Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z tagiem: inteligenci

Neoliberalizm atakowany jest ze wszystkich możliwych stron. W Rzeczpospolitej (23 czerwca 2016 r) ukazała się moja polemika z prof. Elżbietą Mączyńska i posłem Januszem Szewczakiem (skan obu wywiadów jest dostępny tutaj, pdf z moją polemiką tutaj). Pozwalam sobie zamieścić poniżej  oryginalny tekst jaki przesłałem do redakcji Rzeczpospolitej (która dokonała jedynie drobnych skrótów i ‘uplastyczniła’ mój oryginalny tekst – co dla mnie jest też pożyteczne, bo pokazuje jak pracują profesjonaliści).  

W środowym wydaniu Rzeczpospolitej (15 czerwca 2016 r) ukazał się wywiad z prof. Elżbietą Mączyńską, Prezesem Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, pod bardzo niepokojącym tytułem ‘Neoliberalizm jest groźny dla rozwoju kraju’. Piszę te swoje uwagi jako (jeszcze) członek PTE pragnąc wyrazić swój sprzeciw wobec tego typu stanowiska i podkreślić, że choć w ogromnej mniejszości, są osoby w PTE, które ‘myślą inaczej’.

Tego typu retoryka jest obecna bardzo częsta, niemalże codziennie zdarza mi się czytać tekst zohydzający liberalizm. By daleko nie szukać, w podobnym duchu wypowiada się Janusz Szewczak w wywiadzie ‘Polska transformacja miała cechy kolonialne’ publikowany obok wywiadu prof. Mączyńskiej.  Na pytanie ‘Czy model neoliberalny jest rzeczywiście zagrożeniem dla dalszego rozwoju Polski?’, Janusz Szewczak odpowiada: „Absolutnie tak. Powtarzałem tę tezę od prawie 20 lat i mogę powiedzieć, że neoliberalizm dzisiaj schodzi ze sceny światowej, i to schodzi w bardzo wstydliwych okolicznościach.”

Ciągle zastanawiam się skąd bierze się taka postawa? Najczęściej chyba z całkowitego niezrozumienia czym jest liberalizm, ale bardzo często z chęci przyłożenie (dokopania) tym wstrętnym liberałom, bo to przecież oni są odpowiedzialni za wszelkie zło tego świata. Najgorsze jest to, że osoby krytykujące neoliberalizm nie definiują tego co rozumieją  przez to słowo, czym dla nich jest neoliberalizm. Jakże często ta niechętna postawa wobec liberalizmu (neoliberalizmu w istocie, bo takie słownictwo jest powszechne) przybiera formę ‘ustawiania sobie chłopca do bicia’.

Pełna analiza wypowiedzi prof. Mączyńskiej wymagałaby dłuższego opracowania, bo niemalże każde zdanie prowokuje do solidnej repliki. Nie mam na to tutaj miejsca, dlatego ograniczę się tylko to kilku, tych najbardziej ‘soczystych’ wypowiedzi. Prof. Mączyńska twierdzi, że „system neoliberalny prowadzi do narastania sprzeczności, jakie tkwią w gospodarce wolnorynkowej. Ten system umacnia pozycje monopolistyczne wielu producentów, co z jednej strony utrudnia postęp, a z drugiej prowadzi do narastania nierówności.” W prawdziwej gospodarce rynkowej sprzeczności nie mogą wystąpić (niemalże z definicji, jeśli tylko do wymiany dochodzi w wyniku zgody obu stron – niewymuszonej woli kupującego i sprzedającego). Nie bez przyczyny Frédéric Bastiat zatytułował dzieło swojego życia ‘Harmonie ekonomiczne’. Te sprzeczności w gospodarce powstają w wyniku interwencji państwa w mechanizmy rynkowe. To rząd Stanów Zjednoczonych wymuszając udzielanie kredytów hipotecznych doprowadził do ostatniego kryzysu finansowego.

Monopol w gospodarce rynkowej jest zawsze chwilowy, a jeśli występuje to zwykle jest z korzyścią dla konsumenta. Idąc myślami prof. Mączyńskiej można  byłoby powiedzieć, że te wstrętne monopole wykreowane przez Google czy Microsoft doprowadziły do ‘utrudnienia postępu’. Tylko ślepy na to co dzieje się we współczesnej gospodarce może tak twierdzić.

Dalej możemy wyczytać w tym wywiadzie, że „Neoliberalizm to system, który sam sobie strzela w stopę, bo chcąc zarabiać, trzeba znaleźć konsumenta, a przy coraz większej koncentracji bogactwa w coraz węższej grupie społecznej staje się to coraz trudniejsze.” Na Boga, czy to ci bogaci kupują coraz to tańsze i bardziej zaawansowane telefony komórkowe, komputery, telewizory, …, czy to ci bogaci w coraz większej liczbie latają tanimi liniami lotniczymi? Andrew Carnegie, Joseph Schumpeter i wielu innych przedsiębiorców i ekonomistów, zwracali uwagę na to, że cechą najistotniejszą kapitalizmu, systemu rynkowego, jest przekuwanie tego co było kiedyś luksusem w dobro powszechnie dostępne.

Bardzo łatwo powiedzieć, że obecny kryzys to efekt ‘neoliberalnych reform’, ‘deregulacji’, ‘rozpasanego wolnego rynku’,  i czego tylko można jeszcze wymyślić, byleby tylko kojarzyło się z liberalizmem. Wyrażających tego typu opinie zwykle pytam: pokażcie mi jeden przykład państwa w ostatnich 30 latach, które funkcjonowało na zasadach liberalnych, na zasadach zaproponowanych przez przedstawicieli Szkockiego Oświecenia w XVIII wieku, na zasadach klasycznego, wigowskiego liberalizmu. Możecie nazwać te systemy ostatnich 30 lat (np. w państwach OECD) liberalnymi czy neo-liberalnymi, ale one na prawdę nie mają wiele wspólnego z prawdziwymi zasadami liberalizmu.  Można sobie ustawiać ten liberalizm jak ‘chłopca do bicia’, ale nie zmieni to faktu, że pierwotną przyczyną ostatniego kryzysu (który nawiasem mówiąc był przede wszystkim kryzysem moralnym, etycznym) jest to co dzieje się na styku polityka-biznes.

