Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z tagiem: biurokracja

Z przyjemnością dowiedziałem się o wydaniu książki Marcina Mrowca pt. Austriacka Szkoła Ekonomii – Jak może pomóc wyjaśnić stagnację gospodarki Japonii. Na stronie wydawcy (PWN) przeczytałem ‘Data premiery: 14.11.2017’ – fajnie, że nie tylko filmy, sztuki teatralne, czy opery, mają swoje premiery, ale premiery mają też książki).

MrowiecOkladka

Pan Marcin Mrowiec jest głównym ekonomistą i dyrektorem Biura Analiz Makroekonomicznych Banku Pekao SA. Doskonale łączy zainteresowania teoretyczne z praktycznymi aspektami swej działalności zawodowej.

 ‘Kibcowałem’ powstaniu jego pracy doktorskiej i późniejszej jej obronie w listopadzie 2016 roku. Książka ta jest poprawioną i uzupełnioną wersją pracy doktorskiej p. Mrowca.

Nie miałem przyjemności recenzji jego pracy doktorskiej, ale z zadowoleniem napisałem, na prośbę PWNu, recenzję wydawniczą.  

Rekomendował tę książkę Wydawnictwu uznając, że jest ciekawa i może być wartościowa, zarówno dla ‘austriaków’, bo Autor pokazuje możliwości zastosowania teorii ASE do (praktycznego) wyjaśnienia specyfiki rozwoju gospodarki japońskiej, jak i ‘nieaustriaków’ (przeciwników podejścia austriackiego w ekonomii), bo jest pewna szansa, że przekona ich, że jest przynajmniej ziarnko prawdy w tym co twierdzą ekonomiści ze szkoły austriackiej.

Poza tym w książce zawarł Autor sporą dawkę informacji i wiedzy o specyfice rozwoju gospodarczego Japonii w ostatnich kilkudziesięciu latach.

Zarys teorii szkoły austriackiej przestawiony jest w rozdziale pierwszym oraz w trzech aneksach (Najważniejsi prekursorzy oraz przedstawiciele ASE,  Główne wyróżniki ASE i Porównanie ASE do szkół ekonomii „głównego nurtu” )

Książka jednak w istocie jest o Japonii i jej rozwoju gospodarczym, a wszelkie rozważania dotyczące austriackiej szkoły ekonomii (ASE) należy potraktować jako dodatek i wyjaśnienie dla czytelnika, który tej teorii nie zna.

W trzech rozdziałach Autor opisuje ‘Źródła interwencjonizmu w Japonii oraz jego wpływ na architekturę instytucjonalną’, ‘Przedsiębiorstwo japońskie – ustrój wewnętrzny oraz usytuowanie w szerszych strukturach gospodarczych’, oraz ‘Interwencjonizm w sferze monetarnej gospodarki Japonii’. Dobrym uzupełnieniem tych bardzo oryginalnych rozważań Autora są trzy aneksy („Stracone dekady” Japonii, Typologia tytułów licencyjnych używanych przez japońską biurokrację, oraz Cechy szczególne japońskiego modelu gospodarczego).

Ze względu na oryginalność rozważań dotyczących rozwoju Japonii przy wykorzystaniu teoretycznych osiągnięć szkoły austriackiej w ekonomii zaproponowałem zmianę tytułu tej książki, sugerując np.:

  • Rozwój i stagnacja gospodarcza Japonii w świetle austriackiej szkoły ekonomii
  • Rozwój gospodarczy Japonii z perspektywy austriackiej szkoły ekonomii
  • Japoński cud gospodarczy z perspektywy austriackiej szkoły ekonomii
  • Japońskie prosperity i stagnacja w świetle austriackiej szkoły ekonomii

Wydawnictwo jednak nie zaakceptowało tych sugestii pozostawiając jako podstawowy tytuł ‘Austriacka Szkoła Ekonomii’. Jak mogę sądzić powodem takiej postawy było uznanie, że taki tytuł będzie bardziej komercyjnym (co dla nas, zwolenników szkoły austriackiej brzmi bardzo optymistycznie – oby faktycznie zwolenników szkoły austriackiej było coraz więcej w Polsce!)

Niestety nie tylko sugestii tytułu nie zaakceptowano, ale także nie uwzględniono mojej propozycji zmiany Zakończenia, które wedle mojej opinii nie jest typowym zakończenie podsumowującym dzieło.  Zaproponowałem mianowicie by część o ‘Arystotelesie, Grecji, Rzymie, Europie i Chinach’ przenieść do dodatku, a zostawić tylko oryginalny opis i wnioski odnoszące się do przypadku Japonii.

Serdecznie polecam przeczytanie książki Marcina Mrowca, dzięki temu spojrzymy na Japonię całkiem inaczej niż nam się dotychczas proponowało, pozwoli nam też zrozumieć różnice kulturowe pomiędzy światem zachodnim i Japonią, a przez to zrozumieć odmienność modelu gospodarki japońskiej.

Na szczęście dyskusja wokół problemu zmiany czasu z letniego na zimowy (i odwrotnie) pozwala mieć nadzieję, że ten absurd wkrótce zniknie z naszego życia.

Prawdopodobnie to Benjamin Franklin był pierwszym, którzy zaproponował zmianę czasu w miesiącach letnich, po to by skorzystać z dobrodziejstw światła słonecznego w strefie umiarkowanej (w strefie równikowej dzień i noc maja mniej więcej te samą długość po ok. 12 godzin) i zaoszczędzić na oświetleniu. W liście do jednego z paryskich czasopism w 1784 roku, w trochę prześmiewczej formie przekonywał do tego by latem ludzie chodzili spać, i wstawali, wcześniej niż robią, to zimą. Może w czasach Franklina miało to sens, może też miało to sens na początku XX wieku, kiedy intensywnie rozwijała się elektryfikacja i elektryczność była używana głównie do oświetlenia (patrz np. tutaj). Wiele wskazują na to, że obecnie, kiedy udział energii zużytej do oświetlenia to maksimum kilka procent ogółu energii zużywanej przez ludzi, zmiana czasu nie ma absolutnie sensu.
Pierwsza praktyczna próba wprowadzenia zmiany czasu dokonana została przez
Brytyjczyka Williama Willetta, który zaproponował to w wydanej w 1907 roku broszurzeThe Waste of Daylight”. Pomimo wsparcia tej propozycji przez niektórych członków rządu brytyjskiego, nie udało mu się przekonać większości do wprowadzenia pomysłu w życie. Wedle opinii Willetta przestawiane w okresie letnim zegarów w Anglii o 80 minut, przyniosłoby oszczędności na oświetlaniu rzędu 2,5 mln funtów, co jak mogę szacować odpowiadało ok. 0,1% ówczesnego PKB. (dane o PKB zaczerpnąłem tutaj).

