Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z tagiem: ekonomisci

Z pewnością moje odczucia są czysto subiektywne (a czego można oczekiwać od zwolennika austriackiej szkoły ekonomii ;-) ), ale odnoszę wrażenie, że coraz więcej jest przesłanek za tym by uznać, że idee szkoły austriackiej są coraz popularniejsze w Polsce, zwłaszcza wśród młodego pokolenia. Tydzień temu odbyła się premiera filmu  Zapomniani. Historia krakowskiej szkoły ekonomicznej, w którym odwołania do wielkich ekonomistów szkoły austriackiej, Carla Mengera i Ludwiga von Misesa, były częste i wyraźne. W planach twórców filmu o Zapomnianych ekonomistach szkoły krakowskiej jest podobny film o Misesie. Jednym z największych propagatorów idei szkoły austriackiej w Polsce jest  Instytut Misesa. Ostatnio dowiedziałem się też o kilku inicjatywach (konferencjach, wydawnictwach specjalnych numerów czasopism naukowych, …) socjologów, filozofów i ekonomistów, których celem jest propagowanie myśli szkoły austriackiej, a zwłaszcza Carla Mengera i Ludwiga von Misesa.

W tym kontekście ciekawie wyglądają wyniki badań opinii polskich ekonomistów, przedstawione w opublikowanej kilka tygodni temu książce Paradoksy ekonomii. Rozmowy z polskimi ekonomistami. Z rozdziału w którym omówiono wyniki badań pt. „Identyfikacja polskich ekonomistów akademickich ze szkołami myśli ekonomicznej” możemy dowiedzieć się, że w Polsce najpopularniejsza  wśród ekonomistów jest tzw. nowa ekonomia instytucjonalna (NEI). Wczytując się jednak w wyniki tych badań możemy doszukać się zalążków znaczącej zmiany w stylu myślenia polskich ekonomistów (zwłaszcza tego młodszego pokolenia). Pozwolę sobie zacytować fragmenty z opracowania przedstawionego w tej książce:
„ … odsetek ekonomistów, którzy określali się jako neoaustriacy (8,1%), był w badanej populacji wyższy niż udział ekonomistów postkeynesowskich i radykalnych łącznie (6,8%), jak i przewaga ekonomistów nowoklasycznych nad nowokeynesistami (15,2 wobec 12,9%).

W odpowiedzi na pytanie o poglądy w kwestii równowagi w gospodarce kapitalistycznej, najwięcej wskazań uzyskał przypisany ekonomii radykalnej pogląd, że „gospodarka z zasady pozostaje w nierównowadze” (37,2%), a następnie charakterystyczny dla szkoły austriackiej, że „gospodarka nieustannie dąży do równowagi” (26,2%).
… na inspirację z strony ekonomistów marksistowskich (Oskar Lange, Paul Sweezy) w pytaniu o autorytety wskazało 13%. Podobna sytuacja wystąpiła w przypadku szkoły neoaustriackiej. Przy wyborze autorytetów wskazań na znanych twórców szkoły austriackiej (Murray Rothbard, Ludwig von Mises) było 25% − ponad trzykrotnie więcej niż identyfikujących się z tą szkołą.

Na szczególną uwagę zasługuje, najliczniejsza w badanej populacji, grupa respondentów w wieku 36–45 lat (42,4%). Ekonomiści akademiccy z tej kategorii wiekowej w ciągu następnych 20–30 lat będą w decydującym stopniu wpływać na kształt i treści przekazywane w ramach nauczania ekonomii na wyższych uczelniach
W grupie tej udział zwolenników nowego instytucjonalizmu był najniższy. Jednocześnie odnotowano w niej najwięcej osób wybierających szkołę austriacką (11,5%), nieco powyżej średniej kształtował się także udział reprezentantów nowej ekonomii klasycznej (18,3%) oraz eklektyzmu (20%). …
Zupełnie inaczej wybory szkół rozłożyły się wśród najstarszych respondentów − powyżej 65 lat. Instytucjonalizm wskazało 35%, nowy keynesizm, nową ekonomię klasyczną i postkeynesizm po 10%, a szkołę austriacką − 5% przedstawicieli tej grupy. Charakteryzowało ją więc prawie dwukrotnie niższe poparcie dla nowej ekonomii klasycznej i ekonomii austriackiej niż wśród ekonomistów w przedziale wieku 36–45 lat. Z kolei zwolenników instytucjonalizmu było wśród nich prawie dwa razy więcej.”

Niech wspomniany w tym cytacie Oskar Lange będzie pretekstem do napisania tego co o Misesie zamierzałem napisać od dwóch lat. Przy różnego rodzaju okazjach przypominana jest opinia Oskara Lange, że Ludwigowi von Misesowi socjaliści powinni wystawić pomnik za zmuszenie ich do przemyślenia problemu rachunku ekonomicznego w socjalizmie. Edward Łukawer (jeden z socjalistycznych polskich ekonomistów) we wspomnieniach o Langem napisał: „Trzeba z całym naciskiem podkreślić, że O. Lange potrafił w swoim rozumowaniu wykorzystać określone elementy – wrogich przecież! – opinii neoliberałów do zbudowania teoretycznej koncepcji mechanizmu funkcjonowania gospodarki socjalistycznej. Tym samym wprowadził on do analizy ekonomicznej szereg fundamentalnych kategorii, które przedtem przez marksistów nie były brane od uwagę. Nic więc dziwnego, iż O. Lange zauważył – oczywiście, pół żartem, pół serio – że w Centralnym Urzędzie Planowania jakiegoś państwa socjalistycznego należałoby wznieść pomnik L. Misesowi (chyba można tu też dodać G. Halma – E. Ł.) oraz wmurować tam tablice pamiątkowe dla F. Hayeka i L. Robbinsa.” (Edward Łukawer, ‘Oskar Lange’, Gospodarka Narodowa Nr 10/2005).

Nie wiem dlaczego Edward Łukawer twierdzi, że Lange powiedział to „pół żartem, pół serio”? (takaż to widocznie taktyka niektórych socjalistów by dezawuować osiągnięcia swoich przeciwników).  Wszak Lange opublikował to bardzo prestiżowym czasopiśmie, The Review of Economic Studies (część pierwszą ‚On the Economic Theory of Socialism’ opublikował w 1936 roku, a część drugą w 1937). Część pierwsza zaczyna się od wyrażenia podziękowań Misesowi za rzucone socjalistom wyzwanie i propozycją postawienia mu pomnika:

“Socjaliści z pewnością mają powody, aby być wdzięcznymi profesorowi Misesowi, ich wielkiemu advocatus diaboli. Bo to było jego potężne wyzwanie, które zmusiło socjalistów do uznania znaczenia odpowiedniego systemu rachunku ekonomicznego w celu ukierunkowania alokacji zasobów w gospodarce socjalistycznej. Co więcej, głównie z powodu wyzwań rzuconych przez profesora Misesa, wielu socjalistów uświadomiło sobie istnienie takiego problemu. I chociaż profesor Mises nie był pierwszym, który ten problem podniósł, jak również nie wszyscy socjaliści byli zupełnie nieświadomi tego problemu, to prawdą jest, że w szczególności na kontynencie europejskim (poza Włochami) zasługa tego, że socjaliści podjęli ten problem systematycznie go analizując, należy w pełni do profesora Misesa. Zarówno jako wyraz uznania dla jego wielkich dokonań i jako swego rodzaju memento o podstawowym znaczeniu dobrego rachunku ekonomicznego, posąg profesora Misesa powinien zajmować honorowe miejsce w wielkim hallu Ministerstwa Socjalizmu lub Centralnego Biura Planowania państwa socjalistycznego. Obawiam się jednak, że profesorowi Misesowi nie spodobałaby się ta propozycja, co wydaje się być jedynym odpowiednim sposobem na spłatę długu wobec niego przez socjalistów, i trudno go winić za to”.

Całość swoich rozważań podsumowuje Lange pisząc w zakończeniu części drugiej z estymą o Misesie:

„Wyzwanie jakie rzucił profesor Mises miało zbawienny wpływ, powodując to, że socjaliści zaczęli poszukiwanie bardziej satysfakcjonującego rozwiązania problemu, ale wielką prawdą jest też, że wielu z nich dowiedziało się o istnieniu tego problemu dopiero po rzuceniu tego wyzwania. Jak widzieliśmy, ci socjaliści, którzy nie zdają sobie sprawy z konieczności i ważności istnienia odpowiedniego systemu cen i rachunku ekonomicznego w gospodarce socjalistycznej, są zapóźnieni nie tylko w odniesieniu do obecnego stanu analizy ekonomicznej: nie korzystają nawet z wielkiego dziedzictwa doktryny marksistowskiej”.

Jörg Guido Hülsmann w biografii  Mises The Last Knight of Liberalism (Hülsmann, 2007, s. 782) odwołuje się do słów Oskara Langego i jego propozycji postawienia pomnika Misesowi. Jednakże w  dalszym opisie tej sytuacji  Hülsmann  popełnia wiele błedów pisząc, że: „Żadne państwo socjalistyczne nie było wystarczająco hojne, aby zrealizować tę sugestię, ale Uniwersytet Wrocławski postawił pomnik proponowany przez Oskara Langego i zachował go do naszych czasów, z pewnością jako pomnik trwałości jego przesłania”.

