizację tych pomysłów.”

Kilka tygodni temu poproszono mnie bym napisał artykuł do kolejnego numeru magazynu Teraz Polska, którego przewodnim tematem miała być ‘innowacyjność’. Magazyn ten właśnie się ukazał i jest dostępny tutaj (a na str. 7 jest ten artykuł, który zatytułowałem tak jak ten wpis). Na koniec tego wpisu zamieszczam roboczą wersję tego artykułu (która różni się od tej opublikowanej drobnymi zmianami stylistycznymi).

Ten numer 2/2015 Teraz Polska wart jest przejrzenia. Ciekawe są uwagi językoznawcy, prof. Jerzego Bralczyka na temat takich rzeczowników jak innowacyjność, innowacje, nowatorstwo, czy niektóre wywiady jak np. z Adamem Jesionkiewiczem, współzałożycielem i CEO firmy Ifinity (‘Polska dolina Beaconowa’, str. 20).

Pozwolę sobie jednak na kilka uwag ‘innego rodzaju’. Redaktor naczelny  i Prezes Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska”, Pan Krzysztof Przybył w uwagach wstępnych  pt. ‚Wspierajmy innowacyjność’ (str. 3) napisał: „Możemy – i powinniśmy – dyskutować o tym, ile państwa winno być w gospodarce. W polskich realiach bez zaangażowania sfery publicznej nie będzie możliwe pokonanie dystansu, który dzieli naszą gospodarkę od europejskich liderów. Pytanie nie brzmi zatem, czy państwo powinno wspierać innowacyjność, ale w jaki sposób powinno to robić.” Odnoszę wrażenie, że Redaktor Naczelny nie czytał tego co napisałem w artykule, jak i fragmentów innych artykułów publikowanych w tym numerze Teraz Polska.

Nie napiszę, że warto przeczytać zapis debaty pt. ‚Rola nauki w służbie innowacyjnego społeczeństwa’ (str. 14). Sześciu z siedmiu dyskutantów powtarza stare komunały (a brylują w tym znani profesorowie), ale warta zauważenia jest jedna wypowiedź, praktyka, który stara się określać operacyjne cele (łatwe do określenia czy się je osiągnęło, czy nie), Pana Dariusza Żuka (Prezesa think tanku Polska Przedsiębiorcza, realizującego strategię „Droga do Polski Przedsiębiorczej”, mającą na celu osiągnięcie przez Polskę do 2020 r. pozycji lidera w obszarze startupów oraz wykreowanie trzech polskich firm na skalę Skype’a czy Google’a). Powiedział on tam m.in.: „W ciągu 10 lat naszego działania nie spotkaliśmy się niestety z nadmierną życzliwością ze strony władz ministerialnych czy rządowych. Gdy słyszę, że laboratoria wybudowane na uczelniach nakładem 4 mld zł świecą teraz pustkami, to mi się serce kraje, bo wiem, że te fundusze byłyby o wiele lepiej spożytkowane, gdyby przeznaczyć je jako venture capital na rozwój konkretnych przedsięwzięć naukowo-biznesowych. Oczywiście trzeba zrozumieć, że w przypadku funduszy tego typu 70 proc. inwestycji upada, ale za to pozostałe 30 proc. potrafi wytworzyć wielokrotnie wyższą wartość dla samego funduszu i dla gospodarki kraju.”  

