Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z tagiem: ekonomia

Obserwator Finansowy opublikował moje krytyczne uwagi o książce Thomasa Pikettego Kapitał w XXI wieku. Redaktorzy  OF na początku umieścili fragment który faktycznie wydaje się być ważnym: „Zmasowana krytyka tez Thomasa Piketty’ego zaczęła wpływać na jego poglądy i łagodzić pierwotne stanowisko. Mleko się jednak rozlało. Marksiści i socjaliści już stale będą powoływać się na książkę Piketty’ego, nie zważając na jego późniejsze publikacje, ani nie przyjmując uwag krytyków jego teorii.”

Podoba mi się też, że OF okrasił ten artykuł ciekawym rysunkiem Jerzego Boberskiego. 

AntykapitalizmPiketty

W artykule ‘Dlaczego oni się kłócą’ Sebastian Stodolak zaczyna jak u Hitchcocka – na początku trzęsienie ziemi, a potem jest tylko straszniej. Zaczyna swój artykułu o ekonomistach pisząc: „Jeśli zapytasz o radę trzech ekonomistów, otrzymasz pięć różnych odpowiedzi – głosi jeden z tych „branżowych” żartów, z których nikt się nie śmieje. Ale prócz tego, że jest nieśmieszny, jest boleśnie prawdziwy. Ekonomiści to jedno z najbardziej podzielonych środowisk naukowych. Z czego ta niezgoda wynika i co oznacza?”. Polecam przeczytanie tego artykułu w całości.

Dla mnie, nauczyciela akademickiego (jak to się w żargonie współczesnej nowomowy biurokratycznej nazywa) artykuł jest ciekawy, bo kiedy mówię o ekonomii to zwracam studentom i na ten aspekt uprawiania tej nauki. Będę miał okazję powołać się na ten artykuł i polecić studentom do przeczytania.

Pozwolę sobie jednak dołożyć swoje trzy grosze. W jednym z przypisów w  Zasadach ekonomii rynkowej piszę: „Można powiedzieć, że i obecnie różnie z tą opinią o ekonomistach bywa. Znana jest anegdotka przypisywana Winstonowi Churchillowi, który miał powiedzieć: „Jeżeli zamkniesz dwóch ekonomistów w pokoju, dostaniesz dwie opinie, no chyba, że jednym z tych ekonomistów jest Lord Keynes, w takiej sytuacji dostaniesz trzy opinie.” Prezydent Harry Truman nie miał też najlepszego zdania o pewnym kręgu ekonomistów, których nazywał “dwurękimi ekonomistami” (“two-armed economists”), którzy zwykłe doradzali mu mawiając “z jednej strony doradzałbym” (“on the one hand”), ale zaraz zwykli dodawać, że “z drugiej strony” („one the other hand”). Zwykł wołać: „Przyślijcie mi ‘jednorękiego’ ekonomistę i doradcę, który nie będzie stale proponował mi przekładańca.” („Give me a one armed economist and an adviser who wouldn’t waffle”)”.
Na wykładach dodaję też, że
ekonomia pretenduje to bycia taką samą nauką jak fizyka, zatem powinny w niej być obecne także pewne prawa, np. takie jak słynne zasady dynamiki Newtona. Faktycznie można podać dwa takie prawa:
Pierwsze Prawo Ekonomii: ‘Dla każdego ekonomisty istnieje inny ekonomista, równy mu sławą i o przeciwnych poglądach’.
Drugie Prawo Ekonomii: ‘Obaj są w błędzie’.

Tutaj muszę powiedzieć, że od paru lat staram się być bardzo ostrożnym i jasno studentom mówić, że żartuję, bo kiedyś jak zapytałem czy są jakieś prawa formułowane w ekonomi (myśląc, że student opowie mi np. o prawie malejących przychodów), usłyszałem w odpowiedzi te właśnie dwa prawa.

Na wykładach z ekonomii mówię też o niebezpieczeństwie tego typu myślenia i cytuję (za Wprost, 8.12.2002)  ‘mądrość’ znanego swego czasu działacza związkowego i polityka, Zygmunta Wrzodaka, który miał powiedzieć: „Prawa ekonomii nie są prawami przyrody. To my je ustanawiamy i my je możemy zmienić”.

Naturalnie możemy sobie żartować i mówić, że:  „Ekonomia to nauka, która jutro wyjaśnia dlaczego przewidywania poczynione wczoraj nie sprawdziły się dzisiaj,  czy, że „Ekonomia to nauka, która omawia rzeczy doskonale nam znane językiem, którego nie jesteśmy w stanie zrozumieć.” (Dick Armey); albo też, że  ”Ekonomia jest jedyną dziedziną, w której dwie osoby mogą dostać Nagrodę Nobla twierdząc całkiem coś przeciwnego” (nawiasem mówiąc jest jeszcze gorzej, bo  można przyznać Nagrodę im. Alfreda Nobla z ekonomii w tym samym roku dwóm osobom stojącym na przeciwnych biegunach ideowych, naturalnie mam na myśli rok 1974, kiedy to uhonorowano tą nagrodą Hayeka i Myrdala).

Często przytaczany jest pogląd, że ekonomia to ponura nauka, czemu nadaje się raczej pejoratywne znaczenie. Warto być świadomym, że Thomas Carlyle miał taką intencję używając tego określenia w opublikowanym w 1849 roku artykule poświęconym problemom niewolnictwa (“Occasional Discourse on the Negro Question”). Jednakże biorąc pod uwagę jego ‘pochwałę niewolnictwa’ i w tym kontekście atak jaki uczynił w stosunku do ekonomii rynkowej, określenie to powinno mieć pozytywny wydźwięk (patrz np. tutaj i tutaj).   

Kilkanaście lat temu J. Bradford DeLong, kiedy pisał na swoim blogu o zamiarze napisania podręcznika do makroekonomii, stwierdził, że w przypadku nowego podręcznika do ekonomii jego zawartość nie może być radykalnie inna od istniejących na rynku, że ok. 85% treści powinna być zbliżona do tej do której przyzwyczajeni sią prowadzący wykłady, a co najwyżej 15% mogą to być inne, specyficzne treści, nieobecne w innych podręcznikach. Można się domyślać, że powodem tego jest swego rodzaju konserwatyzm prowadzących wykłady z ekonomii, że jeśli będzie to radykalnie inny podręcznik to nie zaproponują go swoim studentom choćby z tego powodu, że sam wykładowca musiałby włożyć bardzo dużo wysiłku w przygotowanie nowych treści wykładów. Chyba coś jest na rzeczy, bo jeśli się przeanalizuje te najpopularniejsze podręczniki do nauki ekonomii to ich tematyka jest bardzo zbliżona, różnice są jedynie w rozłożeniu akcentów, drobne poszerzenie lub zmniejszenie objętości dyskutowanych tematów, zamiana kolejności prezentowanych treści, itp.

Bardzo rzadko zdarza się by autor podręcznika zdecydował się na radykalną zmianę struktury i treści podręcznika do nauki ekonomii. Jedynym znanym mi autorem, który podjął się takiego zadania jest Mark Skousen. Pierwsze wydanie jego podręcznika ukazało się w 2000 roku i miało objętość 369 stron. Trzy kolejne poszerzone wydania ukazały się w latach 2008, 2010 i 2014 (wszystkie wydane przez Capital Press). To ostatnie, czwarte wydanie ma już 708 stron i stało się podstawą do polskiego tłumaczenia tego podręcznika. Logika ekonomii Marka Skousena wydana została po polsku w kwietniu 2015 roku przez Fijorr Publishing. Przed tym jak skomentuję i opiszę Logikę ekonomii Marka Skousena chciałbym napisać kilka uwag ogólnych.