Po pierwsze nie chodzi o Uniwersytet Wrocławski (gdzie faktycznie pracuje grupa ludzi, zwolenników szkoły austriackiej, propagująca idee Misesa), ale o Uniwersytet Warszawski, który nie zainicjował zbudowanie pomnika Misesowi, a dostał popiersie Misesa w 1990 roku, kiedy to Polskę odwiedził George Koether, wielki propagator myśli Misesa. O tym wydarzeniu wspomina sam George Koether w wywiadzie zatytułowanym A Life Among Austrians, jaki udzielił w 2000 roku. Mając wtedy 92 lata Koether wspomina tę wizytę mówiąc: „Dziesięć lat temu przywiozłem brązowe popiersia Hayeka i Misesa do Europy. Cato Institute podarował popiersie Hayeka Rosjanom, a ja podarowałem popiersie Misesa Uniwersytetowi Warszawskiemu, gdzie stał na specjalnej wystawie książek Misesa, tuż za korytarzem prowadzącym do starego gabinetu socjalistycznego profesora Oskara Langego”.

George Koether (1907-2006) i jego żona Ilo, niemalże od początku pobytu Misesa w Stanach Zjednoczonych, byli bardzo bliskimi znajomymi, a potem przyjaciółmi  Ludwiga von Misesa i jego żony Margit (podobnie jak byli przyjaciółmi Murray i Joey Rothbardów). Koether zasłużył się szczególnie po śmierci Misesa. Nie tylko wspomagał Margit Mises w pisaniu jej wspomnień, potem opublikowanych pod tytułem My Years With Ludwig von Mises, ale jeździł po Ameryce i po świecie propagując postać i myśl Misesa. Jednym z elementów jego aktywności była jego wizyta w Europie w 1990 roku.

Historię popiersia Misesa potwierdził prof. Jerzy Wilkin, ówczesny prodziekan Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego. Prof. Wilkin przypomina sobie wizytę George Koethera na UW w 1990 roku, w pierwszym roku polskiej transformacji. Wtedy to Koether przywiózł z USA ciężkie popiersie Misesa i podarował je Uniwersytetowi Warszawskiemu, wspominając znane słowa Oskara Langego o potrzebie uznania wielkiej roli Misesa w rozwoju ekonomicznej myśli socjalizmu. Popiersie to przez kilka lat stało w bibliotece Wydziału Nauk Ekonomicznych UW. Jak powiedział mi w lutym 2015 roku ówczesny dziekan WNE UW, prof. Jan Jakub Michałek, popiersie Misesa leżało później bardzo  długo gdzieś zapomniane w magazynach wydziału, przypomniano siebie o nim kiedy odrestaurowywano gabinet Langego i uznano, że takim najodpowiedniejszym miejscem dla tego popiersia będzie właśnie gabinet Langego, że dobrze się będzie prezentował w otoczeniu oryginalnych, ciężkich, w czarnym kolorze, mebli tegoż gabinetu.

Tak się złożyło, że zorganizowane przez Łukasza Hardta i Jerzego Wilkina seminarium poświęcone filozoficznemu spojrzeniu na wybrane problemy teorii ekonomii, pt. Filozoficznie o ekonomii, odbyło się 21 listopada 2014 r. na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego, ul. Długa 44/50, Warszawa; w sali 408, w  dawnym gabinecie Oskara Langego. Kiedy wraz z uczestnikami tego seminarium wszedłem do tego pokoju, od razu auważyłem stojącą na biurku Oskara Langego statuę Misesa (zdjęcia poniżej).

 MisesStatua1

MisesStatua2

MisesStatua3

Przeglądając swoje archiwum, prof. Wilkin znalazł jeszcze inną ciekawostkę odnosząca się do Misesa. Okazało się, że w kopercie przesłanej do niego przez George Koethera znajdują się fotografie Misesa z jego seminarium na Uniwersytecie Nowojorskim z 1965 roku. Poniżej skany koperty i czterech zdjęć Misesa z tego seminarium.

 KopertaKoetherM

Mises1M

Mises2M

Mises3M

Mises4M

Są to zdjęcia o doskonałej jakości, mimo, że zrobione zostały ponad 50 lat temu. W dodatku, są to zdjęcia oryginalne, z pieczątką fotografa na odwrocie (autorem fotografii jest David Jarrett); mają więc swoją wartość artystyczno-historyczną.

Sebastian Stodolak w opublikowanym właśnie artykule pisze, że ‘Ekonomia czeka na swojego Lutra’. Wprawdzie w artykule tym Stodolak wspomina szkołę austriacką, Carla Mengera i Ludwiga von Misesa, ale nie w kontekście tego, że mogą być oni traktowani jako  ‘Lutrowie’. Wydaje mi się, że nie potrzeba nam nowego ‘ekonomicznego Lutra’, bo szkoła austriacka ze swoimi największymi przedstawicielami (poczynając od Carla Mengera, …) rozpoczęła już ‘Reformację ekonomiczną’. Na efekty musimy trochę poczekać. W przypadku Reformacji religijnej w szesnastym wieku, efekty też nie pojawiły się natychmiast wraz z radykalnym wystąpieniem Marcina Lutra w 1517 roku. Ten proces trwał kilkadziesiąt lat. Dzieło Ludwiga von Misesa, jego magnum opus Ludzkie działanie, opublikowane zostało w 1949 roku, w 1974 roku Friedrich von Hayek uhonorowany został nagrodą im. Alfreda Nobla z ekonomii. 

Tak jak napisałem, nie potrzeba nam w ekonomii Lutra (bo ten już jest, to szkoła austriacka), potrzeba nam Heraklesa, który te ‘ekonomiczne stajnie i obory Augiasza’ posprząta. Ma częściową rację Sebastian Stodolak kończąc swój artykuł głosem nadziei, że w krytycznym momencie naszych dziejów (który z pewnością nadejdzie) będzie „istniał już ratunek w postaci nowych, zrewidowanych podręczników ekonomii i znających oraz rozumiejących je decydentów”. Napisałem ‘częściową rację’, bo takie podręczniki już są, tylko, że jak dotychczas ‘nie trafiły pod strzechy’. Myślę tutaj np. o (przetłumaczonych na polski) książkach (podręcznikach) Thomasa Sowella, oraz o Logice ekonomii, Marka Skousena. Trochę na ten temat w artykule, który napisałem na prośbę śp. Marcina Winiarskiego, pt. Czy podręczniki ekonomii muszą być tak bardzo podobne do siebie?.

Ja czekam raczej na ekonomicznego Heraklesa, aniżeli na ekonomicznego Lutra.

Neoliberalizm atakowany jest ze wszystkich możliwych stron. W Rzeczpospolitej (23 czerwca 2016 r) ukazała się moja polemika z prof. Elżbietą Mączyńska i posłem Januszem Szewczakiem (skan obu wywiadów jest dostępny tutaj, pdf z moją polemiką tutaj). Pozwalam sobie zamieścić poniżej  oryginalny tekst jaki przesłałem do redakcji Rzeczpospolitej (która dokonała jedynie drobnych skrótów i ‘uplastyczniła’ mój oryginalny tekst – co dla mnie jest też pożyteczne, bo pokazuje jak pracują profesjonaliści).  

W środowym wydaniu Rzeczpospolitej (15 czerwca 2016 r) ukazał się wywiad z prof. Elżbietą Mączyńską, Prezesem Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, pod bardzo niepokojącym tytułem ‘Neoliberalizm jest groźny dla rozwoju kraju’. Piszę te swoje uwagi jako (jeszcze) członek PTE pragnąc wyrazić swój sprzeciw wobec tego typu stanowiska i podkreślić, że choć w ogromnej mniejszości, są osoby w PTE, które ‘myślą inaczej’.

Tego typu retoryka jest obecna bardzo częsta, niemalże codziennie zdarza mi się czytać tekst zohydzający liberalizm. By daleko nie szukać, w podobnym duchu wypowiada się Janusz Szewczak w wywiadzie ‘Polska transformacja miała cechy kolonialne’ publikowany obok wywiadu prof. Mączyńskiej.  Na pytanie ‘Czy model neoliberalny jest rzeczywiście zagrożeniem dla dalszego rozwoju Polski?’, Janusz Szewczak odpowiada: „Absolutnie tak. Powtarzałem tę tezę od prawie 20 lat i mogę powiedzieć, że neoliberalizm dzisiaj schodzi ze sceny światowej, i to schodzi w bardzo wstydliwych okolicznościach.”

Ciągle zastanawiam się skąd bierze się taka postawa? Najczęściej chyba z całkowitego niezrozumienia czym jest liberalizm, ale bardzo często z chęci przyłożenie (dokopania) tym wstrętnym liberałom, bo to przecież oni są odpowiedzialni za wszelkie zło tego świata. Najgorsze jest to, że osoby krytykujące neoliberalizm nie definiują tego co rozumieją  przez to słowo, czym dla nich jest neoliberalizm. Jakże często ta niechętna postawa wobec liberalizmu (neoliberalizmu w istocie, bo takie słownictwo jest powszechne) przybiera formę ‘ustawiania sobie chłopca do bicia’.