Natomiast Paweł Bochniarz w artykule ‘Jak pomóc polskim czempionom innowacji’, oprócz wielu ciekawych idei przedstawia coś co może być chyba wytłumaczone tym, że oprócz tego, że był przedsiębiorcą, to w latach 2008–2010 był członkiem Zespołu Doradców Strategicznych Prezesa Rady Ministrów. Napisał tam mianowicie: „Zgodzę się z tymi, którzy powiedzą, że państwo powinno im przede wszystkim nie przeszkadzać. Często spotykam się też jednak z poglądem (który nazwałbym liberalno-romantycznym), że firmom prawdziwie innowacyjnym pomagać nie trzeba, a jedynymi czynnikami, które są niezbędne, aby mogły się one rozwijać, jest dostęp do wysokiej jakości kapitału ludzkiego oraz gotowość do podejmowania ryzyka. Co za tym idzie, wszelka interwencja państwa jest tu niepotrzebna, ponieważ prawdziwym innowatorom żadnych zachęt do tworzenia nowych usług i produktów nie potrzeba. Myślę, że jest to pogląd bardzo mylący i szkodliwy. Po pierwsze dlatego, że nie uwzględnia czegoś, co ekonomiści nazywają niedoskonałościami rynku (ang. market failure). Po drugie – z perspektywy państwa nie jest obojętne, czy dana firma prowadzić będzie swoje prace badawczo-rozwojowe w kraju macierzystym, czy za granicą, we współpracy z rodzimymi jednostkami naukowymi, czy tymi zlokalizowanymi w krajach trzecich.”

To co poniżej to obiecana robocza wersja mojego artykułu:

Innowacyjności nie da się zadekretować

Innowacje i innowacyjność są w ostatnich latach słowami odmiennymi przez wszystkie przypadki. Szczególnie celują w tym politycy i biurokraci, którzy stale i wszędzie podkreślają jak ważne są innowacje w rozwoju społecznym i gospodarczym.  Warto może powiedzieć, że ekonomiści od dawna wskazywali na ogromną rolę innowacji, że wspomnieć choćby Frédérica Bastiata (np. jego Harmonie ekonomiczne z 1850 r.), Josepha A. Schumpetera (np. Teoria rozwoju gospodarczego, 1911), Johna Hicksa (Teoria płac, 1932), czy Roberta Solowa (Przyczynek do teorii wzrostu gospodarczego, 1956). Odnoszę wrażenie, ze im więcej w Unii Europejskiej i w Polsce mówi się o roli innowacji i postępu technologicznego w rozwoju gospodarczym, im więcej powstaje wszelkiego rodzaju programów i strategii innowacyjnego rozwoju,  tym gorzej jest z tymi innowacjami. Mogę zaryzykować twierdzenie, że istnieje ujemna korelacja pomiędzy liczbą programów UE i rządu RP wspierających rozwój innowacji a liczbą realnych innowacji będących wynikiem ich finansowania z pieniędzy publicznych.

Od wielu dziesięcioleci, powoli, ale systematycznie Europa traci swą pozycję jako lidera zmian gospodarczych. Próbą powrotu do utraconej pozycji była podpisana w marcu 2000 roku sławna (niesławna?) Strategia Lizbońska. Zarówno szybkość wzrostu wydajności, jak i wzrost innowacyjności w krajach UE była (i jest) niższy niż w USA. Choroba jaka dotknęła Europę różnie była nazywana, niekiedy nazywano ja „Eurosklerozą”, „uwiądem starczym”, „totalną niemocą”. Zgodnie z „Kalendarzem Lizbońskim”, w roku 2010 UE miała nadrobić dystans w (zwłaszcza w stosunku do USA) i stać się „najbardziej konkurencyjną gospodarką świata”. Powinno się to dokonać dzięki: rozwojowi innowacyjności; inwestowaniu w edukację pracowników; wprowadzeniu ułatwień dla tworzenia nowych przedsiębiorstw; liberalizacji kluczowych sektorów: energetycznego, telekomunikacyjnego, finansowego i pocztowego.

Jeśli chodzi o retorykę Strategii Lizbońskiej to przypomina ona retorykę z okresu realnego socjalizmu, kiedy to też wytyczano podobne cele dogonienia i przegonienia gospodarki kapitalistycznej. Moim komentarzem do strategii lizbońskiej w 2000 był cytat z Hamleta, Williama Shakespeare: „Słowa, słowa, słowa.” Podobnie jak za czasów sowieckiej gospodarki planowej (m.in. w PRLu), szybko okazało się, że celu nie da się osiągnąć. W 2005 roku dokonano oficjalnej oceny Strategii Lizbońskiej  i już wtedy zaczęto unikać odwoływania się do niej. Zaczęto myśleć o zmianie perspektywy na bardziej odległy termin 2020 roku. Unia nie tylko nie dogania Stanów Zjednoczonych, ale coraz bardziej od nich odstaje. Kluczowy wskaźnik, jakim jest tempo wzrostu wydajności pracy rósł w Unii w ostatnich kilkunastu latach trzykrotnie wolniej niż w USA. Stopa zatrudnienia w UE od 2000 r. minimalnie wzrosła (z 62% do 64%), ale jest nadal daleko za celem strategii lizbońskiej (70%) i poziomem USA – 72%.

