Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z tagiem: budzet

Jednym z ważnych, ale też kłopotliwych pytań stawianych w ostatnich latach jest jak duży powinien być rząd, tak by rozwój gospodarczy i społeczny następował harmonijnie i względnie szybko? Przekonanie o tym, że rząd może sprzyjać efektywności gospodarowania poprzez zwiększanie swoich wydatków, było chorobą, która dokuczała społeczeństwom w XX wieku,  szczególnie od lat trzydziestych XX wieku. Było to też powodem stałego wzrostu rozmiaru rządu w XX wieku.

Bez wątpienia wskazać można na pozytywne działania rządu sprzyjające gospodarce (zapewnienie bezpieczeństwa, tworzenie ram prawnych do rozstrzygania sporów, do pewnego stopnia tworzenie podstawowej infrastruktury). Ale jest wiele czynników (zbyt duże podatki, zbyt dużo regulacji prawnych, wzrost wydatków, sprzyjanie pewnym grupom interesu, i in.) mających z pewnością duży negatywny wpływ na gospodarkę.

Niewielkie są szanse na to by w perspektywie kilkunastu lat powrócić do dziewiętnastowiecznej idei państwa minimalnego, państwa ‘stróża nocnego’. To na co realnie możemy liczyć to rozpoczęcie procesu zmniejszania rozmiarów rządu. Wielu badaczy zajmuje się określeniem ‘optymalnego’ rozmiaru rządu, tak by sprzyjał rozwojowi gospodarczemu, a nie hamował go. Dobrą miarą rozmiaru rządu jest udział wydatków państwa w stosunku do wielkości dochodu narodowego. W XIX wieku i jeszcze na początku wieku XX (do pierwszej wojny światowej) wydatki państwa z reguły nie przekraczały dziesięciu procent PKB. Od pierwszej wojny światowej wydatki te stale rosły, by osiągnąć w niektórych krajach tzw. “państwa dobrobytu” wielkość rzędu 50% – 60% w latach osiemdziesiątych obecnego wieku. Obecnie w państwach uprzemysłowionych wydatki państwa kształtują się średnio na poziomie ok. 45% PKB.

Stosując różne podejścia do oceny optymalnego rozmiaru rządu badacze dochodzili do podobnych wniosków, optymalny rozmiar rządu (w sensie osiągnięcia najlepszych wyników gospodarczych danego społeczeństwa) to rząd który zabiera społeczeństwu od ok. 17% do 21% jego dochodu, tzn. udział wydatków państwa w stosunku do wielkości dochodu narodowego jest równy ok. 19%. Wielkość ta jest o kilka procent większa od wielkości wydatków rządu uznawanych za konieczne, tzn. wydatków na ochronę osób i ich własności przed kradzieżą oraz zapewnienie pewnych ograniczonych dóbr, które przez wielu polityków (i wspierających ich ekonomistów) uznaje się, że rynek nie jest w stanie zapewnić (np. edukacja, transport i komunikacja). Na początek bądźmy tolerancyjni, i uznajmy: niech państwo zadba o edukację, czy transport.

Jak się ocenia wydatki na te podstawowe cele społeczne odniesione do produktu krajowego brutto wynosiły w: USA – 16,9% (1960), 13,8% (1992), Kanadzie – 12,7% (1960), 10,9% (1995), w Wielkiej Brytanii – 13,4% (1992), Niemczech 9,1% (1991), Australii 10,8% (1989), Szwecji 13,3% (1992).

W połowie lat 1990 w krajach OECD wydatki te wahały się między 9% a 14%. Wydatki rządu ponad potrzeby przyczyniają się do zmniejszenia produktywności (wiele rzeczy rynek jest w stanie zrobić lepiej), zniechęcą do przedsiębiorczości (hamuje inicjatywę i chęć poszukiwania nowych rozwiązań), poprzez redystrybucje zmuszają ludzi do poszukiwania pomocy od państwa a nie poszukiwania dodatkowego sposobu zarobienia. Można się zgodzić, że wydatki państwa na jego podstawowe funkcje, sprzyjają wzrostowi to jednak każde wydatki powyżej tego co potrzebne, hamują rozwój. Prawdziwości tego stwierdzenia można poszukiwać porównując szybkość rozwoju w różnych krajach z wielkościami wydatków w tychże państwach. Badając zależność szybkości wzrostu gospodarczego od rozmiaru rządu w oparciu o dane dotyczące rozwoju w 23 krajach OECD w latach 1960-96 dochodzimy do wniosku, że w krajach o stosunkowo niskich wydatkach (poniżej 25% PKB) średnia stopa wzrostu gospodarczego w okresie 1960-96 wynosiła 6,6% i wyraźnie maleje ona wraz ze wzrostem tychże wydatków. Dla krajów o największych wydatkach (pow. 60%) wzrost ten był równy tylko 1,6%, czyli pięć razy wolniejszy niż w grupie krajów o najniższym stopniu fiskalizmu (tj. pierwszej grupie krajów).