Jednakże pionierami we wdrożeniu czasu letniego byli Niemcy, którzy podczas pierwszej wojny światowej, 30 kwietnia 1916 przesunęli wskazówki zegara o godzinę do przodu, a 1 października 1916 o godzinę do tyłu. Dopiero po tym niemieckim kroku, w Anglii również zaczęto stosować zmianę czasu: z zimowego na letni (na wiosnę) i z letniego na zimowy (na jesieni). Podobnie Kongres Stanów Zjednoczonych 19 marca 1918 ustalił podział na strefy czasowe w USA i wprowadził na czas trwania wojny obowiązek stosowania czasu letniego, w celu oszczędności paliwa służącego do produkcji energii elektrycznej. W Polsce zmiana czasu została wprowadzona została w czasie okupacji hitlerowskiej, potem w latach 1946-1949, 1957-1964, i stale od 1977 roku.
Obecnie czas letni stosowany jest w blisko siedemdziesięciu państwach na świecie (m.in. we wszystkich krajach europejskich, poza Islandią).

Nie miejsce tu na bardziej szczegółową dyskusję o wpływie tej zmiany na gospodarkę i na społeczeństwo (dobrym podsumowaniem jest raport Fundacji Republikańskiej i Stowarzyszenia Koliber z 2016 roku, Zła zmiana. Negatywne konsekwencje zmiany czasu, ale patrz też tutaj).

Dostępne obecnie analizy tego problemu sugerują, że zmiana czasu nie wpływa w sposób znaczący na szeroko rozumiane procesy energetyczne, natomiast negatywnie wpływa na transport (bo, przedsiębiorstwa muszą zmieniać rozkłady jazdy), na systemy internetowe banków i innych instytucji finansowych (które z tego powodu często bywają nieczynne w noce zmiany czasu), czy na zachowanie inwestorów giełdowych (którzy przez kilka dni po zmianie czasu ponoszą niepotrzebne straty finansowe spowodowane błędnymi decyzjami inwestycyjnymi; np. straty te są dwu-, a nawet pięciokrotnie większe niż zwykle obserwowane w każdy poniedziałek). Przez kilka dni, a nawet tygodni, po każdej zmianie czasu spada wydajność pracowników i zwiększa się liczba zwolnień.

Badania pokazuję też, że po zmianie czasu występuje większe ryzyko zawałów serca, zwiększa liczbę wypadków drogowych, pojawiają się zaburzenia snu, samopoczucia i nastroju.

W coraz większym stopniu zmian czasu jest nieaprobowana przez społeczeństwo. Jak wynika z badania opinii publicznej, przeprowadzonej na zlecenie Komisji Europejskiej przez ICF International  w 2014 roku, 76% Europejczyków wyraziło się negatywnie o  dokonywanych corocznie zmianach czasu.

Ciekawe jest to, że w większości przypadków wprowadzeniu (a raczej można powiedzieć, wymuszeniu przez rząd) czasu letniego nie towarzyszyły żadne obiektywne badania dotyczące skutków takich zmian. Przykładowo, w 1975 roku, Departament Transportu USA zaproponował rozszerzenie czasu letniego z sześciu do ośmiu miesięcy, co według urzędników miało zmniejszyć przestępczość, zwiększyć bezpieczeństwo transportu oraz pozwolić na oszczędność energii.  Kiedy dociekliwi dopytywali się czy dokonano stosownych wyliczeń departament oświadczył, że nie poda jakichkolwiek wyliczeń, które udowadniałyby, że zmiana jest korzystna. Natomiast w 1976 roku, Narodowy Urząd Normatywny USA stwierdził, że nie obserwuje się żadnych oszczędności energii ani zmian w liczbie wypadków. Zaobserwowano natomiast zwiększoną liczba wypadków dzieci w trakcie godzin porannych, ale nie przypisano tego do zmiany czasu.

Ociera się o absurd sytuacja kiedy to przeprowadzana dwa razy w Polsce zmiana czasu powoduje perturbacje w transporcie kolejowym, np. przy odwoływaniu jesienią czasu letniego pociągi pasażerskie, które są na trasie w chwili przestawiania zegarów, muszą wydłużyć postój o godzinę na najbliższym posterunku ruchu, lub punkcie ekspedycyjnym, na którym mają postój handlowy, aby jechać dalej zgodnie z rozkładem jazdy. Natomiast przy wprowadzaniu czasu letniego wszystkie pociągi, które są na trasie w chwili przestawiania zegarów, są opóźnione o godzinę.

Gdy następuje zmiana czasu uciążliwe stają się też problemy z zakupieniem biletu lub dotarciem na dworzec lotniczy, kolejowy, czy autobusowy o odpowiedniej porze. Może drobnym, ale dla wielu uciążliwym problemem jest też ustalanie terminów międzynarodowych rozmów telefonicznych.

 Często podawanym przykładem są wyniki badań przeprowadzonych w amerykańskim stanie Indiana (USA), które wyraźnie pokazują, że zmiana czasu spowodowała tam więcej strat niż korzyści. Wynika to m.in. z tego, że obecnie w gospodarstwach domowych znacznie więcej energii niż oświetlenie, pochłania używany sprzęt AGD, ogrzewanie czy klimatyzacja. Jak się szacuje w USA i Kanadzie oświetlenie domowe to jedynie 3,5% całkowitego zużycia energii elektrycznej. Okazało się, że po wprowadzeniu czasu letniego w stanie Indiana, opłaty za zużycia energii elektrycznej wzrosły. Natomiast z badań prowadzone w Kalifornii wynika, że w tym stanie zmiana czasu nie powoduje zmian w zapotrzebowaniu na energię elektryczną. Z kolei Japończycy wyliczyli, że stosowanie czasu letniego może zmniejszyć emisję dwutlenku węgla o 400 tys. ton i pomóc zaoszczędzić do 930 mln litrów paliwa. Oszacowano też, że zmiana na czas letni przyczynia się do spadku liczby ulicznych kradzieży o 10 proc. Widać, że wyniki różnorakich badań nie są jednoznaczne i bardzo prawdopodobne, że znacznie większe oddziaływanie na zużycie energii maja czynniki losowe.

Zmiana czasu jesienią powoduje straty wielu firm, bo firmy muszą zapłacić pracownikom za dodatkową, nadliczbową, godzinę pracy, a zmiana wiosenna doprowadza często do dezorganizacji pracy (bo faktyczny czas funkcjonowania zmiany nocnej jest o godzinę krótszy; niektórym procesom technologicznym trudno jest ‘zrozumieć’, że muszą przyspieszyć lub opóźnić czas ich trwania, np. reakcji chemicznej, tak by następną zmiana pracowników mogła przejąć kontrolę nad nim tak jak to zwykle bywa).

