Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z tagiem: komunizm

Kilka dni temu uczestniczyłem w konferencji na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu poświęconej 25 rocznicy polskiej transformacji (czeka mnie jeszcze kilka takich konferencji w tym roku – na wiele innych zaproszeń musiałem odpowiedzieć negatywnie; faktem jest, że ‘wysyp’ tego typu spotkań rocznicowych jest przeogromny). W swoim wstąpieniu, którego streszczenie przedstawię poniżej (aprezentację można obejrzeć tutaj), wróciłem do tego co przedstawiłem już kilka lat temu, zwracając uwagę na fenomen naszej transformacji, porównywalny z tym co wydarzyło się 300 lat wcześniej w Anglii, nazwanym Rewolucją Chwalebną. (Ostatnie dwa slajdy tej prezentacji skomentuję w następnym wpisie).

To, co wydarzyło się w Europie Centralnej i Środkowej w drugiej połowie 1989 roku, a co zostało w bezpośredni sposób zainicjowane wydarzeniami w Polsce w pierwszej połowie tego roku, nazywane jest często Jesienią Ludów. Ma to sugerować podobieństwo do zdarzeń, jakie wydarzyły się w niemalże całej Europie w 1848 roku, zwanych Wiosną Ludów. Analogia ta wydaje mi się chybiona, z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze, trudno jest wskazać jakieś długotrwałe pozytywne efekty Wiosny Ludów, po drugie (i ważniejsze), była ona związana z przemocą, terrorem, samosądami, barykadami i walkami zbrojnymi.

Znacznie lepszą analogię widzę w tym, co wydarzyło się 300 lat temu w Anglii, a co nazywane jest Rewolucją Wspaniałą (ang. Glorious Revolution, po polsku nazywana też Rewolucja Chwalebną, Sławetną Rewolucją). Reakcją na dążenia króla Jakuba II do wprowadzenia rządów absolutnych było wezwanie opozycji do interwencji Wilhelma Orańskiego, wówczas namiestnika Niderlandów. Po inwazji w listopadzie 1688 roku Wilhelm opanował Anglię niemalże bez walki (dlatego niekiedy mówi się o niej jako Rewolucji Bezkrwawej). Na jego stronę szybko przeszły główne siły królewskie a Jakub II uciekł do Francji. Córkę Jakuba II, Marię i jej męża Wilhelma III Orańskiego uznano 23 lutego 1689 roku za parę panującą, a parlament przyjął w grudniu 1689 r. prawa ograniczające kompetencje władcy tzw. Bill of Rights (Kartę Praw, Kartę Swobód). Anglia jako pierwszy kraj w Europie wszedł w etap współczesnego parlamentaryzmu: podatki nie mogły być zwiększane bez zgody parlamentu, podobnie w okresie pokoju bezprawne było zwiększenie liczebności armii, zagwarantowano wolny wybór członków parlamentu oraz swobodę wypowiedzi w parlamencie, nie można też było nikogo uwięzić bez sprawiedliwego procesu i wyroku sądowego. Rewolucja Wspaniała otworzyła drogę do szybkiego rozwoju gospodarczego opartego na przedsiębiorczości, wynalazczości i ‘dbałości o interes własny’. Bez Rewolucji Wspaniałej i Karty Praw nie byłoby rewolucji przemysłowej końca XVIII wieku.

Tak więc można pokusić się o stwierdzenie, że w ostatnich kilkuset latach w Europie mieliśmy tylko dwa przypadki ‘bezkrwawych rewolucji’ – tę w Anglii w 1688-89 oraz w Polsce (a potem w innych krajach Europy Centralnej i Wschodniej) w 1988-89. Dobrymi przykładami jak krwawe były rewolucje europejskie są choćby Rewolucja Francuska 1789-99 oraz Rewolucja Bolszewicka (zwana Październikową) w 1917r. W tym kontekście wspomniane bezkrwawe rewolucje w Anglii i w Polsce powinny zasługiwać na większą uwagę historyków, a my powinniśmy zadbać o należyte miejsce na kartach historii tych rewolucyjnych zmian jakie dokonały się w Polsce w latach 1988-89. To nie od zburzenia Muru Berlińskiego, czy tzw. aksamitnej rewolucji w ówczesnej Czechosłowacji zaczęły się zmiany rewolucyjne w Europie Centralnej i Wschodniej!

W tym roku obchodzimy uroczyście 25. rocznicę zmian ustrojowych w Polsce i zwykłe wiążemy to z negocjacjami Okrągłego Stołu (od 6 lutego do 5 kwietnia 1989), pierwszymi prawie wolnymi wyborami do Sejmu i Senatu 4 czerwca 1989 r., powołaniem pierwszego niekomunistycznego premiera (Tadeusza Mazowieckiego) i pierwszego niekomunistycznego rządu (24 sierpnia 1989), oraz pracami nad tzw. planem Balcerowicza (zainicjowanymi 6 października 1989 r. wraz z opublikowaniem 9 października założeniami, oraz zakończonymi uchwaleniem przez Sejm dziesięciu ustaw 28 grudnia 1989 r, które weszły w życie 1 stycznia 1990 r.).