 Doświadczenie studenta i praktyka

Wtedy, kiedy Patrick Jake O’Rourke pisał Wykończyć bogatych, książkę, którą naprawdę warto przeczytać, którą polecam swoim studentom, Logika ekonomii Marka Skousena nie była jeszcze dostępna. Myślę, że gdyby O’Rourke ją przeczytał to nie miałby tak krytycznego stosunku do podręczników ekonomii. By zachęcić do przeczytania książki O’Rourke pozwolę sobie zacytować jej fragmenty, odnoszące się do kwestii nauczania ekonomii i podręczników ekonomii. O’Rourke uczciwie przyznaje się, że „w sprawach ekonomii jestem zielony, jak każdy. Nie intereso­wałem się nią jako dziecko, bo dzieciaki po prostu nią się nie zaj­mują. … Na studiach również nie interesowałem się ekonomią. Utożsamiałem się ze wspaniałą tradycją akademickiej cyganerii obejmującą XV-wiecz­ne szaleństwa Franciszka Villona i dzisiejsze turnee rock n’rollowego zespołu „Phish”. Dla uniwersyteckich nonkonformistów nie ma nic bardziej żałosnego niż chodzenie na zajęcia z biznesu. … Wszyscy byliśmy ponad to. Studiowaliśmy literaturę, antropolo­gię i technikę wyrobu ceramiki. Poszukiwaliśmy, dociekaliśmy, rośli­śmy – choć przede wszystkim, w zależności od płci, rosły nam baki na policzkach albo włosy na nogach. Nie postało nam w głowie, że prawdziwymi intelektualistami były owe kujony, które biegały na wykłady z ekonomii. Nigdy nie uświadomiliśmy sobie, że borykanie się z koncepcją zagregowanej podaży i popytu było zadaniem ambit­niejszym, niż pisanie pracy na temat „Wpływu cool jazzu na poezję Edgara Allana Poe”. To, czym oni się zajmowali, było nie tylko trud­niejsze do zrozumienia niż teorie Margaret Mead na temat życia ero­tycznego na wyspach Polinezji, ale i dalece ważniejsze. Istnieje led­wie kilka rzeczy, które są rzeczywistym motorem życia. Nieglazuro­wana ceramika w żadnym razie się do nich nie zalicza. … idee ekonomiczne zupełnie nas nie interesowały. Praw­dę mówiąc, studentom ekonomii też były one obojętne. Ekonomia nie była przedmiotem, który wybrali, bo zafascynowała ich elegancja za­leżności ekonomicznych, albo dlatego, że bez działalności gospodar­czej ludzkość nie mogłaby przetrwać. Poszli studiować ekonomię (i po­tem o niej zapomnieli), żeby bez trudu znaleźć pracę u kogoś, kto kie­dyś również poszedł studiować ekonomię (i wszystko zapomniał).”

Po studiach O’Rourke został dziennikarzem i wiele podróżował po świecie, ale jak sam pisze „nadal ignorowałem zasady ekonomii, mimo że miałem legitymację prasową i styczność z najdonioślejszy­mi wydarzeniami ekonomicznymi XX wieku”. Pewien przełom w myśleniu O’Rourke nastąpił w latach siedemdziesiątych, kiedy (jak on to ujął) „ekonomia zmienia­ła się równie często, jak zmieniało się wówczas seksualnych partne­rów”. Były to czasy kiedy „największymi mocarstwami świata kierowała grupa wy­jątkowych ekonomicznych głupków: Nixon, Carter, Mao, Harold Wilson, George Pompidou, Leonid Breżniew”. Dziwnym jednak trafem O’Rourke, mimo, iż zdał sobie nawet sprawę z tego, że „pieniądze mają to samo znacze­nie dla polityków, co drzewo eukaliptusowe dla misia koala. Służą im za jedzenie, wodę, dom i coś, na co leją”, nie wytrwał w poszerzeniu swej wiedzy o gospodarce i ekonomii. Kiedy w latach dziewięćdzie­siątych pracował jako międzynarodowy kores­pondent zdecydował o powrocie do „studenckich pod­ręczników do ekonomii, żeby coś z tego pojąć”. Jednakże, jak pisze, także i wtedy „ponownie i z nie mniejszą siłą dopadło [go] dawne bitnikowskie uprzedzenie. Tym razem jednak nie dotyczyło ono studentów biznesu, ale autorów podręczników, z których musieli się uczyć. Wyszło na jaw, że profe­sorzy ekonomii również są ekonomicznymi idiotami”.

Szybko doszedł do wniosku, że można „doznać szoku, gdy jako dorośli przeglądamy podręcz­niki do ekonomii. … Pisane są infantylnie i jednocześnie niezrozumiale, ­bajeczka dla dzieci napisana stylem kultowego dramatopisarza. Ton podręczników jest pomieszaniem protekcjonalności rzecznika prezy­denta i luzactwa Clintona. Profesorska błyskotliwość jest nudniejsza niż profesorski wykład, potrafi zanudzić na śmierć, aby tylko wyka­zać profesorską ważność. Żadnego prawa ekonomicznego, nawet rów­nie prostego jak to: „Kiedy czegoś jest więcej, kosztuje mniej”, nie można przedstawić bez rozbudowanych wykresów, które następnie tłumaczy się rebusami, pełnymi dziwacznych znaków i symboli. Ina­czej w oczach profanów nauki ekonomiczne nie wydawałaby się rów­nie głębokie i tajemnicze, co chemia organiczna”.

Naturalnie O’Rourke interesuje się najpopularniejszym wówczas podręcznikiem, czyli Ekonomią Samuelsona i Nordhausa (pierwsze wydanie podręcznika Samuelsona ukazało się w 1948 roku). Kiedy przeczytał ten podręcznik doznał kolejnego szoku. Zdaniem O’Rourke „profesor Samuelson … okazuje się niemal takim samym głupkiem, jak ja i moi koledzy w latach 60. Marks był najbardziej wpływowym i spo­strzegawczym ze wszystkich krytyków ekonomii wolnorynkowej ­czytamy na stronie siódmej. Wpływowym? Zgoda. Niewiele brako­wało, żeby doprowadził do III wojny światowej. Ale spostrzegawczy? Samuelson ciągnie dalej: Marks mylił się w wielu sprawach (…) ale to nie pomniejsza jego statusu ważnego ekonomisty. A co pomniejszy­łoby? To, że mylił się w wielu sprawach – czy to, że zrobił dziecko opiekunce do dziecka?”

O’Rourke przeglądał też inne podręczniki, wiele z nich „to, co zawierają nie jest już w tak oczywisty sposób niesłuszne, ale to, co głoszą, nie jest bynajmniej bezdyskusyjne”. Jako przykład swoistego stylu pisania O’Rourke podaje trzy pierwsze zdania z Ma­croekonomics (Makroekonomii) Davida C. Colandera, którą to książkę podarował mu sąsiad, Eric Owen, uczęszczający na wykłady z ekonomii na Uniwersytecie New Hampshire: „Kiedy artysta patrzy na świat, widzi kolory. Kiedy muzyk patrzy na świat, słyszy muzykę. Kiedy ekonomi­sta patrzy na świat, widzi symfonię zysków i strat” O’Rourke komentuje to w swój swoisty sposób: „No nie, niech ktoś zmieni płytę, bardzo proszę…”

Jak zauważa O’Rourke: „Ekonomiści uważają, że przedmiotem ich badań są produkcja, dystrybucja i konsumpcja. Produkcja wymaga jednak rzeczywistych umiejętności, zatem nie mogą jej uczyć profesorowie ekonomii, po­nieważ musieliby wiedzieć, jak się do tego zabrać. Konsumpcja nato­miast jest nader prywatną sprawą. Dotyczy wszak papieru toaletowe­go, prezerwatyw, mrożonej pizzy, którą wyjada się w środku nocy prosto z mikrofalówki, lub papierosów ukrytych w garażu przed żoną, która jest przekonana, że rzuciłeś palenie. Dlatego nauki ekonomicz­ne wolą koncentrować się na dystrybucji. Kiedy ekonomiści mówią o dystrybucji, mają na myśli dystrybucję wszystkiego, nie tylko goto­wych produktów, takich jak pizza i mikrofalówki do ich rozmrażania. Istnieje jeszcze dystrybucja surowców, np. nasion i nawozów do pro­dukcji dodatków do pizzy, produktów petrochemicznych niezbędnych do wytworzenia plastikowych opakowań, w których podgrzewa się je­dzenie w mikrofalówkach. Jest też dystrybucja pracy, czyli wysiłku po­trzebnego do zamrożenia wszystkich pizz i zbudowania mikrofalówek. Na koniec zaś dystrybucja kapitału, czyli pieniędzy koniecznych dla zakupienia plastikowych laminatów i reklamowania pizzy, która sma­kuje jak ów laminat”.

