Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z tagiem: etatyzm

W cieniu błękitnego orła, czyli co Nowy Ład zrobił gospodarce USA, Jana Jakuba Tyszkiewicza to książka którą warto przeczytać by spojrzeć na to co stało się w Stanach Zjednoczonych po Wielkim kryzysie w 1929 roku z perspektywy innej niż jest to zwykle przedstawiane jest w polskiej literaturze. Przemek Hankus właśnie ‘ujawnił’ fakt wydania tej książki na kilku wpisach na Facebooku (np. tutaj i tutaj). Miałem przyjemność przeczytania manuskryptu tej książki i napisania wstępu do niej. Myślę, że nie naruszę praw wydawcy kiedy poniżej zamieszczę roboczą wersję tego wstępu. Proszę odczytać to jako zachętę do przeczytania tej ksiażki. 

 Czy po 80 latach warto pisać o Nowym Ładzie Franklina Delano Roosevelta? Według mnie tak, bo wiele możemy się nauczyć (zwłaszcza po kryzysie 2008) analizując przyczyny długiego wychodzenia gospodarki po Wielkiej depresji (Wielkim kryzysie) w 1929 roku, które spowodowanego było przede wszystkim błędami popełnianymi przez polityków w latach 30. ubiegłego wieku w ramach Nowego Ładu. Warto też pisać, jeśli jest to napisane w interesujący sposób jak to uczynił Jan Jakub Tyszkiewicz w tej książce. 

Przez te kilkadziesiąt lat po wprowadzeniu Nowego Ładu napisano o nim setki książek i tysiące artykułów (sam w swoich zbiorach mam ponad 40 książek poświęconych samemu Nowemu Ładowi (New Deal)). Większość tych publikacji jest napisana po angielsku, niestety po polsku praktycznie nic nie opublikowano. Polscy autorzy wspominają jedynie mimochodem o Nowym Ładzie przy okazji opisywania Wielkiego Kryzysu (Great Depression), a elementarne informacje o Nowym Ładzie dostępne są po polsku jedynie w książkach poświęconych historii gospodarczej[1].

Wiele książek poświęconych Nowemu Ładowi to typowe książki historyczne, starające się przedstawiać ‘suche fakty’. Dużo z książek odnoszących się do oceny wpływu Nowego Ładu na gospodarkę amerykańską jest swego rodzaju apologetyką programu F. D.  Roosevelta, natomiast bardzo niewiele z nich przyjmuje perspektywę krytycznej analizy i wskazanie na błędy tego programu[2].  Książka Jana Jakuba Tyszkiewicza dobrze wpisuje się w ten drugi, krytyczny nurt publikacji o Nowym Ładzie. Książkę tę wyróżnia też pokazanie wpływu Nowego Ładu na codzienne życie społeczeństwa amerykańskiego. Opisane w książce podstawowe regulacje Nowego Ładu (ustawy, akty powołujące agencje rządowe) ilustrowane są informacjami o wpływie tych regulacji na codzienne życie Amerykanów. Czyniąc to Autor korzysta bardzo obficie z dużej liczby artykułów prasowych jakie ukazywały się w tamtym czasie. Zgodnie z przesłaniem Frederica Bastiata (‘Co widać i czego nie widać’) i Henry Hazlitta (‘Ekonomia w jednej lekcji’), J. J. Tyszkiewicz patrzy nie tylko na bezpośrednie skutki regulacji wprowadzanych w ramach Nowego Ładu, ale pokazuje też skutki w długim okresie i skutki dla całego społeczeństwa.  Czytając tę książkę powinniśmy patrzeć na to co pisze Autor także przez pryzmat tego co dzieje się w ostatnich latach u nas w Polsce, w Stanach Zjednoczonych i w innych krajach zachodnich. Jak się wydaje wiele elementów Nowego Ładu, które przyczyniły się do długiego wychodzenia z recesji gospodarczej Wielkiego Kryzysu, ma też miejsce obecnie w procesie wychodzenia z kryzysu 2008 roku.

Naturalnie w tej krótkiej książce Autor nie mógł przedstawić wszystkich aspektów Nowego Ładu, jednakże dokonana selekcja wydaje się być trafna i uzasadniona. Po przedstawieniu najważniejszych reform pierwszego i drugiego Nowego Ładu, Autor opisuje wpływ reform Nowego Ładu na funkcjonowanie wybranych, najważniejszych w tamtym czasie sektorów gospodarki (rolnictwa, przemysłu ciężkiego (paliwowo-energetyczny, stalowy, motoryzacyjny) i przemysłu lekkiego). Czyni to dyskutując tak ważne problemy szczegółowe jak migracje i praca sezonowa, projekty publiczne (tutaj posługuje się bardzo dobrym i reprezentatywnym przykładem Tennessee Valley Authority), programy pomocy społecznej.

Wielki Kryzys był z pewnością jednym z ważniejszych wydarzeń gospodarczych w XX wieku, jednakże wydaje mi się, że znacznie większy wpływ na historię rozwoju społecznego i gospodarczego w następnych dziesięcioleciach miał Nowy Ład. To ten program, firmowany przez Franklina D. Roosevelta,  ukształtował myślenie w świecie zachodnim i stał się podstawą rozwoju tzw. państwa dobrobytu, państwa opiekuńczego, w wielu krajach Zachodu.

Nowy Ład to ogromna aktywność legislacyjna i rozrost biurokracji. Warto może wymienić te najważniejsze akty legislacyjne administracji Franklina D. Roosevelta (bo nie o wszystkich wspomina J. J. Tyszkiewicz w swojej książce): w 1933 r., pierwszym roku funkcjonowania Nowego Ładu, uchwalono (lub powołano): Emergency Banking Relief Act, Farm Credit Act, Civilian Conservation Corps, Glass-Steagall Act, Truth-in-Securities Act, Agricultural Adjustment Act, Tennessee Valley Authority, Federal Emergency Relief Act, National Industrial Recovery Act, National Recovery Administration, Public Works Administration, Home Owners Refinancing Corporation,  Civil Works Administration, w 1934: Gold Reserve Act, Silver Purchase Act, Indian Reorganization Act, Federal Housing Administration, w 1935: Emergency Relief Appropriation Act, Resettlement Administration, Rural Electrification Administration, Revenue (Wealth Tax) Act, National Labor Relations Act, Public Utility Holding Company Act, Social Security Act, Banking Act, w 1936:  Judiciary Reform Bill (wprowadzony po ciężkiej batalii z Sądem Najwyższym (Supreme Court)), w 1937: Bankhead-Jones Farm Tenant Act, Wagner-Steagall National Housing Act, w 1938: Second Agricultural Adjustment Act, Fair Labor Standards Act, w 1939 powołano Execustive Office of the President (gdzie obecnie zatrudnionych jest ok. czterech tysięcy osób).

Liczba powoływanych agencji i uchwalanych ustaw była tak wielka, że Amerykanie zaczęli używać skrótowców na odwoływanie się do nich, stąd nazywano je ‘agencjami literowymi’ (alphabet agencies), np. FHA, REA, AAA, CCC, PWA, TVA, NIRA, NRA, SSA.

Twórczość legislacyjna była tak intensywna, że już w dwa lata po rozpoczęciu Nowego Ładu zaszła konieczność zebrania ich w jedną całość, by w pewien sposób mieć kontrolę na zawartością obowiązującego prawa. W 1936 roku wydano po raz pierwszy Federal Register (wcześniej nie było takiej potrzeby!) w którym na ok. 2 600 stron zebrano wszystkie obowiązujące wówczas regulacje rządowe, w 1939 roku był on już prawie dwukrotnie grubszy, obecnie jest to ok. 80 000 stron[3].