Pełna analiza wypowiedzi prof. Mączyńskiej wymagałaby dłuższego opracowania, bo niemalże każde zdanie prowokuje do solidnej repliki. Nie mam na to tutaj miejsca, dlatego ograniczę się tylko to kilku, tych najbardziej ‘soczystych’ wypowiedzi. Prof. Mączyńska twierdzi, że „system neoliberalny prowadzi do narastania sprzeczności, jakie tkwią w gospodarce wolnorynkowej. Ten system umacnia pozycje monopolistyczne wielu producentów, co z jednej strony utrudnia postęp, a z drugiej prowadzi do narastania nierówności.” W prawdziwej gospodarce rynkowej sprzeczności nie mogą wystąpić (niemalże z definicji, jeśli tylko do wymiany dochodzi w wyniku zgody obu stron – niewymuszonej woli kupującego i sprzedającego). Nie bez przyczyny Frédéric Bastiat zatytułował dzieło swojego życia ‘Harmonie ekonomiczne’. Te sprzeczności w gospodarce powstają w wyniku interwencji państwa w mechanizmy rynkowe. To rząd Stanów Zjednoczonych wymuszając udzielanie kredytów hipotecznych doprowadził do ostatniego kryzysu finansowego.

Monopol w gospodarce rynkowej jest zawsze chwilowy, a jeśli występuje to zwykle jest z korzyścią dla konsumenta. Idąc myślami prof. Mączyńskiej można  byłoby powiedzieć, że te wstrętne monopole wykreowane przez Google czy Microsoft doprowadziły do ‘utrudnienia postępu’. Tylko ślepy na to co dzieje się we współczesnej gospodarce może tak twierdzić.

Dalej możemy wyczytać w tym wywiadzie, że „Neoliberalizm to system, który sam sobie strzela w stopę, bo chcąc zarabiać, trzeba znaleźć konsumenta, a przy coraz większej koncentracji bogactwa w coraz węższej grupie społecznej staje się to coraz trudniejsze.” Na Boga, czy to ci bogaci kupują coraz to tańsze i bardziej zaawansowane telefony komórkowe, komputery, telewizory, …, czy to ci bogaci w coraz większej liczbie latają tanimi liniami lotniczymi? Andrew Carnegie, Joseph Schumpeter i wielu innych przedsiębiorców i ekonomistów, zwracali uwagę na to, że cechą najistotniejszą kapitalizmu, systemu rynkowego, jest przekuwanie tego co było kiedyś luksusem w dobro powszechnie dostępne.

Bardzo łatwo powiedzieć, że obecny kryzys to efekt ‘neoliberalnych reform’, ‘deregulacji’, ‘rozpasanego wolnego rynku’,  i czego tylko można jeszcze wymyślić, byleby tylko kojarzyło się z liberalizmem. Wyrażających tego typu opinie zwykle pytam: pokażcie mi jeden przykład państwa w ostatnich 30 latach, które funkcjonowało na zasadach liberalnych, na zasadach zaproponowanych przez przedstawicieli Szkockiego Oświecenia w XVIII wieku, na zasadach klasycznego, wigowskiego liberalizmu. Możecie nazwać te systemy ostatnich 30 lat (np. w państwach OECD) liberalnymi czy neo-liberalnymi, ale one na prawdę nie mają wiele wspólnego z prawdziwymi zasadami liberalizmu.  Można sobie ustawiać ten liberalizm jak ‘chłopca do bicia’, ale nie zmieni to faktu, że pierwotną przyczyną ostatniego kryzysu (który nawiasem mówiąc był przede wszystkim kryzysem moralnym, etycznym) jest to co dzieje się na styku polityka-biznes.

Wzajemne przenikanie się biznesu i polityki, ta swoista karuzela stanowisk, warta jest podkreślenia. Nie szukajmy daleko (a przykładów można by mnożyć), choćby ‘uroczystość’ otwarcia gazociągu Nord Stream. Najpierw kanclerz Gerhard Schröder, w ostatnich tygodniach swojego urzędowania, podpisuje umowę z Rosją o budowie gazociągu północnego, a potem obejmuje intratne stanowisko w radzie nadzorczej kontrolowanego przez Rosjan konsorcjum Nord Stream, budującego gazociąg. Inny, pierwszy z brzegu przykład, ale odnoszący się do ostatniego kryzysu, Henry Paulson, były prezydent i dyrektor wykonawczy Goldman Sachs, zostaje sekretarzem skarbu USA. Upadek 15 września 2008 roku banku inwestycyjnego Lehman Brothers, największego konkurenta Goldman Sachs, uważany jest za początek obecnego kryzysu finansowego. Zaraz po upadku Lehman Brothers, Henry Paulson przygotowuje ogromny, 700 miliardowy program pomocy systemowi bankowemu TARP.

Jak się jednak przyjrzeć dokładniej temu o czym mówią prof. Mączyńska, poseł Szewczak, i wielu innych, to systemem który krytykują, nie jest żaden neoliberalizm, ale ‘kapitalizm kolesiów’, ‘kapitalizm polityczny’, kapitalizm kreatywny (jak sam proponuję ten system nazwać). Dlaczego dokonuje się takiego nadużycia? Wydaje się, że z racji swego wykształcenia i doświadczenia zawodowego, powinni on rozumieć istotę liberalizmu, kapitalizmu i wolnego rynku.

Prof. Mączyńska twierdzi, że: „To skutek tego, że neoliberalizm charakteryzuje się fetyszyzacją PKB. … system neoliberalny nakazuje ciągły wzrost bez względu na konsekwencje społeczne i ekologiczne … Neoliberalizm koncentrował się tylko na wzroście gospodarczym. Sprawy społeczne, a także ekologiczne pozostawały drugorzędne.” To znów widać brak zrozumienia idei liberalnych. Może dobrze byłoby aby ci którzy z ohydą patrzą na liberalizm zapoznali się przynajmniej z podstawowymi zasadami liberalizmu, by mogli sobie sami odpowiedzieć na pytanie czym w istocie jest liberalizm? Na początek proponuję Ludwiga von Misesa, Liberalizm w klasycznej tradycji. System Społeczno-Ekonomiczny (1989, oryginalne niemieckie wydanie w 1927 r.). Jak pisał Mises:

„Liberalizm nie jest kompletną doktryna lub określonym dogmatem. Całkiem przeciwnie: jest zastosowaniem nauki do życia człowieka w społeczeństwie. [...] Liberalizm jest doktryną dotyczącą całkowicie wzajemnego postępowania ludzi w stosunku do siebie w tym świecie. [...] Liberalizm nie przyrzeka ludziom szczęśliwości i zadowolenia, ale tylko możliwie najobfitsze zaspokojenie wszystkich tych pragnień, które mogą być zaspokojone rzeczami zewnętrznego świata. Liberalizm często krytykowany jest za zbyt materialne nastawienie do człowieka. Twierdzi się, że nie ma on nic do zaoferowania dla zaspokojenia tzw. wyższych potrzeb człowieka. Trzeba być świadomym, że odpowiednia polityka społeczna może przyczynić się do polepszenia bytu materialnego, ale nigdy nie zdoła uczynić ludzi szczęśliwszymi, czy też zadowolić ich najskrytsze pragnienia.”

Liberałowie uważają wręcz, że „szczęście i zadowolenie z losu nie zależy od żywności, odzienia i mieszkania, ale przede wszystkim od wewnętrznych myśli i marzeń człowieka”. Troszcząc się przede wszystkim o materialny byt człowieka, liberalizm nie lekceważy duchowej strony życia. Taki stosunek liberalizmu do sfery duchowej wypływa z przekonania, że żadne regulacje zewnętrzne nie mogą wpływać na to, co najwyższe i najgłębsze w człowieku. Liberałowie dążą do stworzenia odpowiednich warunków dla zaspokojenia materialnych potrzeb człowieka, traktując to jako warunek konieczny jego pełnego duchowego rozwoju. Wypływa to z ich przekonania, że „inne duchowe bogactwa nie mogą przyjść do człowieka z zewnątrz, ale z wnętrza jego własnego serca”. To co najważniejsze w liberalizmie, to chęć stworzenia zewnętrznych warunków, koniecznych do zbudowania bogatego życia wewnętrznego. Liberałowie wierzą nie tylko w możliwości doskonalenia się ludzi, ale też i w możliwości polepszania warunków zewnętrznych, w których przychodzi im żyć. Co jednak równie istotne, liberałowie są przekonani, że w perspektywie długookresowej, w toku ludzkich dziejów dokonuje się rzeczywiste doskonalenie się człowieka i poprawa jego warunków życia, przy czym okresy najszybszych zmian na lepsze doświadczane były przez cywilizacje, które umożliwiały jednostką względną swobodę działania, w imię ich własnego interesu. Liberalna wiara w możliwości doskonalenia się człowieka zakłada empiryczny i pragmatyczny stosunek do zastanej rzeczywistości, skłonności do eksperymentowania i poszukiwania coraz to lepszych rozwiązań. Pod tym względem liberałów można nazwać ewolucjonistami, bo podobnie jak w ewolucji naturalnej, lepsze rozwiązania poszukiwane są metodą prób i błędów, a znalezione rozwiązania zawsze poddawane są jak najszybszej konfrontacji z rzeczywistymi warunkami i sprawdzeniu ich przydatności w warunkach rzeczywistych. Mises kończy swoją książkę o liberalizmie stwierdzeniem, które warto wielokrotnie powtarzać: „Liberalizm nie jest religią, ani żadnym światowym poglądem, żadną partią specjalnych interesów. … Liberalizm jest czymś całkowicie różnym. Jest ideologią, doktryną wzajemnej zależności wśród członków społeczeństwa i równocześnie, zastosowaniem tej doktryny do zachowania się ludzi w aktualnym społeczeństwie. Nie obiecuje nic, co przekracza to co może być osiągnięte w społeczeństwie i przez społeczeństwo. Pragnie dać ludziom jedną rzecz, spokojny, niezakłócony rozwój materialnego dobrobytu dla wszystkich ludzi, by osłonić ich przed zewnętrznymi przyczynami bólu i cierpień, o ile to leży w mocy społecznych instytucji w ogóle. Zmniejszać cierpienia, zwiększać szczęście: to jest cel liberalizmu.”