Jak wiele jest słuszności w spostrzeżeniu O’Rourke, że „studiowanie ekonomii polega na zgłębia­niu dwóch dziedzin, nauki ekonomiczne dzielą się bowiem na mi­kro- i makroekonomię. Mikroekonomia zajmuje się zachowaniami indywidualnymi, makroekonomia natomiast bada je jako całość. Ozna­cza to, że w przypadku mikroekonomii ekonomiści mylą się w indy­widualnych przypadkach, a w przypadku makroekonomii mylą się generalnie. Technicznie rzecz biorąc, mikroekonomia dotyczy pie­niędzy, których nie mamy, a makroekonomia, tych, których brakuje rządowi”.

Marka Skousena Logika ekonomii

Intencją Skousena było napisanie podręcznika do nauczania podstaw ekonomii, tak by używając prostego, komunikatywnego języka, ale jednocześnie starając się przedstawić problematykę gospodarczą w sposób spójny i nie unikając podkreślania złożoności zjawisk gospodarczych, zachęcić studentów do poznania mechanizmów i zjawisk gospodarczych. Ten zamysł udał się mu w pełni. W większości podręczników brak jest odwołań do codziennego doświadczenia czytelników. Skousen idzie inną drogą, w naturalny sposób dyskutując o skomplikowanych problemach ekonomicznych odwołuje się do niemalże codziennych, współczesnych zjawisk gospodarczych.

Mimo, że we Wstępie pisze, że w książce przedstawione będą problemy mikroekonomiczne (Część II: Mikroekonomia i teoria popytu i podaży) oraz makroekonomiczne (Część III: Makroekonomia) to analizując szczegółowe zagadnienie, Skousen nie trzyma się sztywno podziału na mikroekonomię i makroekonomię i bardzo często w tym samym podrozdziale obie perspektywy wzajemnie się uzupełniają.

Trzy pierwsze rozdziały, składające się na część pierwszą, są doskonałą zachętą do studiowania ekonomii i zapoznania się z pozostałymi trzema częściami tej książki, jednocześnie są zachętą do samodzielnego poznawania zjawisk ekonomicznych, już na poziomie zaawansowanym. Przede wszystkim postarano się dać odpowiedź na podstawowe pytania analizy ekonomicznej: co motywuje aktywność ekonomiczną, w jaki sposób tworzy się (lub niszczy) bogactwo oraz w jaki sposób może wzrosnąć (lub spaść) standard życia.

Choć sam Skousen o tym nie pisze, to wydaje mi się, że kontynuuje on myśl Frédérica Bastiata, którą zawarł w opublikowanych w 1850 roku Harmoniach ekonomicznych, i wiele uwagi poświęca on problemowi jak to się dzieje, że „konsumenci, pracownicy, właściciele ziemi i nieruchomości oraz kapitaliści”, pracując indywidualnie, wspólnie tworzą dobrobyt. Przedstawiając te zagadnienia zwykle dodawany jest komentarz o roli rządu, o tym w jakim stopniu rząd może pomóc lub utrudnić działalność gospodarczą. Skousen stwierdza, że w największym skrócie można powiedzieć, że „ekonomia interesuje się bogactwem, dochodem, decyzjami, bodźcami, poziomem życia i wzrostem, a więc tematami dla wszystkich niezwykle istotnymi”. Po zwróceniu uwagi na szczególne cechy gospodarowania (‘ograniczoność czasu i zasobów, niepewność przyszłości, konieczność pracy i różnorodność popytu konsumpcyjnego’) Skousen przedstawia prosty, „zdroworozsądkowy model zachowań gospodarczych i satysfakcji konsumentów”. W modelu tym pokazano jak zaspokojenie potrzeb materialnych i usług dokonuje się w kolejnych etapach aktywności gospodarczej (zasoby, produkcja, dystrybucja, konsumpcja/inwestycja).

W kolejnych dziesięciu rozdziałach przedstawiono problemy tradycyjnie zaliczane do mikroekonomii, mianowicie teorii popytu konsumpcyjnego i sposobom zaspokajania tego popytu przez producentów. Skousen nie tylko zwraca uwagę na to, że czymś naturalnym jest oczekiwanie producentów, że w długim okresie przychody zwykle przewyższają koszty, ale podkreśla, że by to oczekiwanie zrealizować każda z firm „powinna współpracować z wieloma interesariuszami, ustalać odpowiednie ceny, kontrolować koszty i dostosowywać się do nowych wymogów konkurencji i rynku”. Ważną cechą zastosowanego podejścia jest to, że analiza zjawisk na poziomie mikroekonomicznym zaczyna się od rachunku zysków i strat przedsiębiorstwa. Dzięki temu zwraca się uwagę na dynamikę zachowania firmy, a nie (jak to jest zwykle przedstawiane w ‘tradycyjnych’ podręcznikach ekonomii) skupia się uwagę na określenie warunków osiągniecia stanu równowagi. Analiza rachunku zysków i strat staje się punktem wyjścia do wprowadzenia pojęć popytu i podaży na poszczególne dobra i usługi. W odbiegający od tradycyjnego podejścia podręcznikowego, Skousen omawia potrzeby konsumentów, to w jaki sposób zmieniają się ich gusta, jak reagują na zmiany cen, w jaki sposób potrzeby konsumentów spełniane są przez dostawców, w jaki sposób aktywność przedsiębiorców stale zaburza sytuację, jak tworzone są nowe dobra oraz „jak ziemia, praca, kapitał i przedsiębiorczość współpracują w celu zaspokojenia potrzeb konsumentów”. Autor podkreśla też, że o ile współpraca jest niezbędna, to równie istotne jest zrozumienie konfliktów i problemów jakie pojawiają się pomiędzy właścicielami ziemskimi, robotnikami i kapitalistami. W kolejnych rozdziałach analizowane są również rożne stopnie konkurencji i monopolu. Jeden rozdział poświęcony jest analizie roli przedsiębiorczości w rozwoju gospodarczym. Wiele uwagi poświęca Skousen analizie procesów finansowych, rynkom akcji i obligacji.

W kolejnych pięciu rozdziałach Skousen skupia się na analizie tego w jaki sposób gospodarka działa jako całość, czyli przedstawia problemy tradycyjnie zaliczane do makroekonomii. Opisuje Zagregowaną Strukturę Produkcji oraz przedstawia rożne sposoby mierzenia aktywności gospodarczej (np. Nakłady Krajowe Brutto (NKB), wydatki pośrednie (WP), Produkt Krajowy Brutto (PKB), Dochód Narodowy (DN)). Wprowadzając ‘udoskonaloną wersję Zagregowanej Podaży i Popytu’, Skousen stara się podkreślić kluczową rolę stóp procentowych dla dążenia do makroekonomicznej równowagi i osiągnięcia wzrostu gospodarczego. Naturalnie Skousen opisuje obszary tradycyjnie przypisywane analizie makroekonomicznej jak inflacja, pieniądz, czy system bankowy, czyni to jednak w sposób odbiegający od tradycyjnie używanego w podręcznikach ekonomii. Zainteresowaniu się tego typu problemami makroekonomicznymi sprzyjają zarówno sposób prezentacji (zwłaszcza komunikatywny język) jak i liczne ‘przykłady z życia gospodarczego’.