Ten duch etatyzmu, rozrostu ingerencji państwa w życie gospodarcze, był wyraźnie widoczny w latach 30. dwudziestego wieku w wielu państwach. Stany Zjednoczone są jednak pod pewnymi względami wyjątkowe, bo z jednej strony dokonano to w ramach demokratycznego, bardzo systematycznego i jasno sformułowanego procesu, a z drugiej USA traktowane były jako wzorzec dla innych rozwiniętych gospodarczo państw demokratycznych. Pytanie, które od dawna mnie nurtuje, to, do jakiego stopnia Nowy Ład inspirowany był ‘sukcesami’ Rosji Sowieckiej i wprowadzaniem tam wielkich programów gospodarczych. Tutaj takim wzorcem mógł być NEP – Nowa Polityka Ekonomiczna (ros. Nowaja Ekonomiczeskaja Polityka), doktryna polityki gospodarczej Rosji Sowieckiej w latach 1921-1929. To zauroczenie zachodnich intelektualistów Rosją Sowiecką zaczęło się od publikacji w 1919 roku książki  Johna Reeda, Dziesięć dni, które wstrząsnęły światem (Ten Days that Shook the World). Inny amerykański intelektualista Lincoln Steffens, po odbyciu w 1919 roku podróży do Rosji, zachwycił się osiągnięciami sowietów i napisał: „widziałem przyszłość i ona działa”. W następnych latach zaczęła się istna pielgrzymka zachodnich intelektualistów do Moskwy. Jak się ocenia w latach 20. i 30. XX wieku kilkadziesiąt tysięcy europejskich i amerykańskich specjalistów, naukowców, artystów i intelektualistów przyjechało do Rosji by zobaczyć sowiecki eksperyment. Podobno Lenin nazywał ich ‘pożytecznymi idiotami’. W latach 1923-24 powstały w wielu państwach Zachodu (w tym w USA) towarzystwa przyjaciół Rosji Sowieckiej, których członkami i sympatykami byli bardzo wpływowi intelektualiści, że wspomnieć choćby takich jak: Julian Huxley, Herbert Wells, Henri Barbusse, Rabindranath Tagore, Romain Rolland, Tomasz Mann, Albert Einstein, George Bernard Shaw, Edmund Wilson, Pablo Neruda, Louis Aragon, Bertolt Brecht, Jean Paul Sartre[4]. Zastanawiające jest dlaczego ci najwybitniejsze myśliciele, których deklarowanym obowiązkiem moralnym było dociekania prawdy, naiwnie wierzyli w to co widzieli podczas ich pobytów w Moskwie, albo udawali, że nie wiedzą, co dzieje się w ojczyźnie komunizmu? To duże zainteresowanie intelektualistów tym co dzieje się w Rosji sowieckiej w latach 20. XX wieku widać było w licznych recenzjach i artykułach jakie ukazywały się w prasie amerykańskiej, w tym bardzo poczytnych i wpływowych New York Evening Post, New Masses, New York Times Book Review, Books Abroad.

 W takiej atmosferze intelektualnej nie może dziwić, że i politycy zaczęli zastanawiać się czy nie należałoby zastosować przynajmniej niektórych elementów planowania i centralnego zarządzania w Stanach Zjednoczonych. Wielki Kryzys, który zaczął się w 1929 roku wydawał się być dobrą okazją ku temu. Te elementy planowania i centralnego zarządzania zaczął stosować w swej polityce po 1929 r. ówczesny prezydent Herbert Hoover, a FDR ‘twórczo’ je rozwinął w programie New Deal.  Roosevelt w swojej mowie na konwekcji demokratów, na której uzyskał nominację Partii Demokratycznej na prezydenta Stanów Zjednoczonych, w Filadelfii, 27 czerwca 1936 roku, powiedział: „Rząd w nowoczesnej cywilizacji ma pewne niezbywalne zobowiązania wobec swoich obywateli, wśród których są ochrona rodziny i ogniska domowego, wprowadzenie demokracji szans i pomoc dla tych, dotkniętych nieszczęściem”[5].

Wiele ustaw wprowadzanych w ramach Nowego Ładu było szkodliwych, ale o dwóch (opisywanych przez J. Tyszkiewicza) szczególnie warto wspomnieć, mianowicie reformującą rolnictwo Agricultural Adjustment Act (AAA) oraz o ‘ustawie o narodowym odrodzeniu przemysłu’, National Industrial Recovery Act (NIRA). Warto podkreślić, że to właśnie uchwalając w 1933 roku AAA uznano rolnictwo jako bardzo specyficzną, szczególną gałąź gospodarki, którą należy mocno subsydiować. Ta optyka przejęta została przez inne państwa, a obecnie w Unii Europejskiej subsydiowanie rolnictwa w ramach tzw. Wspólnej Polityki Rolnej (CAP) pochłania ok. 40% budżetu unijnego (w latach 80. XX wieku było to ponad 70%).  Natomiast NIRA zainicjowało niesamowity rozrost administracji państwowej i stosowanie niemalże ręcznego sterowania rozwojem przemysłu, oraz przyczyniła się do monopolizacji wielu gałęzi gospodarki Stanów Zjednoczonych.

Co ciekawe, zarówno AAA jak i NIRA uznane zostały za niekonstytucyjne, pierwsza w styczniu 1936 roku, druga w maju 1935 roku. Nie oznaczało to ‘cofnięcia wskazówek zegara’. Rozpoczęte dzięki obu ustawom działania były kontynuowane. Natomiast te przepisy, które administracji rządowej były potrzebne, wpisane zostały w innej formie, lub nawet rozszerzone, w innych ustawach, ale w takiej postaci by już nie było możliwe zarzucenie im niekonstytucyjności. W 1938 roku uchwalono drugi Agricultural Adjustment Act (1938 AAA), natomiast wiele przepisów NIRA znalazło się w innych ustawach np. w uchwalonym w czerwcu 1935 roku National Labor Relations Act.

Czy jest możliwe odwrócenie zainicjowanych w czasach Nowego Ładu procesów etatyzacji gospodarki i silnego interwencjonizmu państwowego? Wierzę, że tak, choć na razie nie wiadomo jak to się może dokonać. 

 

Wrocław, 6 listopada 2016 r.


[1] np. Szpak J., Historia gospodarcza powszechna, Polskie Wydawnictwo Ekonomiczne, Warszawa 1997, str. 180-181, 193, Skodlarski J. Historia gospodarcza, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2012, str. 265-267, Wojnarski D., Powszechna historia gospodarcza, Wydawnictwo Poltext, Warszawa 2004, str. 215, 219.

[2] tutaj dobrymi przykładami są: Robert Murphy, The Politically Incorrect Guide to the Great Depression and the New Deal, Regnery Pub., (2009) oraz Jim Powell, FDR’s Folly: How Roosevelt and His New Deal Prolonged the Great Depression, Crown Forum (2003)

[3] Podobna tendencja do rozrostu regulacji prawnych obecna jest w innych państwach. Jak się ocenia prawo Unii Europejskiej spisane jest na ponad 130 000 stronach. Nie wiem ile stron zajmuje spisane prawo w Polsce, ale np. ‘z obliczeń firmy Grant Thornton za 2014 r., w Polsce w 2014 roku w życie weszło łącznie 25 634 stron maszynopisu nowego prawa, nowych ustaw, rozporządzeń i innych dokumentów, które tworzą lub zmieniają obowiązujące przepisy prawa’; w 2015 roku było to 29 843 strony, Grant Thornton  prognozuje, że w 2016 roku będzie to ok. 32 000 stron.

[4] Warto przeczytać np.  Paul Hollander, Political pilgrims. Travels of Western Intellectuals to the Soviet Union, China and Cuba 1928-1978, Harper and Row Publishes, New York, 1983, oraz Ludmila Stern, Western Intellectuals and the Soviet Union, 1920-40: From Red Square to the Left Bank, Routledge, 2007.

Przygotowując się do wykładu pt. Czy podatki mogą sprzyjać rozwojowi gospodarczemu i wzrostowi dobrobytu narodów?, który wygłosiłem na zaproszenie ZPP (tutaj i tutaj, prezentacja tutaj) przypomniałem sobie o dwóch swoich starych tekstach. Okazało się, że jeden ‘Z historii podatku dochodowego’ opublikowałem w zeszłym roku na tym blogu, ale tego o ‘Zapomnianym podatniku’ jeszcze nie, co niniejszym czynię. Esej o Zapomnianym podatniku napisałem z inspiracji śp. Janka  Winieckiego i zamieszony on został w książce pod jego redakcja (Gospodarka bez ekonoma. Którędy do dobrobytu (Jan Winiecki, red.), Warszawa: Dom Wyd. 2006).   