 Kiedy myślę o tamtym okresie to przypomina mi się opublikowana w 1922 roku przez Herberta G. Wellsa Krótka historia świata (A Short History of the World). W pamięci, z czytanej kilkadziesiąt lat temu książki, pozostała mi m.in. opowieść o Aleksandrze Macedońskim i zbudowanym przez niego imperium. Byliśmy uczeni na historii jakim wielkim przywódcą był Aleksander Macedoński (zwany właśnie Wielkim) i to jest prawdą. Niewiele natomiast mówi się o tym (a o czym pisze Wells), że sukces Aleksandra nie byłby możliwy gdyby nie mądre działania jego ojca Filipa Macedońskiego. Filip nie tylko zadbał o doskonałe wykształcenie syna (jego nauczycielem był Arystoteles, największy filozof tamtego okresu), ale też kształtował jego umiejętności dowodzenia armią (w wieku osiemnastu lat Aleksander był już jednym z dowódców kawalerii w armii Filipa). Ważniejsze jest jednak to, że Filip Macedoński przeorganizował swoje królestwo i zbudował bardzo nowoczesną i dobrze wyszkoloną armię. To od swego ojca Aleksander nauczył się taktyki, która przyczyniła się do wielu jego późniejszych sukcesów (zwłaszcza w walce z imperium perskim).  Taktyka ta polegała głównie na tym, że piechota wiązała przeważające siły wroga, a ciężka konnica (kawaleria – która była oryginalnym pomysłem Filipa Macedońskiego) kierowana przez sprawnego dowódcę, zadawała decydujące uderzenie i przechylała zwycięstwo na korzyść armii Macedończyków.

Wspominam o tym, bo zwykle warto spojrzeć na okres tuż przed tym, który zwykle opisywany jest z wielką pieczą w podręcznikach historii. Tak też wydaje się być w przypadku transformacji przygotowanej przez ‘Solidarnościowy’ rząd premiera Mazowieckiego. Nic nie ujmując osiągnieciom ekipy Mazowieckiego i Balcerowicza, trzeba powiedzieć, że podstawy do  tych reform stworzone zostały przez rząd ‘późnego’ Zbigniewa Messnera i rząd Mieczysława Rakowskiego.

Dlatego słusznym wydaje mi się datować ‘rewolucję bezkrwawą’ w Polsce na lata 1988-89. Równie istotnym dla rozwoju Trzeciej Rzeczpospolitej była ustawa o działalności gospodarczej z 23 grudnia 1988 r., zwana często ‘Ustawą Wilczka’ a także zapoczątkowanie zmian w systemie bankowym przez rząd Messnera.

Ustawa Wilczka jest  ustawą krótką (ma zaledwie 5 stron, przy czym 3,5 strony to odwołanie poprzednich aktów prawnych). Jest napisana językiem zrozumiałym dla każdego kto chciałby podjąć działalność w biznesie. Ustawa ta wpisuje się w ciąg ważnych zdarzeń, do których należą wspomniane Obrady Okrągłego Stołu, wybory parlamentarne 4 czerwca 1989 roku, utworzenie pierwszego niekomunistycznego rządu Tadeusza Mazowieckiego i tzw. plan Balcerowicza. Najważniejszymi w ustawie Wilczka wydają się być dwa artykułu: Art. 1 „Podejmowanie i prowadzenie działalności gospodarczej jest wolne i dozwolone każdemu na równych prawach, z zachowaniem warunków określonych przepisami prawa.” oraz Art. 4 „Podmioty gospodarcze mogą w ramach prowadzonej działalności gospodarczej dokonywać czynności i działań, które nie są przez prawo zabronione.”).

To jest esencja działalności gospodarczej i esencja prawa. Prawo powinno być formułowane w sposób negatywny (‘Nie wolno …’) a ‘wszystko co nie jest prawem zabronione jest dozwolone’. Proszę zauważyć, że w Dekalogu, poza pierwszymi trzema przykazaniami odnoszącymi się do Boga i sfery wiary, z pozostałych siedmiu tylko jedno przykazanie jest nakazem (‘Czcij ojca swego i matkę swoją’). Pozostałych sześć przykazań ma formę zakazu: Nie zabijaj, Nie cudzołóż, Nie kradnij,  …

Warto podkreślić, że w ‘ustawie Wilczka’, kiedy jeszcze rządzili w Polsce komuniści, wyliczone zostało jedenaście przypadków udzielania koncesji (czyli ograniczenia wolności gospodarczej). Obecnie, po 25 latach, kiedy mamy tzw. gospodarkę rynkową, takich koncesji jest kilka razy więcej.