Wzajemne przenikanie się biznesu i polityki, ta swoista karuzela stanowisk, warta jest podkreślenia. Nie szukajmy daleko (a przykładów można by mnożyć), choćby ‘uroczystość’ otwarcia gazociągu Nord Stream. Najpierw kanclerz Gerhard Schröder, w ostatnich tygodniach swojego urzędowania, podpisuje umowę z Rosją o budowie gazociągu północnego, a potem obejmuje intratne stanowisko w radzie nadzorczej kontrolowanego przez Rosjan konsorcjum Nord Stream, budującego gazociąg. Inny, pierwszy z brzegu przykład, ale odnoszący się do ostatniego kryzysu, Henry Paulson, były prezydent i dyrektor wykonawczy Goldman Sachs, zostaje sekretarzem skarbu USA. Upadek 15 września 2008 roku banku inwestycyjnego Lehman Brothers, największego konkurenta Goldman Sachs, uważany jest za początek obecnego kryzysu finansowego. Zaraz po upadku Lehman Brothers, Henry Paulson przygotowuje ogromny, 700 miliardowy program pomocy systemowi bankowemu TARP.

Jak się jednak przyjrzeć dokładniej temu o czym mówią prof. Mączyńska, poseł Szewczak, i wielu innych, to systemem który krytykują, nie jest żaden neoliberalizm, ale ‘kapitalizm kolesiów’, ‘kapitalizm polityczny’, kapitalizm kreatywny (jak sam proponuję ten system nazwać). Dlaczego dokonuje się takiego nadużycia? Wydaje się, że z racji swego wykształcenia i doświadczenia zawodowego, powinni on rozumieć istotę liberalizmu, kapitalizmu i wolnego rynku.

Prof. Mączyńska twierdzi, że: „To skutek tego, że neoliberalizm charakteryzuje się fetyszyzacją PKB. … system neoliberalny nakazuje ciągły wzrost bez względu na konsekwencje społeczne i ekologiczne … Neoliberalizm koncentrował się tylko na wzroście gospodarczym. Sprawy społeczne, a także ekologiczne pozostawały drugorzędne.” To znów widać brak zrozumienia idei liberalnych. Może dobrze byłoby aby ci którzy z ohydą patrzą na liberalizm zapoznali się przynajmniej z podstawowymi zasadami liberalizmu, by mogli sobie sami odpowiedzieć na pytanie czym w istocie jest liberalizm? Na początek proponuję Ludwiga von Misesa, Liberalizm w klasycznej tradycji. System Społeczno-Ekonomiczny (1989, oryginalne niemieckie wydanie w 1927 r.). Jak pisał Mises:

„Liberalizm nie jest kompletną doktryna lub określonym dogmatem. Całkiem przeciwnie: jest zastosowaniem nauki do życia człowieka w społeczeństwie. [...] Liberalizm jest doktryną dotyczącą całkowicie wzajemnego postępowania ludzi w stosunku do siebie w tym świecie. [...] Liberalizm nie przyrzeka ludziom szczęśliwości i zadowolenia, ale tylko możliwie najobfitsze zaspokojenie wszystkich tych pragnień, które mogą być zaspokojone rzeczami zewnętrznego świata. Liberalizm często krytykowany jest za zbyt materialne nastawienie do człowieka. Twierdzi się, że nie ma on nic do zaoferowania dla zaspokojenia tzw. wyższych potrzeb człowieka. Trzeba być świadomym, że odpowiednia polityka społeczna może przyczynić się do polepszenia bytu materialnego, ale nigdy nie zdoła uczynić ludzi szczęśliwszymi, czy też zadowolić ich najskrytsze pragnienia.”

Liberałowie uważają wręcz, że „szczęście i zadowolenie z losu nie zależy od żywności, odzienia i mieszkania, ale przede wszystkim od wewnętrznych myśli i marzeń człowieka”. Troszcząc się przede wszystkim o materialny byt człowieka, liberalizm nie lekceważy duchowej strony życia. Taki stosunek liberalizmu do sfery duchowej wypływa z przekonania, że żadne regulacje zewnętrzne nie mogą wpływać na to, co najwyższe i najgłębsze w człowieku. Liberałowie dążą do stworzenia odpowiednich warunków dla zaspokojenia materialnych potrzeb człowieka, traktując to jako warunek konieczny jego pełnego duchowego rozwoju. Wypływa to z ich przekonania, że „inne duchowe bogactwa nie mogą przyjść do człowieka z zewnątrz, ale z wnętrza jego własnego serca”. To co najważniejsze w liberalizmie, to chęć stworzenia zewnętrznych warunków, koniecznych do zbudowania bogatego życia wewnętrznego. Liberałowie wierzą nie tylko w możliwości doskonalenia się ludzi, ale też i w możliwości polepszania warunków zewnętrznych, w których przychodzi im żyć. Co jednak równie istotne, liberałowie są przekonani, że w perspektywie długookresowej, w toku ludzkich dziejów dokonuje się rzeczywiste doskonalenie się człowieka i poprawa jego warunków życia, przy czym okresy najszybszych zmian na lepsze doświadczane były przez cywilizacje, które umożliwiały jednostką względną swobodę działania, w imię ich własnego interesu. Liberalna wiara w możliwości doskonalenia się człowieka zakłada empiryczny i pragmatyczny stosunek do zastanej rzeczywistości, skłonności do eksperymentowania i poszukiwania coraz to lepszych rozwiązań. Pod tym względem liberałów można nazwać ewolucjonistami, bo podobnie jak w ewolucji naturalnej, lepsze rozwiązania poszukiwane są metodą prób i błędów, a znalezione rozwiązania zawsze poddawane są jak najszybszej konfrontacji z rzeczywistymi warunkami i sprawdzeniu ich przydatności w warunkach rzeczywistych. Mises kończy swoją książkę o liberalizmie stwierdzeniem, które warto wielokrotnie powtarzać: „Liberalizm nie jest religią, ani żadnym światowym poglądem, żadną partią specjalnych interesów. … Liberalizm jest czymś całkowicie różnym. Jest ideologią, doktryną wzajemnej zależności wśród członków społeczeństwa i równocześnie, zastosowaniem tej doktryny do zachowania się ludzi w aktualnym społeczeństwie. Nie obiecuje nic, co przekracza to co może być osiągnięte w społeczeństwie i przez społeczeństwo. Pragnie dać ludziom jedną rzecz, spokojny, niezakłócony rozwój materialnego dobrobytu dla wszystkich ludzi, by osłonić ich przed zewnętrznymi przyczynami bólu i cierpień, o ile to leży w mocy społecznych instytucji w ogóle. Zmniejszać cierpienia, zwiększać szczęście: to jest cel liberalizmu.”