W napisanym w 1883 roku eseju, William Graham Sumner rozważa sytuację czterech osób, których nazwał A, B, C oraz X. Często A, człowiek wrażliwy, społecznik, filantrop, polityk, parlamentarzysta, zauważa coś, co wydaje mu się złe, a od czego cierpi X, tzw. zwykły, szary obywatel. Rozmawia o tej sprawie ze swoim kolegą B. Najczęściej, po tej rozmowie A i B proponują wprowadzenie prawa, które usunie zło i pomoże X. Prawo to zawsze określa, co dla X powinna zrobić czwarta z rozważanych osób, inny obywatel C, a w lepszym przypadku, co dla X powinni zrobić A, B i C. Jeśli chodzi o A i B, którzy ustanawiają prawo odnoszące się do X w dobrej dla niego intencji, to warto powiedzieć jedynie to, że byłoby lepiej gdyby pomogli mu bez ustanawiania jakiegokolwiek prawa. Sumner nazywa C ‘Zapomnianym Człowiekiem’. Najczęściej jest to „prosty, uczciwy pracownik” gotowy do ciężkiej i wytrwałej pracy po to, by godziwie żyć. Często nie zauważamy go, bo swym zachowaniem nie zwraca na siebie uwagi. Jest niezależny, dbający o siebie i swoją rodzinę i nigdy nie proszący o wsparcie. Jego podstawowym celem jest wywiązywanie się z obowiązków, ku zadowoleniu swojego pracodawcy. Swoją pracą przyczynia się do powiększenia swojego dobrobytu, ale też i kapitału zgromadzonego w społeczeństwie, którego jest członkiem. Jednakże jego dostatnie życie zależy także od sumy kapitału zgromadzonego w społeczeństwie i im większy jest dobrobyt społeczeństwa, tym lepiej i jemu się żyje. Każda część kapitału społecznego, która jest przekazana leniwym, niezaradnym, chciwym, niezdarnym jest wzięta z kapitału służącego do zapłaty temu niezależnemu, produktywnemu ‘zapominanemu człowiekowi’. Zwykle jednak nie pamiętamy o nim, bo nie robi on wrzawy wokół siebie, spokojnie pracuje realizując swoje osobiste cele. To właśnie Zapomniany Człowiek „pracuje, głosuje i modli się”, ale przede wszystkim płaci, i to płaci ponad miarę.

Obecnie w większości krajów rozwiniętych gospodarczo należących do OECD (Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju, Polska należy do tego ‘klubu’ 30 krajów od 1996 roku) obywatele, ‘zapomniani podatnicy’, oddają państwu-rządowi (poprawniej powinniśmy powiedzieć: ‘jest im zabierane’) średnio 40% tego, co wypracują (tj. 40% Produktu Krajowego Brutto (PKB) – wartość ta jest też dobrą miarą rozmiaru rządu, czyli stopnia ingerencji państwa w życie jego obywateli). Żeby zobrazować te liczbę, pomyślmy o Polaku w roku 2004, który oddaje państwu 48% tego, co wypracuje. W dniu wypłaty dostaje ‘na rękę’, czyli netto, 1000 zł, ale gdyby przyjrzał się wszystkim innym obciążeniom swojej pracy to zauważyłby, że wypracowana przez niego pensja (tzw. brutto) wyniosła 1900 zł. Zatem 900 zł oddaje on państwu. ‘Zapomniani podatnicy’ płacą w większości nieświadomie, w różnej formie: podatków bezpośrednich, pośrednich, na przyszłą emeryturę i rentę, opłat na fundusze zdrowia, aktywizacji zawodowej i na inne ‘niedorzeczności’ (niedorzeczności, bo w istocie większość tych obciążeń to niedorzeczności – płacimy jednocześnie na rentę i emeryturę, ale ilu z tych co płacą idzie na rentę i emeryturę jednocześnie; płacimy na fundusz aktywizacji zawodowej, a mamy prawie 20% bezrobocie, płacimy na tzw. ‘ochronę zdrowia’, ale po to by się wyleczyć trzeba w istocie pójść prywatnie do lekarza i zapłacić za tę usługę ekstra, itd.).

Obciążenia obywateli krajów OECD są zróżnicowane, wspominane 40% jest wartością średnią. Pięć krajów o najwyższych obciążeniach podatkowych (Belgia, Dania, Francja, Norwegia i Szwecja) płacą ok. 50% PKB, natomiast pięć krajów o najniższych obciążeniach (Australia, Japonia, Korea, Meksyk i USA) płacą ok. 28% PKB.

Dobrą ilustracją wielkości obciążeń podatkowych obywateli jest tzw. Dzień Wolności Podatkowej. Jeśli zrobilibyśmy eksperyment myślowy, w którym obywatele, uznając państwo za najważniejszą instytucje, najpierw oddawaliby wszystko co zarobią właśnie państwu, aż do momentu, w którym państwo-rząd powie łaskawie ‘wystarczy!’ i od tego momentu wszystko co zarabiają zostawiają sobie, to taki dzień, w którym rząd mówi ‘wystarczy!’, nazywamy ‘dniem wolności podatkowej. W Polsce w ostatnich latach dzień ten wypada w drugiej połowie czerwca (w 2004 roku był to 28 czerwca). W USA w ostatnich latach jest to początek kwietnia (w 2004 roku –  11 kwietnia).

Warto powiedzieć, że społeczeństwo może całkiem dobrze funkcjonować z tzw. ‘małym rządem’. Jeszcze w XIX i na początku XX wieku w większości krajów obecnie uznawanych za rozwinięte gospodarczo, obciążenia fiskalne nie przekraczały kilku procent, a dzień wolności podatkowej wypadał w styczniu i w lutym – przekładowo w USA w roku 1900 na potrzeby państwa wystarczyło pracować do 21 stycznia (obciążenia podatkowe wynosiły 5,9%).

Jest chyba coś patologicznego w tym, że obciążenia podatkowe obywateli przewyższają łączne wydatki na to, co jest najpotrzebniejsze każdemu człowiekowi, tzn. na żywność, ubranie i mieszkanie. W 1999 roku, przeciętny Amerykanin zapłacił 10 298 dolarów podatku, natomiast na żywność wydał 2693 dol., na ubranie 1404, a na mieszkanie 5833 dolary. Jeszcze gorsze proporcje są w większości krajów ODCE, w tym w Polsce.

W 1904 roku Oliver Wendell Holmes, Jr wypowiedział sławne zdanie: „Podatki są ceną jaką płacimy za rozwój cywilizacyjny” (Taxation is the price we pay for civilization). Wynika z tego, że od początku XX wieku bardzo ucywilizowaliśmy się.

Prawdą jest, że nikt nie lubi płacić podatków, tak było zawsze i tak będzie z pewnością. Mogą być jednak różne postawy. Kiedy obywatel widzi, że płacone przez niego podatki nie są marnowane to nawet godzi się je płacić, uznając to za swój święty obowiązek (tak było jeszcze kilkadziesiąt lat temu w USA). Kiedy jednak widać ogromne marnotrawstwo tych pieniędzy, obywatele zaczynają oszukiwać na podatkach (i staje się to często początkiem erozji społecznej i kryzysu państwa).

Zakończmy te nasze rozważania o ‘zapomnianym podatniku’ nadzieją, że w niedalekiej przyszłości społeczeństwo będzie miało odwagę i mądrość Lady Godivy, a rząd, politycy i parlamentarzyści będą godni Leofric’a i będą na tyle honorowi i słowni, że dotrzymają oczekiwanych i obiecanych deklaracji.