Poza Ustawą Wilczka warto wspomnieć też o tym co wydarzyło się w ostatnich miesiącach działania rządu Messnera: 11 kwietnia 1988 r. podjęto decyzję o wydzieleniu ze struktur Narodowego Banku Polskiego 9 banków, które rozpoczęły działalność operacyjną 1 stycznia 1989 r. Po raz pierwszy w PRLu podjęto próbę rozdzielenia działalności detalicznej NBP od działalności NBP jako prawdziwego banku centralnego. W zamierzeniu te 9 banków miały przejąć od NBP działalność kredytową i depozytową (choć dopiero w październiku 1991 r. zostały przekształcone w spółki akcyjne). W 1989 r. prezes NBP, w porozumieniu z Ministrem Finansów, wydał zgodę na utworzenie kolejnych 8 banków komercyjnych, w tym jednego banku z udziałem kapitału zagranicznego. Na koniec tego roku działalność prowadziło 25 banków komercyjnych, w tym Bank Gospodarstwa Krajowego reaktywowany na mocy decyzji Ministra Finansów. Efektem tego zainicjowanego w kwietniu 1988 roku procesu było przyjęcie przez Sejm w styczniu 1989 r. (już za rządów M. Rakowskiego) dwóch ustaw: ustawy Prawo bankowe oraz ustawy o Narodowym Banku Polskim. Te dwie ustawy pozwoliły na całkowitą rekonstrukcją systemu bankowego (m.in. dopuszczenie funkcjonowania banków państwowych, prywatnych banków w formie spółek akcyjnych i banków spółdzielczych, uporządkowanie stosunków między systemem bankowym a Skarbem Państwa poprzez likwidację mechanizmu automatycznego przyznawania kredytów na cele rządowe, rozszerzenie katalogu czynności bankowych).

Nadzór nad działalnością banków oraz oddziałów i przedstawicielstw banków zagranicznych powierzono Narodowemu Bankowi Polskiemu. W celu realizacji zadań związanych ze sprawowaniem nadzoru nad działalnością banków w maju 1989 r. w strukturze NBP wydzielono Departament Nadzoru Bankowego. W 1990 r. departament ten zmienił nazwę na Generalny Inspektorat Nadzoru Bankowego.

Na początku 1989 r. działało 7 banków komercyjnych oraz banki spółdzielcze zrzeszone w BGŻ, który pełnił wówczas funkcję centralnego związku spółdzielni. Cztery banki komercyjne utworzono jeszcze przed II wojną światową (Bank Handlowy w Warszawie SA (1870 r.), Powszechna Kasa Oszczędności BP (1919 r.), Bank Gospodarstwa Krajowego (1924 r.), Bank Polska Kasa Opieki SA (1929 r.)). W latach 1975–1988 powstały nowe banki komercyjne (Bank Gospodarki Żywnościowej (1975 r.), Bank Rozwoju Eksportu SA (1986 r.), Łódzki Bank Rozwoju SA (1988 r.)). W 1989 r. prezes NBP, w porozumieniu z Ministrem Finansów, wydał zgodę na utworzenie kolejnych 8 banków komercyjnych, w tym jednego  banku z udziałem kapitału zagranicznego. Na koniec tego roku działalność prowadziło 25 banków komercyjnych, w tym Bank Gospodarstwa Krajowego reaktywowany na mocy decyzji Ministra Finansów.

 Wydaje się zatem, że uzasadnione jest mówienie o zmianach rewolucyjnych w Polsce w latach 1988-89, a nie tylko w 1989 roku. Trochę per analogiam, okres ten nazywam Rewolucją Znamienitą. Pozostaje mieć nadzieję, że tak jak Anglia po kilku dziesięcioleciach od Rewolucji Wspaniałej doświadczyła niespotykanego w przeszłości przyspieszenia rozwoju gospodarczego i wzrostu dobrobytu materialnego, tak Polska i inne kraje Europy Centralnej i Wschodniej doświadczą wzrostu dobrobytu w podobnej skali w kilkadziesiąt lat po Rewolucji Znamienitej 1988-89.

Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu przyznał  komisarzowi UE dr. Januszowi Lewandowskiemu tytuł doktora honoris causa.  Uroczystość odbyła się 18 stycznia 2013 roku w pieknej Auli Leopoldina Uniwersytetu Wrocławskiego, a uroczystości tej towarzyszyło wydanie przez UE we Wrocławiu  książki  Janusza Lewandowskiego pt. Liberalizm a współczesność.  Poproszono mnie o napisanie wstępu do tej książki, który zamieszczam poniżej.

Prezentowany wybór tekstów napisanych przez Janusza Lewandowskiego pochodzi z jego książki pt. Neoliberałowie wobec współczesności, którą ukończył w sierpniu 1988 roku (jej drugie wydanie, z przedmową Donalda Tuska, ukazało się nakładem Wydawnictwa Atext, Gdynia 1991). Podstawowym kryterium wyboru tekstów była chęć pokazania idei stricte liberalnych, które (jak się nam wydaje) kształtowały myślenie gdańskich liberałów w latach osiemdziesiątych XX wieku. W całości zamieściliśmy esej o Misesie, a esej o Hayeku skróciliśmy jedynie o ostatni podrozdział Hayek i przypływ konserwatyzmu (zmieniliśmy ich kolejność – najpierw zamieściliśmy esej o Misesie, a następnie o jego uczniu Friedrichu von Hayeku). Zrezygnowaliśmy z eseju o Walterze Lippmannie, z eseju o ordoliberałach wybraliśmy dwa podrozdziały (Ordoliberalizm: w poszukiwaniu „trzeciej drogi” i Społeczna gospodarka rynkowa), natomiast z eseju o Raymondzie Aronie wyłączyliśmy dwa podrozdziały (Myślowy fundament i Dekadencki zachód). Zrezygnowaliśmy też z publikacji not biograficznych.