Kolejne 8 rozdziałów poświęcone jest polityce rządu i wpływowi tej polityki na rozwój gospodarczy. Na początku tej czwartek części Skousen przedstawia rozważania teoretyczne (ilustrowane licznymi przykładami z życia gospodarczego), a dopiero po tym odnosi się do sfery polityki rządu.  Ponadto, biorąc pod uwagę to w jakim ogromnym zakresie współczesne rządy wpływają na rozwój gospodarczy, zawarcie tej problematyki w podręczniku do podstaw ekonomii wydaje się w pełni uzasadnione. Odpowiednie przedstawienie tej problematyki może być także pomocne w zrozumieniu, i krytycznej analizie, publikacji w tzw. massmediach (prasa, telewizja, radio, internet). Skousen stara się odpowiedzieć na tak ważne pytania jak: które z funkcji państwa są uzasadnione, jaką rolę pełni rząd w polityce pieniężnej. W kolejnych rozdziałach Mark Skousen przedstawia teorią i praktykę opodatkowania, długu narodowego i wydatków finansowanych z deficytu, opisuje wpływ polityki fiskalnej i monetarnej rządów na inflację, recesję i cykl koniunkturalny. W tej części podręcznika widać wyraźnie osobisty, krytyczny stosunek Skousena do dominującego myślenia polityków, ekonomistów, ale także i wielu przedsiębiorców, opartego na ekonomii keynesowskiej. W kilku rozdziałach Mark Skousen zajmuje się także regulacjami rządowymi mającymi wpływ na stan środowiska naturalnego, handel międzynarodowy, rolnictwo, mieszkalnictwo i przedsiębiorczość.

 W ostatnim, dwudziestym ósmym rozdziale, zatytułowanym ‘Co robią ekonomiści?’ Mark Skousen zauważa, że ekonomia rozszerzyła swoje wpływy poza politykę rządu, ma istotny wpływ na ‘świat wielkich finansów, zarządzanie przedsiębiorstwem, prawo, kryminologię, socjologię, religię i inne dyscypliny’. Celem tego rozdziału jest też pokazanie wglądu w zawód ekonomisty osobom zainteresowanym taką karierą. Skousen zadaje pytanie ‘Czy powinieneś studiować ekonomię?’ i dalej pisze: „Zachęcam do tego z kilku powodów. To studia o szerokim zakresie dotykające wielu obszarów zainteresowań, w tym matematyki, statystyki, pieniądza, rynku akcji, biznesu, dziennikarstwa i polityki. Ekonomia może ci się przydać w twojej karierze, nawet jeśli zdecydujesz się robić coś innego”.

W jednym z podrozdziałów, Skousen przestawia siedem podstawowych reguł, których zastosowane do różnych problemów, może zmienić świat. Skousen nazywa je ‘siedmioma potężnymi narzędziami ekonomii’. Narzędzia te stale przewijały się w książce przy okazji dyskusji różnorakich problemów. Wymieńmy może je tylko, a ich krótki opis można znaleźć w Logice ekonomii na str. 750-3: 1. Odpowiedzialność. 2. Oszczędzanie i analiza kosztów i korzyści 3. Oszczędności i inwestycje. 4. Bodźce. 5. Konkurencja i wybór. 6. Przedsiębiorczość i innowacje 7. Opiekuńczość.

 Warto też zwrócić uwagę, że każdy rozdział Logiki ekonomii kończy się w podobny, interesujący sposób, mianowicie po dyskusji specyficznego problemu w danym rozdziale, przedstawione jest ‘Podsumowanie’ oraz lista ważnych terminów użytych w tym rozdziale. Po tym przedstawiane są sylwetki znanych ekonomistów, którzy wnieśli duży wkład w rozwój problematyki poruszanej w danym rozdziale (ta cześć nazywana jest ‘Wpływowi ekonomiści’). Na samym końcu każdego rozdziału przedstawiana jest lista problemów do rozważenia oraz zalecana literatura do dalszego studiowania.

Zarówno w wydaniu polskim, jak i w wydaniu amerykańskim spis treści jest bardzo krótki, ogranicza się do tytułów rozdziałów. Wydaje mi się, że pożytecznym byłoby przedstawienie bardziej szczegółowego spisu treści (dostępny tutaj), co zaproponowałem wydawcy polskiego tłumaczenia tego podręcznika). Taki przegląd poruszanej problematyki, bez konieczności dłuższego wertowania podręcznika, mógłby być dobrą zachętą do podjęcia systematycznego studiowania Logiki ekonomii Marka Skousena. Warto przeczytać tytuły poszczególnych sekcji w każdym rozdziale, bo daje to ogólny pogląd o treści tego podręcznika i pozwala sobie wyrobić opinię o tym jak różny jest ten podręcznik od innych, standardowo używanych na polskich uniwersytetach.

 Polecam Logikę ekonomii Marka Skousena wszystkim – studentom, nauczycielom, każdemu zainteresowanemu poznaniu istoty zjawisk gospodarczych. To będzie logiczny wybór.

 

PS Kilka tygodni temu, zaproponowałem ten tekst do opublikowania na jednym z popularnych portali poruszających problemy ekonomiczne. Nie został zaakceptowany i to rozumiem, taka wola wydawcy. Ciekawa była jednak argumentacja. Początkowy tekst, który przesłałem, był znacznie dłuższy (pisałem tam m.in. o podręczniku Wiesława Sameckiego pt. Wprowadzenie do ekonomiki i o opublikowanej w 1896 roku Logice Ekonomii Zygmunta Herynga). Pan Redaktor napisał wtedy: „Przeczytałem Pana artykuł, ale przyznam że mam z nim spory kłopot. Nie wiem bowiem jaka jest właściwie jego teza. W tej chwili jest to luźno powiązana opowieść o pracach kilku ekonomistów, ale dlaczego akurat o tych, dlaczego teraz? Jakimś punktem wyjścia mogłoby być wydanie książki Skousena, ale to też słabe, bo praca nie jest nowa. … tekst jest 3 razy dłuższy niż nasze publikacje. Nie skupi Pan uwagi … w sytuacji gdy ludziom wystarcza 140 znaków.”

Pomyślałem, ‘dobrze skrócę tekst ’ i wysłałem go w takiej postaci jaką zamieszczam tutaj. W odpowiedzi mogłem przeczytać m.in.: „Tekst artykułu nie może zaczynać się od  zdania, że się coś wydarzyło kilkanaście lat temu. Nowością jest jak rozumiem fakt, że wreszcie ukazała się książka Skousena. U nas nowa, ale to na Boga czwarte wydanie, wiec nie nowa. Jej cechy opisuje Pan dopiero potem, a pierwszą połowę teksu poświęca Pan innemu bohaterowi, O’Rource. Dlaczego wiec zaczyna Pan od Skousena skoro uznaje ze najpierw trzeba opowiedzieć o kimś innym? … Nie robimy zachęt do studiowania jakichś fragmentów ekonomii tylko na zasadzie, że to ważne. Zbyt wiele rzeczy jest ważnych.” 