 Ramka

Lady Godiva była żoną Leofric’a, księcia Mercji (królestwa w centralnej Anglii). Leofric, ok. 1040 roku, nałożył ogromne podatki na mieszkańców swojego księstwa. Jego żona prosiła go by zmniejszył te podatki. On zgodził się, ale pod warunkiem, że przejedzie ona nago na koniu ulicami Coventry. Lady Godiva zgodziła się na to i uczyniła zadość żądaniu męża, przejeżdżając na koniu bez ubrania, choć jej ciało osłonięte było jej długimi włosami, ale wcześniej prosząc obywateli księstwa by w czasie jej jazdy pozostali w domach za zasłoniętymi oknami. Jak można było oczekiwać nie wszyscy posłuchali jej prośby, lokalny krawiec podglądał jej przejazd, ale, jak głosi legenda, podglądając stracił wzrok i do końca życia pozostał ślepcem.

 

Od wielu lat zwracam uwagę na to jak wielkie spustoszenie w naszych umysłach zrobiła w wieku XX idea i praktyka państwa opiekuńczego (do czego przyłożył się jeszcze komunizm, zwłaszcza sowiecki i chiński). Po czterech-pięciu pokoleniach żyjących w okresie państwa opiekuńczego, nie jesteśmy w stanie zaakceptować tego, że to nie od państwa powinniśmy oczekiwać rozwiązania wielu trapiących nas problemów. Nie wspomnę o tym, że wiele z tych problemów wykreowało właśnie samo państwo opiekuńcze. Zamiast szukać pomocy w naszej indywidulanej aktywności, wspartej aktywnością i współpracą lokalnych społeczności, wytworzyliśmy w sobie przekonanie, że najlepszym remedium na trapiące nas problemy jest omnipotentne państwo. Zapomnieliśmy, że jeszcze sto lat temu tak nie było, że niemalże powszechną zasadą była postawa typu ‘jeśli umiesz liczyć to licz przede wszystkim na siebie’.

Przyznam, się, że sam nie wiem jakie jest wyjście z tego ‘skrzywienia umysłowego’. Bardzo prawdopodobne, że do wyleczenie się z niego potrzeba będzie dwóch pokoleń, jak to było u Mojżesza (40 lat wędrówki narodu wybranego po pustyni). Należy zacząć o tym dyskutować i kształtować postawy młodych ludzi.

Dyskutując o tego typu problemach przywołuję często słowa brytyjskiego historyka A.J.P. Taylora, który w Historii Anglii (English History 1914-1945, Oxford University Press, 1965) napisał:

„Do sierpnia 1914 roku rozsądny, przestrzegający prawa Anglik mógł przejść przez życie i prawie nie zauważyć istnienia państwa poza urzędem pocztowym i policjantem. Mógł żyć, gdzie chciał. Nie miał urzędowego numeru czy karty identyfikacyjnej. Mógł podróżować za granicę albo opuścić swój kraj na zawsze bez paszportu czy jakiegokolwiek urzędowego zezwolenia. Mógł wymienić pieniądze na każdą obcą walutę bez ograniczeń i limitów. Mógł nabywać dobra z każdego kraju na świecie na takich samych warunkach, na jakich kupował je w domu. Skoro o tym mowa – cudzoziemiec mógł spędzić życie w tym kraju bez zezwolenia i bez informowania o tym policji. Odmiennie niż w krajach europejskich na kontynencie, państwo nie wymagało od swoich obywateli służby wojskowej. Obywatel angielski mógł – jeśli chciał – zaciągnąć się do regularnej armii, marynarki lub rezerwy. Mógł także zignorować, jeśli tego chciał, wymagania obrony narodowej. Poważni posiadacze byli od czasu do czasu powoływani jako sędziowie przysięgli. Poza tym pomocą państwu służyli tylko ci, którzy chcieli [...]. Pozostawiało ono dorosłych obywateli samym sobie.”

 Kilka dni temu przeczytałem wpis Dennis’a Prager’a dotyczący najgroźniejszego uzależnienia jakiemu uległy współczesne społeczeństwa, jakim jest uzależnienie od przywilejów (uprawnień) nadawanych obywatelom przez państwo. Polecam przeczytanie tego wpisu w całości.

Prager zwraca uwagę na to, że prawdą jest iż wyjście z takich powszechnych uzależnień jak narkomania, alkoholizm, hazard, seksoholizm, czy palenia papierosów jest bardzo trudne. Jest jednak jedno uzależnienie (które nawet nie jest traktowane jako uzależnienie), mianowicie uzależnienie od przyznawanych przez państwo przywilejów, uzależnienie od tego, że ‘dostaje się coś za nic’.

Dla większości pełnosprawnych osób, którzy otrzymują pomoc od instytucji publicznych  w postaci zapomóg pieniężnych, kuponów żywnościowe, dotowanych mieszkań, nieodpłatnej edukacji, nieodpłatnej opieki zdrowotnej i innych świadczeń socjalnych, już sama myśl o rezygnacji z jednego z nich i podjęcia się trudu zapłacenia za nie z własnych ciężko zarobionych pieniędzy wydaje się niemożliwa. Wyjście z takiego uzależnienia uznawane jest za trudniejsze niż wyjściu z alkoholizmu czy narkomanii.  

Prager idzie w swej opinii nawet tak daleko, że uważa, iż wszelkiej maści socjaliści, czy politycy rozdający na lewo i prawo przywileje, powinni być traktowani na równi ze sprzedawcami narkotyków.

Zwraca on uwagę na to, że uzależnienia od nadawanych przywilejów czyni w istocie więcej szkód w społeczeństwie niż jakikolwiek inne uzależnienie. Wszelkie inne uzależnienia mogą zrujnować własne życie i życie najbliższych, a pijani kierowcy czynią kalekami, lub nawet zabijają, konkretnych ludzi. Społeczeństwo jako całość może przeżyć tego typu uzależnienia. Natomiast im więcej osób, które otrzymują pomoc publiczną w formie nadawanych przywilejów (uprawnień), tym szybszy i bliższy jest gospodarczy upadek tego społeczeństwa jako całości.

Uzależnienie od przywilejów niszczy system wartości, który przyczynił się w przeszłości do rozwoju gospodarczego opartego na mechanizmach rynkowych, kapitalistycznych. Wydaje mi się, że do uzależnienia opisanego przez Pragera, można dodać jeszcze jedno uzależnienie gorsze od alkoholizmu, narkomanii, palenia papierosów, hazardu, uzależnienia jakim ulegają sami politycy, sami rządcy, mianowicie uzależnienie od kreowania inflacji i psucie pieniądza.

Pierwszym krokiem ku wyjściu z tego uzależnienia od przywilejów powinno być  wykorzeniamy postaw antykapitalistycznych u tzw. intelektualistów (o których mówiłem w wykładzie „O antykapitalistycznej mentalności ludzi wykształconych”, dostępnym tutaj).

Są pewne powody do (przynajmniej umiarkowanego) optymizmu i jest nadzieja, że możliwe jest wyjście z tego typu uzależnień. Jak na razie jedynie Szwajcarzy wykazują się pewnym rozsądkiem, ale może za nimi pójdą inne społeczeństwa.  W 2014 roku Szwajcarzy odrzucili w referendum możliwość włączenia służby zdrowia w domenę przynależną państwu. Istniejący w Szwajcarii system ochrony zdrowia wymaga, aby każdy obywatel posiadał podstawowy pakiet ubezpieczenia zdrowotnego, które oferuje ok. 60 firm prywatnych. W tym referendum, zainicjowanym przez przedstawicieli lewicy,  prawie 62% Szwajcarów opowiedziało się za tym, aby nadal funkcjonował system prywatny. Ciekawy jest rozkład opinii na temat utrzymania obecnego systemu. Regiony niemieckojęzyczne głosowały przeciwko objęciu przez państwo kontroli nad służbą zdrowia, natomiast kantony, w których dominującym językiem jest francuski, były zdecydowanie przeciwko sektorowi prywatnemu.

Podobnym rozsądkiem wykazali się Szwajcarzy w czerwcu 2016 roku, kiedy to w referendum rozpisanym ponownie na wniosek lewicy, prawie 77% Szwajcarów odpowiedziało się przeciw wprowadzeniu tzw. dochodu gwarantowanego.