Zamieszczone eseje odczytujemy przede wszystkim jako świadectwo stanu dyskusji intelektualnej gdańskich liberałów, których Janusz Lewandowski jest jednym z ważniejszych przedstawicieli. Widać wyraźne zafascynowanie ideami Hayeka, co nie może dziwić, bo wiele środowisk w Polsce w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych poprzedniego wieku poznawało liberalizm (zwłaszcza ten gospodarczy) z lektury wydawanych w podziemiu fragmentów prac Hayeka[1] oraz niekiedy Miltona Friedmana. Interesujące jest to, że Janusz Lewandowski przedstawia osiągnięcia Ludwiga von Misesa, w tamtym okresie niemalże zapomnianego zarówno na Zachodzie, jak i w Polsce. Idee Misesa odżywają w ostatnich 20 latach i pewną zasługą Lewandowskiego jest podkreślenie wagi idei misesowskich dla kształtowania postaw wolnościowych.

Książka Janusza Lewandowskiego jest w istocie kontynuacją jego artykułów pisanych do wydawanego w podziemiu w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku „Przeglądu Politycznego” (PP). Pierwszy numer „Przeglądu Politycznego” złożony został na przełomie lat 1982 i 1983 dzięki wysiłkom Donalda Tuska i Wojciecha Dudy (który potem został redaktorem naczelnym PP) i ukazał się w 1983 r. w nakładzie ok. 500 egzemplarzy (zatem w bieżącym roku mija 30. rocznica pierwszego wydania PP). Twórcy PP sformułowali na początku kilka podstawowych zasad (bezpieczeństwo osobiste i nienaruszalność wolności człowieka, swoboda głoszenia własnych przekonań, pluralizm ideowy), które zawarli także w opublikowanym na łamach „Przeglądu Politycznego” manifeście wieszczącym w Polsce rewolucję liberalną. Wydawanie PP było inicjatywą nielicznego grona przyjaciół szukającego własnej tożsamości politycznej, grona osób, które w czasie 16 miesięcy Solidarności zasmakowało wolności i po wprowadzeniu stanu wojennego 13 grudnia 1981 roku nie chciało z niej zrezygnować. Ich rozumienie liberalizmu też ewoluowało, jeszcze w 1984 r. Donald Tusk pisał: „Liberalizm jest próbą historycznego kompromisu, który prowadzi do odrzucenia i komunizmu, i liberalizmu okrutnego Hayeka”. Wydaje się, że przełomem w myśleniu gdańskich liberałów było pojawienie się w ich gronie w 1985 roku Janusza Lewandowskiego. Jego fascynacja Hayekiem (a także Raymondem Aronem) udzieliła się innym i całe grono wyraźnie zwróciło się ku ideom wolnorynkowym i ideom klasycznego, wigowskiego liberalizmu. Ich pojmowaniu rzeczywistości gospodarczej przyświecało myślenie w kategoriach swego rodzaju triady: własność – rynek – przedsiębiorczość. W 1987 r. Janusz Lewandowski, opisując rodzącą się nową przedsiębiorczość, tak ją scharakteryzował: ,,Fenomen gdańskiej przedsiębiorczości wziął się z poszukiwania życiowej niszy, gdzie nie działa konformizujące ciśnienie właściwe zakładom państwowym. (…) Oblicze socjologiczne tego fenomenu gospodarczego jest bardzo interesujące. Dzisiejsi liderzy nowych spółdzielni i spółek biorą się z pokolenia wodzonego na pokuszenie w epoce Gierka, oczyszczonego poprzez Solidarność i represjonowanego w stanie wojennym. Dla wielu z nich, pełniących wcześniej z sukcesami rolę dziennikarza czy nauczyciela akademickiego, zwrot ku roli biznesmena był niejako wymuszony. (…) Młodzież nie naznaczona wcześniejszą rolą zawodową wchodzi w nowe przedsiębiorstwa bez kompleksów. Wiele nowo powstałych firm jest jej dziełem. Poszerzenie spektrum wyborów życiowych jest prawdziwą szansą dla tego pokolenia straconych szans”.

Jak to często bywa, taka początkowa wiara w liberalizm była bezkrytyczna, jednakże wielu młodych liberałów (a zwłaszcza Donald Tusk, Janusz Lewandowski i Jan Krzysztof Bielecki) ten swój fundamentalizm potrafiło pogodzić z uznaniem bardzo istotnej roli tak zwanej małej ojczyzny, lokalnej rzeczywistości, historii i tradycji. Okazało się, że Günter Grass, opisujący Gdańsk lat wojny, był dla nich równie ważny jak Friedrich von Hayek.

W kwestiach religijnych liberałowie gdańscy zajmowali w latach 80. dosyć wyraźne, sceptyczne stanowisko, uznawali niezależność (separowalność) tych dwóch sfer życia społecznego, a często nawet odcinali się od religii. Patrząc z perspektywy tych kilkudziesięciu lat, można zobaczyć, że i tutaj nastąpiła u nich zmiana. Przykładem jest choćby sam Donald Tusk, który niegdyś wyraźnie odżegnywał się od związków z Kościołem, natomiast potem, na znak swojego nawrócenia (sam nazwał siebie „wierzący po przejściach”), wziął ponowny ślub, tym razem kościelny. Janusz Lewandowski w momencie, gdy powstawał Kongres Liberalno-Demokratyczny (KLD), mówił: „Jeżeli wartości chrześcijańskie oznaczają dekalog, to rzecz jasna wszyscy je uznajemy. Dlaczego jednak warto to specjalnie podkreślać? Na dekalog powołują się wszyscy, bo jest on oczywistością. Ale w założeniach programowych musimy pisać o tym, co nas różni od innych ugrupowań”.