Nawet gdyby uzasadnione było wprowadzenie zmiany czasu na początku XX wieku, to takiego uzasadnienia nie ma obecnie w sytuacji powszechnego użycia globalnych sieci telekomunikacyjnych i internetu, międzynarodowego transportu lotniczego, kolejowego, czy autobusowego, globalnych powiązań systemów finansowych.

Może czas by zakrzyknąć do przewodniczącego Komisji Europejskiej: „Panie Juncker, czas wrócić do normalności i przestać żonglować czasem letnim i zimowym”.  

W cieniu błękitnego orła, czyli co Nowy Ład zrobił gospodarce USA, Jana Jakuba Tyszkiewicza to książka którą warto przeczytać by spojrzeć na to co stało się w Stanach Zjednoczonych po Wielkim kryzysie w 1929 roku z perspektywy innej niż jest to zwykle przedstawiane jest w polskiej literaturze. Przemek Hankus właśnie ‘ujawnił’ fakt wydania tej książki na kilku wpisach na Facebooku (np. tutaj i tutaj). Miałem przyjemność przeczytania manuskryptu tej książki i napisania wstępu do niej. Myślę, że nie naruszę praw wydawcy kiedy poniżej zamieszczę roboczą wersję tego wstępu. Proszę odczytać to jako zachętę do przeczytania tej ksiażki. 

 Czy po 80 latach warto pisać o Nowym Ładzie Franklina Delano Roosevelta? Według mnie tak, bo wiele możemy się nauczyć (zwłaszcza po kryzysie 2008) analizując przyczyny długiego wychodzenia gospodarki po Wielkiej depresji (Wielkim kryzysie) w 1929 roku, które spowodowanego było przede wszystkim błędami popełnianymi przez polityków w latach 30. ubiegłego wieku w ramach Nowego Ładu. Warto też pisać, jeśli jest to napisane w interesujący sposób jak to uczynił Jan Jakub Tyszkiewicz w tej książce. 

Przez te kilkadziesiąt lat po wprowadzeniu Nowego Ładu napisano o nim setki książek i tysiące artykułów (sam w swoich zbiorach mam ponad 40 książek poświęconych samemu Nowemu Ładowi (New Deal)). Większość tych publikacji jest napisana po angielsku, niestety po polsku praktycznie nic nie opublikowano. Polscy autorzy wspominają jedynie mimochodem o Nowym Ładzie przy okazji opisywania Wielkiego Kryzysu (Great Depression), a elementarne informacje o Nowym Ładzie dostępne są po polsku jedynie w książkach poświęconych historii gospodarczej[1].

Wiele książek poświęconych Nowemu Ładowi to typowe książki historyczne, starające się przedstawiać ‘suche fakty’. Dużo z książek odnoszących się do oceny wpływu Nowego Ładu na gospodarkę amerykańską jest swego rodzaju apologetyką programu F. D.  Roosevelta, natomiast bardzo niewiele z nich przyjmuje perspektywę krytycznej analizy i wskazanie na błędy tego programu[2].  Książka Jana Jakuba Tyszkiewicza dobrze wpisuje się w ten drugi, krytyczny nurt publikacji o Nowym Ładzie. Książkę tę wyróżnia też pokazanie wpływu Nowego Ładu na codzienne życie społeczeństwa amerykańskiego. Opisane w książce podstawowe regulacje Nowego Ładu (ustawy, akty powołujące agencje rządowe) ilustrowane są informacjami o wpływie tych regulacji na codzienne życie Amerykanów. Czyniąc to Autor korzysta bardzo obficie z dużej liczby artykułów prasowych jakie ukazywały się w tamtym czasie. Zgodnie z przesłaniem Frederica Bastiata (‘Co widać i czego nie widać’) i Henry Hazlitta (‘Ekonomia w jednej lekcji’), J. J. Tyszkiewicz patrzy nie tylko na bezpośrednie skutki regulacji wprowadzanych w ramach Nowego Ładu, ale pokazuje też skutki w długim okresie i skutki dla całego społeczeństwa.  Czytając tę książkę powinniśmy patrzeć na to co pisze Autor także przez pryzmat tego co dzieje się w ostatnich latach u nas w Polsce, w Stanach Zjednoczonych i w innych krajach zachodnich. Jak się wydaje wiele elementów Nowego Ładu, które przyczyniły się do długiego wychodzenia z recesji gospodarczej Wielkiego Kryzysu, ma też miejsce obecnie w procesie wychodzenia z kryzysu 2008 roku.

Naturalnie w tej krótkiej książce Autor nie mógł przedstawić wszystkich aspektów Nowego Ładu, jednakże dokonana selekcja wydaje się być trafna i uzasadniona. Po przedstawieniu najważniejszych reform pierwszego i drugiego Nowego Ładu, Autor opisuje wpływ reform Nowego Ładu na funkcjonowanie wybranych, najważniejszych w tamtym czasie sektorów gospodarki (rolnictwa, przemysłu ciężkiego (paliwowo-energetyczny, stalowy, motoryzacyjny) i przemysłu lekkiego). Czyni to dyskutując tak ważne problemy szczegółowe jak migracje i praca sezonowa, projekty publiczne (tutaj posługuje się bardzo dobrym i reprezentatywnym przykładem Tennessee Valley Authority), programy pomocy społecznej.

Wielki Kryzys był z pewnością jednym z ważniejszych wydarzeń gospodarczych w XX wieku, jednakże wydaje mi się, że znacznie większy wpływ na historię rozwoju społecznego i gospodarczego w następnych dziesięcioleciach miał Nowy Ład. To ten program, firmowany przez Franklina D. Roosevelta,  ukształtował myślenie w świecie zachodnim i stał się podstawą rozwoju tzw. państwa dobrobytu, państwa opiekuńczego, w wielu krajach Zachodu.

Nowy Ład to ogromna aktywność legislacyjna i rozrost biurokracji. Warto może wymienić te najważniejsze akty legislacyjne administracji Franklina D. Roosevelta (bo nie o wszystkich wspomina J. J. Tyszkiewicz w swojej książce): w 1933 r., pierwszym roku funkcjonowania Nowego Ładu, uchwalono (lub powołano): Emergency Banking Relief Act, Farm Credit Act, Civilian Conservation Corps, Glass-Steagall Act, Truth-in-Securities Act, Agricultural Adjustment Act, Tennessee Valley Authority, Federal Emergency Relief Act, National Industrial Recovery Act, National Recovery Administration, Public Works Administration, Home Owners Refinancing Corporation,  Civil Works Administration, w 1934: Gold Reserve Act, Silver Purchase Act, Indian Reorganization Act, Federal Housing Administration, w 1935: Emergency Relief Appropriation Act, Resettlement Administration, Rural Electrification Administration, Revenue (Wealth Tax) Act, National Labor Relations Act, Public Utility Holding Company Act, Social Security Act, Banking Act, w 1936:  Judiciary Reform Bill (wprowadzony po ciężkiej batalii z Sądem Najwyższym (Supreme Court)), w 1937: Bankhead-Jones Farm Tenant Act, Wagner-Steagall National Housing Act, w 1938: Second Agricultural Adjustment Act, Fair Labor Standards Act, w 1939 powołano Execustive Office of the President (gdzie obecnie zatrudnionych jest ok. czterech tysięcy osób).