Analiza zależność pomiędzy stopą wzrostu PKB a rozmiarami rządu obliczoną na podstawie 92 obserwacji we wspomnianych 23 krajach OECD wskazuje, że każde zwiększenie wydatków o 10% oznacza spowolnienie wzrostu gospodarczego o 1%. Przy wydatkach ok. 20% można się spodziewać wzrostu PKB na poziomie 5%, ale przy wydatkach ok. 45% wzrost będzie już o połowę mniejszy (ok. 2.5%) a przy 60% już prawie pięciokrotnie wolniejszy (niewiele powyżej 1%).

Obserwacje wskazują, że wszystkie kraje wydają znacznie więcej niż wskazują na to wydatki konieczne, a nawet znacznie więcej niż wskazują wyniki o ‘optymalnym’ rozmiarze rządu – jedynie 6 obserwacji z 92 to wydatki poniżej 20%. Kraje OECD są krajami o podobnej strukturze politycznej, porównywalnych dochodach będąc na podobnym poziomie rozwoju. Wpływ takich czynników jak kultura, zasoby naturalne motywacja do pracy są też podobne, zatem można sądzić, że różnice w szybkości rozwoju w dużym stopniu spowodowane są różnicami w rozmiarach rządu.

Jeśli mielibyśmy podać przepis na przyspieszenie rozwoju w następnych dekadach to naturalnym byłoby postulowanie zmniejszenia wydatków rządowych co najmniej dwukrotnie. Oczywiście proces ten nie może być natychmiastowym, ale realnym wydaje się zmniejszenie tych wydatków do poziomu 20% w następnych 15-20 latach.

Rząd sprzyja rozwojowi gospodarczemu, kiedy chroni prawa indywidualne i dostarcza dóbr, które nie mogą być zaspokojone przez rynek. Jak pisał 200 lat temu Thomas Jefferson: „Mądry i ograniczony rząd, rząd który powinien chronić ludzi przed wzajemnym krzywdzeniem się, który powinien w każdym innym przypadku pozostawić swobodę kształtowania ich własnej drogi rozwoju i robienia interesów i który nie powinien odbierać od ust chleba którego zapracowali. To jest istota dobrego rządu”.

Często mylnie uważa się, że rząd (szczególnie jeśli wybrany jest w demokratycznych wyborach) ma prawo stosować przymus. Uznaje się często, że rząd poprzez odpowiednią interwencje rozwiąże wszystkie problemy nękające społeczeństwo, jak np. zlikwiduje biedę, zapewni ochronę zdrowia, zapewni edukację na wysokim poziomie, złagodzi wysokie koszty mieszkań, zlikwiduje bezrobocie, zlikwiduje alkoholizm i inne choroby społeczne, itp. Rząd nie jest instytucją, która zawsze działa w „interesie publicznym” (cokolwiek by ten termin miał znaczyć). Nie jest też instytucją korygująca to czego rynek nie w pełni jest w stanie dostarczyć obywatelom.

Często usprawiedliwia się aktywność rządu w niektórych sferach ułomnościami rynku. Jak twierdzą przeciwnicy liberalizacji gospodarki, podstawową ułomnością rynku są tzw. efekty zewnętrzne, np. zbyt duża monopolizacja rynku występująca w sytuacji wolnej gry rynkowej. Jak wspomnieliśmy, ‘naprawiając’ ułomności rynku państwo stara się dostarczać społeczeństwu tzw. dobra publiczne, które, jak się twierdzi, w sytuacji rynkowej byłyby dostarczane społeczeństwu w zbyt znikomej ilości albo nie dostarczane w ogóle. Tak może być w bardzo niewielu przypadkach, w wielu innych (jak np. ochrona środowiska naturalnego, ochrona zdrowia, edukacja) już tak nie musi być. Coraz częściej słyszy się opinię, że rząd mimo obietnic, nie zapewnił odpowiedniego stanu środowiska naturalnego człowieka. Podawanych jest wiele konkretnych przykładów, kiedy ten stan środowiska naturalnego jest znacznie lepiej chroniony w sytuacji wolnego rynku i dominacji własności prywatnej. Podobnie coraz częściej usłyszeć można krytyczne opinie o stanie edukacji i ochrony zdrowia obywateli, które to dziedziny w XX wieku stały się dominującym polem działania rządu.