Widocznym efektem choroby, która dręczy Europę jest nieefektywne wykorzystanie (wręcz ogromne marnotrawstwo) środków, jakimi dysponuje Unia do realizacji swoich celów. Nie istnieją dane o marnotrawstwie środków przeznaczonych na badania i rozwój, ale można podejrzewać, że jest on na podobnym poziomie jak wykorzystanie funduszy w ramach Wspólnej Polityki Rolnej, której środki to ok. 40% całego budżetu UE. Informacje o braku tej efektywności możliwe są dopiero ostatnich latach dzięki walce o jawność wydawania pieniędzy unijnych, jaką prowadzą niezależne instytucje monitorujące funkcjonowanie Unii. Taką instytucją jest, założony przez Duńczyka Nils Mulvada, Brytyjczyka Jack Thurstona, i Niemkę-Dunkę Brigitte Alfter, serwis internetowy FarmSubsidy.org. Jak wynika z zebranych przez nich informacji, swego czasu do największych beneficjentów Wspólnej Polityki Rolnej (Common Agriculture Policy – CAP) należeli: książę Albert z Monako, niemieckie linie lotnicze Lufthansa, duńska służba więzienną, koncern Nestlé i książę Westminsteru. Po wejściu Polski do UE jednym z dużych beneficjentów CAP był, posiadający  ponad 60 tys. hektarów ziemi, Kościół katolicki.

Aż prosi się by powstał podobny portal informacyjny dotyczący finansowania badań naukowych i przeglądu tematyki tych badań. Śmiem twierdzić, ze moglibyśmy tam poczytać o podobnych absurdach jakie czytamy odnośnie CAP.

Dokładna analizę wypowiedzi i dokumentów odnoszących się do koniecznych działań w celu poprawy innowacyjności i konkurencji Unii Europejskiej wymagałaby sporo miejsca i czasu. W tej krótkiej wypowiedzi ograniczę się do podania tego co wydaje się być najistotniejszym. W ogromnej liczbie wypowiedzi i publikacji powtarza się jak mantrę o „potrzebie pokonania istniejących barier poprawy innowacyjności takich jak: nieefektywne reżimy własności intelektualnej, słabe powiązania pomiędzy nauką a przemysłem (zwłaszcza we wstępnych etapach badań), brak kapitału wysokiego ryzyka i efektywnego prawa bankructwa”, o konieczność „wzmocnienia reżimów własności intelektualnej, podwyższenia poziomu wiedzy naukowej, ograniczenia obciążeń legislacyjnych dla małych, młodych i innowacyjnych firm, wzmocnienia powiązań pomiędzy nauką i przemysłem, zapewnienia większych efektów z finansowanych przez UE badań naukowych.”

Odnieść można wrażenie, że wiele energii w Europie poświęca się na generowaniu ładnie brzmiących haseł. Mówi się o potrzebie budowania „wspólnej przestrzeni badawczej”, „europejskiej przestrzeni badawczej”, „innowacyjnej Europie”, „jednolitym innowacyjnym rynku”, „biegunach doskonałości”. W Polsce swego czasu popularny był program rozwoju zaawansowanych technologii pod wielce sugestywnym tytułem „Wędka technologiczna” (z którego oczywiście nic nie wyszło). Znów nasuwają się skojarzenie z okresem ‘realnego socjalizmu”, kiedy to więcej energii poświęcano propagandzie aniżeli efektywnym działaniom.