W „Przeglądzie Politycznym” dużo było przedruków, zapożyczeń. Samo pismo było bardzo eklektyczne, co wynikało ze specyfiki tamtych czasów i powszechnego w wielu środowiskach procesu samokształcenia się, któremu pismo to sprzyjało. Obok Poppera był Hayek, obok Friedmana – Aron czy Lippmann. Podobno sam Hayek miał określić ludzi z Przeglądu, jako sprzedawców używanych idei, czego nie należy traktować jako zarzut, a jako coś naturalnego w okresie „głodu prawdziwych idei”.

Gdańscy liberałowie wymyślili w drugiej połowie lat 80. program powszechnej prywatyzacji (powszechnego uwłaszczenia), który był w tamtym czasie chyba najbardziej radykalnym projektem dekomunizacji materialnych podstaw realnego socjalizmu. Kładąc nacisk na swobodę, wolność, prawo i na instytucjonalne gwarancje demokracji, uznali też samorządność za fundament porządku liberalno-demokratycznego (to dokonało się wyraźnie pod wpływem dzieła Alexisa de Tocqueville’a O demokracji w Ameryce, którym byli zafascynowani). Byli blisko Solidarności, czego efektem była też częsta obecność na łamach PP ludzi Solidarności. W jednym z pierwszych numerów wywiadu udzielał Lech Kaczyński. Z tego powodu wytykano i oskarżano gdańskich liberałów o konszachty z Solidarnością. Bronili się przed tego typu zarzutami, twierdząc, że nie uznawali Solidarności za związek zawodowy, a raczej traktowali ją jako ruch społeczny, który dążył do zmiany PRL-owskiego status quo, i właśnie dlatego nie tylko popierali ich dążenia, ale i sami w nich uczestniczyli.

Na wspomnienie zasługuje zorganizowany przez ludzi skupionych wokół „Przeglądu Politycznego” Kongres Liberałów, który odbył się w siedzibie Gdańskiego Towarzystwa Naukowego w dniach 10-11 grudnia 1988 r. Z całej Polski zjechało do Gdańska około tysiąca działaczy i aktywistów, naukowców, ekonomistów i  badaczy związanych z szeroko rozumianym ruchem wolnościowym. W Kongresie uczestniczyli też politycy, którzy wyrażali zainteresowanie powstaniem partii liberalnej. Podczas tych dwóch dni debat wygłoszono kilka ważnych referatów: Donald Tusk mówił o prawach do polityki, Lech Mażewski opowiadał się za stworzeniem nowej konstytucji, Jan K. Bielecki i Jan Majewski mówili o ważnej roli przedsiębiorczości w rozwoju społecznym i gospodarczym. W wielu wystąpieniach przewijał się motyw stworzenia polityki regionalnej i samorządowej oraz wielkiego znaczenia lokalnej aktywności. To na tym Kongresie Janusz Lewandowski i Jan Szomburg, przedstawiając referat pt. Własność jako próg reformy gospodarczej, uwłaszczenie jako kierunek, wskazywali na przemiany własnościowe, które powinny prowadzić do głębokich reform w kraju. To tam zauważyli, że „[w] ramach ogólniejszych przewartościowań zmienia się na naszych oczach słownik ekonomiczny. Szereg pojęć, zapładniających wizje reformatorskie z roku 1956, a nawet 1980, trafiło już do lamusa. W to miejsce tylnymi drzwiami wprowadza się do debaty publicznej takie pojęcia, jak rynek kapitałowy, akcje i obligacje czy prawa wolności. Aktualizuje się głos Ludwiga von Misesa, który przed z górą sześćdziesięciu laty uprzedzał, że centralną postacią zdrowej gospodarki jest przedsiębiorca i że postać menedżera nie może być dla niej substytutem”. Powołując się na sławną debatę kalkulacyjną z lat 20. i 30. ubiegłego wieku, Lewandowski i Szomburg piszą: „Doświadczenia Polski i Węgier pozwalają docenić przenikliwość i wagę argumentów Misesa oraz innych neoliberałów zaangażowanych w głośnej debacie lat 30. na temat rachunku ekonomicznego w socjalizmie”. Przedstawiając ekonomiczną alternatywę, zaproponowali oni „odgórne przekształcenie amorficznej własności państwowej w zdecentralizowany system indywidualnych i dobrowolnie przekazywalnych uprawnień w stosunku do istniejącego majątku produkcyjnego”. Dalej napisali: „Treścią naszej propozycji jest powszechne uwłaszczenie, to znaczy realne przeniesienie uprawnień własnościowych z administracji państwowej na szerokie rzesze społeczeństwa. Musi to być radykalne odpaństwowienie gospodarki, nie tylko w sensie formalnym, lecz i efektywnym, to znaczy musi prowadzić do narzucenia przedsiębiorstwom innych niż dotąd kryteriów kontroli ekonomicznej i do likwidacji gospodarczego paternalizmu”. Charakteryzując swój program, autorzy napisali: „Wydaje się, że akt parcelacji mienia państwowego, w wyniku którego w każdym polskim domu powstaje uprawnienie majątkowe, które niebawem będzie można wypróbować na giełdzie, posiada walory mobilizacyjne. W wielkim skrócie wyobrażamy sobie taką operację następująco: wszystkie osoby fizyczne od 18 lat w górę będące obywatelami polskimi otrzymują bony majątkowe o jednakowym nominale wynoszącym wedle wstępnych szacunków około 2 mln zł. Bony majątkowe są imienne i nie mogą być przedmiotem obrotu, mogą być wykorzystane tylko w jednym kierunku – jako uprawnienie do objęcia akcji o ekwiwalentnej wartości. Ustala się i ogłasza publicznie harmonogram reprywatyzacji, to znaczy podaje terminy, w których akcje poszczególnych przedsiębiorstw wprowadzane są do obrotu na giełdach regionalnych. Posiadacz bonu majątkowego sam wybiera moment, w którym pojawi się na giełdzie w roli potencjalnego akcjonariusza i powierza bon maklerowi giełdowemu. (…) Parcelacja objęłaby swym zakresem wszystkie przedsiębiorstwa sfery konkurencyjnej przy pozostawieniu udziałów Skarbu Państwa w niektórych zakładach przemysłu kluczowego” (wyróżnienia w oryginale – przyp. red.).