Prof. Mączyńska twierdzi, że „Właściwie przez całe 27 lat sprawy społeczne były spychane w Polsce na margines.” Tu mogę się częściowo zgodzić z tą opinia, proszę jednak zauważyć, że przez te 27 lat, jedynie przez pierwsze dwa lata po wprowadzeniu reform w 1990 roku, mieliśmy do czynienia z rządem liberalnym (może nawet lepiej byłoby napisać ‘w zasadzie liberalnym’). Wszystkie inne rządy przez pozostałe 25 lat to rządy etatystów, interwencjonistów, stale ‘grzebiących w gospodarce’ i przeszkadzających polskim przedsiębiorcom.

Problem, który cały czas mnie nurtuje, to jak zmagać się z tego rodzaju wypaczeniami, nieporozumieniami, a często przekłamaniami odnoszącymi się do liberalizmu? Jakimi sposobami już nawet nie przekonać tych zohydzających liberalizm (bo to chyba nie jest możliwe), ale w jaki sposób przekonać czytelników i słuchaczy, by czytali i słuchali tego rodzaju opinie z  dużą dozą krytycyzmu, w jaki sposób wyczulić ich na nieprawdziwość takich wypowiedzi? Na razie nie znam satysfakcjonującej mnie odpowiedzi.

Prof. Witold Kwaśnicki pracuje w Instytucie Nauk Ekonomicznych na Wydziale Prawa, Administracji i Ekonomii Uniwersytetu Wrocławskiego (jest kierownikiem Zakładu Ogólnej Teorii Ekonomii). Formalnie jest prezesem Oddziału Wrocławskiego Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego (choć złożył rezygnację w listopadzie 2015 r.).

Obserwator Finansowy opublikował moje krytyczne uwagi o książce Thomasa Pikettego Kapitał w XXI wieku. Redaktorzy  OF na początku umieścili fragment który faktycznie wydaje się być ważnym: „Zmasowana krytyka tez Thomasa Piketty’ego zaczęła wpływać na jego poglądy i łagodzić pierwotne stanowisko. Mleko się jednak rozlało. Marksiści i socjaliści już stale będą powoływać się na książkę Piketty’ego, nie zważając na jego późniejsze publikacje, ani nie przyjmując uwag krytyków jego teorii.”

Podoba mi się też, że OF okrasił ten artykuł ciekawym rysunkiem Jerzego Boberskiego. 

AntykapitalizmPiketty

W artykule ‘Dlaczego oni się kłócą’ Sebastian Stodolak zaczyna jak u Hitchcocka – na początku trzęsienie ziemi, a potem jest tylko straszniej. Zaczyna swój artykułu o ekonomistach pisząc: „Jeśli zapytasz o radę trzech ekonomistów, otrzymasz pięć różnych odpowiedzi – głosi jeden z tych „branżowych” żartów, z których nikt się nie śmieje. Ale prócz tego, że jest nieśmieszny, jest boleśnie prawdziwy. Ekonomiści to jedno z najbardziej podzielonych środowisk naukowych. Z czego ta niezgoda wynika i co oznacza?”. Polecam przeczytanie tego artykułu w całości.

Dla mnie, nauczyciela akademickiego (jak to się w żargonie współczesnej nowomowy biurokratycznej nazywa) artykuł jest ciekawy, bo kiedy mówię o ekonomii to zwracam studentom i na ten aspekt uprawiania tej nauki. Będę miał okazję powołać się na ten artykuł i polecić studentom do przeczytania.

Pozwolę sobie jednak dołożyć swoje trzy grosze. W jednym z przypisów w  Zasadach ekonomii rynkowej piszę: „Można powiedzieć, że i obecnie różnie z tą opinią o ekonomistach bywa. Znana jest anegdotka przypisywana Winstonowi Churchillowi, który miał powiedzieć: „Jeżeli zamkniesz dwóch ekonomistów w pokoju, dostaniesz dwie opinie, no chyba, że jednym z tych ekonomistów jest Lord Keynes, w takiej sytuacji dostaniesz trzy opinie.” Prezydent Harry Truman nie miał też najlepszego zdania o pewnym kręgu ekonomistów, których nazywał “dwurękimi ekonomistami” (“two-armed economists”), którzy zwykłe doradzali mu mawiając “z jednej strony doradzałbym” (“on the one hand”), ale zaraz zwykli dodawać, że “z drugiej strony” („one the other hand”). Zwykł wołać: „Przyślijcie mi ‘jednorękiego’ ekonomistę i doradcę, który nie będzie stale proponował mi przekładańca.” („Give me a one armed economist and an adviser who wouldn’t waffle”)”.
Na wykładach dodaję też, że
ekonomia pretenduje to bycia taką samą nauką jak fizyka, zatem powinny w niej być obecne także pewne prawa, np. takie jak słynne zasady dynamiki Newtona. Faktycznie można podać dwa takie prawa:
Pierwsze Prawo Ekonomii: ‘Dla każdego ekonomisty istnieje inny ekonomista, równy mu sławą i o przeciwnych poglądach’.
Drugie Prawo Ekonomii: ‘Obaj są w błędzie’.

Tutaj muszę powiedzieć, że od paru lat staram się być bardzo ostrożnym i jasno studentom mówić, że żartuję, bo kiedyś jak zapytałem czy są jakieś prawa formułowane w ekonomi (myśląc, że student opowie mi np. o prawie malejących przychodów), usłyszałem w odpowiedzi te właśnie dwa prawa.

Na wykładach z ekonomii mówię też o niebezpieczeństwie tego typu myślenia i cytuję (za Wprost, 8.12.2002)  ‘mądrość’ znanego swego czasu działacza związkowego i polityka, Zygmunta Wrzodaka, który miał powiedzieć: „Prawa ekonomii nie są prawami przyrody. To my je ustanawiamy i my je możemy zmienić”.

Naturalnie możemy sobie żartować i mówić, że:  „Ekonomia to nauka, która jutro wyjaśnia dlaczego przewidywania poczynione wczoraj nie sprawdziły się dzisiaj,  czy, że „Ekonomia to nauka, która omawia rzeczy doskonale nam znane językiem, którego nie jesteśmy w stanie zrozumieć.” (Dick Armey); albo też, że  ”Ekonomia jest jedyną dziedziną, w której dwie osoby mogą dostać Nagrodę Nobla twierdząc całkiem coś przeciwnego” (nawiasem mówiąc jest jeszcze gorzej, bo  można przyznać Nagrodę im. Alfreda Nobla z ekonomii w tym samym roku dwóm osobom stojącym na przeciwnych biegunach ideowych, naturalnie mam na myśli rok 1974, kiedy to uhonorowano tą nagrodą Hayeka i Myrdala).

Często przytaczany jest pogląd, że ekonomia to ponura nauka, czemu nadaje się raczej pejoratywne znaczenie. Warto być świadomym, że Thomas Carlyle miał taką intencję używając tego określenia w opublikowanym w 1849 roku artykule poświęconym problemom niewolnictwa (“Occasional Discourse on the Negro Question”). Jednakże biorąc pod uwagę jego ‘pochwałę niewolnictwa’ i w tym kontekście atak jaki uczynił w stosunku do ekonomii rynkowej, określenie to powinno mieć pozytywny wydźwięk (patrz np. tutaj i tutaj).   