Prof. Mączyńska twierdzi, że „Właściwie przez całe 27 lat sprawy społeczne były spychane w Polsce na margines.” Tu mogę się częściowo zgodzić z tą opinia, proszę jednak zauważyć, że przez te 27 lat, jedynie przez pierwsze dwa lata po wprowadzeniu reform w 1990 roku, mieliśmy do czynienia z rządem liberalnym (może nawet lepiej byłoby napisać ‘w zasadzie liberalnym’). Wszystkie inne rządy przez pozostałe 25 lat to rządy etatystów, interwencjonistów, stale ‘grzebiących w gospodarce’ i przeszkadzających polskim przedsiębiorcom.

Problem, który cały czas mnie nurtuje, to jak zmagać się z tego rodzaju wypaczeniami, nieporozumieniami, a często przekłamaniami odnoszącymi się do liberalizmu? Jakimi sposobami już nawet nie przekonać tych zohydzających liberalizm (bo to chyba nie jest możliwe), ale w jaki sposób przekonać czytelników i słuchaczy, by czytali i słuchali tego rodzaju opinie z  dużą dozą krytycyzmu, w jaki sposób wyczulić ich na nieprawdziwość takich wypowiedzi? Na razie nie znam satysfakcjonującej mnie odpowiedzi.

Prof. Witold Kwaśnicki pracuje w Instytucie Nauk Ekonomicznych na Wydziale Prawa, Administracji i Ekonomii Uniwersytetu Wrocławskiego (jest kierownikiem Zakładu Ogólnej Teorii Ekonomii). Formalnie jest prezesem Oddziału Wrocławskiego Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego (choć złożył rezygnację w listopadzie 2015 r.).

Przez przypadek zacząłem czytać artykuł opublikowany na stronie Krytyki Politycznej, co gorsze, katowałem się brnąc do końca tego artykułu. Wiem czego można spodziewać się po pismach Krytyki Politycznej i powinienem to ‘puścić mimo uszu’. Zdecydowałem się jednak skomentować go, bo przedrukowało go wiele innych portali, a poza tym można go potraktować jako typowy przykład przeinaczania i całkowitego niezrozumienia idei kapitalizmu, gospodarki rynkowej i liberalizmu. Artykuł ten jest dobrym przykładem pisania w sposób niby neutralny, świadomie wprowadzający w umysł czytelnika wirusa nienawiści do kapitalizmu i liberalizmu. To zresztą nie powinno dziwić, bo wszelakiej maści socjaliści i marksiści mają w tym wieloletnie doświadczenie i doskonałe wzorce z przeszłości.

Już sam tytuł artykułu (Dobre życie zamiast kapitalizmu) jest tego dowodem. Zatem, wnioskować można, że każde życie poza kapitalizmem jest dobre?

Przyjmę konwencję – najpierw co ‘smakowitszy’ cytat z tego artykułu i możliwie najkrótszy mój komentarz.

„Celem rozwoju nie musi być konsumowanie z roku na rok coraz to większej liczby dóbr i usług, czyli wzrost PKB.”

Toż to samo twierdzą wolnorynkowy i zwolennicy liberalizmu gospodarczego. Rozwój człowieka jest czymś znacznie szerszym niż rozwój gospodarczy. Pełny, całościowy rozwój człowieka jest jedynie w pewnym stopniu warunkowany dobrobytem materialnym, który kapitalizm umożliwia osiągnąć. Proponuję też przeczytać cytat, który zamieszczam na końcu tego wpisu. Kto jak kto, ale zwolennicy austriackiej szkoły ekonomii od dziesięcioleci, od początku narodzenia się koncepcji PKB, uznają, że jest to najgorsza i najbardziej kłamliwa miara rozwoju gospodarczego. Autor artykułu niby zauważa ten problem i pisze: „Ktoś może zauważyć, że przecież w kapitalizmie możliwe jest jedno i drugie, że możemy mieć zarówno bogactwo materialne, jak i dobrą jakość życia. Niezupełnie.” No i potem następuje tyrada „Część osób może znaleźć dla siebie miejsce w obecnym systemie społeczno-gospodarczym i udaje się im zapewnić sobie wygodne życie. Niemniej jednak w tym samym czasie wielu innych ludzi żyje w ubóstwie, czują się zagubieni, samotni lub po prostu nieszczęśliwi. Celem współczesnej wersji globalnego kapitalizmu nie jest skuteczne rozwiązanie problemów tej części społeczeństwa, która nie czuje się w nim dobrze. Celem jest co innego – umożliwienie tym, którzy są żądni bogactwa i władzy, zgromadzenia jak największego majątku, nawet jeżeli odbywa się to kosztem innych ludzi lub nadmiernego eksploatowania zasobów przyrody.”

Drogi Panie Marcinie Gerwin, toż to co dzisiaj dominuje to nie jest  żaden klasyczny kapitalizm, to kapitalizm kolesiów, kapitalizm polityczny, kapitalizm kreatywny. Toż to mariaż polityki i wielkiego biznesu przyczynia się do tej ‘żądzy bogactwa i władzy, …”.

„Warto tu zwrócić uwagę, że ten system nie mógłby funkcjonować, gdyby ludzie byli zadowoleni z tego, co mają. … Niezbędne było więc wykreowanie konsumpcyjnego stylu życia w jak największej części społeczeństwa, poprzez odpowiednie działania agencji public relations i politykę państwa.”

Sam Pan, Panie Marcinie, przyznaje, że ogromną rolę ma tutaj ‘polityka państwa’. To nie przeszkadza Panu krytykować zasad wolnego rynku i w istocie uznawać ludzi za idiotów dających się wodzić za nos.

„W latach 40. ubiegłego wieku, czyli w czasach, gdy jedna trzecia mieszkań nie miała bieżącej wody, łazienek lub toalet, gdy ponad połowa z nich nie miała centralnego ogrzewania, a większość dzieci nie kończyła ósmej klasy szkoły podstawowej, zadowolenie z życia wynosiło 7,5 (w skali do zera do dziesięciu). Dziś typowy dom w USA ma nie tylko toaletę i bieżącą wodę, jest także dwukrotnie większy, stoi w nim komputer, telewizor, zmywarka, pralka, kuchenka mikrofalowa, odtwarzacz DVD, a dorośli domownicy (i nie tylko) mają telefony komórkowe. Tymczasem średnie zadowolenie z życia wynosi 7,2.”