Uczmy się od Szwajcarów i wykazujmy się takim jak oni rozsądkiem. Stać nas na to. 

Ten cytat z Hamleta przyszedł mi do głowy podczas słuchania wystąpienia premiera Morawieckiego na Kongresie 590, kiedy prezentował swoją ‘Konstytucję biznesu’. Po skończeniu tego wystąpienia pomyślałem za św. Mateuszem: „poznacie ich po ich owocach”.

W broszurze rozdanej uczestnikom Kongresu 590 zaznaczono na niebiesko pewne ważne zasady:

  • Zasada wolności działalności gospodarczej
  • Działalność nierejestrowa (przychód miesięczny nie przekracza 50% płacy minimalnej – WK)
  • Zasada „co nie jest prawem zabronione, jest dozwolone”
  • Zasada uczciwej konkurencji i poszanowania dobrych obyczajów oraz słusznych interesów innych przedsiębiorców i konsumentów
  • Zasada domniemania uczciwości przedsiębiorcy
  • Zasada rozstrzygania wątpliwości faktycznych na korzyść przedsiębiorcy
  • Zasada przyjaznej interpretacji przepisów (in dubio pro libertate)
  • Prawo do oceny jakości obsługi w urzędzie
  • Zasady pogłębiania zaufania, proporcjonalności, bezstronności i równego traktowania (przez urzędy państwa – WK)
  • Zasada odpowiedzialności urzędników za naruszenie prawa
  • Zasada pewności prawa
  • Zasada udzielania informacji
  • Zasada polubownego rozwiązywania kwestii spornych
  • Reguła interpretacyjna co do pierwszeństwa stosowania ustawy – Prawo przedsiębiorców
  • Ulga na start
  • Zasada szybkości działania
  • Zasada współdziałania organów
  • Punkt Informacji dla Przedsiębiorcy
  • Objaśnienia prawne (zapewnienie jednolitego stosowania przepisów prawa – WK)

Wszystko to ładnie wygląda i jest z pewnością słuszne, ale tak prawdę powiedziawszy to są zasady tzw. zdroworozsądkowe i można powiedzieć, że aż dziw, że nie są obecne w polskiej rzeczywistości gospodarczej.

Niepokój budzić mogą pewne sformułowania w  dalszej części ‘Konstytucji biznesu’. Przytoczę tylko kilka z nich:

  • (Art. 53. 1.) Nie można równocześnie podejmować i prowadzić więcej niż jednej kontroli działalności przedsiębiorcy. Nie dotyczy to sytuacji, gdy: (i tu lista 10 wyjątków …)
  • (Art. 59.) Wniesienie sprzeciwu nie jest dopuszczalne, gdy organ przeprowadza kontrolę, powołując się na przepisy art. 47 ust. 2 pkt 2, art. 50 ust. 2 pkt 2, art. 53 ust. 1 pkt 2, art. 54 ust. 2 pkt 2 i art. 62.
  • (Art. 61.) Przepisów art. 53 i art. 54 nie stosuje się:  (lista wyjątków …)
  • (Art. 62.) Przepisów art. 47, 48, 50, 51, 53 i 54 nie stosuje się wobec działalności gospodarczej przedsiębiorców w zakresie objętym: (lista wyjątków …)
  • (Art. 63. 1.) Przepisów art. 47, art. 51, art. 53 i art. 54 nie stosuje się w odniesieniu do kontroli: (lista wyjątków …)

Nie jestem prawnikiem i nie jestem w stanie prześledzić tych wyjątków, ale znając życie mogę sądzić, że mogą one stać się furtką na swobodę interpretacyjną urzędników.

Premier Morawiecki w swoim wystąpieniu na Kongresie z wielką estymą przywołał książkę Mariany Mazzucato ‘Przedsiębiorcze państwo’  (The Entrepreneurial State: Debunking Public vs. Private Sector Myths). Bardzo mnie to zmartwiło, bo jeśli ta wyjątkowo szkodliwa książka staje się wzorcem do działania dla polityka mającego tak duży wpływ na kształt  życia gospodarczego w Polsce to możemy spodziewać się wielu niedobrych rzeczy (Deirdre McCloskey zapytana o książkę Mazzucatto odpowiedziała: „To wyjątkowo głupia książka. To naprawdę bzdurna idea.”).

Zatem premier Morawiecki ma już dwóch ulubionych ekonomistów: Justina Yifu Lina i Marianę Mazzucato. To nie wróży nam nic dobrego. Miałbym propozycję by, na zasadzie uzupełnienia,  Pan premier przeczytał choć kilka książek innego sortu. Na początek proponowałbym by przerobił wspaniale napisaną ‘Ekonomię w jednej lekcji’ Henry Hazlitta, a przede wszystkim by wziął sobie do serca podstawowe przesłania (lekcję) Hazlitta i Frederica Bastiata, że „Sztuka ekonomii polega na tym, by spoglądać nie tylko na bezpośrednie, lecz także na odległe skutki danego działania czy programu; by śledzić nie tylko konsekwencje, jakie dany program ma dla jednej grupy, lecz także te, jakie przynosi wszystkim.

Wiem, że premier Morawiecki nie ma zbyt wiele czasu na przyjemne lektury ekonomiczne, dlatego nie odważę się zaproponować mu przeczytanie magnum opus Ludwiga von Misesa ‘Ludzkie działanie’, ale myślę, że trzy krótkie książeczki Misesa, mianowicie ‘Interwencjonizm’, ‘Planowany chaos’ i ‘Biurokracja’, mogłyby być bardzo użyteczne w kształtowaniu myślenia o gospodarce. Naturalnie, gdyby premier Morawiecki miał ochotę to gotów jestem polecić  wiele innych ciekawych (‘otwierających umysł’)  i w miarę krótkich lektur, pomocnych politykowi mającemu tak duży wpływ na polską gospodarkę.

Lubię ‘papierki lakmusowe’ pomocne w stwierdzeniu kierunku dobrych zmian. Takim papierkiem lakmusowym polskiej transformacji była dostępność papieru toaletowego w polskich sklepach. Myślę, że w przypadku ostatnich propozycji premiera Morawieckiego  ‘papierkiem lakmusowym’ jego dobrych intencji i chęci wprowadzenia realnych zmian byłoby szybkie wprowadzenie zwolnienia z opłat mikro-przedsiębiorców zarabiających mniej niż 3000 zł miesięcznie. Mówił o tym w trakcie swojego wytępienia na Kongresie. To naprawdę można wprowadzić stosunkowo szybko, bez zbytniej straty dla budżetu. Myślę, że trzy miesiące byłoby dostatecznie długim czasem.  Takie skuteczne działanie z pewnością przyczyniłoby się do wzrostu zaufania do rządu. A o braku tego zaufania oraz o potrzebie wzrostu tego zaufania mówił Pan wicepremier Mateusz Morawiecki na Kongresie 590.

PS Na Facebooku, po powrocie z Kongresu napisałem: Wszyscy zachwycają się tym, że naczelną zasadą będzie „co nie jest prawem zabronione, jest dozwolone”. Fajnie, ale aby to było skuteczne to prawa musi być mało i musi być jasne. Cóż z tego, że zasada będzie obowiązywała jeśli zakazów będzie tak dużo, że na wolność gospodarczą pozostanie drobny margines. W tym roku będzie opublikowanych ok. 32 000 stron nowego prawa. Jeśli od wielu lat ‚produkuje się’ ok. 30 000 stron nowych przepisów to co warta jest zasada „co nie jest prawem zabronione, jest dozwolone”? W takiej konstytucji biznesu powinno być odwołanych 90% (a najlepiej 100%) obowiązujący przepisów ograniczających przedsiębiorców, a tego nie zauważyłam ani w ‚Konstytucji dla biznesu’, ani w wypowiedzi premiera Morawieckiego. 
To jest takie samo fetyszyzowanie tej zasady jak twierdzenie, że ‚podatek liniowy jest dobry’. Cóż mi z tego, że podatek będzie liniowy, jeśli wynosił on będzie 50%. To ja wolę podatek progresywny z 15 progami podatkowymi, przy czym ten ostatni, krańcowy, próg będzie na poziomie 15%. Podatki mają być niskie, proste i jasne.