Kilkanaście lat temu J. Bradford DeLong, kiedy pisał na swoim blogu o zamiarze napisania podręcznika do makroekonomii, stwierdził, że w przypadku nowego podręcznika do ekonomii jego zawartość nie może być radykalnie inna od istniejących na rynku, że ok. 85% treści powinna być zbliżona do tej do której przyzwyczajeni sią prowadzący wykłady, a co najwyżej 15% mogą to być inne, specyficzne treści, nieobecne w innych podręcznikach. Można się domyślać, że powodem tego jest swego rodzaju konserwatyzm prowadzących wykłady z ekonomii, że jeśli będzie to radykalnie inny podręcznik to nie zaproponują go swoim studentom choćby z tego powodu, że sam wykładowca musiałby włożyć bardzo dużo wysiłku w przygotowanie nowych treści wykładów. Chyba coś jest na rzeczy, bo jeśli się przeanalizuje te najpopularniejsze podręczniki do nauki ekonomii to ich tematyka jest bardzo zbliżona, różnice są jedynie w rozłożeniu akcentów, drobne poszerzenie lub zmniejszenie objętości dyskutowanych tematów, zamiana kolejności prezentowanych treści, itp.

Bardzo rzadko zdarza się by autor podręcznika zdecydował się na radykalną zmianę struktury i treści podręcznika do nauki ekonomii. Jedynym znanym mi autorem, który podjął się takiego zadania jest Mark Skousen. Pierwsze wydanie jego podręcznika ukazało się w 2000 roku i miało objętość 369 stron. Trzy kolejne poszerzone wydania ukazały się w latach 2008, 2010 i 2014 (wszystkie wydane przez Capital Press). To ostatnie, czwarte wydanie ma już 708 stron i stało się podstawą do polskiego tłumaczenia tego podręcznika. Logika ekonomii Marka Skousena wydana została po polsku w kwietniu 2015 roku przez Fijorr Publishing. Przed tym jak skomentuję i opiszę Logikę ekonomii Marka Skousena chciałbym napisać kilka uwag ogólnych.

 Doświadczenie studenta i praktyka

Wtedy, kiedy Patrick Jake O’Rourke pisał Wykończyć bogatych, książkę, którą naprawdę warto przeczytać, którą polecam swoim studentom, Logika ekonomii Marka Skousena nie była jeszcze dostępna. Myślę, że gdyby O’Rourke ją przeczytał to nie miałby tak krytycznego stosunku do podręczników ekonomii. By zachęcić do przeczytania książki O’Rourke pozwolę sobie zacytować jej fragmenty, odnoszące się do kwestii nauczania ekonomii i podręczników ekonomii. O’Rourke uczciwie przyznaje się, że „w sprawach ekonomii jestem zielony, jak każdy. Nie intereso­wałem się nią jako dziecko, bo dzieciaki po prostu nią się nie zaj­mują. … Na studiach również nie interesowałem się ekonomią. Utożsamiałem się ze wspaniałą tradycją akademickiej cyganerii obejmującą XV-wiecz­ne szaleństwa Franciszka Villona i dzisiejsze turnee rock n’rollowego zespołu „Phish”. Dla uniwersyteckich nonkonformistów nie ma nic bardziej żałosnego niż chodzenie na zajęcia z biznesu. … Wszyscy byliśmy ponad to. Studiowaliśmy literaturę, antropolo­gię i technikę wyrobu ceramiki. Poszukiwaliśmy, dociekaliśmy, rośli­śmy – choć przede wszystkim, w zależności od płci, rosły nam baki na policzkach albo włosy na nogach. Nie postało nam w głowie, że prawdziwymi intelektualistami były owe kujony, które biegały na wykłady z ekonomii. Nigdy nie uświadomiliśmy sobie, że borykanie się z koncepcją zagregowanej podaży i popytu było zadaniem ambit­niejszym, niż pisanie pracy na temat „Wpływu cool jazzu na poezję Edgara Allana Poe”. To, czym oni się zajmowali, było nie tylko trud­niejsze do zrozumienia niż teorie Margaret Mead na temat życia ero­tycznego na wyspach Polinezji, ale i dalece ważniejsze. Istnieje led­wie kilka rzeczy, które są rzeczywistym motorem życia. Nieglazuro­wana ceramika w żadnym razie się do nich nie zalicza. … idee ekonomiczne zupełnie nas nie interesowały. Praw­dę mówiąc, studentom ekonomii też były one obojętne. Ekonomia nie była przedmiotem, który wybrali, bo zafascynowała ich elegancja za­leżności ekonomicznych, albo dlatego, że bez działalności gospodar­czej ludzkość nie mogłaby przetrwać. Poszli studiować ekonomię (i po­tem o niej zapomnieli), żeby bez trudu znaleźć pracę u kogoś, kto kie­dyś również poszedł studiować ekonomię (i wszystko zapomniał).”

Po studiach O’Rourke został dziennikarzem i wiele podróżował po świecie, ale jak sam pisze „nadal ignorowałem zasady ekonomii, mimo że miałem legitymację prasową i styczność z najdonioślejszy­mi wydarzeniami ekonomicznymi XX wieku”. Pewien przełom w myśleniu O’Rourke nastąpił w latach siedemdziesiątych, kiedy (jak on to ujął) „ekonomia zmienia­ła się równie często, jak zmieniało się wówczas seksualnych partne­rów”. Były to czasy kiedy „największymi mocarstwami świata kierowała grupa wy­jątkowych ekonomicznych głupków: Nixon, Carter, Mao, Harold Wilson, George Pompidou, Leonid Breżniew”. Dziwnym jednak trafem O’Rourke, mimo, iż zdał sobie nawet sprawę z tego, że „pieniądze mają to samo znacze­nie dla polityków, co drzewo eukaliptusowe dla misia koala. Służą im za jedzenie, wodę, dom i coś, na co leją”, nie wytrwał w poszerzeniu swej wiedzy o gospodarce i ekonomii. Kiedy w latach dziewięćdzie­siątych pracował jako międzynarodowy kores­pondent zdecydował o powrocie do „studenckich pod­ręczników do ekonomii, żeby coś z tego pojąć”. Jednakże, jak pisze, także i wtedy „ponownie i z nie mniejszą siłą dopadło [go] dawne bitnikowskie uprzedzenie. Tym razem jednak nie dotyczyło ono studentów biznesu, ale autorów podręczników, z których musieli się uczyć. Wyszło na jaw, że profe­sorzy ekonomii również są ekonomicznymi idiotami”.

Szybko doszedł do wniosku, że można „doznać szoku, gdy jako dorośli przeglądamy podręcz­niki do ekonomii. … Pisane są infantylnie i jednocześnie niezrozumiale, ­bajeczka dla dzieci napisana stylem kultowego dramatopisarza. Ton podręczników jest pomieszaniem protekcjonalności rzecznika prezy­denta i luzactwa Clintona. Profesorska błyskotliwość jest nudniejsza niż profesorski wykład, potrafi zanudzić na śmierć, aby tylko wyka­zać profesorską ważność. Żadnego prawa ekonomicznego, nawet rów­nie prostego jak to: „Kiedy czegoś jest więcej, kosztuje mniej”, nie można przedstawić bez rozbudowanych wykresów, które następnie tłumaczy się rebusami, pełnymi dziwacznych znaków i symboli. Ina­czej w oczach profanów nauki ekonomiczne nie wydawałaby się rów­nie głębokie i tajemnicze, co chemia organiczna”.

Naturalnie O’Rourke interesuje się najpopularniejszym wówczas podręcznikiem, czyli Ekonomią Samuelsona i Nordhausa (pierwsze wydanie podręcznika Samuelsona ukazało się w 1948 roku). Kiedy przeczytał ten podręcznik doznał kolejnego szoku. Zdaniem O’Rourke „profesor Samuelson … okazuje się niemal takim samym głupkiem, jak ja i moi koledzy w latach 60. Marks był najbardziej wpływowym i spo­strzegawczym ze wszystkich krytyków ekonomii wolnorynkowej ­czytamy na stronie siódmej. Wpływowym? Zgoda. Niewiele brako­wało, żeby doprowadził do III wojny światowej. Ale spostrzegawczy? Samuelson ciągnie dalej: Marks mylił się w wielu sprawach (…) ale to nie pomniejsza jego statusu ważnego ekonomisty. A co pomniejszy­łoby? To, że mylił się w wielu sprawach – czy to, że zrobił dziecko opiekunce do dziecka?”