Wbrew oczekiwaniom polityków gdański Kongres Liberałów nie zaowocował powstaniem partii liberalnej, ale do dzisiaj pozostał w świadomości społecznej jako ważny moment w kształtowaniu postaw wolnorynkowych. Pokłosiem tego spotkania było powstanie w lutym 1989 r. Gdańskiego Towarzystwa Społeczno-Gospodarczego „Kongres Liberalny”. Rosnąca popularność tej inicjatywy spowodowała, że w czerwcu 1990 r. ,,przemieniono” Gdańskie Towarzystwo w partię, zmieniając jednoczesnej nazwę na „Kongres Liberalno-Demokratyczny” (KLD). Uczyniono to intencjonalnie, by nazwa ta, z jednej strony, nie nawiązywała do żadnego innego ugrupowania, jakie kiedykolwiek istniało w Polsce, ale z drugiej, kojarzyła się z historycznym zjazdem liberałów w Gdańsku. Wielu uczestników Kongresu z 1988 r. nie zostało członkami KLD, taką decyzję podjęli np. Janusz Korwin-Mikke, Aleksander Hall i Gabriel Janowski, podobnie uczynili działacze liberalni z Krakowskiego Towarzystwo Przemysłowego i Towarzystwa Gospodarczego w Warszawie, którzy zasilili później szeregi Unii Demokratycznej. Niewątpliwym sukcesem gdańskich liberałów było stworzenie rządu pod premierostwem Jana Krzysztofa Bieleckiego i rządzenie krajem od 12 stycznia do 5 grudnia 1991 roku. Można powiedzieć, że praktycznie gdański liberalizm zakończył się po porażce w wyborach parlamentarnych w roku 1993, kiedy to KLD zdobył niespełna 4% głosów i nie wszedł do parlamentu. W kwietniu 1994 r. KLD połączył się z Unią Demokratyczną, a obecnie większość polityków KLD działa w strukturach Platformy Obywatelskiej. Czy porażka gdańskich liberałów związana była z ich bardziej pragmatycznym podejściem i niechęcią zwrócenia się w latach 90. ku populizmowi? To jest otwarte pytanie i w tym krótkim wprowadzeniu nie ma miejsca na szersze rozważania na ten temat.

Swego rodzaju podsumowaniem osiągnieć gdańskich liberałów była opublikowana przez Donalda Tuska w 1998 roku książka pt. Idee gdańskiego liberalizmu. Oprócz tekstów Donalda Tuska w tomie tym znajdziemy również eseje Piotra Kapczyńskiego, Janusza Lewandowskiego, Dariusza Filara, Lecha Mażewskiego, Jana Szomburga, Jacka Merkela, Jana Krzysztofa Bieleckiego. Książka zawiera też ponadstustronicowy aneks z dokumentami programowymi środowiska liberałów gdańskich (Deklaracja ideowa Gdańskiego Towarzystwa Społeczno-Gospodarczego „Kongres Liberałów”; Deklaracja programowa Kongresu Liberalno-Demokratycznego; Deklaracja Parlamentarnej Grupy Liberalno-Demokratycznej; Tezy z hotelu „Marriott”; Od liberalnego rządu do liberalnej polityki. Uchwała Kongresu Liberalno-Demokratycznego; Uchwała w sprawie politycznego wsparcia dla procesu regionalizacji kraju; Program cetniewski. Polska: ku demokratycznemu kapitalizmowi, Karta Polskiego Kapitału; Szansa dla Polski. Program dla koalicji. Tezy dla Kongresu Liberalno-Demokratycznego; Tożsamość Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Propozycje. Polityka zagraniczna Polski (projekt); Program polityki społecznej Kongresu Liberalno-Demokratycznego (projekt); Uchwała Kongresu Liberalno-Demokratycznego; Tezy sobieszowskie. Liberałowie wobec rzeczywistości. Uchwała programowa Kongresu Liberalno-Demokratycznego; Pakt z przedsiębiorstwem prywatnym. Milion nowych miejsc pracy. Program wyborczy). Ciekawym uzupełnieniem jest też „Kalendarium najważniejszych dla środowiska wydarzeń”.