Liczba powoływanych agencji i uchwalanych ustaw była tak wielka, że Amerykanie zaczęli używać skrótowców na odwoływanie się do nich, stąd nazywano je ‘agencjami literowymi’ (alphabet agencies), np. FHA, REA, AAA, CCC, PWA, TVA, NIRA, NRA, SSA.

Twórczość legislacyjna była tak intensywna, że już w dwa lata po rozpoczęciu Nowego Ładu zaszła konieczność zebrania ich w jedną całość, by w pewien sposób mieć kontrolę na zawartością obowiązującego prawa. W 1936 roku wydano po raz pierwszy Federal Register (wcześniej nie było takiej potrzeby!) w którym na ok. 2 600 stron zebrano wszystkie obowiązujące wówczas regulacje rządowe, w 1939 roku był on już prawie dwukrotnie grubszy, obecnie jest to ok. 80 000 stron[3].

Ten duch etatyzmu, rozrostu ingerencji państwa w życie gospodarcze, był wyraźnie widoczny w latach 30. dwudziestego wieku w wielu państwach. Stany Zjednoczone są jednak pod pewnymi względami wyjątkowe, bo z jednej strony dokonano to w ramach demokratycznego, bardzo systematycznego i jasno sformułowanego procesu, a z drugiej USA traktowane były jako wzorzec dla innych rozwiniętych gospodarczo państw demokratycznych. Pytanie, które od dawna mnie nurtuje, to, do jakiego stopnia Nowy Ład inspirowany był ‘sukcesami’ Rosji Sowieckiej i wprowadzaniem tam wielkich programów gospodarczych. Tutaj takim wzorcem mógł być NEP – Nowa Polityka Ekonomiczna (ros. Nowaja Ekonomiczeskaja Polityka), doktryna polityki gospodarczej Rosji Sowieckiej w latach 1921-1929. To zauroczenie zachodnich intelektualistów Rosją Sowiecką zaczęło się od publikacji w 1919 roku książki  Johna Reeda, Dziesięć dni, które wstrząsnęły światem (Ten Days that Shook the World). Inny amerykański intelektualista Lincoln Steffens, po odbyciu w 1919 roku podróży do Rosji, zachwycił się osiągnięciami sowietów i napisał: „widziałem przyszłość i ona działa”. W następnych latach zaczęła się istna pielgrzymka zachodnich intelektualistów do Moskwy. Jak się ocenia w latach 20. i 30. XX wieku kilkadziesiąt tysięcy europejskich i amerykańskich specjalistów, naukowców, artystów i intelektualistów przyjechało do Rosji by zobaczyć sowiecki eksperyment. Podobno Lenin nazywał ich ‘pożytecznymi idiotami’. W latach 1923-24 powstały w wielu państwach Zachodu (w tym w USA) towarzystwa przyjaciół Rosji Sowieckiej, których członkami i sympatykami byli bardzo wpływowi intelektualiści, że wspomnieć choćby takich jak: Julian Huxley, Herbert Wells, Henri Barbusse, Rabindranath Tagore, Romain Rolland, Tomasz Mann, Albert Einstein, George Bernard Shaw, Edmund Wilson, Pablo Neruda, Louis Aragon, Bertolt Brecht, Jean Paul Sartre[4]. Zastanawiające jest dlaczego ci najwybitniejsze myśliciele, których deklarowanym obowiązkiem moralnym było dociekania prawdy, naiwnie wierzyli w to co widzieli podczas ich pobytów w Moskwie, albo udawali, że nie wiedzą, co dzieje się w ojczyźnie komunizmu? To duże zainteresowanie intelektualistów tym co dzieje się w Rosji sowieckiej w latach 20. XX wieku widać było w licznych recenzjach i artykułach jakie ukazywały się w prasie amerykańskiej, w tym bardzo poczytnych i wpływowych New York Evening Post, New Masses, New York Times Book Review, Books Abroad.

 W takiej atmosferze intelektualnej nie może dziwić, że i politycy zaczęli zastanawiać się czy nie należałoby zastosować przynajmniej niektórych elementów planowania i centralnego zarządzania w Stanach Zjednoczonych. Wielki Kryzys, który zaczął się w 1929 roku wydawał się być dobrą okazją ku temu. Te elementy planowania i centralnego zarządzania zaczął stosować w swej polityce po 1929 r. ówczesny prezydent Herbert Hoover, a FDR ‘twórczo’ je rozwinął w programie New Deal.  Roosevelt w swojej mowie na konwekcji demokratów, na której uzyskał nominację Partii Demokratycznej na prezydenta Stanów Zjednoczonych, w Filadelfii, 27 czerwca 1936 roku, powiedział: „Rząd w nowoczesnej cywilizacji ma pewne niezbywalne zobowiązania wobec swoich obywateli, wśród których są ochrona rodziny i ogniska domowego, wprowadzenie demokracji szans i pomoc dla tych, dotkniętych nieszczęściem”[5].

Wiele ustaw wprowadzanych w ramach Nowego Ładu było szkodliwych, ale o dwóch (opisywanych przez J. Tyszkiewicza) szczególnie warto wspomnieć, mianowicie reformującą rolnictwo Agricultural Adjustment Act (AAA) oraz o ‘ustawie o narodowym odrodzeniu przemysłu’, National Industrial Recovery Act (NIRA). Warto podkreślić, że to właśnie uchwalając w 1933 roku AAA uznano rolnictwo jako bardzo specyficzną, szczególną gałąź gospodarki, którą należy mocno subsydiować. Ta optyka przejęta została przez inne państwa, a obecnie w Unii Europejskiej subsydiowanie rolnictwa w ramach tzw. Wspólnej Polityki Rolnej (CAP) pochłania ok. 40% budżetu unijnego (w latach 80. XX wieku było to ponad 70%).  Natomiast NIRA zainicjowało niesamowity rozrost administracji państwowej i stosowanie niemalże ręcznego sterowania rozwojem przemysłu, oraz przyczyniła się do monopolizacji wielu gałęzi gospodarki Stanów Zjednoczonych.