Polityka przeżywa wyraźny kryzys. Politycy nie są w stanie sprostać wyzwaniom współczesnego świata. Wiele wskazuje na to, że żyjemy w okresie przedefiniowania roli i znaczenia państwa. W ostatnich dziesięcioleciach politycy zepsuli niemalże wszystkie dziedziny w których funkcjonuje państwo. Poczynając od najważniejszych ról, tradycyjnie przypisywanej państwu, mianowicie stanowienie prawa, zapewnienie bezpieczeństwa (policja, wojsko), poprzez już uzurpatorskie role, jak opieka zdrowotna, edukacja, ‘walka z bezrobociem’, opieka nad biednymi, opieka społeczna i emerytury, a na ‘drobnych’ sprawach jak ‘budowanie więzi społecznych’, ‘budowanie społeczeństwa obywatelskiego’, kończąc.

Prawo w większości państw rozwiniętych gospodarczo jest tak skomplikowane, że już chyba niewielu je rozumie. W Stanach Zjednoczonych od 1936 roku (wcześniej nie było takiej potrzeby!) publikowany jest Federal Register, miał wtedy ok. 2 600 stron, obecnie jest to ok. 80 000 stron; podobno prawo Unii Europejskiej spisane jest na ponad 130 000 stronach. Nie wiem ile stron zajmuje spisane prawo w Polsce, ale np. ‘z obliczeń firmy Grant Thornton za 2014 r., w Polsce w 2014 roku w życie weszło łącznie 25 634 stron maszynopisu nowego prawa, nowych ustaw, rozporządzeń i innych dokumentów, które tworzą lub zmieniają obowiązujące przepisy prawa’. Kto jest w stanie to wszystko ogarnąć?

W podobnym duchu można byłoby skomentować każdą dziedzinę życia w którą zaangażowane jest państwo. Czy politycy doprowadzą do zapaści państwa? Jaki wyłoni się wtedy nowy porządek społeczny?

Coraz częściej nad tym problemem zaczynają się zastanawiać różnego rodzaju ‘think tanki’. Wczoraj dostałem w mailu informację o organizowanej przez Mises Institute konferencji pt. The end of politics, zilustrowaną bardzo wymowną grafiką, którą przedstawiam poniżej.

 The end of politics FlagBlock

Warto zastanowić się nad pytaniami zawartymi w informacji o tej konferencji, na które 5 listopada próbować będą odpowiedzieć Lew Rockwell, Robert Murphy, Jeff Deist, Roger Stone.

Wydaje mi się, że flaga amerykańska na bokach tego poobijanego bloku może być zastąpiona przez flagę jakiegokolwiek kraju europejskiego, także i Polski.

Może czas byśmy i my w Polsce zorganizowali tego typu konferencję?

Mam nawet odpowiednią grafikę, która może ilustrować informację o tej konferencji. Jeden z wierszy w tomiku Krzysztofa Konopelskiego pt. obajaja Krzysztofa Kolumba, sam autor zilustrował takim oto poobijanym słupkiem.

 Krzysztof_Konopelski_jeszcze_Polska_2007

 

Kryzys państwa jest wyraźnie widoczny w Polsce. Poziom zaufania jakimi darzymy się wzajemnie (zaufania społecznego, jak to jest nazywane przez specjalistów) jest zatrważająco niski. Bez niego nie będziemy mogli zbudować prawdziwego społeczeństwa obywatelskiego. Na to, że państwo (politycy) mogą być pomocni w budowaniu tego zaufania liczyć nie możemy. Jaki jest poziom debaty sejmowej każdy widzi. Parlamentaryzm, taki jaki moglibyśmy sobie wyobrażać i życzyć, ten zapisany w tradycji europejskiej, u nas nie funkcjonuje. Może faktycznie powinniśmy się cofnąć 500 lat i wdrożyć w życie tę ważną zasadę zawartą w konstytucji Nihil Novi, uchwalonej na Sejmie Radomskim w 1505 roku: Nihil Novi sine communi consensu (nic nowego bez zgody powszechnej). W XVI wieku nie za bardzo nam się to udało, ale teraz w dobie zaawansowanej technologicznie komunikacji społecznej byłoby to możliwe?

Nie bez przyczyny swoją stronę w internecie zatytułowałem: ‘Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie’. Nie jest możliwe zbudowanie w Polsce dobrobytu i osiągnięcie zadowolenia, bez poszanowania własności prywatnej (co wiąże się także z niskimi podatkami), bez swobody wypowiedzi i swobody gospodarowania, bez powrotu do tradycyjnych zasad odpowiedzialności i wzajemnego zaufania w naszych relacjach społecznych i gospodarczych.

W dzisiaj opublikowanym przez The Economist artykule prezydent Barack Obama napisał „System polityczny w Ameryce może być frustrujący. Wierzcie mi, wiem to.” (America’s political system can be frustrating. Believe me, I know.). Myślę, że ten system polityczny jest frustrujący nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale jest tak w większości (jeśli nie we wszystkich) współczesnych krajach, w tym i w Polsce. Co zrobić by tak nie było, byśmy tej frustracji nie odczuwali? 

PS Dawno nie było wpisu, przepraszam. Wiem, że powinienem się mobilizować i mimo chronicznego braku czasu pisać; tym bardziej, że tematów i materiałów do pisanie jest sporo, a nawet ogrom.  

Łatwiej mi niekiedy napisać krótki i szybki komentarz na Facebooku, co ostatnio czynię często. Między wpisami zapraszam do siebie na
https://www.facebook.com/witold.kwasnicki.9

Neoliberalizm atakowany jest ze wszystkich możliwych stron. W Rzeczpospolitej (23 czerwca 2016 r) ukazała się moja polemika z prof. Elżbietą Mączyńska i posłem Januszem Szewczakiem (skan obu wywiadów jest dostępny tutaj, pdf z moją polemiką tutaj). Pozwalam sobie zamieścić poniżej  oryginalny tekst jaki przesłałem do redakcji Rzeczpospolitej (która dokonała jedynie drobnych skrótów i ‘uplastyczniła’ mój oryginalny tekst – co dla mnie jest też pożyteczne, bo pokazuje jak pracują profesjonaliści).  

W środowym wydaniu Rzeczpospolitej (15 czerwca 2016 r) ukazał się wywiad z prof. Elżbietą Mączyńską, Prezesem Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, pod bardzo niepokojącym tytułem ‘Neoliberalizm jest groźny dla rozwoju kraju’. Piszę te swoje uwagi jako (jeszcze) członek PTE pragnąc wyrazić swój sprzeciw wobec tego typu stanowiska i podkreślić, że choć w ogromnej mniejszości, są osoby w PTE, które ‘myślą inaczej’.

Tego typu retoryka jest obecna bardzo częsta, niemalże codziennie zdarza mi się czytać tekst zohydzający liberalizm. By daleko nie szukać, w podobnym duchu wypowiada się Janusz Szewczak w wywiadzie ‘Polska transformacja miała cechy kolonialne’ publikowany obok wywiadu prof. Mączyńskiej.  Na pytanie ‘Czy model neoliberalny jest rzeczywiście zagrożeniem dla dalszego rozwoju Polski?’, Janusz Szewczak odpowiada: „Absolutnie tak. Powtarzałem tę tezę od prawie 20 lat i mogę powiedzieć, że neoliberalizm dzisiaj schodzi ze sceny światowej, i to schodzi w bardzo wstydliwych okolicznościach.”

Ciągle zastanawiam się skąd bierze się taka postawa? Najczęściej chyba z całkowitego niezrozumienia czym jest liberalizm, ale bardzo często z chęci przyłożenie (dokopania) tym wstrętnym liberałom, bo to przecież oni są odpowiedzialni za wszelkie zło tego świata. Najgorsze jest to, że osoby krytykujące neoliberalizm nie definiują tego co rozumieją  przez to słowo, czym dla nich jest neoliberalizm. Jakże często ta niechętna postawa wobec liberalizmu (neoliberalizmu w istocie, bo takie słownictwo jest powszechne) przybiera formę ‘ustawiania sobie chłopca do bicia’.