O’Rourke przeglądał też inne podręczniki, wiele z nich „to, co zawierają nie jest już w tak oczywisty sposób niesłuszne, ale to, co głoszą, nie jest bynajmniej bezdyskusyjne”. Jako przykład swoistego stylu pisania O’Rourke podaje trzy pierwsze zdania z Ma­croekonomics (Makroekonomii) Davida C. Colandera, którą to książkę podarował mu sąsiad, Eric Owen, uczęszczający na wykłady z ekonomii na Uniwersytecie New Hampshire: „Kiedy artysta patrzy na świat, widzi kolory. Kiedy muzyk patrzy na świat, słyszy muzykę. Kiedy ekonomi­sta patrzy na świat, widzi symfonię zysków i strat” O’Rourke komentuje to w swój swoisty sposób: „No nie, niech ktoś zmieni płytę, bardzo proszę…”

Jak zauważa O’Rourke: „Ekonomiści uważają, że przedmiotem ich badań są produkcja, dystrybucja i konsumpcja. Produkcja wymaga jednak rzeczywistych umiejętności, zatem nie mogą jej uczyć profesorowie ekonomii, po­nieważ musieliby wiedzieć, jak się do tego zabrać. Konsumpcja nato­miast jest nader prywatną sprawą. Dotyczy wszak papieru toaletowe­go, prezerwatyw, mrożonej pizzy, którą wyjada się w środku nocy prosto z mikrofalówki, lub papierosów ukrytych w garażu przed żoną, która jest przekonana, że rzuciłeś palenie. Dlatego nauki ekonomicz­ne wolą koncentrować się na dystrybucji. Kiedy ekonomiści mówią o dystrybucji, mają na myśli dystrybucję wszystkiego, nie tylko goto­wych produktów, takich jak pizza i mikrofalówki do ich rozmrażania. Istnieje jeszcze dystrybucja surowców, np. nasion i nawozów do pro­dukcji dodatków do pizzy, produktów petrochemicznych niezbędnych do wytworzenia plastikowych opakowań, w których podgrzewa się je­dzenie w mikrofalówkach. Jest też dystrybucja pracy, czyli wysiłku po­trzebnego do zamrożenia wszystkich pizz i zbudowania mikrofalówek. Na koniec zaś dystrybucja kapitału, czyli pieniędzy koniecznych dla zakupienia plastikowych laminatów i reklamowania pizzy, która sma­kuje jak ów laminat”.

Jak wiele jest słuszności w spostrzeżeniu O’Rourke, że „studiowanie ekonomii polega na zgłębia­niu dwóch dziedzin, nauki ekonomiczne dzielą się bowiem na mi­kro- i makroekonomię. Mikroekonomia zajmuje się zachowaniami indywidualnymi, makroekonomia natomiast bada je jako całość. Ozna­cza to, że w przypadku mikroekonomii ekonomiści mylą się w indy­widualnych przypadkach, a w przypadku makroekonomii mylą się generalnie. Technicznie rzecz biorąc, mikroekonomia dotyczy pie­niędzy, których nie mamy, a makroekonomia, tych, których brakuje rządowi”.

Marka Skousena Logika ekonomii

Intencją Skousena było napisanie podręcznika do nauczania podstaw ekonomii, tak by używając prostego, komunikatywnego języka, ale jednocześnie starając się przedstawić problematykę gospodarczą w sposób spójny i nie unikając podkreślania złożoności zjawisk gospodarczych, zachęcić studentów do poznania mechanizmów i zjawisk gospodarczych. Ten zamysł udał się mu w pełni. W większości podręczników brak jest odwołań do codziennego doświadczenia czytelników. Skousen idzie inną drogą, w naturalny sposób dyskutując o skomplikowanych problemach ekonomicznych odwołuje się do niemalże codziennych, współczesnych zjawisk gospodarczych.

Mimo, że we Wstępie pisze, że w książce przedstawione będą problemy mikroekonomiczne (Część II: Mikroekonomia i teoria popytu i podaży) oraz makroekonomiczne (Część III: Makroekonomia) to analizując szczegółowe zagadnienie, Skousen nie trzyma się sztywno podziału na mikroekonomię i makroekonomię i bardzo często w tym samym podrozdziale obie perspektywy wzajemnie się uzupełniają.

Trzy pierwsze rozdziały, składające się na część pierwszą, są doskonałą zachętą do studiowania ekonomii i zapoznania się z pozostałymi trzema częściami tej książki, jednocześnie są zachętą do samodzielnego poznawania zjawisk ekonomicznych, już na poziomie zaawansowanym. Przede wszystkim postarano się dać odpowiedź na podstawowe pytania analizy ekonomicznej: co motywuje aktywność ekonomiczną, w jaki sposób tworzy się (lub niszczy) bogactwo oraz w jaki sposób może wzrosnąć (lub spaść) standard życia.

Choć sam Skousen o tym nie pisze, to wydaje mi się, że kontynuuje on myśl Frédérica Bastiata, którą zawarł w opublikowanych w 1850 roku Harmoniach ekonomicznych, i wiele uwagi poświęca on problemowi jak to się dzieje, że „konsumenci, pracownicy, właściciele ziemi i nieruchomości oraz kapitaliści”, pracując indywidualnie, wspólnie tworzą dobrobyt. Przedstawiając te zagadnienia zwykle dodawany jest komentarz o roli rządu, o tym w jakim stopniu rząd może pomóc lub utrudnić działalność gospodarczą. Skousen stwierdza, że w największym skrócie można powiedzieć, że „ekonomia interesuje się bogactwem, dochodem, decyzjami, bodźcami, poziomem życia i wzrostem, a więc tematami dla wszystkich niezwykle istotnymi”. Po zwróceniu uwagi na szczególne cechy gospodarowania (‘ograniczoność czasu i zasobów, niepewność przyszłości, konieczność pracy i różnorodność popytu konsumpcyjnego’) Skousen przedstawia prosty, „zdroworozsądkowy model zachowań gospodarczych i satysfakcji konsumentów”. W modelu tym pokazano jak zaspokojenie potrzeb materialnych i usług dokonuje się w kolejnych etapach aktywności gospodarczej (zasoby, produkcja, dystrybucja, konsumpcja/inwestycja).

W kolejnych dziesięciu rozdziałach przedstawiono problemy tradycyjnie zaliczane do mikroekonomii, mianowicie teorii popytu konsumpcyjnego i sposobom zaspokajania tego popytu przez producentów. Skousen nie tylko zwraca uwagę na to, że czymś naturalnym jest oczekiwanie producentów, że w długim okresie przychody zwykle przewyższają koszty, ale podkreśla, że by to oczekiwanie zrealizować każda z firm „powinna współpracować z wieloma interesariuszami, ustalać odpowiednie ceny, kontrolować koszty i dostosowywać się do nowych wymogów konkurencji i rynku”. Ważną cechą zastosowanego podejścia jest to, że analiza zjawisk na poziomie mikroekonomicznym zaczyna się od rachunku zysków i strat przedsiębiorstwa. Dzięki temu zwraca się uwagę na dynamikę zachowania firmy, a nie (jak to jest zwykle przedstawiane w ‘tradycyjnych’ podręcznikach ekonomii) skupia się uwagę na określenie warunków osiągniecia stanu równowagi. Analiza rachunku zysków i strat staje się punktem wyjścia do wprowadzenia pojęć popytu i podaży na poszczególne dobra i usługi. W odbiegający od tradycyjnego podejścia podręcznikowego, Skousen omawia potrzeby konsumentów, to w jaki sposób zmieniają się ich gusta, jak reagują na zmiany cen, w jaki sposób potrzeby konsumentów spełniane są przez dostawców, w jaki sposób aktywność przedsiębiorców stale zaburza sytuację, jak tworzone są nowe dobra oraz „jak ziemia, praca, kapitał i przedsiębiorczość współpracują w celu zaspokojenia potrzeb konsumentów”. Autor podkreśla też, że o ile współpraca jest niezbędna, to równie istotne jest zrozumienie konfliktów i problemów jakie pojawiają się pomiędzy właścicielami ziemskimi, robotnikami i kapitalistami. W kolejnych rozdziałach analizowane są również rożne stopnie konkurencji i monopolu. Jeden rozdział poświęcony jest analizie roli przedsiębiorczości w rozwoju gospodarczym. Wiele uwagi poświęca Skousen analizie procesów finansowych, rynkom akcji i obligacji.

W kolejnych pięciu rozdziałach Skousen skupia się na analizie tego w jaki sposób gospodarka działa jako całość, czyli przedstawia problemy tradycyjnie zaliczane do makroekonomii. Opisuje Zagregowaną Strukturę Produkcji oraz przedstawia rożne sposoby mierzenia aktywności gospodarczej (np. Nakłady Krajowe Brutto (NKB), wydatki pośrednie (WP), Produkt Krajowy Brutto (PKB), Dochód Narodowy (DN)). Wprowadzając ‘udoskonaloną wersję Zagregowanej Podaży i Popytu’, Skousen stara się podkreślić kluczową rolę stóp procentowych dla dążenia do makroekonomicznej równowagi i osiągnięcia wzrostu gospodarczego. Naturalnie Skousen opisuje obszary tradycyjnie przypisywane analizie makroekonomicznej jak inflacja, pieniądz, czy system bankowy, czyni to jednak w sposób odbiegający od tradycyjnie używanego w podręcznikach ekonomii. Zainteresowaniu się tego typu problemami makroekonomicznymi sprzyjają zarówno sposób prezentacji (zwłaszcza komunikatywny język) jak i liczne ‘przykłady z życia gospodarczego’.