Podkreślając ułomności rynku (które są czymś naturalnym, w życiu nie ma ideałów, i dlatego rynek też nie może być ideałem) zapomina się o tym, że i rząd nie jest ideałem. Co ważniejsze, doświadczenie uczy, że najczęściej ułomności rządu są znacznie większe i kosztowniejsze niż wytykane ułomności rynku.

Państwo demokratyczne jest pewnym sposobem organizacji aktywności społeczeństwa dzięki której osoby (obywatele) mogą dokonywać wspólnych wyborów i podejmować się wspólnych działań. Nie ma całkowicie pewności, że polityka uznawana za dobrą przez większość faktycznie sprzyja rozwojowi gospodarczemu. Wręcz przeciwnie, nie ma żadnych powodów sądzić, że wybrany większością głosów obywateli rząd będzie stosował politykę stymulującą rozwój gospodarczy.

Warto zwrócić uwagę na zasadnicze różnice pomiędzy demokracją a rynkiem. Kiedy demokratycznie wybrany rząd nakłada podatki na obywateli po to by sfinansować pewne działania rządu to mamy do czynienia z ewidentnym przymusem (demokratyczna mniejszość jest przymuszana do płacenia podatków, choć najczęściej sama niewiele potem korzysta z pomocy państwa). Prawo nakładania podatków jest równoznaczne z zabieraniem każdemu pojedynczemu obywatelowi części jego własności (np. części dochodu) bez pytanie się o ich zgodę.

Z drugiej strony, nie ma takiego przymusu w przypadku rynku. Prywatna firma może zażyczyć sobie wysokiej zapłaty za swój towar, czy usługę, ale nie może zmusić konsumenta do kupna towaru lub usługi. Wręcz przeciwnie, firma taka musi zapewnić klientowi to co oczekuje on od niej po to by skorzystał on z jej usług lub kupił ich produkt. W przypadku usługi rządowej, lub usługi lub towaru dostarczanego przez firmę finansowaną lub subsydiowaną przez rząd, nie mamy żadnej gwarancji, że dostajemy usługę lub towar wart więcej niż koszt jaki ponieśliśmy.

Demokracja jest większościowym systemem politycznym, podczas gdy rynek jest systemem reprezentacji proporcjonalnej. Weźmy tak podstawową usługę jaką jest edukacja młodego pokolenia. W systemie państwowym wszystkie szkoły muszą zapewniać ten sam (‘światopoglądowo neutralny’) program. Podczas gdy na rynku rodzice o takich a nie innych poglądach religijnych wybierają taką a nie inną szkolę, w ten sposób nawet mała grupka obywateli jest w stanie znaleźć zadowalające rozwiązanie swoich problemów.

Działalność rządu kosztuje i to kosztuje bardzo dużo. Trzy rodzaje kosztów związanych z działalnością rządu wydają się być najistotniejszymi:

  • straty wynikające z tego, że zasoby które potrzebne byłyby do wyprodukowania czegoś pożądanego przez społeczeństwo, zostały przeznaczone do produkcji dóbr, których zaspokojenie wymuszone zostało przez rząd (jest to zatem koszt alternatywny działań rządu). Najczęściej bardzo trudno jest oszacować tę utraconą produkcje, ale zwykle jest to istotna strata, choć niewidoczna. O tego typu stratach pisał już w XIX wieku Frederic Bastiat w cyklu esejów zatytułowanych „Co widać i czego nie widać”. Koszt ten ma swe źródło zarówno w wydatkach rządowych, wzroście deficytu jak i nadmiernej kreacji pieniądza przez rząd. Wiele szacunków tych strat wskazuje, że mogą one sięgać 30 do 50%. Oceny te oparte są na analizie konkretnych wydatków na podobne cele w sektorze prywatnym i państwowym – z obserwacji tych wynika, że złotówka wydana w sektorze państwowym przynosi takie same efekty jak wydanie 50 do 70 groszy w sektorze prywatnym.
  • koszt funkcjonowania administracji (Jak się ocenia straty rządu w tej materii sięgają 10-20% budżetu państwa)
  • nadmierne obciążenia związane ze zniekształceniem ceny przez pobierane podatki i pożyczki rządowe. Wiele przedsięwzięć okazuje się niezyskownymi w sytuacji kiedy uwzględni się w rachunku ekonomicznym koszty oddawanych państwu podatków. W innych przypadkach podatki wymuszają na ludziach korzystanie z wolnego czasu lub działania w sferze pozarynkowej. Co w naturalny sposób obniża wielkość produktu narodowego. Dodatkowo doliczyć należy wszelkie koszty związane z ‘kombinowaniem jak uniknąć płacenia podatków’.