Pełna analiza wypowiedzi prof. Mączyńskiej wymagałaby dłuższego opracowania, bo niemalże każde zdanie prowokuje do solidnej repliki. Nie mam na to tutaj miejsca, dlatego ograniczę się tylko to kilku, tych najbardziej ‘soczystych’ wypowiedzi. Prof. Mączyńska twierdzi, że „system neoliberalny prowadzi do narastania sprzeczności, jakie tkwią w gospodarce wolnorynkowej. Ten system umacnia pozycje monopolistyczne wielu producentów, co z jednej strony utrudnia postęp, a z drugiej prowadzi do narastania nierówności.” W prawdziwej gospodarce rynkowej sprzeczności nie mogą wystąpić (niemalże z definicji, jeśli tylko do wymiany dochodzi w wyniku zgody obu stron – niewymuszonej woli kupującego i sprzedającego). Nie bez przyczyny Frédéric Bastiat zatytułował dzieło swojego życia ‘Harmonie ekonomiczne’. Te sprzeczności w gospodarce powstają w wyniku interwencji państwa w mechanizmy rynkowe. To rząd Stanów Zjednoczonych wymuszając udzielanie kredytów hipotecznych doprowadził do ostatniego kryzysu finansowego.

Monopol w gospodarce rynkowej jest zawsze chwilowy, a jeśli występuje to zwykle jest z korzyścią dla konsumenta. Idąc myślami prof. Mączyńskiej można  byłoby powiedzieć, że te wstrętne monopole wykreowane przez Google czy Microsoft doprowadziły do ‘utrudnienia postępu’. Tylko ślepy na to co dzieje się we współczesnej gospodarce może tak twierdzić.

Dalej możemy wyczytać w tym wywiadzie, że „Neoliberalizm to system, który sam sobie strzela w stopę, bo chcąc zarabiać, trzeba znaleźć konsumenta, a przy coraz większej koncentracji bogactwa w coraz węższej grupie społecznej staje się to coraz trudniejsze.” Na Boga, czy to ci bogaci kupują coraz to tańsze i bardziej zaawansowane telefony komórkowe, komputery, telewizory, …, czy to ci bogaci w coraz większej liczbie latają tanimi liniami lotniczymi? Andrew Carnegie, Joseph Schumpeter i wielu innych przedsiębiorców i ekonomistów, zwracali uwagę na to, że cechą najistotniejszą kapitalizmu, systemu rynkowego, jest przekuwanie tego co było kiedyś luksusem w dobro powszechnie dostępne.

Bardzo łatwo powiedzieć, że obecny kryzys to efekt ‘neoliberalnych reform’, ‘deregulacji’, ‘rozpasanego wolnego rynku’,  i czego tylko można jeszcze wymyślić, byleby tylko kojarzyło się z liberalizmem. Wyrażających tego typu opinie zwykle pytam: pokażcie mi jeden przykład państwa w ostatnich 30 latach, które funkcjonowało na zasadach liberalnych, na zasadach zaproponowanych przez przedstawicieli Szkockiego Oświecenia w XVIII wieku, na zasadach klasycznego, wigowskiego liberalizmu. Możecie nazwać te systemy ostatnich 30 lat (np. w państwach OECD) liberalnymi czy neo-liberalnymi, ale one na prawdę nie mają wiele wspólnego z prawdziwymi zasadami liberalizmu.  Można sobie ustawiać ten liberalizm jak ‘chłopca do bicia’, ale nie zmieni to faktu, że pierwotną przyczyną ostatniego kryzysu (który nawiasem mówiąc był przede wszystkim kryzysem moralnym, etycznym) jest to co dzieje się na styku polityka-biznes.

Wzajemne przenikanie się biznesu i polityki, ta swoista karuzela stanowisk, warta jest podkreślenia. Nie szukajmy daleko (a przykładów można by mnożyć), choćby ‘uroczystość’ otwarcia gazociągu Nord Stream. Najpierw kanclerz Gerhard Schröder, w ostatnich tygodniach swojego urzędowania, podpisuje umowę z Rosją o budowie gazociągu północnego, a potem obejmuje intratne stanowisko w radzie nadzorczej kontrolowanego przez Rosjan konsorcjum Nord Stream, budującego gazociąg. Inny, pierwszy z brzegu przykład, ale odnoszący się do ostatniego kryzysu, Henry Paulson, były prezydent i dyrektor wykonawczy Goldman Sachs, zostaje sekretarzem skarbu USA. Upadek 15 września 2008 roku banku inwestycyjnego Lehman Brothers, największego konkurenta Goldman Sachs, uważany jest za początek obecnego kryzysu finansowego. Zaraz po upadku Lehman Brothers, Henry Paulson przygotowuje ogromny, 700 miliardowy program pomocy systemowi bankowemu TARP.

Jak się jednak przyjrzeć dokładniej temu o czym mówią prof. Mączyńska, poseł Szewczak, i wielu innych, to systemem który krytykują, nie jest żaden neoliberalizm, ale ‘kapitalizm kolesiów’, ‘kapitalizm polityczny’, kapitalizm kreatywny (jak sam proponuję ten system nazwać). Dlaczego dokonuje się takiego nadużycia? Wydaje się, że z racji swego wykształcenia i doświadczenia zawodowego, powinni on rozumieć istotę liberalizmu, kapitalizmu i wolnego rynku.

Prof. Mączyńska twierdzi, że: „To skutek tego, że neoliberalizm charakteryzuje się fetyszyzacją PKB. … system neoliberalny nakazuje ciągły wzrost bez względu na konsekwencje społeczne i ekologiczne … Neoliberalizm koncentrował się tylko na wzroście gospodarczym. Sprawy społeczne, a także ekologiczne pozostawały drugorzędne.” To znów widać brak zrozumienia idei liberalnych. Może dobrze byłoby aby ci którzy z ohydą patrzą na liberalizm zapoznali się przynajmniej z podstawowymi zasadami liberalizmu, by mogli sobie sami odpowiedzieć na pytanie czym w istocie jest liberalizm? Na początek proponuję Ludwiga von Misesa, Liberalizm w klasycznej tradycji. System Społeczno-Ekonomiczny (1989, oryginalne niemieckie wydanie w 1927 r.). Jak pisał Mises:

„Liberalizm nie jest kompletną doktryna lub określonym dogmatem. Całkiem przeciwnie: jest zastosowaniem nauki do życia człowieka w społeczeństwie. [...] Liberalizm jest doktryną dotyczącą całkowicie wzajemnego postępowania ludzi w stosunku do siebie w tym świecie. [...] Liberalizm nie przyrzeka ludziom szczęśliwości i zadowolenia, ale tylko możliwie najobfitsze zaspokojenie wszystkich tych pragnień, które mogą być zaspokojone rzeczami zewnętrznego świata. Liberalizm często krytykowany jest za zbyt materialne nastawienie do człowieka. Twierdzi się, że nie ma on nic do zaoferowania dla zaspokojenia tzw. wyższych potrzeb człowieka. Trzeba być świadomym, że odpowiednia polityka społeczna może przyczynić się do polepszenia bytu materialnego, ale nigdy nie zdoła uczynić ludzi szczęśliwszymi, czy też zadowolić ich najskrytsze pragnienia.”