UE nie rezygnują z manii używania wskaźników, czegoś, co można w tym przypadku nazwać „fetyszem 3%’. Uznają, że wyznaczony w Strategii Lizbońskiej cel zwiększenia nakładów na badania i rozwój (B+R) do poziomu 3% wartości PKB, powinien być kluczowym w działaniu UE (postulat ten zawarty jest w najnowszym programie ‘Europa 2020’ –
http://ec.europa.eu/europe2020/index_pl.htm
– warto poczytać, gwarantuję ubaw ‘po pachy’). Mówi się wprawdzie, że wzrost tych nakładów powinien dotyczyć wybitnych badań naukowych, przemysłowych badań B+R, oraz wzmocnienia relacji nauka-przemysł. Niejasny jednak jest sposób określania tego, co to są wybitne badania. Na pewno uznane zostanie, że będzie to w gestii ‘niezależnego komitetu wybitnych naukowców’. A, że tak może być świadczy znów pomysł tzw. ‘grupy Aho’ by powołać „niezależny panel monitorujący”, który z pomocą Komisji Europejskiej będzie publikował coroczny raport o postępach związanych z realizacją Paktu.

Myślenie w kategoriach wskaźników (jakim jest np. ‘wskaźnik 3% na B+R’) znów przypomina myślenie życzeniowe jakiego byliśmy świadkami w czasach realnego socjalizmu. Tam też centralni planiści myśleli w kategoriach osiągnięcia wskaźników (np. osiągniecie poziomu akumulacji w gospodarce na poziomie 20-25%, produkcja stali na mieszkańca na poziomie przewyższającym poziom produkcji w krajach kapitalistycznych (co świadczyć miało o zaawansowanej industrializacji)). W prawdziwej gospodarce rynkowej nikt nie zastawania się nad tym, jakiej wartości wskaźniki rozwoju gospodarki narodowej powinny być osiągnięte. Wartości wskaźników mogą być interesującą z naukowego punktu widzenia, ale dla biznesmena odgrywają drugorzędną rolę i są nie celem, ale wynikiem jego codziennych decyzji, sprzyjających wzrostowi konkurencyjności firmy oferującej swoje produkty na rynku. Myśląc w kategoriach osiągnięcia odpowiedniej wartości wskaźników zapomina się o tym, że nie tyle wartość tego wskaźnika, ale efektywność działań (np. efektywność nakładów inwestycyjnych, czy nakładów na badania) jest ważna. Gospodarki centralnie planowane rozpadły się nie dlatego, że nie osiągnięto odpowiedniej wartości wskaźnika nakładów inwestycyjnych, ale dlatego, że po prosty nieefektywnie inwestowano. Dokładnie jest tak samo z nakładami na badania naukowe.

Jak mylące może być myślenie w kategoriach wskaźników pokazuje opublikowany w Wielkiej Brytanii w październiku 2006 roku raport NESTA (National Endowment for Science, Technology and the Arts) pt. „Luka innowacyjna”. Autorzy zawracają uwagę, że w ocenie tradycyjnych wskaźników odnoszących się do innowacyjności, Wielka Brytania postrzegana jest bardzo źle (wskaźniki te są znacznie poniżej wskaźników innych zaawansowanych gospodarczo krajów). Jednakże, kiedy popatrzymy na rozwój gospodarczy to Wielka Brytania należy do ścisłej czołówki światowej. Autorzy raportu nazywają to „Paradoksem Zjednoczonego Królestwa” („The UK Paradox”). Gospodarka brytyjska pozornie mało inwestuje w badania innowacyjne, ale jednocześnie utrzymuje swoją pozycje jednej z największych i odnoszących sukcesy gospodarek świata.

Rozwiązania tego pozornego paradoksu autorzy znajdują w błędności tradycyjnych wskaźników odnoszących się do innowacyjności. Autorzy zwracają uwagę na to, że wiele ważnych innowacji nie jest uwzględniana w tradycyjnych miarach innowacyjności (nazywają te innowacje ukrytymi (hidden innovation)). Innowacje te są w istocie siłą napędzającą rozwój gospodarczy Wielkiej Brytanii. Te ukryte innowacje nie mają klasycznego charakteru technologicznego (inżynierskiego), ale przede wszystkim odnoszą się do (niedocenianych, nietradycyjnych) innowacji w sferze usług, często trudnych do zidentyfikowania, ale mających swoje bardzo duże, wymierne efekty gospodarcze. Warto też zwrócić uwagę, że w wielu sytuacjach zaangażowane są zarówno osoby, firmy prywatne jak również, dobrze funkcjonujące w otoczeniu rynkowych, instytucje państwowe i samorządowe.