Co ciekawe, zarówno AAA jak i NIRA uznane zostały za niekonstytucyjne, pierwsza w styczniu 1936 roku, druga w maju 1935 roku. Nie oznaczało to ‘cofnięcia wskazówek zegara’. Rozpoczęte dzięki obu ustawom działania były kontynuowane. Natomiast te przepisy, które administracji rządowej były potrzebne, wpisane zostały w innej formie, lub nawet rozszerzone, w innych ustawach, ale w takiej postaci by już nie było możliwe zarzucenie im niekonstytucyjności. W 1938 roku uchwalono drugi Agricultural Adjustment Act (1938 AAA), natomiast wiele przepisów NIRA znalazło się w innych ustawach np. w uchwalonym w czerwcu 1935 roku National Labor Relations Act.

Czy jest możliwe odwrócenie zainicjowanych w czasach Nowego Ładu procesów etatyzacji gospodarki i silnego interwencjonizmu państwowego? Wierzę, że tak, choć na razie nie wiadomo jak to się może dokonać. 

 

Wrocław, 6 listopada 2016 r.


[1] np. Szpak J., Historia gospodarcza powszechna, Polskie Wydawnictwo Ekonomiczne, Warszawa 1997, str. 180-181, 193, Skodlarski J. Historia gospodarcza, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2012, str. 265-267, Wojnarski D., Powszechna historia gospodarcza, Wydawnictwo Poltext, Warszawa 2004, str. 215, 219.

[2] tutaj dobrymi przykładami są: Robert Murphy, The Politically Incorrect Guide to the Great Depression and the New Deal, Regnery Pub., (2009) oraz Jim Powell, FDR’s Folly: How Roosevelt and His New Deal Prolonged the Great Depression, Crown Forum (2003)

[3] Podobna tendencja do rozrostu regulacji prawnych obecna jest w innych państwach. Jak się ocenia prawo Unii Europejskiej spisane jest na ponad 130 000 stronach. Nie wiem ile stron zajmuje spisane prawo w Polsce, ale np. ‘z obliczeń firmy Grant Thornton za 2014 r., w Polsce w 2014 roku w życie weszło łącznie 25 634 stron maszynopisu nowego prawa, nowych ustaw, rozporządzeń i innych dokumentów, które tworzą lub zmieniają obowiązujące przepisy prawa’; w 2015 roku było to 29 843 strony, Grant Thornton  prognozuje, że w 2016 roku będzie to ok. 32 000 stron.

[4] Warto przeczytać np.  Paul Hollander, Political pilgrims. Travels of Western Intellectuals to the Soviet Union, China and Cuba 1928-1978, Harper and Row Publishes, New York, 1983, oraz Ludmila Stern, Western Intellectuals and the Soviet Union, 1920-40: From Red Square to the Left Bank, Routledge, 2007.

Od wielu lat zwracam uwagę na to jak wielkie spustoszenie w naszych umysłach zrobiła w wieku XX idea i praktyka państwa opiekuńczego (do czego przyłożył się jeszcze komunizm, zwłaszcza sowiecki i chiński). Po czterech-pięciu pokoleniach żyjących w okresie państwa opiekuńczego, nie jesteśmy w stanie zaakceptować tego, że to nie od państwa powinniśmy oczekiwać rozwiązania wielu trapiących nas problemów. Nie wspomnę o tym, że wiele z tych problemów wykreowało właśnie samo państwo opiekuńcze. Zamiast szukać pomocy w naszej indywidulanej aktywności, wspartej aktywnością i współpracą lokalnych społeczności, wytworzyliśmy w sobie przekonanie, że najlepszym remedium na trapiące nas problemy jest omnipotentne państwo. Zapomnieliśmy, że jeszcze sto lat temu tak nie było, że niemalże powszechną zasadą była postawa typu ‘jeśli umiesz liczyć to licz przede wszystkim na siebie’.

Przyznam, się, że sam nie wiem jakie jest wyjście z tego ‘skrzywienia umysłowego’. Bardzo prawdopodobne, że do wyleczenie się z niego potrzeba będzie dwóch pokoleń, jak to było u Mojżesza (40 lat wędrówki narodu wybranego po pustyni). Należy zacząć o tym dyskutować i kształtować postawy młodych ludzi.

Dyskutując o tego typu problemach przywołuję często słowa brytyjskiego historyka A.J.P. Taylora, który w Historii Anglii (English History 1914-1945, Oxford University Press, 1965) napisał:

„Do sierpnia 1914 roku rozsądny, przestrzegający prawa Anglik mógł przejść przez życie i prawie nie zauważyć istnienia państwa poza urzędem pocztowym i policjantem. Mógł żyć, gdzie chciał. Nie miał urzędowego numeru czy karty identyfikacyjnej. Mógł podróżować za granicę albo opuścić swój kraj na zawsze bez paszportu czy jakiegokolwiek urzędowego zezwolenia. Mógł wymienić pieniądze na każdą obcą walutę bez ograniczeń i limitów. Mógł nabywać dobra z każdego kraju na świecie na takich samych warunkach, na jakich kupował je w domu. Skoro o tym mowa – cudzoziemiec mógł spędzić życie w tym kraju bez zezwolenia i bez informowania o tym policji. Odmiennie niż w krajach europejskich na kontynencie, państwo nie wymagało od swoich obywateli służby wojskowej. Obywatel angielski mógł – jeśli chciał – zaciągnąć się do regularnej armii, marynarki lub rezerwy. Mógł także zignorować, jeśli tego chciał, wymagania obrony narodowej. Poważni posiadacze byli od czasu do czasu powoływani jako sędziowie przysięgli. Poza tym pomocą państwu służyli tylko ci, którzy chcieli [...]. Pozostawiało ono dorosłych obywateli samym sobie.”

 Kilka dni temu przeczytałem wpis Dennis’a Prager’a dotyczący najgroźniejszego uzależnienia jakiemu uległy współczesne społeczeństwa, jakim jest uzależnienie od przywilejów (uprawnień) nadawanych obywatelom przez państwo. Polecam przeczytanie tego wpisu w całości.

Prager zwraca uwagę na to, że prawdą jest iż wyjście z takich powszechnych uzależnień jak narkomania, alkoholizm, hazard, seksoholizm, czy palenia papierosów jest bardzo trudne. Jest jednak jedno uzależnienie (które nawet nie jest traktowane jako uzależnienie), mianowicie uzależnienie od przyznawanych przez państwo przywilejów, uzależnienie od tego, że ‘dostaje się coś za nic’.