Co jakiś czas na uczelniach i w instytutach badawczych przeprowadzana jest tzw. okresowa ocena pracowników naukowych. Niby nic nowego, coś naturalnego, coś co powinno być przedmiotem działań każdej jednostki wobec swoich pracowników. Ocenie poddawany byłem od początku swoje pracy. Wyglądało to zwykle tak, że przekazywałem zwierzchnikowi spisane to co w ostatnim okresie zrobiłem (często w formie ankiety), zbierała się komisja ds. oceny i dokonywała takowej oceny (biorąc także pod uwagę subiektywne zdanie zwierzchników, jak i członków komisji). Jednakże w ostatnim okresie dotknęła nas mania wskaźników i chęci tzw. obiektywnej oceny ilościowej. Powstają różnego rodzaju regulaminy ‘oceny pracownika naukowego’ w których każda aktywność jest wyceniana w punktach, potem te punkty są sumowane i jeśli się nie przekroczy pewnego progu punktowego to ocena jest negatywna. Jednym z elementów oceny pracownika naukowego jest ocena jego dorobku publikacyjnego. Przyznaje się punkty za opublikowanie w różnych czasopismach naukowych, a w tym celu Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego tworzy różnego rodzaju wykazy czasopism naukowych. Uwzględnia się w tych ocenach różnego rodzaju miary bibliograficzne, np. impact factor, indeks Hirscha.

Nawiasem mówiąc, tego rodzaju miary, czy tzw. lista filadelfijska (ISI Master Journal List)  powstały nie po to by dokonywać oceny pracowników, a z pobudek badawczych, z chęci poznania samego procesu publikacji wyników badań naukowych. Twórcy tych wskaźników nie myśleli by używać ich do oceny indywidualnych osiągnieć pracowników naukowych. Dopiero potem różnej maści biurokraci rzucili się na tego typu  koncepcje by użyć je do tzw. obiektywnej oceny pracownika naukowego.

W ten sposób powstaje swego rodzaju przymus publikowania, który sam w sobie nie jest zły, jeśli tylko wynika z wewnętrznej potrzeby naukowca, by podzielić się swoimi wynikami badawczymi. Niestety obecnie przeradza się to w patologiczną zasadę Publish or perish (publikuj albo zgiń). Naturalnie nie jest to zjawisko nowe. Kiedy w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku zaczynałem tzw. karierę naukową zasada ta była już obecna. Już wtedy doświadczaliśmy zalewu publikacji naukowych o wątpliwej wartości; do tego stopnia było to już wtedy dokuczliwe, że odczuwaliśmy pewne problemy ze znalezieniem dobrych publikacji w ogromie wszystkich publikacji (internetu i wyszukiwarek wtedy nie było!). Zajmowaliśmy się wtedy modelowaniem procesów ewolucyjnych i to wtedy pojawił się postulat, do którego coraz częściej wracam, który, jak nam się wydawało, mógłby uzdrowić sytuację. Mianowicie należałoby przyjąć by w czasie swojego życia naukowego, każdy mógł opublikować pewną ograniczoną liczbę publikacji (np. trzy, może pięć), osobistą decyzją naukowca byłoby kiedy takowe opublikować (Karol Darwin pracował nad swym podstawowym dziełem  O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego  ponad 20 lat, od 1838 roku, i pracowałby może jeszcze długo, gdyby nie zmuszono go do opublikowania tej książki w 1859 r.).

Takie ocenianie oparte na wskaźnikach zwykle kończy się ‘zabawą w złodziei i policjantów’. Kiedy w pierwszym okresie wprowadzania takiej oceny liczyła się liczba publikacji to reakcją środowiska naukowego było pojawienie się ogromnej liczby czasopism gdzie  można było publikować (bardzo często artykuły wątpliwej jakości, jak wtedy nazywaliśmy, ‘przyczynkarskie’). Kiedy okazało się, że ci sprytni nie tyle w prowadzeniu dobrych badań, co w publikowaniu ‘szybko i dużo’, najbardziej na tym zyskiwali (często w finansowym wymiarze), zmieniono wskaźniki i nie tyle liczba publikacji a liczba cytowań stała się podstawą dobrej oceny. Równie szybko środowisko ‘sprytnych naukowców’ znalazło na to sposób – zaczęły powstawać ‘spółdzielnie’, których członkowie wzajemnie się cytowali (niezależnie od tego czy mieli ku temu merytoryczne powody czy nie). Kiedy uświadomiono sobie ten proceder spróbowano kolejny raz ‘uszczelnić’ system oceniania i zaczęto zwracać uwagę na jakość tych cytowani i uwzględniać tzw. impact factor czasopism w których publikowano i cytowano. Cóż się okazało?  Redakcje czasopism by zadbać o wzrost znaczenia danego czasopisma, w uwagach do recenzji artykułów przesyłanych do publikacji, sugerowali, że problematyka ta już wcześniej poruszana była na łamach tego czasopisma i dobrze byłoby zamieścić odnośniki do pewnych artykułów wcześniej opublikowanych (niekiedy dochodzi to sugerowania cytowania konkretnych osób z kręgu danego czasopisma). Proszę mi wierzyć, ta ‘zabawa’ nigdy się nie skończy – na kolejne próby ‘uszczelniania’ systemu zawsze znajdą się sposoby ominięcia ograniczeń. Póki ocena nie będzie oparta wzajemnych relacjach, na swego rodzaju samouzgodnieniu opinii, na zdrowych, ludzkich zasadach krytycznej dyskusji i subiektywnej oceny każdego zaangażowanego w proces, póty nie będzie dobrze. Póki nie wrócimy do moralnych zasad wypływających z potrzeby uczciwego ocenienia tego co robią inni i wykluczania ze społeczności tych nieuczciwych, póty nie nastąpi poprawa w jakości publikacji i jakości prowadzonych badań naukowych. Zapomnieliśmy co to jest honorowe zachowanie, nie doceniamy zasady ostracyzmu – nie doceniamy siły wykluczenia ze środowiska osoby nieuczciwej, zachowującej się nagannie.

Kiedy tak wracam myślami do początków mojej pracy na uczelni, to dochodzę do wniosku, że pewien przymus publikowania jest dobry w pewnym wieku, wtedy jak młody naukowiec rozwija się, kiedy ma ogromną energię i potencjał intelektualny. Sam tego doświadczyłem kiedy starałem się sporo publikować po angielsku w miarę dobrych czasopismach zachodnich. Ta młodzieńcza pasja wynika z chęci samorealizacji, własnego zadowolenia z tego, że coś się poznało i zrobiło, ale także z pewnego młodzieńczego przekonania, że ‘zawojuje się  świat’, będzie się znanym w środowisku, będzie się brało udział w dyskusjach z tymi najlepszymi i najbardziej znanymi.  I to jest prawda, taka aktywność wtedy jest bardzo ważna. Tego typu stosunek do wykonywanej pracy wydaje mi się bardzo ważnym mechanizmem ‘napędzającym’ rozwój nauki.

Jednakże, powoli dochodzę do wniosku, że kiedy człowiek staje się bardziej doświadczonym, starszym (a może nawet starym), kiedy zaczyna patrzeć na świat trochę z innej perspektywy, to zaczyna dominować w nim przekonanie, że znacznie więcej jest do zrobienia ‘tu i teraz’ (w Polsce, we Wrocławiu, w najbliższym otoczeniu), że należy być aktywnym po to by przede wszystkim kształtować myślenie młodego pokolenia. W tej sytuacji publikowanie po angielsku, w najlepszych czasopismach staje się już mniej ważne (sam tego doświadczyłem i doświadczam, choć nadal staram się by od czasu do czasu coś tam opublikować). Dochodzę do wniosku (używając marksistowskiego określenia), że nadbudowa staje się ważniejsza. Tyczy się to zwłaszcza nauk społecznych, w tym ekonomii. Ukształtowanie młodego człowieka, młodego pokolenia, pokazanie alternatyw, nauczenie krytycznego myślenia,  będzie skutkowało w przyszłości, będzie miało wpływ na wiele lat, na zachowanie się kolejnego pokolenia. Kontakt z młodymi, współpraca z organizacjami młodych, wykłady i udział w panelach organizowanych przez młodych są w tej sytuacji znacznie ważniejsze. Dlatego współpracuję i na tyle na ile mogę wspieram działanie młodych ludzi związanych np. z Instytutem Misesa, PAFERE, KoLibra, uczestniczę w pracach Olimpiady Wiedzy Ekonomicznej, czy biorę udział w Festiwalach Nauki.