Liberałowie uważają wręcz, że „szczęście i zadowolenie z losu nie zależy od żywności, odzienia i mieszkania, ale przede wszystkim od wewnętrznych myśli i marzeń człowieka”. Troszcząc się przede wszystkim o materialny byt człowieka, liberalizm nie lekceważy duchowej strony życia. Taki stosunek liberalizmu do sfery duchowej wypływa z przekonania, że żadne regulacje zewnętrzne nie mogą wpływać na to, co najwyższe i najgłębsze w człowieku. Liberałowie dążą do stworzenia odpowiednich warunków dla zaspokojenia materialnych potrzeb człowieka, traktując to jako warunek konieczny jego pełnego duchowego rozwoju. Wypływa to z ich przekonania, że „inne duchowe bogactwa nie mogą przyjść do człowieka z zewnątrz, ale z wnętrza jego własnego serca”. To co najważniejsze w liberalizmie, to chęć stworzenia zewnętrznych warunków, koniecznych do zbudowania bogatego życia wewnętrznego. Liberałowie wierzą nie tylko w możliwości doskonalenia się ludzi, ale też i w możliwości polepszania warunków zewnętrznych, w których przychodzi im żyć. Co jednak równie istotne, liberałowie są przekonani, że w perspektywie długookresowej, w toku ludzkich dziejów dokonuje się rzeczywiste doskonalenie się człowieka i poprawa jego warunków życia, przy czym okresy najszybszych zmian na lepsze doświadczane były przez cywilizacje, które umożliwiały jednostką względną swobodę działania, w imię ich własnego interesu. Liberalna wiara w możliwości doskonalenia się człowieka zakłada empiryczny i pragmatyczny stosunek do zastanej rzeczywistości, skłonności do eksperymentowania i poszukiwania coraz to lepszych rozwiązań. Pod tym względem liberałów można nazwać ewolucjonistami, bo podobnie jak w ewolucji naturalnej, lepsze rozwiązania poszukiwane są metodą prób i błędów, a znalezione rozwiązania zawsze poddawane są jak najszybszej konfrontacji z rzeczywistymi warunkami i sprawdzeniu ich przydatności w warunkach rzeczywistych. Mises kończy swoją książkę o liberalizmie stwierdzeniem, które warto wielokrotnie powtarzać: „Liberalizm nie jest religią, ani żadnym światowym poglądem, żadną partią specjalnych interesów. … Liberalizm jest czymś całkowicie różnym. Jest ideologią, doktryną wzajemnej zależności wśród członków społeczeństwa i równocześnie, zastosowaniem tej doktryny do zachowania się ludzi w aktualnym społeczeństwie. Nie obiecuje nic, co przekracza to co może być osiągnięte w społeczeństwie i przez społeczeństwo. Pragnie dać ludziom jedną rzecz, spokojny, niezakłócony rozwój materialnego dobrobytu dla wszystkich ludzi, by osłonić ich przed zewnętrznymi przyczynami bólu i cierpień, o ile to leży w mocy społecznych instytucji w ogóle. Zmniejszać cierpienia, zwiększać szczęście: to jest cel liberalizmu.”

Prof. Mączyńska twierdzi, że „Właściwie przez całe 27 lat sprawy społeczne były spychane w Polsce na margines.” Tu mogę się częściowo zgodzić z tą opinia, proszę jednak zauważyć, że przez te 27 lat, jedynie przez pierwsze dwa lata po wprowadzeniu reform w 1990 roku, mieliśmy do czynienia z rządem liberalnym (może nawet lepiej byłoby napisać ‘w zasadzie liberalnym’). Wszystkie inne rządy przez pozostałe 25 lat to rządy etatystów, interwencjonistów, stale ‘grzebiących w gospodarce’ i przeszkadzających polskim przedsiębiorcom.

Problem, który cały czas mnie nurtuje, to jak zmagać się z tego rodzaju wypaczeniami, nieporozumieniami, a często przekłamaniami odnoszącymi się do liberalizmu? Jakimi sposobami już nawet nie przekonać tych zohydzających liberalizm (bo to chyba nie jest możliwe), ale w jaki sposób przekonać czytelników i słuchaczy, by czytali i słuchali tego rodzaju opinie z  dużą dozą krytycyzmu, w jaki sposób wyczulić ich na nieprawdziwość takich wypowiedzi? Na razie nie znam satysfakcjonującej mnie odpowiedzi.

Prof. Witold Kwaśnicki pracuje w Instytucie Nauk Ekonomicznych na Wydziale Prawa, Administracji i Ekonomii Uniwersytetu Wrocławskiego (jest kierownikiem Zakładu Ogólnej Teorii Ekonomii). Formalnie jest prezesem Oddziału Wrocławskiego Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego (choć złożył rezygnację w listopadzie 2015 r.).

Przepraszam, ale dzisiejszy wpis będzie trochę impulsywny. Właśnie przeczytałem kolejny artykuł prof. Stiglitza, stąd ta moja impulsywność.

Noblista pisze: „Zasadniczym problemem, który od kryzysu nęka gospodarkę globalną i który nieco się nasilił, jest bowiem brak zagregowanego popytu globalnego.” To typowa retoryka interwencjonistów. Jak słyszę tego typu zaklęcia (inne to np. ‘konsumpcja napędza PKB’, czy ‘rozwój gospodarczy pchany jest eksportem’, to zaczynam się telepać w środku.) Prof. Stiglitz nie widzi w tym co pisze wewnętrznych sprzeczności. Naigrawa się, że „W modelach tych kluczowe narzędzie polityki pieniężnej stanowi stopa procentowa, którą można – jak pokrętło termostatu – przesuwać w górę i w dół, żeby zapewnić uzyskanie przez gospodarkę dobrych wyników”. Przecież on dokładnie tak samo myśli, też uważa, że ma takie pokrętło, którym może zwiększyć popyt (‘zagregowany popyt’!).

Wielki (chciałoby się napisać zadufany w sobie, ale takiemu maluczkiemu ekonomiście jak ja nie wypada tak pisać) Noblista pisze „Tym, co powinny zrobić banki centralne, jest skupienie się na dopływie kredytu, co oznacza przywrócenie i utrzymywanie zdolności i chęci lokalnych banków do pożyczania pieniędzy MŚP.” Problemem jest, że, jak pokazuje doświadczanie (o czym chyba prof. Stiglitz powinien wiedzieć), małe i średnie przedsiębiorstwa bardzo niechętnie biorą kredyty i wolą swój rozwój opierać na zakumulowanym zysku, na kapitałach własnych. Tego co potrzebują to nie przeszkadzania im, dania swobody działania, mniejszych uciążliwości (nie tylko podatkowych, generalnie administracyjnych),stabilności prawa. Najbardziej ogólnie: potrzebują dbałości instytucji publicznych o ich własność.  

Dalej prof. Stiglitz pisze: „Płynącą z tego ważną lekcję można zawrzeć w starym porzekadle: „śmieci na wejściu, śmieci na wyjściu”. Jeśli banki centralne wciąż będą posługiwać się błędnymi modelami, to będą nadal popełniać błędy.” Znów profesor zapomina starą metodologiczna prawdę: ‘każdy model jest błędny’. Posługiwanie się jakimkolwiek modelem do prowadzenia tzw. polityki gospodarczej, monetarnej, fiskalnej, …, wcześniej czy później doprowadza do katastrofy. Naturalnie przedsiębiorcy też posługują się modelami, tylko, że oni te modele traktują jako narzędzie ułatwiające im bieżące decyzje, i jeśli widzą, że ‘coś jest nie tak’ to porzucają szybko taki model i szukają innego narzędzia, a bardzo często odwołuję się wtedy do swoje intuicji, doświadczenia.

Istnieje też jeszcze  inna zasadnicza różnica pomiędzy przedsiębiorcami a politykami gospodarczymi (i ekonomistami im doradzającymi). Jeśli jakiś przedsiębiorca popełni błąd to traci na tym on i jego firma (i najczęściej jest to nauczka dla innych przedsiębiorców ‘by nie iść tą drogą’). Natomiast kiedy błąd popełnia polityk gospodarczy to dotyka to milionów ludzi w danym społeczeństwie i wszyscy na tym tracą (najczęściej poza tym politykiem, bo on zawsze znajdzie usprawiedliwienie, że przecież chciał dobrze, to tylko inni mu przeszkadzali). W odróżnieniu od przedsiębiorców, politycy gospodarczy nie uczą się na swoich błędach i nie jest to sygnałem dla innych polityków by nie iść tą droga’.

Zakończę pytaniem: A jaką ma pewność prof. Stiglitz, że jego model jest dobry, a nie błędny?


  • RSS