Dla większości pełnosprawnych osób, którzy otrzymują pomoc od instytucji publicznych  w postaci zapomóg pieniężnych, kuponów żywnościowe, dotowanych mieszkań, nieodpłatnej edukacji, nieodpłatnej opieki zdrowotnej i innych świadczeń socjalnych, już sama myśl o rezygnacji z jednego z nich i podjęcia się trudu zapłacenia za nie z własnych ciężko zarobionych pieniędzy wydaje się niemożliwa. Wyjście z takiego uzależnienia uznawane jest za trudniejsze niż wyjściu z alkoholizmu czy narkomanii.  

Prager idzie w swej opinii nawet tak daleko, że uważa, iż wszelkiej maści socjaliści, czy politycy rozdający na lewo i prawo przywileje, powinni być traktowani na równi ze sprzedawcami narkotyków.

Zwraca on uwagę na to, że uzależnienia od nadawanych przywilejów czyni w istocie więcej szkód w społeczeństwie niż jakikolwiek inne uzależnienie. Wszelkie inne uzależnienia mogą zrujnować własne życie i życie najbliższych, a pijani kierowcy czynią kalekami, lub nawet zabijają, konkretnych ludzi. Społeczeństwo jako całość może przeżyć tego typu uzależnienia. Natomiast im więcej osób, które otrzymują pomoc publiczną w formie nadawanych przywilejów (uprawnień), tym szybszy i bliższy jest gospodarczy upadek tego społeczeństwa jako całości.

Uzależnienie od przywilejów niszczy system wartości, który przyczynił się w przeszłości do rozwoju gospodarczego opartego na mechanizmach rynkowych, kapitalistycznych. Wydaje mi się, że do uzależnienia opisanego przez Pragera, można dodać jeszcze jedno uzależnienie gorsze od alkoholizmu, narkomanii, palenia papierosów, hazardu, uzależnienia jakim ulegają sami politycy, sami rządcy, mianowicie uzależnienie od kreowania inflacji i psucie pieniądza.

Pierwszym krokiem ku wyjściu z tego uzależnienia od przywilejów powinno być  wykorzeniamy postaw antykapitalistycznych u tzw. intelektualistów (o których mówiłem w wykładzie „O antykapitalistycznej mentalności ludzi wykształconych”, dostępnym tutaj).

Są pewne powody do (przynajmniej umiarkowanego) optymizmu i jest nadzieja, że możliwe jest wyjście z tego typu uzależnień. Jak na razie jedynie Szwajcarzy wykazują się pewnym rozsądkiem, ale może za nimi pójdą inne społeczeństwa.  W 2014 roku Szwajcarzy odrzucili w referendum możliwość włączenia służby zdrowia w domenę przynależną państwu. Istniejący w Szwajcarii system ochrony zdrowia wymaga, aby każdy obywatel posiadał podstawowy pakiet ubezpieczenia zdrowotnego, które oferuje ok. 60 firm prywatnych. W tym referendum, zainicjowanym przez przedstawicieli lewicy,  prawie 62% Szwajcarów opowiedziało się za tym, aby nadal funkcjonował system prywatny. Ciekawy jest rozkład opinii na temat utrzymania obecnego systemu. Regiony niemieckojęzyczne głosowały przeciwko objęciu przez państwo kontroli nad służbą zdrowia, natomiast kantony, w których dominującym językiem jest francuski, były zdecydowanie przeciwko sektorowi prywatnemu.

Podobnym rozsądkiem wykazali się Szwajcarzy w czerwcu 2016 roku, kiedy to w referendum rozpisanym ponownie na wniosek lewicy, prawie 77% Szwajcarów odpowiedziało się przeciw wprowadzeniu tzw. dochodu gwarantowanego.

Uczmy się od Szwajcarów i wykazujmy się takim jak oni rozsądkiem. Stać nas na to. 

Ten cytat z Hamleta przyszedł mi do głowy podczas słuchania wystąpienia premiera Morawieckiego na Kongresie 590, kiedy prezentował swoją ‘Konstytucję biznesu’. Po skończeniu tego wystąpienia pomyślałem za św. Mateuszem: „poznacie ich po ich owocach”.

W broszurze rozdanej uczestnikom Kongresu 590 zaznaczono na niebiesko pewne ważne zasady:

  • Zasada wolności działalności gospodarczej
  • Działalność nierejestrowa (przychód miesięczny nie przekracza 50% płacy minimalnej – WK)
  • Zasada „co nie jest prawem zabronione, jest dozwolone”
  • Zasada uczciwej konkurencji i poszanowania dobrych obyczajów oraz słusznych interesów innych przedsiębiorców i konsumentów
  • Zasada domniemania uczciwości przedsiębiorcy
  • Zasada rozstrzygania wątpliwości faktycznych na korzyść przedsiębiorcy
  • Zasada przyjaznej interpretacji przepisów (in dubio pro libertate)
  • Prawo do oceny jakości obsługi w urzędzie
  • Zasady pogłębiania zaufania, proporcjonalności, bezstronności i równego traktowania (przez urzędy państwa – WK)
  • Zasada odpowiedzialności urzędników za naruszenie prawa
  • Zasada pewności prawa
  • Zasada udzielania informacji
  • Zasada polubownego rozwiązywania kwestii spornych
  • Reguła interpretacyjna co do pierwszeństwa stosowania ustawy – Prawo przedsiębiorców
  • Ulga na start
  • Zasada szybkości działania
  • Zasada współdziałania organów
  • Punkt Informacji dla Przedsiębiorcy
  • Objaśnienia prawne (zapewnienie jednolitego stosowania przepisów prawa – WK)

Wszystko to ładnie wygląda i jest z pewnością słuszne, ale tak prawdę powiedziawszy to są zasady tzw. zdroworozsądkowe i można powiedzieć, że aż dziw, że nie są obecne w polskiej rzeczywistości gospodarczej.

Niepokój budzić mogą pewne sformułowania w  dalszej części ‘Konstytucji biznesu’. Przytoczę tylko kilka z nich:

  • (Art. 53. 1.) Nie można równocześnie podejmować i prowadzić więcej niż jednej kontroli działalności przedsiębiorcy. Nie dotyczy to sytuacji, gdy: (i tu lista 10 wyjątków …)
  • (Art. 59.) Wniesienie sprzeciwu nie jest dopuszczalne, gdy organ przeprowadza kontrolę, powołując się na przepisy art. 47 ust. 2 pkt 2, art. 50 ust. 2 pkt 2, art. 53 ust. 1 pkt 2, art. 54 ust. 2 pkt 2 i art. 62.
  • (Art. 61.) Przepisów art. 53 i art. 54 nie stosuje się:  (lista wyjątków …)
  • (Art. 62.) Przepisów art. 47, 48, 50, 51, 53 i 54 nie stosuje się wobec działalności gospodarczej przedsiębiorców w zakresie objętym: (lista wyjątków …)
  • (Art. 63. 1.) Przepisów art. 47, art. 51, art. 53 i art. 54 nie stosuje się w odniesieniu do kontroli: (lista wyjątków …)

Nie jestem prawnikiem i nie jestem w stanie prześledzić tych wyjątków, ale znając życie mogę sądzić, że mogą one stać się furtką na swobodę interpretacyjną urzędników.