Kiedy to w 1986 r James M. Buchanan odbierał nagrodę Nobla z dziedziny ekonomii za sformułowanie teorii mówiącej o podejmowaniu decyzji ekonomicznych i politycznych powiedział: „Musimy rządy strząsnąć z naszych pleców, podciąć skrzydła biurokracji, deregulować, prywatyzować, obciąć wydatki federalne, rozbijać scentralizowaną władzę polityczną, obniżać podatki, wprowadzać dyscyplinę finansową”.

Kraje rozwinięte gospodarczo przeżywają obecnie trudny okres. Po okresie rozbudowy państwa opiekuńczego w XX wieku wydaje się, że osiągnięto kres dalszej jego ekspansji. Finanse państw są często w opłakanym stanie. Te największe gospodarki krajów OECD przeżywają ogromny kryzys finansów publicznych (wysokie zadłużenie, duży deficyt budżetowy, ogromne wydatki socjalne, spowolnienie gospodarcze, itp.). Intensywnie poszukuje się sposobów na wyjście z tego impasu. Może przywódczy polityczni USA, Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii i wielu, wielu innych krajów, powinni się zainteresować tym jak poradzili sobie Brytyjczycy z podobnymi problemami w XIX wieku. Może warto by poszli za radami Williama Gladstone i w podobny sposób, poprzez redukcję wydatków i redukcję obciążeń fiskalnych obywateli, wyzwalając przedsiębiorczość, spróbowali naprawić tę chorą sytuację do której sami doprowadzili?

Z wyliczeń przedstawionych na portalu money.pl wynika, że „Kościół rzymskokatolicki jest w Polsce instytucją szczególnie
uprzywilejowaną. Oprócz ponad 1,2 mld złotych z kieszeni wiernych, blisko 2 mld
zł dostaje od państwa w formie dotacji. Hierarchowie, którzy bardzo krytycznie
odnosili do naszego wejścia do Unii Europejskiej, chętnie sięgają też po
pieniądze z
Brukseli. Ich coroczne wpływy to łącznie ponad 3 mld złotych.

Długi jest ten raport
money.pl
, ale warto poczytać.