Ważny (a może ważniejszy) staje się innego rodzaju ‘impact factor’, ten subiektywny, budowany dla mnie, pozwalający mi ocenić na ile moje działania są ważne dla mojego bliskiego i dalszego otoczenia.  Ten oficjalny  ‘impact factor’  jest naturalnie też ważny, ale wydaje mi się, że znacznie mniej ważny niż dawniej. Przyznam się, że teraz nie odczuwam takiego imperatywu jaki odczuwałem dawniej: jechać na tę czy inną konferencję zagraniczną, opublikować w dobrym czasopiśmie zagranicznym. Oczywiście staram się, ale świadomie staje się to dla mnie mniej ważne. Dochodzę często do wniosku, że może lepiej opublikować coś po polsku, nawet w mniej znanym, w skali międzynarodowej, czasopiśmie, ale dostępnym dla szerokiego grona polskich czytelników.  Artykuł taki staje się niekiedy podstawą do późniejszych wystąpień, udziału w panelach dyskusyjnych i spotkań z młodymi ludźmi.

Gdyby dzisiaj żył Adam Smith, ten Szkot, pracujący w Edynburgu w XVIII wieku, który w swoim życiu napisał ledwie dwie książki, to z pewnością oceniony byłby negatywnie przez współczesne komisje uniwersyteckie.  Nad swoim podstawowym dziełem, Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów (1776), Adam Smith pracował 10 lat. Jaki współczesny uniwersytet pozwoliłby na tego typu nieproduktywność?  

Jak zadbać o edukację ekonomiczną młodego pokolenia i uwolnić przedsiębiorczą energię Polaków? Takie pytanie postawili sobie pracownicy i współpracownicy Instytutu Misesa i w odpowiedzi zaproponowali realizację projektu ‘Wolna przedsiębiorczość. Dzisiaj w szkołach – jutro w gospodarce’. Zamierzeniem jest stworzenie ‘przełomowego, bezpłatnego zestawu do przedmiotu Podstawy przedsiębiorczości dla szkół średnich’. Wydaje mi się, że warto wesprzeć realizację tego projektu, bo może dzięki temu projektowi poprawi się edukacja ekonomiczna młodego pokolenia, pokolenia, które za kilka, kilkanaście lat będzie kształtowało to co będzie się dziać w Polsce. Projekt Wolna przedsiębiorczość jest działaniem długookresowym, niezwiązanym z jakąkolwiek koniunkturalną działalnością, cechującą zwłaszcza polityków myślących przede wszystkim o wygraniu następnych wyborów, a nie o tym co będzie za lat kilkanaście, czy kilkadziesiąt. Pierwsze wersje, niektórych rozdziałów planowanego podręcznika są już dostępne, np. tutaj.  

Autorzy projektu podają wiele przykładów błędów jakie znaleźli w oficjalnych podręcznikach do przedsiębiorczości. Pozwolę sobie poniżej dodać coś ze swej strony i przedstawić tylko niektóre informacje i fakty świadczące o tym jak fatalny jest poziom wiedzy na temat gospodarki oraz jak słaba jest znajomość choćby podstawowych pojęć z ekonomii w Polsce. Zacznijmy od krótkiej sondy, w której przypadkowych ludzi zapytano „Z czym kojarzy się Panu-Pani słowo PRZEDSIĘBIORCZOŚĆ?” Dwuminutowy filmik można obejrzeć tutaj

Aleksander Piński w artykule Lekcja socjalizmu (opublikowanym w numerze 22/2008 w tygodniku Wprost, wtedy kiedy jeszcze Wprost dał się czytać i miał kilku doskonałych autorów piszących na tematy gospodarcze i ekonomiczne), podaje wiele przykładów jak źle nauczani są podstaw ekonomii i przedsiębiorczości uczniowie w szkołach. Co ciekawsze problem ten nie jest czymś specyficznym dla Polski. Stefan Theil z Foreign Policy przeanalizował to jak się naucza się przedsiębiorczości i podstaw ekonomii w szkołach we Francji i Niemczech. W styczniu 2008 roku Theil stwierdził, że ‘miliony europejskich dzieci są poddawane indoktrynacji, są dezinformowane i zniechęcane do wolnego rynku”. Podobnym tropem poszedł Aleksander Piński, który przejrzał polskie podręczniki dla gimnazjów i szkół średnich. Zacytujmy co ciekawsze fragmenty z artykułu Pińskiego: „Młodzi Polacy obowiązkowy poziom edukacji mogą zakończyć z przekonaniem, że bycie przedsiębiorcą polega na wypełnianiu testów osobowości rodem z kolorowych pism, PIT-ów albo druków dla ZUS. … Przyszli pracownicy zostają … poinstruowani o zaletach przystąpienia do związków zawodowych, postraszeni widmem bezrobocia i pouczeni o zbawiennym wpływie opieki państwa, która ochroni ich przed wyzyskiwaczami. Ekonomiczne aspekty naszego członkostwa w Unii Europejskiej są przedstawiane wyłącznie w superlatywach. … w 2002 r. wprowadzono do szkół ponadgimnazjalnych obowiązkowy przedmiot – podstawy przedsiębiorczości. … W podręczniku „Działam aktywnie. Wychowanie do aktywnego udziału w życiu gospodarczym” Anny Dubieckiej, Zbigniewa Góralewicza i Piotra Piskorskiego gimnazjalistów do przedsiębiorczości zachęca na przykład Grażyna Kozyro, kierownik Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Chełmku. Radzi ona, aby dzieci odwiedziły lokalny ośrodek pomocy społecznej i dowiedziały się, jak państwo pomaga biednym. Uczniowie wyczytają też, że „gospodarka rynkowa powoduje bezrobocie”. Nie ma ani słowa o tym, że kraje, w których udział państwa w gospodarce jest najmniejszy, gdzie podatki i pozapłacowe koszty pracy są niskie, bezrobocie jest niewielkie i dotyczy głównie osób, które pracować nie chcą albo nie muszą (tzw. naturalny poziom bezrobocia). W „Podstawach przedsiębiorczości” Marii Bieleckiej, podręczniku dla uczniów liceów, zawodówek i innych szkół średnich, jeden z rozdziałów jest zatytułowany: „Czy należy korzystać z prawa zrzeszania się w związkach zawodowych?”. Autorka nie pozostawia pytania bez odpowiedzi: „Prawa człowieka nie zabezpieczają ludzi przed wyzyskiem, przed działaniem na ich szkodę przez pracodawców. Łatwo wyeliminować z zakładu niepokornych (…)”. Autorka ma także własną wizję dobrego pracodawcy: „Nie wykorzystuje pracowników do osiągania zysku tylko dla siebie”. Jej zdaniem, pracodawcy powinni się w swoich firmach podzielić władzą z pracownikami, ponieważ „demokracja w gospodarce potrzebna jest dla sprawiedliwego podziału dochodu”. …Naczelnym złem dla autorów podręczników jest postęp technologiczny, który – zdaniem większości z nich – odpowiada za wzrost bezrobocia. W jednej z książek uczniowie dostają zadanie, aby policzyć, ilu robotników pozbawiło pracy wynalezienie koparki. Wedle tej logiki, biorąc pod uwagę skalę postępu technologicznego i wzrostu wydajności pracy od początku XIX-wiecznej rewolucji przemysłowej, wszyscy żylibyśmy dziś z zasiłków. Inaczej kwestię bezrobocia wyjaśniają Barbara Stańda i Barbara Wierzbowska, autorki podręcznika dla szkół ponadgimnazjalnych „Bądź przedsiębiorczy”. Otóż za bezrobocie w Polsce odpowiadają aktywni zawodowo seniorzy („Wydłużenie wieku mobilności zawodowej powoduje blokowanie stanowisk pracy”). Osobną historią jest sposób prezentowania uczniom zagadnień ekonomicznych związanych z Unią Europejską. Na przykład w książce „Przedsiębiorczość bez tajemnic” Sylwestra Gregorczyka, Marii Romanowskiej, Agnieszki Sopińskiej i Piotra Wachowiaka wśród zadań mających utrwalić poznany materiał jest odpowiedź na pytanie: „Jakie korzyści daje obecność Polski w UE?”. O skutki negatywne nikt nie pyta, bo wedle autorów podręczników, ich – ex definitione – nie ma. Żaden uczeń w polskiej szkole nie dowie się na przykład, że za „wyrównywaniem” dochodów unijnych rolników kryją się wyższe o kilkadziesiąt procent ceny żywności, które ich rodzice płacą w sklepach … Trudno się w polskiej szkole publicznej dowiedzieć tego, że sukces na wolnym rynku zależy od pomysłowości, inicjatywy, pokonania konkurencji (która nie jest złem), czy takiego banału, że podstawowym celem biznesu jest wypracowanie zysku. Zapewne ma to związek z tym, że świat znany naszym nauczycielom nie ma nic wspólnego z wolnym rynkiem. Ten z nich, kto jest lepszy od swojego kolegi, i tak nie dostanie ani złotówki więcej, więc jak ma zrozumieć zalety konkurencji? Jak ma wytłumaczyć podopiecznym, że poza znaną mu sferą budżetową istnieje zupełnie inny świat?”