Wielu gdańskich liberałów zaangażowanych w wydawanie „Przeglądu Politycznego” zostało politykami, piastuje wysokie i odpowiedzialne stanowiska w Polsce i w Unii Europejskiej. W tej sytuacji nasuwa się naturalne pytanie: do jakiego stopnia ich liberalne poglądy, których byli zwolennikami i wyznawcami w latach 80., pomogły im w karierze politycznej, oraz na ile te liberalne poglądy kształtują ich obecne działania i pomagają w podejmowaniu ich codziennych decyzji? Podobno Donald Tusk powiedział kiedyś, że liberalizm nie nadaje się do rządzenia, że w realnej praktyce politycznej jego dawne przekonania musiały przegrać. Czy zatem minęły czasy, kiedy sytuacja społeczna sprzyjała kierowaniu się liberalnymi zasadami w rządzeniu? Tak jak to było w latach 80. za rządów premier Margaret Thatcher w Wielkiej Brytanii i za prezydentury Ronalda Reagana w Stanach Zjednoczonych. Odpowiedź nie wydaje się prosta i w tym krótkim wprowadzeniu nie można na nie dać zadowalającej odpowiedzi. Kiedy zastanawiałem się nad tym ważnym problemem, przyszła mi do głowy dawna piosenka śpiewana przez Mieczysława Fogga[2] Co nam zostało z tych lat, ze słowami Juliana Tuwima (wiersz napisany w 1930 r.). Chciałbym go zadedykować nie tylko gdańskim liberałom, ale generalnie polskim liberałom, których wolnorynkowe i wolnościowe myślenie kształtowało ich aktywność w latach PRL-u, jak również  na początku polskiej transformacji w latach 90.

Co nam zostało z tych lat
Julian Tuwim

Dawne dni, czułe dni
Wonią bzów przepojone,
Wiosną we krwi
Szumiał złoty nasz śpiew.

Dziś jesień łka,
Lecą dziś zwiędłe liście z drzew.

I bolesny sen mi się śni
Z nocy i dni
Minionych.

Co nam zostało z tych lat
Miłości pierwszej?

Zeschnięte liście i kwiat
W tomiku wierszy.

Wspomnienia czułe i szept,
I jasne łzy, co nie schną,
I anioł smutku, co wszedł,
I tylko westchnął.

W jeden cień, w jeden dźwięk,
W jedną pieśń melancholii
Złączył nas los.

Płyńmy razem w tę dal,
Czy szczęście to, czy to śmierć
Czy serdeczny żal.

To na zawsze — zawsze już jest,
Nasze już jest,
Choć boli…

Co nam zostało z tych lat
Miłości pierwszej?

Zeschnięte liście i kwiat
W tomiku wierszy.

Wspomnienia czułe i szept
I jasne łzy, co nie schną,
I anioł smutku, co wszedł,
I tylko westchnął.

 


[1] Do dziś tkwi we mnie wspomnienie czytania z wypiekami na twarzy fragmentów prac Hayeka (m.in. Drogi do zniewolenia) wydawanych w postaci małych książeczek wielkości dwóch pudełek zapałek.

 

[2] Piosenkę tę można posłuchać pod:


http://www.youtube.com/watch?v=Uq7Zr9FGWFU


Wczoraj poszedłem do sklepu by kupić żarówkę 60W. Jakież było moje zdziwienie, kiedy sprzedawczyni powiedziała mi, że zwykłych, edisonowskich żarówek 60W juz nie produkują, bo ich sprzedaży zakazała Unia Europejska. Cel jest jak zwykle szczytny (a że przy okazji wylało się dziecko z kąpielą, to urzędników UE już nie obchodzi). Bruksela chce, by mieszkańcy Wspólnoty przestawili się na energooszczędne świetlówki, co ma doprowadzić do zmniejszenia zużycia energii elektrycznej i ograniczyć emisję dwutlenku węgla.

Tania żarówka tradycyjna kosztują nawet złotówkę lub dwa złote, a pali się nawet po 1000 godzin. Przepaloną żarówkę można wyrzucić do zwykłego śmietnika, nie trzeba szukać pojemników na elektrozłom. Nie są szkodliwe dla otoczenia. Dają światło zbliżone do dziennego, nie męczą wzroku. Palą się pełną mocą od razu po włączeniu.

Natomiast żarówka energooszczędna jest droga; zwłaszcza ta najmocniejsza, o świetle zbliżonym do naturalnego, kosztuje nawet kilkadziesiąt złotych. Na zwrot ‘inwestycji’ trzeba czekać kilka lat, wierząc w zapewnienia producentów, że się nie przepalą (z mojego doświadczenia wynika, że taka energooszczędna żarówka służy mi ok. 3 lat – w żaden sposób nie jest w stanie zamortyzować się w tym czasie). Żarówki te zawierają niebezpieczne dla zdrowia substancje. Większość jednak daje nieprzyjemne, zimne światło (nazywane trupim). Większość nie świeci pełną mocą od razu po włączeniu, tak jak tradycyjne lampki. Dopiero po kilku minutach „nabierają mocy”.