Jak czytamy w oficjalnych dokumentach UE, celem nowej strategii „Europa 2020” jest osiągnięcie wzrostu gospodarczego, który będzie: inteligentny (dzięki bardziej efektywnym inwestycjom w edukację, badania naukowe i innowacje); zrównoważony (poprzez rozwój gospodarki niskoemisyjnej i konkurencyjnego przemysłu); sprzyjający włączeniu społecznemu (tworzenie nowych miejsc pracy i ograniczanie ubóstwa). Kiedy to czyta to naturalnym pytaniem jest „Czym Strategia Europa 2020 różni się od Strategii Lizbońskiej”. Przyznam się, że dosyć śmiesznie brzmi standardowa odpowiedź oficjeli UE, w stylu: promuje ona nowy rodzaj wzrostu poprzez rozwój umiejętności obywateli, kształcenie przez całe życie, rozwój badań i innowacji, rozwój inteligentnych sieci i cyfrowej gospodarki, modernizację przemysłu, zwiększenie efektywność energetycznej i surowcowej. Co ciekawe (i niestety bardzo niepokojące, bo w socjalizmie to już przerabialiśmy), ma się to dokonać poprzez silniejszy nadzór (regularny, transparentny monitoring postępów w realizacji tej Strategii, powiązany z nadzorem Rady Europejskiej (szefów rządów)) oraz przez stałą aktywność ewaluacyjną i prognostyczną (w skali całej UE oraz w poszczególnych państwach).

Elementem strategii „Europa 2020” jest tzw. Unia Innowacji (w tym program ‘Horyzont 2020’, z ogromnym funduszem 70 mld euro)). Unia Innowacji  powinna usprawnić warunki dostępu do finansowania badań  naukowych i innowacji oraz zapewnić przekształcenie innowacyjnych  pomysłów w konkretne produkty i usługi,  które będą przyczyniać się do wzrostu gospodarczego Europy i stworzą nowe  miejsca pracy.  W zamierzeniu, Unia Innowacji umożliwi stworzenie Europejskiej Przestrzeni Badawczej, ma na celu poprawienie warunków prowadzenia  działalności innowacyjnej przez przedsiębiorstwa  (m.in. poprzez utworzenie jednolitego patentu  UE czy poprawę dostępności małych i średnich  przedsiębiorstw do praw własności intelektualnej), oraz stworzenie europejskiego partnerstwa  innowacyjnego między podmiotami działającymi  na poziomie UE i państw członkowskich. Wątpię jednak by chyba najistotniejszy i najważniejszy cel Unii Innowacji, jakim jest stymulowanie  aktywność sektora prywatnego, został osiągnięty.  