Premier Morawiecki w swoim wystąpieniu na Kongresie z wielką estymą przywołał książkę Mariany Mazzucato ‘Przedsiębiorcze państwo’  (The Entrepreneurial State: Debunking Public vs. Private Sector Myths). Bardzo mnie to zmartwiło, bo jeśli ta wyjątkowo szkodliwa książka staje się wzorcem do działania dla polityka mającego tak duży wpływ na kształt  życia gospodarczego w Polsce to możemy spodziewać się wielu niedobrych rzeczy (Deirdre McCloskey zapytana o książkę Mazzucatto odpowiedziała: „To wyjątkowo głupia książka. To naprawdę bzdurna idea.”).

Zatem premier Morawiecki ma już dwóch ulubionych ekonomistów: Justina Yifu Lina i Marianę Mazzucato. To nie wróży nam nic dobrego. Miałbym propozycję by, na zasadzie uzupełnienia,  Pan premier przeczytał choć kilka książek innego sortu. Na początek proponowałbym by przerobił wspaniale napisaną ‘Ekonomię w jednej lekcji’ Henry Hazlitta, a przede wszystkim by wziął sobie do serca podstawowe przesłania (lekcję) Hazlitta i Frederica Bastiata, że „Sztuka ekonomii polega na tym, by spoglądać nie tylko na bezpośrednie, lecz także na odległe skutki danego działania czy programu; by śledzić nie tylko konsekwencje, jakie dany program ma dla jednej grupy, lecz także te, jakie przynosi wszystkim.

Wiem, że premier Morawiecki nie ma zbyt wiele czasu na przyjemne lektury ekonomiczne, dlatego nie odważę się zaproponować mu przeczytanie magnum opus Ludwiga von Misesa ‘Ludzkie działanie’, ale myślę, że trzy krótkie książeczki Misesa, mianowicie ‘Interwencjonizm’, ‘Planowany chaos’ i ‘Biurokracja’, mogłyby być bardzo użyteczne w kształtowaniu myślenia o gospodarce. Naturalnie, gdyby premier Morawiecki miał ochotę to gotów jestem polecić  wiele innych ciekawych (‘otwierających umysł’)  i w miarę krótkich lektur, pomocnych politykowi mającemu tak duży wpływ na polską gospodarkę.

Lubię ‘papierki lakmusowe’ pomocne w stwierdzeniu kierunku dobrych zmian. Takim papierkiem lakmusowym polskiej transformacji była dostępność papieru toaletowego w polskich sklepach. Myślę, że w przypadku ostatnich propozycji premiera Morawieckiego  ‘papierkiem lakmusowym’ jego dobrych intencji i chęci wprowadzenia realnych zmian byłoby szybkie wprowadzenie zwolnienia z opłat mikro-przedsiębiorców zarabiających mniej niż 3000 zł miesięcznie. Mówił o tym w trakcie swojego wytępienia na Kongresie. To naprawdę można wprowadzić stosunkowo szybko, bez zbytniej straty dla budżetu. Myślę, że trzy miesiące byłoby dostatecznie długim czasem.  Takie skuteczne działanie z pewnością przyczyniłoby się do wzrostu zaufania do rządu. A o braku tego zaufania oraz o potrzebie wzrostu tego zaufania mówił Pan wicepremier Mateusz Morawiecki na Kongresie 590.

PS Na Facebooku, po powrocie z Kongresu napisałem: Wszyscy zachwycają się tym, że naczelną zasadą będzie „co nie jest prawem zabronione, jest dozwolone”. Fajnie, ale aby to było skuteczne to prawa musi być mało i musi być jasne. Cóż z tego, że zasada będzie obowiązywała jeśli zakazów będzie tak dużo, że na wolność gospodarczą pozostanie drobny margines. W tym roku będzie opublikowanych ok. 32 000 stron nowego prawa. Jeśli od wielu lat ‚produkuje się’ ok. 30 000 stron nowych przepisów to co warta jest zasada „co nie jest prawem zabronione, jest dozwolone”? W takiej konstytucji biznesu powinno być odwołanych 90% (a najlepiej 100%) obowiązujący przepisów ograniczających przedsiębiorców, a tego nie zauważyłam ani w ‚Konstytucji dla biznesu’, ani w wypowiedzi premiera Morawieckiego. 
To jest takie samo fetyszyzowanie tej zasady jak twierdzenie, że ‚podatek liniowy jest dobry’. Cóż mi z tego, że podatek będzie liniowy, jeśli wynosił on będzie 50%. To ja wolę podatek progresywny z 15 progami podatkowymi, przy czym ten ostatni, krańcowy, próg będzie na poziomie 15%. Podatki mają być niskie, proste i jasne.

Polityka przeżywa wyraźny kryzys. Politycy nie są w stanie sprostać wyzwaniom współczesnego świata. Wiele wskazuje na to, że żyjemy w okresie przedefiniowania roli i znaczenia państwa. W ostatnich dziesięcioleciach politycy zepsuli niemalże wszystkie dziedziny w których funkcjonuje państwo. Poczynając od najważniejszych ról, tradycyjnie przypisywanej państwu, mianowicie stanowienie prawa, zapewnienie bezpieczeństwa (policja, wojsko), poprzez już uzurpatorskie role, jak opieka zdrowotna, edukacja, ‘walka z bezrobociem’, opieka nad biednymi, opieka społeczna i emerytury, a na ‘drobnych’ sprawach jak ‘budowanie więzi społecznych’, ‘budowanie społeczeństwa obywatelskiego’, kończąc.

Prawo w większości państw rozwiniętych gospodarczo jest tak skomplikowane, że już chyba niewielu je rozumie. W Stanach Zjednoczonych od 1936 roku (wcześniej nie było takiej potrzeby!) publikowany jest Federal Register, miał wtedy ok. 2 600 stron, obecnie jest to ok. 80 000 stron; podobno prawo Unii Europejskiej spisane jest na ponad 130 000 stronach. Nie wiem ile stron zajmuje spisane prawo w Polsce, ale np. ‘z obliczeń firmy Grant Thornton za 2014 r., w Polsce w 2014 roku w życie weszło łącznie 25 634 stron maszynopisu nowego prawa, nowych ustaw, rozporządzeń i innych dokumentów, które tworzą lub zmieniają obowiązujące przepisy prawa’. Kto jest w stanie to wszystko ogarnąć?