To jest ogromne nadużycie intelektualne. Żaden liberał i wolnorynkowiec nie twierdzi, że szczęście zależy od dobrobytu materialnego. Poczucie szczęścia jest subiektywną sprawą każdej osoby. Gdyby pojęcie i poczucie szczęścia było takie proste to filozofowie i intelektualiści nie zajmowaliby się tym problemem od 2500 lat.  

„Współczesny kapitalizm opiera się na pewnej wizji świata, na ideologii, która podtrzymuje jego funkcjonowanie. Zgodnie z nią człowiek jest z natury chciwy i egoistyczny.” 

Znów, Panie Marcinie, podkłada Pan nieprawdziwe rozumienie przez liberałów słów ‘chciwość i egoizm’. Już prawie 250 lat temu Adam Smith w Bogactwie narodów napisał:„Co się zaś tyczy rozrzutności, czynnikiem pobudzającym do wydawania jest żądza natychmiastowego użycia, która choć niekiedy gwałtowna i trudna do pohamowania, jest zazwyczaj chwilowa i przypadkowa. Czynnikiem natomiast, jaki pobudza do oszczędzania, jest pragnienie poprawy naszego bytu, które, choć na ogół spokojne i umiarkowane, budzi się w nas już w łonie matki i nie opuszcza nas aż do grobu. Na całej przestrzeni czasu, jaka oddziela te dwa momenty, nie ma chyba jednej chwili, w której człowiek nie odczuwałby żadnego pragnienia jakiejkolwiek zmiany lub poprawy.”, oraz: Człowiek „prawie ciągle potrzebuje pomocy swych bliźnich i na próżno szukałby jej jedynie w ich życzliwości. Jest bardziej prawdopodobne, że nakłoni ich do pomocy, gdy potrafi przemówić do ich egoizmu i pokazać im, że jest dla nich samych korzystne, by zrobili to, czego od nich żąda. Nie od przychylności rzeźnika, piwowara czy piekarza oczekujemy naszego obiadu, lecz od ich dbałości o własny interes. Zwracamy się nie do ich humanitarności, lecz do egoizmu i nie mówimy im o naszych własnych potrzebach, lecz o ich korzyściach.” Egoizm rozumiany jest przez liberałów jako bardzo spokojne i pokojowe nastawienie każdego człowieka pragnącego poprawić swój los.
Poza tym już Max Weber, ponad sto lat temu, napisał w jego klasycznym dziele Etyka protestancka a duch kapitalizmu : „Żądza posiadania”, „dążenie do zysku”, do pieniężnego, możliwie najwyższego zysku, nie mają same w sobie nic wspólnego z kapitalizmem. Dążenie takie istniało i istnieje wśród kelnerów, lekarzy, woźniców, artystów, kokot, przekupnych urzędników, żołnierzy, rozbójników, krzyżowców, bywalców jaskiń hazardu, żebraków – można powiedzieć wśród „all sorts of conditions of man”; we wszystkich epokach i krajach świata, gdzie istniała obiektywna możliwość. Porzucenie raz na zawsze tego naiwnego wyobrażenia należy do kindersztuby historii kultury. Nawet najbardziej niepohamowana żądza posiadania nie jest w najmniejszym stopniu równoznaczna z kapitalizmem, a tym bardziej z jego „duchem”. Kapitalizm można wręcz identyfikować z ograniczeniem, a przynajmniej z racjonalnym temperowaniem tego irracjonalnego popędu. Kapitalizm jest za dążeniem  do zysku w ciągłym, racjonalnym kapitalistycznym działaniu: do ciągle odnawianego zysku, do rentowności.”
Przy okazji proponuję Panu poświęcenie pół godziny i obejrzenie, oraz solidne przemyślenie, tego co zawarł John Stossel w filmiku Chciwość (sześć odcinów, 1 2 3 4 5 6).

„Osoby bogate nie mają żadnych zobowiązań wobec pozostałej części społeczeństwa, gdyż same zdobyły swój majątek i nikt im w tym nie pomagał. Płacenie pracownikom głodowych pensji lub przenoszenie fabryk do miejsc, w których można ludziom płacić mniej, jest całkowicie normalne i uzasadnione dążeniem do maksymalizacji zysków spółki, co powinno być głównym priorytetem wszystkich.”

Toż to cała nieprawda. Naturalnie są też tacy bogaci, ale wielu (jeśli nie większość) naprawdę bogatych czuje się ‘odpowiedzialnymi wobec społeczeństwa’. Że wspomnę tylko dwie postaci, żyjącego ponad 100 lat temu Andrew Carnegie (z jego Ewangelią bogactwa) oraz obecnie jednego z najbogatszych ludzi świata, Billa Gatesa (z jego bardzo aktywną działalnością filantropijną). Proponuję też przeczytanie mojego wpisu sprzed paru tygodni: Socjał ery kapitału – herezja?  

„Celem szkoły jest wykształcenie karnych i posłusznych pracowników, którzy będą ochoczo i zgodnie z terminem wykonywali zadania zlecone im przez ich przyszłego szefa.”

Gdzie Pan to widzi? Napisałbym raczej ‘Celem szkoły jest wykształcenie karnych i posłusznych obywateli, którzy będą ochoczo i zgodnie z terminem wykonywali zadania zlecone im przez polityków i rządzących.’