W ramach szerszej akcji pod hasłem „Matura to bzdura” młodzi ludzie przepytują innych młodych ludzi. W dwóch odcinakach (tutaj i tutaj) pt. ‘Podstawy przedsiębiorczości” pytają o podstawowe informacje odnośnie niektórych pojęć ekonomicznych, oraz ze znajomości podstawowych faktów z obecnego z życia społecznego. Oglądając te odcinki uśmiech, czy nawet śmiech, gości na twarzy, ale niestety jest to śmiech przez łzy.

Bardziej systematyczne badania dotyczące ‘świadomości i dojrzałość ekonomicznej nastolatków’ prowadzone są przez Instytut Badań Edukacyjnych. Wyniki tych badań (opisane np. tutaj) w pełni potwierdzają te obserwacje które przedstawiliśmy wcześniej.

Podobnie, co jakiś czas prowadzone badania przez różnego rodzaju instytucje pokazują mizerię wiedzy ekonomicznej Polaków. Wspomnijmy o dwóch takich badaniach. Kilka lat temu Fundacja Kronenberga sprawdziła stan wiedzy ekonomicznej Polaków i wyszło z nich np. że aż 62 proc. Polaków ocenia swoją wiedzę finansową słabo lub nawet bardzo słabo, 67 proc. nie wie, czym jest karta kredytowa.

Ciekawy raport (którym dysponuję, ale którego niestety nie znalazłem w sieci, dlatego pozwolę go sobie udostępnić tutaj) na temat ‘Wiedzy ekonomicznej mieszkańców Polski’ przedstawiło w 2006 roku Centrum Psychologii Ekonomicznej i Badań Decyzji, Wyższa Szkoła Przedsiębiorczości i Zarządzania im. Leona Koźmińskiego (obecnie Akademia Leona Koźmińskiego). Nie sposób tutaj omówić całości tego raportu, dlatego przytoczę tylko wyniki odpowiedzi na kilka pytań.

  1. Przedsiębiorczość jest to zarządzanie i bycie menedżerem w jakiejś firmie – 67,2% odpowiedziało, że zdecydowanie tak lub raczej tak, a jedynie 28,2%, że nie.
  2. Przedsiębiorczość jest to podejmowanie się różnych prac aby zarobić parę złotych – 66,2% odpowiedziało zdecydowanie tak lub raczej tak, 31,6%, że nie.
  3. O tym ile i na co Państwo wyda pieniędzy decyduje Narodowy Bank Polski – zdecydowanie tak lub raczej tak odpowiedziało 47,9%, nie 39%, trudno powiedzieć 13,1%.
  4. Aby zmniejszyć bezrobocie rząd powinien budować nowe zakłady i fabryki i zapewnić w nich miejsca pracy dla bezrobotnych – zdecydowanie tak lub raczej tak odpowiedziało 88% pytanych, a jedynie 10,9% odpowiedziało nie.
  5. Aby podnieść poziom najniższych zarobków parlament powinien ustawowo zwiększyć wynagrodzenie minimalne – zdecydowanie tak, lub raczej tak odpowiedziało 90,4% pytanych, 7,5% odpowiedziało nie.
  6. Aby zwiększyć wydajność pracy należy zwiększyć wynagrodzenia pracownikom – 51,9% zdecydowanie tak, 42,2% raczej tak, a 4,4% nie.

Joanna Papuzińska przyjrzała się obrazowi przedsiębiorcy w polskiej literaturze ostatniego stulecia i opisała to w artykule ”Przedsiębiorca w literaturze czyli sukces potępiony„. Jak pisze ona w tym artykule: „nieodparcie dochodzę do wniosku, że bohater pracowity, energiczny i zamożny – jednym słowem, człowiek sukcesu – tylko pod jednym warunkiem może uzyskać akceptację autora. Mianowicie, jeśli porazi go jakaś niewyobrażalna klęska. … Klęskę osobistą ponosi Wokulski z „Lalki” Prusa, katastrofą kończą się działania młodych inwestorów z „Ziemi obiecanej” Reymonta. Klęska spotyka też wielce pracowitego Niechcica z „Nocy i dni” Dąbrowskiej.” Papuzińska przytacza dwa cytaty z „Przedwiośnia” Żeromskiego: „Para się przemysłem. Handluje. Bogacz. Spryciarz pierwszej klasy”, „…był progenitury szynkarskiej, czy małomiasteczkowo-paskarskiej, wskutek czego zawsze śmierdział pieniędzmi„.

Zdaniem Papuzińskiej, w podobnym duchu, jak np. były legionista, a późniejszy komunista, Władysław Broniewski, który pisał: „Tuczą się Łodzią tłuste Scheiblery…”, piszą też współcześni autorzy (‘młodzi gniewni’), którzy zwykle „przedstawiając ludzi zamożnych jako tłustych łysoli, w kosztownych garniturach, jeżdżących samochodami najlepszych marek. … Jak w najgorszych komunistycznych „agitkach”, demaskują z pasją bezwzględnych pracodawców, wyzyskujących personel, okrutnych egzekutorów długów, biadają nad dewastacją życia rodzinnego z powodu zaangażowania rodziców w tworzenie własnych firm. Właściwie wszystko, co kojarzy się już nie tylko z sukcesem, ale nawet z próbą sięgnięcia po sukces w biznesie jest przedmiotem potępienia”.

Papuzińska zwraca uwagę, że konsekwencją takiego obrazu przedsiębiorcy jest życzliwe traktowanie biedy i ubogich: „w naszej literaturze brak refleksji, obecnej np. w wiktoriańskiej (XIXw.) Anglii, gdzie rozróżniano ubogich zasługujących na wsparcie i takich, którzy na nie n i e zasługują. W polskiej literaturze bieda traktowana jest jak jakieś zrządzenie losu. Tak wygląda np. świat popegieerowski, np. w powieści Kazimierza Orłosia („Drewniane mosty”). Przyczyny ubóstwa tkwią w literaturze zawsze p o z a ubogimi.”