W podobnym duchu można byłoby skomentować każdą dziedzinę życia w którą zaangażowane jest państwo. Czy politycy doprowadzą do zapaści państwa? Jaki wyłoni się wtedy nowy porządek społeczny?

Coraz częściej nad tym problemem zaczynają się zastanawiać różnego rodzaju ‘think tanki’. Wczoraj dostałem w mailu informację o organizowanej przez Mises Institute konferencji pt. The end of politics, zilustrowaną bardzo wymowną grafiką, którą przedstawiam poniżej.

 The end of politics FlagBlock

Warto zastanowić się nad pytaniami zawartymi w informacji o tej konferencji, na które 5 listopada próbować będą odpowiedzieć Lew Rockwell, Robert Murphy, Jeff Deist, Roger Stone.

Wydaje mi się, że flaga amerykańska na bokach tego poobijanego bloku może być zastąpiona przez flagę jakiegokolwiek kraju europejskiego, także i Polski.

Może czas byśmy i my w Polsce zorganizowali tego typu konferencję?

Mam nawet odpowiednią grafikę, która może ilustrować informację o tej konferencji. Jeden z wierszy w tomiku Krzysztofa Konopelskiego pt. obajaja Krzysztofa Kolumba, sam autor zilustrował takim oto poobijanym słupkiem.

 Krzysztof_Konopelski_jeszcze_Polska_2007

 

Kryzys państwa jest wyraźnie widoczny w Polsce. Poziom zaufania jakimi darzymy się wzajemnie (zaufania społecznego, jak to jest nazywane przez specjalistów) jest zatrważająco niski. Bez niego nie będziemy mogli zbudować prawdziwego społeczeństwa obywatelskiego. Na to, że państwo (politycy) mogą być pomocni w budowaniu tego zaufania liczyć nie możemy. Jaki jest poziom debaty sejmowej każdy widzi. Parlamentaryzm, taki jaki moglibyśmy sobie wyobrażać i życzyć, ten zapisany w tradycji europejskiej, u nas nie funkcjonuje. Może faktycznie powinniśmy się cofnąć 500 lat i wdrożyć w życie tę ważną zasadę zawartą w konstytucji Nihil Novi, uchwalonej na Sejmie Radomskim w 1505 roku: Nihil Novi sine communi consensu (nic nowego bez zgody powszechnej). W XVI wieku nie za bardzo nam się to udało, ale teraz w dobie zaawansowanej technologicznie komunikacji społecznej byłoby to możliwe?

Nie bez przyczyny swoją stronę w internecie zatytułowałem: ‘Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie’. Nie jest możliwe zbudowanie w Polsce dobrobytu i osiągnięcie zadowolenia, bez poszanowania własności prywatnej (co wiąże się także z niskimi podatkami), bez swobody wypowiedzi i swobody gospodarowania, bez powrotu do tradycyjnych zasad odpowiedzialności i wzajemnego zaufania w naszych relacjach społecznych i gospodarczych.

W dzisiaj opublikowanym przez The Economist artykule prezydent Barack Obama napisał „System polityczny w Ameryce może być frustrujący. Wierzcie mi, wiem to.” (America’s political system can be frustrating. Believe me, I know.). Myślę, że ten system polityczny jest frustrujący nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale jest tak w większości (jeśli nie we wszystkich) współczesnych krajach, w tym i w Polsce. Co zrobić by tak nie było, byśmy tej frustracji nie odczuwali? 

PS Dawno nie było wpisu, przepraszam. Wiem, że powinienem się mobilizować i mimo chronicznego braku czasu pisać; tym bardziej, że tematów i materiałów do pisanie jest sporo, a nawet ogrom.  

Łatwiej mi niekiedy napisać krótki i szybki komentarz na Facebooku, co ostatnio czynię często. Między wpisami zapraszam do siebie na
https://www.facebook.com/witold.kwasnicki.9

Wygląda na to, że jeszcze długo będę miał ‘samograja w temacie innowacyjności’.  Wielokrotnie o tym pisałem (ostatnio tutaj i tutaj). Dzisiaj przeczytałem, że istnieją już „Pierwsze ośrodki innowacji z akredytacją Ministerstwa Rozwoju”. Niestety nie znalazłem wielu informacji w jaki sposób ta akredytacja jest dokonywana i jakie są kryteria tej akredytacji. Jednym dokumentem do którego dotarłem jest ‘System akredytacji ośrodków innowacji świadczących usługi proinnowacyjne’. Połowa dokumentu to tzw. bicie piany, druga połowa zwiera ‘Kryteria wyboru akredytowanych ośrodków innowacji świadczących usługi proinnowacyjne’ oraz ‘Sposób organizacji i procedury akredytacji ośrodków innowacji świadczących usługi proinnowacyjne’. Pouczająca to lektura. 

Podejrzewam, że celem takiej akredytacji jest usprawiedliwienie dania publicznych pieniędzy na wspieranie innowacyjności (jak zwykle nieskuteczne i nieefektywne). Z pewnością powołano kolejną, ważną komisję ds. akredytacji, której godnie opłacani członkowie ciężko pracują nad tym by dać dowody tego jak rząd z troską pochyla się nad zapewnieniem inteligentnego, innowacyjnego rozwoju kraju i wspieraniu innowacyjnego rozwoju małych i średnich przedsiębiorstw.

Po przeczytaniu notatki na stronach Ministerstwa Rozwoju pomyślałem, że akredytacja będzie dotyczyła instytucji (instytutów badawczych, naukowych) pracujących nad wdrażaniem konkretnych pomysłów i mających osiągnięcia w realnym rozwoju innowacji. Nie muszę pisać, że rozczarowałem się (co mnie wcale nie zaskoczyło).

Przejrzałem tzw. „Fiszki oferty usług proinnowacyjnych” tych czternastu akredytowanych ośrodków innowacji i z przerażeniem stwierdziłem, że niemalże wszystkie ośrodki oferują doradztwo i szkolenia. Jedynie Instytut Fizyki Polskiej Akademii Nauk w swoje ofercie ma konkretną techniczną, inżynierską, technologiczną ofertę.

Wygląda na to, że znów ‘para pójdzie w gwizdek’, a publiczne pieniądze będą marnowane na jakieś usługi doradcze, ‘doradztwo szkoleniowe’, ‘audyt innowacji’, ‘audyty technologiczne, innowacyjności’, ‘audyty środowiskowe’, ‘doradztwo, pomoc i szkolenia w zakresie, transferu wiedzy, nabywania i ochrony wartości niematerialnych i prawnych oraz korzystania z nich, korzystania z norm i regulacji, w których są one osadzone,…’.

 Ciąg dalszy tego typu wpisów na blogu z pewnością nastąpi (o co zadba rząd i jego agendy)


  • RSS