Wiele innych cytatów można byłoby skomentować i wykazać absurdalność opinii Pana Gerwina. Zatrzymam się jednak tutaj, kończąc ten wpis cytatem mojej Historii myśli liberalnej (której robocza wersja dostępna jest tutaj)

„Jakże jednak często zapominamy tę starą, odwieczną prawdę, że wolność nierozerwalnie związana jest z odpowiedzialnością – a może tylko chcemy o tym zapomnieć? Miał rację George Bernard Shaw pisząc na początku tego wieku w swoich maksymach dla rewolucjonistów, że „Wolność znaczy tyle samo co odpowiedzialność. To właśnie dlatego ludzie tak bardzo jej się boją.” Czym zatem jest liberalizm? Jak pisał Ludwig von Mises (1989, s. 3): „Liberalizm nie jest kompletną doktryna lub określonym dogmatem. Całkiem przeciwnie: jest zastosowaniem nauki do życia człowieka w społeczeństwie. I tak jak ekonomia, socjologia i filozofia nie zatrzymały się w swoim rozwoju od czasów Dawida Hume, Adama Smitha, Dawida Ricardo, Jeremy Benthama, i Wilhelma Humboldta, tak doktryna liberalizmu jest inna dzisiaj od tej, jaka była w ich czasach, nawet jeśli jej podstawowe zasady pozostały niezmienne. [...] Liberalizm jest doktryną dotyczącą całkowicie wzajemnego postępowania ludzi w stosunku do siebie w tym świecie. [...] Liberalizm nie przyrzeka ludziom szczęśliwości i zadowolenia, ale tylko możliwie najobfitsze zaspokojenie wszystkich tych pragnień, które mogą być zaspokojone rzeczami zewnętrznego świata.” Liberalizm często krytykowany jest za zbyt materialne nastawienie do człowieka. Twierdzi się, że nie ma on nic do zaoferowania dla zaspokojenia tzw. wyższych potrzeb człowieka. Trzeba być świadomym, że odpowiednia polityka społeczna może przyczynić się do polepszenia bytu materialnego, ale nigdy nie zdoła uczynić ludzi szczęśliwszymi, czy też zadowolić ich najskrytsze pragnienia. Liberałowie uważają wręcz, że „szczęście i zadowolenie z losu nie zależy od żywności, odzienia i mieszkania, ale przede wszystkim od wewnętrznych myśli i marzeń człowieka” (Mises, 1989, s. 4). Troszcząc się przede wszystkim o materialny byt człowieka, liberalizm nie lekceważy duchowej strony życia. Taki stosunek liberalizmu do sfery duchowej wypływa z przekonania, że żadne regulacje zewnętrzne nie mogą wpływać na to, co najwyższe i najgłębsze w człowieku. Liberałowie dążą do stworzenia odpowiednich warunków dla zaspokojenia materialnych potrzeb człowieka, traktując to jako warunek konieczny jego pełnego duchowego rozwoju. Wypływa to z ich przekonania, że „inne duchowe bogactwa nie mogą przyjść do człowieka z zewnątrz, ale z wnętrza jego własnego serca” (Mises, 1989, s. 4). To co najważniejsze w liberalizmie, to chęć stworzenia zewnętrznych warunków, koniecznych do zbudowania bogatego życia wewnętrznego. Liberałowie wierzą nie tylko w możliwości doskonalenia się ludzi ale też i w możliwości polepszania warunków zewnętrznych, w których przychodzi im żyć. Co jednak równie istotne, liberałowie są przekonani, że w perspektywie długookresowej, w toku ludzkich dziejów dokonuje się rzeczywiste doskonalenie się człowieka i poprawa jego warunków życia, przy czym okresy najszybszych zmian na lepsze doświadczane były przez cywilizacje, które umożliwiały jednostką względną swobodę działania, w imię ich własnego interesu. Liberalna wiara w możliwości doskonalenia się człowieka zakłada empiryczny i pragmatyczny stosunek do zastanej rzeczywistości, skłonności do eksperymentowania i poszukiwania coraz to lepszych rozwiązań. Pod tym względem liberałów można nazwać ewolucjonistami, bo podobnie jak w ewolucji naturalnej, lepsze rozwiązania poszukiwane są metodą prób i błędów, a znalezione rozwiązania zawsze poddawane są jak najszybszej konfrontacji z rzeczywistymi warunkami i sprawdzeniu ich przydatności w warunkach rzeczywistych. Generalnie można powiedzieć, że ideą bliską liberałom było pojęcie zmiany – już na początku XIX w. partia liberalna nazywana była „partią ruchu”, w odróżnieniu od konserwatystów, nazywanych „partią porządku”. Mises (1989, s. 167) kończy swoją książkę o liberalizmie stwierdzeniem, które warto wielokrotnie powtarzać: „Liberalizm nie jest religią, ani żadnym światowym poglądem, żadną partią specjalnych interesów. … Liberalizm jest czymś całkowicie różnym. Jest ideologią, doktryną wzajemnej zależności wśród członków społeczeństwa i równocześnie, zastosowaniem tej doktryny do zachowania się ludzi w aktualnym społeczeństwie. Nie obiecuje nic, co przekracza to co może być osiągnięte w społeczeństwie i przez społeczeństwo. Pragnie dać ludziom jedną rzecz, spokojny, niezakłócony rozwój materialnego dobrobytu dla wszystkich ludzi, by osłonić ich przed zewnętrznymi przyczynami bólu i cierpień, o ile to leży w mocy społecznych instytucji w ogóle. Zmniejszać cierpienia, zwiększać szczęście: to jest cel liberalizmu. … Liberalizm … nie ma partyjnych kwiatów i nie ma żadnych kolorowych sztandarów, żadnych partyjnych pieśni, żadnych partyjnych bożków, żadnych symboli i sloganów. Liberalizm ma istotną treść i argumenty. Te muszą prowadzić do zwycięstwa.” W tym samym czasie co Mises, w podobnym duchu o istocie liberalizmu pisał Ramsay Muir (1920, s. 15), dla którego liberalizm jest „raczej stanem umysłu, punktem widzenia, sposobem patrzenia na różne sprawy a nie ustaloną i niezmienną doktryną. Jak wszystkie żywotne wyznania, jest raczej przekonaniem duchowym a nie jakimś przepisem.””

Krzysztof Konopelski, mój kolega szkolny i przyjaciel, skomentował ostatnie wydarzenia wyborcze rysunkiem pod tytułem Odmęty szaleństwa. Właśnie przesłał mi go i spieszę podzielić się nim z innymi:

Krzysztof_Konopelski_odm?ty_szale?stwa

A tak przy okazji, jeśli komuś się ten rysunek spodobał to więcej może obejrzeć w szufladzie na mojej stronie tutaj.