Kolejne 8 rozdziałów poświęcone jest polityce rządu i wpływowi tej polityki na rozwój gospodarczy. Na początku tej czwartek części Skousen przedstawia rozważania teoretyczne (ilustrowane licznymi przykładami z życia gospodarczego), a dopiero po tym odnosi się do sfery polityki rządu.  Ponadto, biorąc pod uwagę to w jakim ogromnym zakresie współczesne rządy wpływają na rozwój gospodarczy, zawarcie tej problematyki w podręczniku do podstaw ekonomii wydaje się w pełni uzasadnione. Odpowiednie przedstawienie tej problematyki może być także pomocne w zrozumieniu, i krytycznej analizie, publikacji w tzw. massmediach (prasa, telewizja, radio, internet). Skousen stara się odpowiedzieć na tak ważne pytania jak: które z funkcji państwa są uzasadnione, jaką rolę pełni rząd w polityce pieniężnej. W kolejnych rozdziałach Mark Skousen przedstawia teorią i praktykę opodatkowania, długu narodowego i wydatków finansowanych z deficytu, opisuje wpływ polityki fiskalnej i monetarnej rządów na inflację, recesję i cykl koniunkturalny. W tej części podręcznika widać wyraźnie osobisty, krytyczny stosunek Skousena do dominującego myślenia polityków, ekonomistów, ale także i wielu przedsiębiorców, opartego na ekonomii keynesowskiej. W kilku rozdziałach Mark Skousen zajmuje się także regulacjami rządowymi mającymi wpływ na stan środowiska naturalnego, handel międzynarodowy, rolnictwo, mieszkalnictwo i przedsiębiorczość.

 W ostatnim, dwudziestym ósmym rozdziale, zatytułowanym ‘Co robią ekonomiści?’ Mark Skousen zauważa, że ekonomia rozszerzyła swoje wpływy poza politykę rządu, ma istotny wpływ na ‘świat wielkich finansów, zarządzanie przedsiębiorstwem, prawo, kryminologię, socjologię, religię i inne dyscypliny’. Celem tego rozdziału jest też pokazanie wglądu w zawód ekonomisty osobom zainteresowanym taką karierą. Skousen zadaje pytanie ‘Czy powinieneś studiować ekonomię?’ i dalej pisze: „Zachęcam do tego z kilku powodów. To studia o szerokim zakresie dotykające wielu obszarów zainteresowań, w tym matematyki, statystyki, pieniądza, rynku akcji, biznesu, dziennikarstwa i polityki. Ekonomia może ci się przydać w twojej karierze, nawet jeśli zdecydujesz się robić coś innego”.

W jednym z podrozdziałów, Skousen przestawia siedem podstawowych reguł, których zastosowane do różnych problemów, może zmienić świat. Skousen nazywa je ‘siedmioma potężnymi narzędziami ekonomii’. Narzędzia te stale przewijały się w książce przy okazji dyskusji różnorakich problemów. Wymieńmy może je tylko, a ich krótki opis można znaleźć w Logice ekonomii na str. 750-3: 1. Odpowiedzialność. 2. Oszczędzanie i analiza kosztów i korzyści 3. Oszczędności i inwestycje. 4. Bodźce. 5. Konkurencja i wybór. 6. Przedsiębiorczość i innowacje 7. Opiekuńczość.

 Warto też zwrócić uwagę, że każdy rozdział Logiki ekonomii kończy się w podobny, interesujący sposób, mianowicie po dyskusji specyficznego problemu w danym rozdziale, przedstawione jest ‘Podsumowanie’ oraz lista ważnych terminów użytych w tym rozdziale. Po tym przedstawiane są sylwetki znanych ekonomistów, którzy wnieśli duży wkład w rozwój problematyki poruszanej w danym rozdziale (ta cześć nazywana jest ‘Wpływowi ekonomiści’). Na samym końcu każdego rozdziału przedstawiana jest lista problemów do rozważenia oraz zalecana literatura do dalszego studiowania.

Zarówno w wydaniu polskim, jak i w wydaniu amerykańskim spis treści jest bardzo krótki, ogranicza się do tytułów rozdziałów. Wydaje mi się, że pożytecznym byłoby przedstawienie bardziej szczegółowego spisu treści (dostępny tutaj), co zaproponowałem wydawcy polskiego tłumaczenia tego podręcznika). Taki przegląd poruszanej problematyki, bez konieczności dłuższego wertowania podręcznika, mógłby być dobrą zachętą do podjęcia systematycznego studiowania Logiki ekonomii Marka Skousena. Warto przeczytać tytuły poszczególnych sekcji w każdym rozdziale, bo daje to ogólny pogląd o treści tego podręcznika i pozwala sobie wyrobić opinię o tym jak różny jest ten podręcznik od innych, standardowo używanych na polskich uniwersytetach.

 Polecam Logikę ekonomii Marka Skousena wszystkim – studentom, nauczycielom, każdemu zainteresowanemu poznaniu istoty zjawisk gospodarczych. To będzie logiczny wybór.

 

PS Kilka tygodni temu, zaproponowałem ten tekst do opublikowania na jednym z popularnych portali poruszających problemy ekonomiczne. Nie został zaakceptowany i to rozumiem, taka wola wydawcy. Ciekawa była jednak argumentacja. Początkowy tekst, który przesłałem, był znacznie dłuższy (pisałem tam m.in. o podręczniku Wiesława Sameckiego pt. Wprowadzenie do ekonomiki i o opublikowanej w 1896 roku Logice Ekonomii Zygmunta Herynga). Pan Redaktor napisał wtedy: „Przeczytałem Pana artykuł, ale przyznam że mam z nim spory kłopot. Nie wiem bowiem jaka jest właściwie jego teza. W tej chwili jest to luźno powiązana opowieść o pracach kilku ekonomistów, ale dlaczego akurat o tych, dlaczego teraz? Jakimś punktem wyjścia mogłoby być wydanie książki Skousena, ale to też słabe, bo praca nie jest nowa. … tekst jest 3 razy dłuższy niż nasze publikacje. Nie skupi Pan uwagi … w sytuacji gdy ludziom wystarcza 140 znaków.”

Pomyślałem, ‘dobrze skrócę tekst ’ i wysłałem go w takiej postaci jaką zamieszczam tutaj. W odpowiedzi mogłem przeczytać m.in.: „Tekst artykułu nie może zaczynać się od  zdania, że się coś wydarzyło kilkanaście lat temu. Nowością jest jak rozumiem fakt, że wreszcie ukazała się książka Skousena. U nas nowa, ale to na Boga czwarte wydanie, wiec nie nowa. Jej cechy opisuje Pan dopiero potem, a pierwszą połowę teksu poświęca Pan innemu bohaterowi, O’Rource. Dlaczego wiec zaczyna Pan od Skousena skoro uznaje ze najpierw trzeba opowiedzieć o kimś innym? … Nie robimy zachęt do studiowania jakichś fragmentów ekonomii tylko na zasadzie, że to ważne. Zbyt wiele rzeczy jest ważnych.” 

Ostatni artykuł opublikowany w ramach Project Syndicate przez mojego ‘ulubieńca’ Josepha E. Stiglitza (innym jest Paul Krugman) został dzisiaj opublikowany po polsku przez Obserwatora Finansowego pod znamiennym tytułem ‘Chinom grozi nadmiar, a nie brak rynku’. To zmobilizowało mnie do napisania choć krótkiego komentarza. (Nawiasem mówiąc Stiglitz i Krugman należą do typu osobowości, które uznają, że jak dostali Nagrodę im. Alfreda Nobla  z ekonomii to mogą wypowiadać się na każdy temat i zawsze mają rację).

Stiglitz, ex cathedra oznajmia, że „Wiele z problemów Chin bierze się dzisiaj stąd, że rynku jest za dużo, a państwa za mało”. Fizycy mają amperomierze i woltomierze by dokonywać pomiarów prądu i napięcia. Stiglitz wyraźnie ma jakiś ‘państwometr’, który mu pokazuje, że państwa jest za mało (w przyszłości państwometr nazwany zostanie stiglitzomierzem – bo czyż Joseph E. Stiglitz jest mniej ważnym naukowcem niż Andre Ampere czy Alessandro Volta?.

Ma też prof. Stiglitz dość odwagi by zakazać Chińczykom iść drogą, którą kroczyli jego przodkowie przez ostatnie 200 lat. Pisze on: „Przyjęcie jednak rozrzutnego, materialistycznego stylu życia na wzór amerykański byłyby katastrofalne dla Chin – i dla naszej planety. Jakość powietrza już dziś stanowi zagrożenie dla życia mieszkańców tego kraju. Całemu światu natomiast zagroziłoby globalne ocieplenie wywołane jeszcze większą emisją dwutlenku węgla przez Chiny.”

Wie też, że „warunki życia w Chinach mogłyby się poprawić, gdyby przeznaczono większe środki na eliminację dużych braków w opiece zdrowotnej i w oświacie. Tu rząd powinien odgrywać czołową rolę, tak jak to się dzieje – i nie bez powodów – w większości gospodarek rynkowych”.

Proponuje by Chińczycy przyjęli model francuski lub brytyjski. Ciekaw jestem czy prof. Stiglitz to samo mówiłby gdyby, żyjąc w Wielkiej Brytanii, musiał pójść na operację, którą wyznaczono by mu za lat trzy lub pięć. (Nawisem mówiąc w Polsce też już mamy taki brytyjski system – przeczytałem ostatnio, że pacjentowi wyznaczono operację na rok 2022).