Wydaje się, że gdyby przyjąć standardy badań naukowych i ich finasowania narzucane przez UE to żadnych szans prowadzenia takowych badań nie mieliby Mikołaj Kopernik, Maria Skłodowska-Curie, Jan Czochralski, czy Ludwik Fleck. Chciałbym jednak podkreślić, że nie jestem pesymistą jeśli chodzi o perspektywy, jak i ocenę, kreatywności i innowacyjności Polaków. Jesteśmy dopiero 26 laty po transformacji. Jak pokazuje doświadczenie historyczne, efekty zmian w skali narodu (kraju) widoczne są dopiero po dwóch-trzech pokoleniach (tak było np. w przypadku Wielkiej Brytanii, kiedy to dopiero kilkadziesiąt lat po Rewolucji Wspaniałej w 1688 roku możliwa była zmiana prowadząca do rewolucji przemysłowej; nie bez przyczyny Mojżesz wodził naród wybrany po pustyni przez 40 lat by zaprowadzić go do Ziemi Obiecanej, po to by pokolenie pamiętające czasy niewoli wymarło i nie miało już decydującego wpływu na to co najważniejsze w społeczeństwie). W biologii funkcjonuje tzw. prawo Haeckla (‘ontogeneza jest rekapitulacją filogenezy’), myślę, że coś podobnego funkcjonuje także w rozwoju gospodarczym. My w Polsce, w przyspieszonym tempie powtarzamy fazy rozwoju  kapitalistycznego obserwowane w ostatnich 150-200 latach. Po tych 26 latach jesteśmy gdzieś w połowie drogi. Te innowacje w Polsce w istocie są obecne, mają tylko inny charakter, nie uwzględniany w przeróżnego rodzaju wskaźnikach. Przedsiębiorczość ściśle związana jest z innowacyjnością, kreatywnością. To właśnie dzięki tej swoistej innowacyjności i kreatywności polscy przedsiębiorcy byli w stanie przekształcić polską gospodarkę w pierwszych latach transformacji. Nie dzięki sprzedaży państwowych firm zaczął dominować sektor prywatny w Polsce, a dzięki szybkiemu wzrostowi małych i średnich firm. To dzięki swej kreatywności polscy przedsiębiorcy potrafili sprostać konkurencyjności firm zachodnich po wejściu Polski do Unii Europejskiej i zwiększyć eksport (i to przy bardzo mocnej polskiej złotówce – przecząc w ten sposób różnej maści teoretykom ekonomii głównego nurtu, że wysoki kurs waluty krajowej powoduje zmniejszenie eksportu).   

Wydaje się, że szanse powstanie „innowacyjnej Europy” są bardzo niewielkie. Jedyną szansą na to jest radykalna zmiana myślenia i zmiana stylu działania przywódców europejskich. Unia Europejska jest chora i wymaga radykalnej terapii w stylu dokonanym przez Ludwiga Erharda w Niemczech w 1948 roku (oraz podobnej terapii dokonanej w Polsce w 1990 roku, niestety po kilku latach w dużym stopniu zaniechanej). To czego brak Europie to brak kreatywności (ale nie tylko tej naukowej), która związana jest ze swobodą twórczą, a ta związana  jest nie tyle z intelektem, wymuszaniem działań, ale z tym co Carl Jung nazywa „instynktem zabawy”. Jak pisał Carl Jung (1875-1961): „Stworzenia czegoś nowego nie zawdzięczamy intelektowi, lecz instynktowi zabawy, który bierze się z wewnętrznej potrzeby. Twórczy umysł bawi się obiektami, które uwielbia.”

Często przytaczana jest opowieść jak to Aleksander Wielki odwiedził Diogenesa i zapytał, co może dla niego zrobić, a słynny nauczyciel odpowiedział: „Nie zasłaniać mi światła”. Podobnie można byłoby poprosić biurokratów z UE, by starając się stymulować rozwój innowacyjności, sprzyjali kreatywności po prostu „nie zasłaniając światła”.

Ważnym elementem działań rynkowych, a zwłaszcza działań w sferze badań naukowych, jest zaakceptowanie elementu porażki i straty. Pojedyncza porażka nie jest tragedią dla biznesmena, przedsiębiorcy. Ważne by z tych błędów wyciągać wnioski na przyszłość i by w dłuższym okresie całość działań biznesmena czy przedsiębiorcy była zyskowna. Dokładnie do samo  można powiedzieć o działalności badawczej (w tej sferze aktywności człowieka jest to chyba najważniejsze). Porażka jest czymś codziennym w badaniach naukowych, ważne jest by ucząc się na tych porażkach odnieść od czasu do czasu spektakularny sukces. Tej możliwości poniesienia porażki nie ma w procesie finansowania badań w sektorze publicznym. W odróżnieniu od programów badawczych finansowanych przez firmy prywatne, w programach finansowanych przez instytucje publiczne (np. Programy Ramowe UE, czy programy finansowane przez NCBR i NCN w Polsce) nie ma miejsce dla ryzyka i porażki. Każdy program finansowany z pieniędzy publicznych musi skończyć się sukcesem (choćby tym zapisanym na papierze). Nie bez przyczyny cele zapisane w programach finansowanych przez instytucje publiczne mają charakter bardzo ogólny, nieoperacyjny, niekwantyfikowalny, tak by zawsze można było napisać, że cel został osiągnięty. Czy wyobrażamy sobie raport z badań finansowanych przez sektor publiczny, w którym informuje się, że niestety badania prowadzone w ostatnim roku nie przyniosły żadnych wyników, ale może w przyszłości jest nadzieja na sukces, jeśli badania te będą kontynuowane? Jak powiada  Scott Adams, autor komiksu o Dilbercie,  „Kreatywność to pozwolenie sobie na popełnianie błędów, sztuka zaś to wiedzieć, przy których błędach warto pozostać.