 

Dopiero dzisiaj przeczytałem artykuł Marcina Króla Dlaczego musimy się zmienić? z sobotnio-niedzielnego magazynu GW (takie czasy!, to zresztą widać po częstotliwości wpisów na tym blogu – i tu bije się w piersi: mea culpa, mea maxima culpa).
Starałem się go przeczytać ze zrozumieniem, ale fragmentami naprawdę nie byłem w stanie zrozumieć o co chodzi prof. Królowi. Kolejny raz mój politechnicznie ukształtowany, inżynierski rozumek nie był w stanie pojąc głębokich myśli filozofów (nie mam nic przeciwko filozofom, wiec może powinienem napisać, niektórych filozofów?).

Poniżej próbka niektórych myśli filozofa z którymi miałem kłopot (Czy tylko ja mam ten kłopot? Oto jest pytanie!)

Choroba ta [demokracji zachodnich – WK] polega na poważnych niedostatkach demokracji przy nieznośnie bezkrytycznym umiłowaniu liberalizmu w dwu postaciach: gospodarczej – neoliberalizm, oraz społecznej – radykalizacja indywidualizmu, czyli zanik wspólnoty.”

Gdzie to ‘bezkrytyczne umiłowanie’ widzi prof. Król, ‘radykalizacja indywidualizmu’ wcale nie przeczy możliwości kształtowania się wspólnoty (wystarczy poczytać ‘O demokracji w Ameryce’, A. de Tocqueville).

„Żyjemy więc w świecie niesprawiedliwym, pozbawionym przeszłości i przyszłości, zagrożonym ostatnio przez wojnę, nie tak liberalnym, jak być powinno, i nie dość demokratycznym, by demokracja budziła nasz szacunek.”

To zdanie nawet trudno mi jest rozebrać na tzw. czynniki pierwsze.  

„Ponieważ doszliśmy do punktu, z którego nie tylko nie widać przyszłości, ale nawet horyzontu. Wszystko zdominowała mgła, mgła demokracji bez serca i liberalizmu bez wolności, wolności wykorzystanej przez siebie i dla innych.”

Czy to nie jest to zbytnio poetyckie? I zapytam jak pytał nas nauczyciel w szkole: Co poeta miał na myśli?

„Ale to była pestka, bo jeżeli zdołamy spojrzeć poza mgłę, na odległy las na horyzoncie, to zobaczymy, że nigdy do niego nie dojdziemy bez wskazówek.”

Kurka wodna, to jest ten horyzont czy go nie ma? Jednak Pan profesor potrafi spojrzeć poza ‘mgłę demokracji’.

„Demokracja to wspaniała wizja wspólnoty politycznej, wizja – piszę to z całą wiedzą o utopiach i ich konsekwencjach – utopijna. Jednak jest to utopia w postaci owego horyzontu, i tak jak filozof wie, że dąży do prawdy, która zawsze jest gdzieś na odległym horyzoncie, dąży do niej, chociaż wie, że jej nie osiągnie (Leszek Kołakowski), tak zwolennik demokracji dąży do pełnej wspólnotowej demokracji, chociaż wie, że na tym świecie jest ona nieosiągalna, ale dzięki samemu dążeniu świat się zmienia, na ogół na lepsze.”

To już wolę jak Skaldowie śpiewają o króliczku.

„Horyzont demokracji, nadzieja demokratyczna, wizja i utopia stały się tak odległe, ponieważ od kilku dobrych dekad żyjemy, my, wszyscy obywatele cywilizacji zachodniej, w nieustającym strachu, który – przepraszam za banał – jest złym doradcą. A czegóż to się boimy? A tego, że stracimy to, co mamy, na rzecz tego, co niepewne. Ten strach jest psychologicznie zrozumiały, lecz intelektualnie i politycznie morderczy.”

Aż się boję bać.

„Filozof ma obowiązek przypominać, że przyszłość istnieje, a skoro chcemy żyć w demokracji, to jesteśmy zobowiązani do myślenia o tej przyszłości.”

Tylko demokracja ma patent na myślenie o przyszłości? Kubańczyk, żyjąc pod dyktaturą Fidela już o przyszłości nie myśli.

„Ryzyko polega na rozszerzeniu uczuć prywatnych na publiczne, wolności prywatnej na publiczną.”

Ludzie, powiedzcie mi co to są ‘uczucia publiczne’, a także co to jest ‘wolność publiczna’.

Ale nie tylko prof. Król ma patent na takie ‘bon moty’. Nawet nie musiałem szukać daleko. W artykule wydrukowanym obok artykułu Marcina Króla (Piotr Kuczyński, ‘Czy rynek wycenia wartość pisarza?’) znalazłem taki kwiatek: „To już zdecydowanie nie jest liberalizm – to jest neoliberalizm”.

Dwa tygodnie temu, 14 stycznia 2014 roku grupa 75 ‘znamienitych’ ekonomistów, w tym siedmiu laureatów Nagrody Nobla, opublikowała list skierowany do prezydenta USA i kongresmenów, w którym popierają inicjatywę legislacyjną Senatora Toma Harkina i członka Izby Reprezentantów  George Millera o podwyższeniu płacy minimalnej do ponad 10 dolarów za godzinę. W liście tym ekonomiści wręcz domagają się by przez najbliższe trzy lata płaca minimalna rosła o 95 centów, tak by w 2016 roku wynosiła 10,1 dolara. Inicjatorzy podwyżek płacy minimalnej motywują to tym, że ‘zatrudnionym zarabiającym najmniej trzeba uczciwie zapewnić możliwość skorzystania ze skutków rozwoju gospodarki po wyjściu z recesji’.

Kiedy to przeczytałem, przypomniałem sobie stare niemieckie powiedzenie „88 profesorów, ojczyzno, jesteś zgubiona”  - Achtundachtzig Professoren: Vaterland, du bist verloren  (przypisywane Bismarckowi, ale w Słowniku Kopalińskiego podane jest: „Deutsche Rundschau” z 1901 r. o parlamencie frankfurckim z 1848-9 r.).

List ten umieszczony został w sieci i obecnie podpisało go już ponad 600 ekonomistów (by ten list podpisać trzeba mieć co najmniej doktorat z ekonomii!). Pełno tam znanych nazwisk (najgorsze jest, że to,  że oni uczą przyszłych ekonomistów!). Są tam laureaci Nagrody im. Alfreda Nobla z ekonomii oraz byli prezydenci American Economic Association: Kenneth Arrow, Stanford University*+; William Baumol, New York University+; Angus Deaton, Princeton University+; Peter Diamond, Massachusetts Institute of Technology*+; Avinash Dixit, Princeton University+; Claudia Goldin, Harvard University+; Eric Maskin, Harvard University*; Thomas Schelling, University of Maryland*+; Robert Solow, Massachusetts Institute of Technology*+; A. Michael Spence, New York University*; Joseph Stiglitz, Columbia University* (gwiazdką oznaczono Noblistów z ekonomii, a plusem prezydentów AEA).  