Dlatego dobrą ilustracją wniosków Joanny Papuzińskiej jest zamieszczony tam rysunek, który przedstawiam poniżej:

ChceBycBiednym

Przykładów słabej wiedzy Polaków i nieprawdziwego obrazu przedsiębiorczości można mnożyć. Kilkunastoletnie doświadczenie z nauczania podstaw przedsiębiorczości w polskich szkołach pokazują, że nie można liczyć na inicjatywę państwowych instytucji na to by sytuacja uległa poprawie. Dobrym zatem krokiem jest ‘wzięcie sprawy w swoje ręce’, jak to próbuje czynić Instytut Misesa. Dlatego wydaje mi się, ich projekt ‘Wolna przedsiębiorczość. Dzisiaj w szkołach – jutro w gospodarcewart jest wsparcia, także finansowego. 

Właśnie przeczytałem i wysłuchałem wypowiedzi kilku mądrali (Rosyjskie embargo może wzmocnić polskie rolnictwo) i tak sobie pomyślałem, gdzie oni byli parę miesięcy temu, kiedy to (niektórzy) rolnicy, wspomagani przez ministrów i premiera, upominali się o rekompensaty z kiesy państwowej i unijnej?

Wtedy trzeba było mieć odwagę powiedzieć, że to jest nieuczciwie i, że rolnicy powinni się zachować tak jak zachowują się prawdziwi przedsiębiorcy, spróbować przekuć  tę trudną sytuację w sukces. Przecież to jest naturalna i normalna sytuacja w gospodarce rynkowej, że pojawiają się nieoczekiwane, zaskakujące wydarzenia, które w zasadniczy sposób zmieniają rachunek ekonomiczny. Niektórzy na tym tracą, ale z reguły, wielu, a często większość, wykorzystuję te nieoczekiwanie zdarzenia jako okazję (doskonale o tym pisał Peter Drucker w ‘Innowacja i przedsiębiorczość’).

Jak pokazuje doświadczenie, w swej zbiorowej mądrości przedsiębiorcy potrafią zwykle znaleźć dobre rozwiązania (nie bez przyczyny Friedrich von Hayek nazwał konkurencję ‘procedurą odkrycia’). Nie należy psuć niektórych z nich obietnicami subsydiów, czy, pożal się Boże, pomocy państwowej, wsparcia firm przez instytucje państwowe, itd. Przedsiębiorcy często potrafią działać wbrew mądralom ekonomicznym. Tak było np. po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Ile to było gadania jak to polskie firmy nie wytrzymają presji konkurencyjnej firm zachodnich, jak spadnie eksport, kiedy złotówka się umacniała. I co, okazało się, polscy przedsiębiorcy nie tylko wytrzymali presję konkurencyjną, ale, w nieoczekiwany dla teoretyków sposób, zwiększyli eksport (przy silnej złotówce). Podobnie heroicznie zachowali się polscy przedsiębiorcy po kryzysie 2008 roku. Miedzy bajki należy włożyć tezę, że to dzięki działaniom rządu Polska była ‘zieloną wyspą’ na mapie Europy. Tak prawdę powiedziawszy dokonało się to dlatego, że rząd nic nie robił i (świadomie czy nieświadomie, tego nie wiem) zachował się zgodnie z prośbą kupca Le Gendre, który na pytanie ówczesnego ministra gospodarki we Francji Jean-Baptiste Colbert’a (1619-83): „co państwo może zrobić by pomóc biznesowi?” odpowiedział: „Laissez-nouns faire” (zostaw nas w spokoju; dajcie nam swobodę działania).

Zatem prośba do polityków wszelkiej maści: zostawcie nas wszystkich (nie tylko przedsiębiorców) w spokoju, dajcie nam swobodę działania.

 

Z informacji jakie ukazały się niedawno z okazji jeszcze jednego dziwnego dnia nazwanego ‘Światowym Dniem Mycia Rąk’, dowiedzieliśmy się, że co ósmy Polak nie myje rąk przed jedzeniem, co piąty nie robi tego po powrocie do domu, zaś co drugi mężczyzna i co czwarta kobieta nie myją rąk po wyjściu z toalety. A przecież mycie rąk to najprostsza i najbardziej dostępna metoda profilaktyki zdrowotnej, a użycie do tego celu wody i mydła jest często zabiegiem ratującym życie. Widocznie nie doceniamy tego, że mamy w Polsce powszechny dostęp do bieżącej wody i w miarę dobrze funkcjonujący system kanalizacji.

Co się jednak dziwić  tzw. normalnym  ludziom jeżeli jeszcze w połowie XIX wieku chirurdzy odmawiali mycia rąk przed zabiegiem chirurgicznym.

Szacuje się, że na świecie rocznie na biegunkę umiera 1,5 miliona małych dzieci, a według naukowców mycie rąk ocaliłoby aż 40 proc. z nich. Jakoś do powszechnej akceptacji nie trafiają argumenty lekarzy, że mycie rąk zmniejsza ryzyko np. zarażenia się grypą, redukuje ryzyko zachorowania na biegunkę, wirusowe zapalenie wątroby typu A, infekcje oddechowe, gronkowca, czy salmonellę. UNICEF od lat podkreśla, że mycie rąk mydłem jest jedną z najtańszych, najbardziej efektywnych „szczepionek” przeciwko chorobom wirusowym, od grypy sezonowej po zwykłe przeziębienie.

 ‘Wielcy tego świata’, politycy, artyści, filantropi, tzw. zieloni, alter- i antyglobaliści, … skupiają swoją uwagę na (kosztownej) walce ze zmianami klimatycznymi, a nie myślą o tym, że znacznie taniej i skuteczniej można poprawić byt ludności świata zapewniając wszystkim np. dostęp do czystej wody. Warto być świadomym tego, że jedna trzecia światowej populacji, tj. 2,5 miliarda ludzi, nie ma dostępu do podstawowych urządzeń sanitarnych, w tym do czystej, bieżącej wody. Ponad 1 miliard ludzi nie ma możliwości korzystania z toalety (co traktowane jako  coś naturalnego i powszechnie dostępnego w tzw. rozwiniętym świecie) i załatwia te potrzeby pod gołym niebem.

Takie ekonomiczne myślenie nie jest obce badaczom pracującym w ramach tzw. Konsensusu Kopenhaskiego (Copenhagen Consensus Center, CCC). Nie trzeba być wielkim ekonomistą by wiedzieć, że nasze zasoby (czy to w wymiarze indywidulanym czy społecznym), którymi dysponujemy po to by zaspokoić nasze cele (oczekiwania, potrzeby), są zawsze ograniczone. Jeśli są ograniczone to należy je używać bardzo rozsądnie, ekonomicznie, tak by te potrzeby były zaspokojone w możliwie maksymalnym stopniu.  W tym duchu CCC wydał niedawno książkę pt. How to Spend $75 Billion To Make The World A Better Place (Jak wydać 75 mld USD, aby uczynić świat lepszym miejscem do życia).

Dlatego jednymi z priorytetowych działań w skali całego świata powinno być przede wszystkim zmniejszenia niedożywienia dzieci w wieku przedszkolnym, w tym zapewnienie im odpowiedniej dawki mikroelementów, poprawy jakości diety i lepszej opieki. Ważnym działaniem powinno być też to o czym napisałem na początku: zapewnienie dostępu do bieżącej wody i do urządzeń sanitarnych.

Nie bez powodu inżynierowie amerykańscy zapytani o najważniejsze innowacje XX wieku umieścili na czwartym miejscu  dostarczenie bieżącej wody, rozwój systemu jej dystrybucji oraz powszechny dostęp do kanalizacji (po Elektryfikacji, Samochodzie i Samolocie). To w dużym stopniu dzięki powszechnemu dostępowi do czystej, bieżącej wody w krajach rozwiniętych gospodarczo zwiększył się średni czas długości życia  w momencie narodzin z ok. 45 lat w końcu XIX wieku do obecnych ponad 80 lat.

Wydaje się, że ‘wielcy tego świata’ nie powinni ‘lać wody’ (zwłaszcza przed wyborami) a zabrać o to by czysta woda była dostępna dla wszystkich 7,2 miliarda ludzi żyjących na świecie. 


  • RSS