Kreatywności nie uzyska się ‘pompując’ pieniądze w sektor badań, ale stwarzając warunki swobody twórczej. Zdają sobie z tego sprawę, firmy prywatne, które nie tyle sowicie nagradzają badaczy w finansowanych przez nich laboratoriach (choć wynagrodzenie jest ważne) ile stwarzają odpowiednie warunki do twórczej pracy. Jednym z takich elementów jest często stosowana ‘polityka 15%’ (15% policy) – zatrudniony w ośrodku badawczym powinien poświecić 85% swojego czasu na wykonywanie obowiązków pracowniczych (wykonując często rutynowe badania), ale pozostałe 15% czasu może poświecić na niczym nieskrępowane badania, zgodnie z jego indywidualnymi preferencjami. Jeśli do realizacji tych indywidualnych pomysłów potrzebuje pieniędzy, to może je uzyskać ze specjalnego funduszu stworzonego przez pracodawcę. Gdy w wyniku takich indywidualnych działań zrodzi się pomysł na innowacyjną produkcję to z pomocą pracodawcy powstaje często firma odpryskowa (spin-off, pracodawca ma zwykle w tym przedsięwzięciu swój wysoki udział). Najczęściej szefem takiej małej firmy jest sam wynalazca (albo, jeśli nie wykazuje się on osobowością przedsiębiorczej, jest, co najmniej dużym udziałowcem w tym przedsięwzięciu i szefem działu badań).

Remedium na zapóźnienie innowacyjne Europy nie trzeba szukać tam gdzie się zwykle go szuka, tzn. w samym procesie badawczo-rozwojowym, ale całkiem gdzie indziej. Takim fundamentalnym warunkiem jest uzdrowienie finansów publicznych, szybkie i efektywne wprowadzenie mechanizmów rynkowych i zagwarantowanie wysokiej konkurencji we wszystkich sferach aktywności gospodarczej, a zwłaszcza w sferze usług (które już obecnie wytwarzają ok. 70% PKB UE), reformy systemu podatkowego i systemu socjalnego (tak by obniżyć wyraźnie koszty pracy i pobudzić działalność inwestycyjną i innowacyjną firm prywatnych, jak i każdego mieszkańca Europy).

Warto zaproponować by obowiązkową lekturą biurokratów z UE były książki Frédérica Bastiata (zwłaszcza napisana w 1850 roku mała broszurka „Co widać i czego nie widać”) oraz będącą kontynuacją idei Bastiata, książka Henry’ego Hazlitta Ekonomia w jednej lekcji. W tej, jak i w wielu innych publikacjach, Bastiat zwracał uwagę na to, że każde działanie człowieka wywołuje nie tylko jeden efekt, ale skutkuje serią efektów. Z tej serii efektów mamy skłonność zauważać jedynie te bezpośrednie, pierwsze, najbardziej widoczne. Natomiast efekty pośrednie (najczęściej negatywne), których skutki zwykle rozprzestrzeniają się po jakimś, są zwykle niedostrzegane. Henry Hazlit przyznaje, że w swej istocie ekonomia jest bardzo prostą nauką, której sedno można przedstawić w jednej lekcji, a całość tej lekcji zawrzeć w jednym zdaniu: „Sztuka ekonomii polega na tym, by spoglądać nie tylko na bezpośrednie, ale i na odległe skutki danego działania czy programu; by śledzić nie tylko konsekwencje, jakie dany program ma dla jednej grupy, ale jakie przynosi wszystkim.” Oby tę lekcję odrobili politycy, administracja i biurokraci wszystkich krajów. 


  • RSS