Z innych nazwisk wspomnę jedynie Brad’a DeLong’a, University of California, Berkeley (autora znanego podręcznika do Makroekonomii), oraz instytucjonalistę, Geoffrey Hodgson’a, University of Hertfordshire (z Wielkiej Brytanii).

Wszystkim tym ekonomistom nakazałbym przeczytać Henrego Hazlitta ‘Ekonomia w jednej lekcji (tam są m.in. rozdziały pt. ‘Ustawowe płace minimalne’, ‘Kontrolowanie cen przez rząd’ czy „Fetysz pełnego zatrudnienia’). Czy jednak zrozumieliby przesłanie tej lekcji?

Ekonomiści ci twierdzą, że wpływ podwyżki płacy minimalnej na zatrudnienie  jest nieznaczny. Podkreślają, że w Kanadzie i USA odsetek zatrudnionych otrzymujących płacę minimalną nie dochodzi nawet do 5 procent, dlatego uznają, wszelkie bezpośrednie negatywne konsekwencje podwyżki tej płacy zapewne nie dotkną licznych grup społecznych. Inni ekonomiści popierają tego opinie przytaczając wyniki badań, że już w przypadku młodych dorosłych (w wieku dwudziestu paru lat) skutki zmian płacy minimalnej zwykle nie mają znaczenia statystycznego i nie liczą się z punktu widzenia ekonomicznego. Natomiast w przypadku ‘starszych dorosłych’, konsekwencje są tak nikłe, że w niewielu publikacjach w ogóle się o nich wspomina.

Wydaje mi się to hipokryzją do kwadratu. W niemalże wszystkich podręcznikach do Makroekonomii pokazuje się jak to płaca minimalna ustalona na poziomie powyżej płacy rynkowej powoduje powstanie bezrobocia przymusowego. Jeśli ci ekonomiści korzystają z tych podręczników to można ich zapytać kiedy mówią prawdę, ucząc studentów czy pisząc tego typu listy? (tu przypominają mi się słowa Miltona Friedmana z 1977 roku: „Nic nie tworzy tak wielu miejsc pracy dla ekonomistów, co kontrola i interwencja ze strony państwa. Dlatego wszystkich ekonomistów cechuje schizofrenia: ich dyscyplina naukowa, wywodząca się od Smitha, każe im faworyzować rynek; ich własny interes każe im faworyzować interwencję. W efekcie znaczna część środowiska ekonomistów była zmuszona godzić te dwie przeciwstawne siły przez faworyzowanie rynku w ogólności i przeciwstawianie się mu w konkretnych przypadkach”).

Jeśli natomiast jest tak jak twierdzą sygnatariusze tego listu, że „podwyżki tej płacy zapewne nie dotkną licznych grup społecznych” to w takim układzie po co kruszyć kopie? Żeby zaistnieć w mediach? By zdobyć posadkę doradcy rzadowego?

Ten argument, minimalnych kosztów jest często przytaczany w różnych sytuacjach. Kilka lat temu słyszałem go w kontekście tego, że Unia Europejska nie jest wcale tak kosztowną instytucją. bo przecież każdego ‘obywatela UE’ kosztuje tyle ile jedna filiżanka kawy dziennie.

Argumenty tego typu ekonomistów jako, żywo mogłyby przypominać argument chemika, który twierdziłby, że katalizator w reakcji chemicznej nie jest ważny, bo przecież zawsze dodawany jest on w minimalnych ilościach (w porównaniu z ilością substancji głównej w której zachodzi reakcja). Śmiem twierdzić, że gdyby student chemii odpowiedział w tym stylu to na pewno nie zdałby egzaminu z chemii.

Argumentując podobnie jak to czynił Frederica Bastiata, można powiedzieć, że jeśli podwyższenie płacy minimalnej nie ma wielkiego wpływu, to dlaczego nie podwyższyć jej do np. 50 dolarów za godzinę, wtedy wszystkim byłoby lepiej, wszyscy byliby zadowoleni.

W książce (którą polecam przeczytać) The Finacial Crisis and the Free Market Cure (z podtytułem Why Pure Capitalism is the World Economy’s Only Hope) John A. Alisson (szef  BB&T Corporation w latach 1989-2008, jednej z większych instytucji finansowych w USA) opisuje swoje doświadczenia, kiedy to w młodości pracował za mniej niż minimalna płaca. Pisze on, że nie była to ciekawa praca, ale to w niej nauczył się współpracować z innymi, ale też nauczyło go ona tego, że powinien zrobić wszystko by przez resztę swojego życia nie musieć pracować za taką minimalną stawkę.  

Wielu z nas może podobnie powiedzieć (sam pamiętam jak będąc w średniej szkole, by sobie dorobić i móc wyjechać na wakacje, przerzucałem, za tzw. psie pieniądze, worki z mąką w Gminnej Spółdzielni w Blachowni).   

Patrick Jake O’Rourke w Wykończyć bogatych, książce. którą stale polecam swoim studentom do poczytania, opisuje jak to wiele lat po studiach życie zmusiło go do powrotu do studiowania ekonomii, pisze:  „Zdecydowałem więc, że powrócę do moich studenckich podręczników do ekonomii, żeby coś z tego pojąć. Wówczas ponownie i z nie mniejszą siłą dopadło mnie dawne bitnikowskie uprzedzenie. Tym razem jednak nie dotyczyło ono studentów biznesu, ale autorów podręczników, z których musieli się uczyć. Wyszło na jaw, że profesorowie ekonomii również są ekonomicznymi idiotami.”

Skończę tak, jak zwykł kończyć swoje wykłady „O wyższości Świąt Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenia”, prof. mniemanologii stosowanej Jan Tadeusz Stanisławski (zresztą też ekonomista i filozof):
i to by było na tyle.