Komisarz Lewandowski (swego czasu liberał, a obecnie etatysta odpowiedzialny za budżet UE) w rozmowie z red. Jackiem Pawlickim stwierdza, że „nasza propozycja budżetowa będzie realistyczna. To znaczy, weźmiemy pod uwagę nie najlepszy klimat i uwarunkowania dzisiejszej Europy. Wykażemy też wstrzemięźliwość w zakresie kosztów administracji, które najbardziej kolą w oczy.” Czujny jednak redaktor Pawlicki wspiera Komisarza zauważając, że "[p]rzecież to jest ledwie 5-6 proc. całości budżetu UE." Wtóruje mu Komisarz Lewandowski: „Tak, ale te wydatki są fetyszyzowane, więc jakiekolwiek gesty wstrzemięźliwości w tym zakresie są bardzo pożądane. Prasa, zwłaszcza ta spod znaku Murdocha (wydawca brytyjskich eurosceptycznych gazet), która atakuje projekty UE, bardzo często sięga po argument rozdymanej i przepłacanej administracji.”
Biedni ci biurokraci z Brukseli! Tak bardzo musza oszczędzać i wykazywać, że ich utrzymanie nie kosztuje nas zbyt dużo. Żonglując liczbami próbują wykazać np., że budżet UE jest bardzo niewielki, bo przecież to tylko 1% dochodu narodowego wszystkich społeczeństw UE, albo licząc inaczej to tylko 244 Euro rocznie od jednego mieszkańca UE, albo jak niektórzy wyliczają: to tylko jedna kawa dziennie.
Patrząc na to z nieco zinnej strony można powiedzieć, że ci sami politycy europejscy ronią krokodyle łzy mówiąc o tragicznej sytuacji biednych krajów, że ponad 1,2 mld ludzi na świecie żyje za mniej niż 1 dolara dziennie. Gdyby oddali te ‚filiżankę kawy’ dla tych biednych to byłby dla nich istotny wzrost dochodów, jak można szacowaćo jakieś 40%.
Politycy zawsze znajdą odpowiednią ideologie i wytłumaczenia. Jak piszą brukselscy urzędnicy w oficjalnym dokumencie: „Pieniądze te mają służyć poprawie codziennego życia obywateli. Dla studentów może to oznaczać szansę nauki za granicą; dla małych przedsiębiorstw – łatwiejszy dostęp do większych rynków zbytu i uczciwe warunki prowadzenia działalności gospodarczej; dla badaczy – większą szansę na realizację pomysłów; dla poszukujących pracy – nowe możliwości szkoleń.” Nie dociera do nich, że te budżetowe, grubo ponad 100 miliardów euro mogłyby być znacznie efektywniej wykorzystane przez tych którym te pieniądze odebrano.
Na zarzuty, że administracja UE kosztuje zbyt wiele, urzędnicy europejscy odpowiadają, że to nieprawda bo relatywnie tyle samo kosztuje administracja w poszczególnych krajach, która też pochłania ok. 5-6 procent budżetu tych państw. (z czego wynika, że to już druga filiżanka dziennie jaką nie mogą wypić mieszkańcy UE).
Można żonglować liczbami i podawać je w takim układzie, że jakieś tam procenty, czy dzienne wydatki ponoszone przez mieszkańca Europy są niewielkie, ale nie ukryje się tego, że ta biurokratyczna struktura pożera ogromne pieniądze; te ponad 100 miliardów euro, to na prawdę ogromna suma, to prawie 40% polskiego PKB.
Jeśli do tego dodamy różne informacje typu Wielkie europrzekręty‚, to może wyłaniać się nam inny obraz administracji UE. Jak podano w GW: „Poseł X wypłacił całą miesięczną kwotę dostępną na utrzymanie asystentów (15,5 tys. euro) firmie zajmującej się handlem drewnem, poseł Y – firmie zajmującej się opieką nad dziećmi. Firma zatrudniona przezposła Z nie wykazała żadnej aktywności, a firma posła Q prawdopodobnie w ogólenie istnieje – nie ma jej w żadnym rejestrze, a numer telefonu jest fałszywy. 
Powyższe przykłady pochodzą z raportu, który audytorzy sporządzili na podstawie tylko 4 proc. losowo wybranych wypłat z października 2004 r. Podejrzewają, że nadużyć jest o wiele więcej. Większość z 785 europosłów zatrudnia po kilku asystentów w Brukseli i Strasburgu oraz w rodzinnym kraju. Choć raport gotowy jest od stycznia, mało kto go widział, bo szefowie Parlamentu utajnili go. Został przedstawiony tylko posłom z komisji kontroli budżetowej PE, którym nie wolno było ujawnić jego treści."
Ale to nic nowego pod słońcem. Tak było zawsze z tzw. publicznymi pieniędzmi. Niczym nowym jest też chęć ukrycia raportu (a takie ‚chowanie pod dywan’ zawsze czynione jest to w imię dobra społecznego). Pocieszające jest to, że zwykle ‚kłamstwo ma krótkie nogi’ i wcześniej czy później wiadomości tego typu przedostają się ‚do wiadomości publicznej’.
Chciałbym zwrócić uwagę, że jest nadużyciem nazwanie tego co czynią tzw. europosłowie ‚wielkim przekrętem’.  Śmiem twierdzić, że prawdziwie wielkie europrzekręty są nam nieznane (pozostaje nadzieja, że kiedyś zostaną ujawnione), a chyba największym przekrętem jest sama UE i to, że musimy na nią łożyć całkiem spore pieniądze (choć niektórzy twierdzą, że to ‚tylko filiżanka kawy‚).
Na szczęście coraz częściej pisze się  o tych wielce negatywnych cechach biurokracji europejskiej. Warto choćby przeczytać niedawno wydane Absurdy Unii Europejskiej, zebrane przez Tomasza Sommera. Tam znajdujemy m.in. opinię jednego holenderskich urzędników jaką wypowiedział w wywiadzie dla BBC: „Gdyby zapytać mnie o moją subiektywną opinię i gdybym musiał postawić pieniądze na to, to odpowiedziałbym tak: mafia i masoneria przeniknęły do Komisji Europejskiej. Ale nie potrafię tego udowodnić.” O ile książka Tomasza Sommera jest napisana w tonie lekko żartobliwym, to książka Hansa Herberta von Arnima Europejska zmowa. Jak urzędnicy UE sprzedają naszą demokrację, już taką nie jest. To solidnie udokumentowana rozprawa,która powinna być obowiązkową lekturą ‘każdego europejczyka’. Pozwala ona wyrobić sobie wyobrażenie o tym jak w istocie funkcjonuje Unia Europejska, czym zajmują się jej urzędnicy i ile nas kosztują.


  • RSS