Komentując swój ulubiony temat kryzysu który zaczął się w 2008 roku, prof. Stiglitz pisze, że „najważniejszą nauczkę z okresu, jaki nastąpił po globalnym kryzysie gospodarczym z 2008 roku, stanowi to, że rynki nie dokonują samoregulacji”. Nie dodaje jednak, że rynki nie mogą dokonać tego bo w tryby mechanizmów rynkowych państwo cały czas  dosypuje piasek.

Co natomiast radzi noblista. Ano receptę znaną wszystkim keynesistom i ortodoksom: „Ekonomika sukcesu jest jasna: sfinansowane podwyżką podatków wyższe wydatki na urbanizację, opiekę zdrowotną i oświatę mogą jednocześnie służyć utrzymaniu wzrostu, poprawie stanu środowiska naturalnego oraz zmniejszeniu nierówności. Jeśli chińskie czynniki polityczne będą w stanie wprowadzić ten plan, wyjdzie to na dobre Chinom i całemu światu”.

Pozostaje mieć nadzieję, że Chińczycy będą głusi na rady noblisty. Prof. Stiglitz doradzał już Prezydentowi Stanów Zjednoczonych w latach 1993–1997, a w latach 1997–2000 był głównym ekonomistą Banku Światowego. Nu i chwatit! 

Dwa tygodnie temu, 14 stycznia 2014 roku grupa 75 ‘znamienitych’ ekonomistów, w tym siedmiu laureatów Nagrody Nobla, opublikowała list skierowany do prezydenta USA i kongresmenów, w którym popierają inicjatywę legislacyjną Senatora Toma Harkina i członka Izby Reprezentantów  George Millera o podwyższeniu płacy minimalnej do ponad 10 dolarów za godzinę. W liście tym ekonomiści wręcz domagają się by przez najbliższe trzy lata płaca minimalna rosła o 95 centów, tak by w 2016 roku wynosiła 10,1 dolara. Inicjatorzy podwyżek płacy minimalnej motywują to tym, że ‘zatrudnionym zarabiającym najmniej trzeba uczciwie zapewnić możliwość skorzystania ze skutków rozwoju gospodarki po wyjściu z recesji’.

Kiedy to przeczytałem, przypomniałem sobie stare niemieckie powiedzenie „88 profesorów, ojczyzno, jesteś zgubiona”  - Achtundachtzig Professoren: Vaterland, du bist verloren  (przypisywane Bismarckowi, ale w Słowniku Kopalińskiego podane jest: „Deutsche Rundschau” z 1901 r. o parlamencie frankfurckim z 1848-9 r.).

List ten umieszczony został w sieci i obecnie podpisało go już ponad 600 ekonomistów (by ten list podpisać trzeba mieć co najmniej doktorat z ekonomii!). Pełno tam znanych nazwisk (najgorsze jest, że to,  że oni uczą przyszłych ekonomistów!). Są tam laureaci Nagrody im. Alfreda Nobla z ekonomii oraz byli prezydenci American Economic Association: Kenneth Arrow, Stanford University*+; William Baumol, New York University+; Angus Deaton, Princeton University+; Peter Diamond, Massachusetts Institute of Technology*+; Avinash Dixit, Princeton University+; Claudia Goldin, Harvard University+; Eric Maskin, Harvard University*; Thomas Schelling, University of Maryland*+; Robert Solow, Massachusetts Institute of Technology*+; A. Michael Spence, New York University*; Joseph Stiglitz, Columbia University* (gwiazdką oznaczono Noblistów z ekonomii, a plusem prezydentów AEA).  

Z innych nazwisk wspomnę jedynie Brad’a DeLong’a, University of California, Berkeley (autora znanego podręcznika do Makroekonomii), oraz instytucjonalistę, Geoffrey Hodgson’a, University of Hertfordshire (z Wielkiej Brytanii).

Wszystkim tym ekonomistom nakazałbym przeczytać Henrego Hazlitta ‘Ekonomia w jednej lekcji (tam są m.in. rozdziały pt. ‘Ustawowe płace minimalne’, ‘Kontrolowanie cen przez rząd’ czy „Fetysz pełnego zatrudnienia’). Czy jednak zrozumieliby przesłanie tej lekcji?

Ekonomiści ci twierdzą, że wpływ podwyżki płacy minimalnej na zatrudnienie  jest nieznaczny. Podkreślają, że w Kanadzie i USA odsetek zatrudnionych otrzymujących płacę minimalną nie dochodzi nawet do 5 procent, dlatego uznają, wszelkie bezpośrednie negatywne konsekwencje podwyżki tej płacy zapewne nie dotkną licznych grup społecznych. Inni ekonomiści popierają tego opinie przytaczając wyniki badań, że już w przypadku młodych dorosłych (w wieku dwudziestu paru lat) skutki zmian płacy minimalnej zwykle nie mają znaczenia statystycznego i nie liczą się z punktu widzenia ekonomicznego. Natomiast w przypadku ‘starszych dorosłych’, konsekwencje są tak nikłe, że w niewielu publikacjach w ogóle się o nich wspomina.

Wydaje mi się to hipokryzją do kwadratu. W niemalże wszystkich podręcznikach do Makroekonomii pokazuje się jak to płaca minimalna ustalona na poziomie powyżej płacy rynkowej powoduje powstanie bezrobocia przymusowego. Jeśli ci ekonomiści korzystają z tych podręczników to można ich zapytać kiedy mówią prawdę, ucząc studentów czy pisząc tego typu listy? (tu przypominają mi się słowa Miltona Friedmana z 1977 roku: „Nic nie tworzy tak wielu miejsc pracy dla ekonomistów, co kontrola i interwencja ze strony państwa. Dlatego wszystkich ekonomistów cechuje schizofrenia: ich dyscyplina naukowa, wywodząca się od Smitha, każe im faworyzować rynek; ich własny interes każe im faworyzować interwencję. W efekcie znaczna część środowiska ekonomistów była zmuszona godzić te dwie przeciwstawne siły przez faworyzowanie rynku w ogólności i przeciwstawianie się mu w konkretnych przypadkach”).

Jeśli natomiast jest tak jak twierdzą sygnatariusze tego listu, że „podwyżki tej płacy zapewne nie dotkną licznych grup społecznych” to w takim układzie po co kruszyć kopie? Żeby zaistnieć w mediach? By zdobyć posadkę doradcy rzadowego?

Ten argument, minimalnych kosztów jest często przytaczany w różnych sytuacjach. Kilka lat temu słyszałem go w kontekście tego, że Unia Europejska nie jest wcale tak kosztowną instytucją. bo przecież każdego ‘obywatela UE’ kosztuje tyle ile jedna filiżanka kawy dziennie.

Argumenty tego typu ekonomistów jako, żywo mogłyby przypominać argument chemika, który twierdziłby, że katalizator w reakcji chemicznej nie jest ważny, bo przecież zawsze dodawany jest on w minimalnych ilościach (w porównaniu z ilością substancji głównej w której zachodzi reakcja). Śmiem twierdzić, że gdyby student chemii odpowiedział w tym stylu to na pewno nie zdałby egzaminu z chemii.

Argumentując podobnie jak to czynił Frederica Bastiata, można powiedzieć, że jeśli podwyższenie płacy minimalnej nie ma wielkiego wpływu, to dlaczego nie podwyższyć jej do np. 50 dolarów za godzinę, wtedy wszystkim byłoby lepiej, wszyscy byliby zadowoleni.

W książce (którą polecam przeczytać) The Finacial Crisis and the Free Market Cure (z podtytułem Why Pure Capitalism is the World Economy’s Only Hope) John A. Alisson (szef  BB&T Corporation w latach 1989-2008, jednej z większych instytucji finansowych w USA) opisuje swoje doświadczenia, kiedy to w młodości pracował za mniej niż minimalna płaca. Pisze on, że nie była to ciekawa praca, ale to w niej nauczył się współpracować z innymi, ale też nauczyło go ona tego, że powinien zrobić wszystko by przez resztę swojego życia nie musieć pracować za taką minimalną stawkę.  

Wielu z nas może podobnie powiedzieć (sam pamiętam jak będąc w średniej szkole, by sobie dorobić i móc wyjechać na wakacje, przerzucałem, za tzw. psie pieniądze, worki z mąką w Gminnej Spółdzielni w Blachowni).   

Patrick Jake O’Rourke w Wykończyć bogatych, książce. którą stale polecam swoim studentom do poczytania, opisuje jak to wiele lat po studiach życie zmusiło go do powrotu do studiowania ekonomii, pisze:  „Zdecydowałem więc, że powrócę do moich studenckich podręczników do ekonomii, żeby coś z tego pojąć. Wówczas ponownie i z nie mniejszą siłą dopadło mnie dawne bitnikowskie uprzedzenie. Tym razem jednak nie dotyczyło ono studentów biznesu, ale autorów podręczników, z których musieli się uczyć. Wyszło na jaw, że profesorowie ekonomii również są ekonomicznymi idiotami.”

Skończę tak, jak zwykł kończyć swoje wykłady „O wyższości Świąt Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenia”, prof. mniemanologii stosowanej Jan Tadeusz Stanisławski (zresztą też ekonomista i filozof):
i to by było na tyle.


  • RSS