Dzisiejsza notatka nawiązuje w pewien sposób do moich dwóch wpisów sprzed dwóch lat: Na początek roku akademickiego oraz Jeszcze raz o studentach. Kiedy w  artykule „ASP produkuje osierocone zombie”. Debata o uczelni przeczytałem: „Po raz pierwszy od 30 lat studenci Akademii Sztuk Pięknych i ich wykładowcy dyskutowali o tym, co zmienić na swojej alma mater. Taka debata to na wrocławskich uczelniach absolutny wyjątek”, to jako ‘czynny akademik’ zacząłem czytać dalej, z nadzieją, że dowiem się coś ciekawego o tym jak należy zmienić ‘życie uczelni’. No i faktycznie dowiedziałem się coś na prawdę interesującego. Łukasz (absolwent ASP, albo tzw. wieczny student?) powiedział: ”Absolwenci są miarą jakości kształcenia. Ja z tej perspektywy widzę, że na studiach brakowało zajęć z autoprezentacji, pisania CV czy też budowania portfolio. Może nawet przydałby nam się trener osobisty, który motywowałby nas do nauki.” (wyróżnienie moje – WK).

Rozumiem, że student może odczuwać brak praktycznych zajęć, w stylu uczenia ‘autoprezentacji, pisania CV czy też budowania portfolio” (co jednak powinno być traktowane jako zajęcia dodatkowe). Jednakże oczekiwać tego by uczelnia była niańką, by załatwiała ‘trenera osobistego’ wydaje mi się (używając języka studenckiego) przegięciem.

To nie jest problem jednostkowy. Sam obserwuję u studentów, że my, tzw. nauczyciele akademiccy, mamy stworzyć im taką atmosferę na uczelni by studiowanie było ‘łatwe, lekkie i przyjemne’.

A studia to przecież ogromny indywidualny, intelektualny wysiłek. W którym nauczyciel ma być przewodnikiem i partnerem w dyskusji. Tak mi się przynajmniej, skromnie, wydaje.

Kładę jednak uszy po sobie, bo jeszcze studenci pójdą do dziekana albo rektora, naskarżą na mnie i wtedy dopiero będę miał się  z pyszna.

Za kilka dni zaczyna się nowy rok akademicki i radosne spotkania ze studentami, a tam na wykładach będzie także  o Szkotach, nie o tych z żartów, ale o znanych postaciach historycznych. 

Tak się złożyło, że miałem okazje przeczytać w magazynie krakowskiego portu lotniczego Airgate artykuł pt. Edynburg – miasto tajemnic. Zajrzałem do tego artykułu, bo dla mnie Edynburg to fascynujące miejsce, które kojarzy mi się przed wszystkim ze Szkockim Oświeceniem. Jakież było moje rozczarowanie, kiedy od razu na początku przeczytałem, „Gdyby nie Edynburg, nie mielibyśmy ani Harry’ego Pottera, ani Sherlocka Holmesa, ani Jamesa Bonda.” A potem, było już tylko gorzej. Autor artykułu (którego nazwiska przez litość nie wspomnę), pisze: „Szkocka stolica odegrała jednak bardzo duża rolę w historii… Anglii. Co tam Anglii! Całego świata! Bo czyż Harry Potter, Sherlock Holmes, i agent 007 James Bond to nie są już postaci światowego formatu? A każda z nich powstała w Edynburgu.” W dalszej części artykułu, autor opisując ‘metafizyczny klimat’ Edynburga raczy nas opowieściami o niejakich Williamie Burke i Williamie Hare, „którzy w XIX wieku kradli ciała z edynburskich cmentarzy”, okultyście Thomas’u Weir’dzie, o 300 czarownicach, które spalone zostały na „stosie niedaleko edynburskiej Fontanny Czarownic”, o walkach kogutów, itp. Kończy natomiast ten dosyć długi artykuł zdaniem: „Zobaczyć to – czy bardziej poczuć – warto tak samo, jak poczytać sobie Arthura Conana Doyle’a, Roberta Louisa Stevensona czy Joanne Rowling.”

Ani słowa w tym artykule o naprawdę historycznym okresie dla dziejów świata, mianowicie o Szkockim Oświeceniu, i o klimacie intelektualnym Edynburga w XVIII wieku! Nie ma nic o takich szkockich myślicielach i naukowcach jak Francis Hutcheson, David Hume, Adam Smith, Dugald Stewart, Thomas Reid, Adam Ferguson. To chyba znak naszych czasów, kiedy to gwiazdki i gwiazdeczki, tzw. celebryci stają się ważniejsi niż naprawdę znane postaci kultury i sztuki. Czy świadczy to o niedouczeniu i ignorancji redaktorów i dziennikarzy? Śmiem zadać to pytanie, bo taki elementarny brak wiedzy autorów publikacji  w gazetach i tygodnikach, oraz wypowiedziach redaktorów w radio czy telewizji jest spotykany coraz częściej.

Nie wymagam, by autor artykułu o Edynburgu przeczytał prace Stefana Zabieglika, znawcy kultury Szkocji i Szkockiego Oświecenia, ale mógłby na początek zajrzeć choćby do Wikipedii co tam jest napisane o Edynburgu, potem do hasła o Szkockim Oświeceniu. Tam dowiedziałby się, choć trochę, o tym kto to byli Francis Hutcheson, David Hume, Adam Smith, Dugald Stewart, Thomas Reid, Adam Ferguson i jak ich idee ukształtowały bieg historii świata w ostatnich 250 latach. Dobrze jest wiedzieć, kto to był Arthur Conan Doyle, Robert Louis Stevenson czy Joanne Rowling, ale warto znać proporcje i warto poznać myśli ludzi, którzy ukształtowali naszą cywilizację. To zresztą powinniśmy wynieść z nauki szkolnej i uniwersyteckiej. Ale by tak było, proces edukacji musiałby przebiegać całkiem inaczej niż to wytyczone jest przez, uwielbiających wszelkie standardy, urzędników ministerstw, czy to edukacji czy szkolnictwa wyższego. Ale, jakość kształcenia to już całkiem inna historia.

Za parę dni zderzę się z tym, kiedy spotkam się ze studentami pierwszego roku i zobaczę ich ‘maślane oczy’, kiedy zadam kilka elementarnych pytań, czy to z historii, czy o aktualnej sytuacji społecznej albo gospodarczej. Najgorsze jest to, że co roku jest gorzej i z roku na rok te oczy stają się coraz to bardziej ‘maślane’.  


  • RSS