Ale jak zwykle mędrcy z Komisji Europejskiej przekonują, że nowe przepisy przyniosą same korzyści. Oczywiście mający hopla na punkcie ochrony środowiska podkreślają oni przede wszystkim korzyści ekologiczne: wycofanie tradycyjnych żarówek z ulic, domów i biur ma ograniczyć zużycie elektryczności w całej Unii Europejskiej o około 80 terawatogodzin (TWh) rocznie, w okolicach 2020 r. (czyli mniej więcej tyle energii zużywa rocznie cała Belgia). Takie oszczędności spowodują, że emisja dwutlenku węgla do atmosfery (z kominów elektrowni węglowych, gazowych, elektrociepłowni itp.) spadnie o 32 mln ton rocznie. W przeliczeniu na pieniądze, Komisja szacuje łączne oszczędności na 5 do 10 mld euro.

To, że konsumenci zapłacą znacznie więcej za zakup żarówek energoosczędnych ich już nie obchodzi (a przecież te pieniądze niepotrzebnie wydane byłyby przeznaczone na zakup innych produktów – o koszcie alternatywnym uczą na podstawowych kursach ekonomii).  Konsumenci płacą za energię elektryczną i umieją liczyć czy opłaca im się kupić kilkunastokrotnie droższą żarówkę energooszczędną,  czy tanią żarówkę tradycyjną. Wielu innych, niewymiernych uciążliwości też się nie bierze pod uwagę. Przykładów można by mnożyć. Sam w pomieszczeniach w których długo przebywam używam energooszczędnych, ale w pomieszczeniach do których często zaglądam i krótko świecę (i potrzebuję by szybko było widno)  uznaję, że korzystniej jest mieć żarówki tradycyjne, ale to urzędników już nie obchodzi.

Faktycznie, jak zacząłem szperać w internecie, dotarłem do dyrektywny UE, która nakazuje wycofanie z użycia domowego wymyślonych w 1879 roku przez Thomasa Edisona żarówek. Od 1 września 2009 r., jako pierwsze z rynku zniknęły tzw. żarówki matowe (nieprzezroczyste), bo zgodnie z dyrektywą w tej kategorii produktów obowiązywać ma stopień efektywności energetycznej „A”, którego żarówka żarnikowa nie osiąga (zamienia ok. 5% energii na światło, reszta to ciepło, o czym za chwilę). Wycofywanie żarówek „przezroczystych” zaplanowano w iście wojskowy sposób. Batalia ma być prowadzona etapami. Żarówki o mocy 100W lub więcej watów muszą mieć klasę energetyczną „C” (lub wyższą), co spowodowało, że też od 1 września 2009 roku wycofano żarówki przeźroczyste 100W. Natomiast od 1 września 2010 r. w całej Unii Europejskiej zostały wycofane z produkcji tradycyjne, energochłonne żarówki o mocy 75W (dotyczy to zarówno produkcji jak i importu). Natomiast ta żarówka 60W, której wczoraj szukałem, została zakazana i wyklęta przez UE z dniem 1 września 2011. Jak możemy się domyślić na celowniku w tym roku są żarówki 25W i 40W, tak stanie się z dniem 1 września 2012 r. (zróbmy sobie ich zapas póki co; jak to było za komuny, kiedy robiło się zapasy kiedy nadarzyła się okazja; sam pamiętam jak po 1990 roku miałem zapas komunistycznej waty na kilka lat). Cały ten proces (a raczej farsa) z tradycyjnymi  żarówkami ma się skończyć ostatecznie w 2016 roku.

Ale po 2016 r. przepisy zostaną jeszcze bardziej zaostrzone – z rynku będą musiały zniknąć także „zwykłe” żarówki halogenowe. Ostaną się natomiast halogeny wypełnione gazem ksenonem.

Nowe przepisy nie dotyczą żarówek żarnikowych stosowanych w specjalnych celach. Jeśli na opakowaniu umieści się napis: „Zgodnie z dyrektywą 2005/32/WE nie stosować do użytku domowego. Zastosowanie: sygnalizacja świetlna, lampy warsztatowe”, to można obejść unijny zakaz i legalnie sprzedawać zakazane żarówki. Tyle że ta „przemysłowa” żarówka tak naprawdę niczym się nie różni od zwykłej i można ją bezpiecznie stosować w domu. Można też kupić lampy do ogrzewania terrariów, albo żarówki do montowania w piecach kuchennych (ze względu na ich wysoką odporność na temperaturę).

Niemiecki przedsiębiorca wpadł na pomysł, jak ominąć zakaz Unii Europejskiej sprzedaży żarówek o mocy większej niż 60 W. Nazwał je minigrzejnikami, a nie źródłami światła. Siegfried Rotthaeuser i jego szwagier produkują w Chinach żarówki o mocy 75 W i 100 W, a do Europy sprowadzają je jako „małe urządzenia grzewcze” z anglojęzyczną nazwą handlową „heatball”. Inżynier Rotthaeuser przeanalizował stosowne przepisy i postanowił wykorzystać to, że zakazane żarówki używane jako grzejniki są bardzo efektywne i można je zaliczyć do klasy energetycznej „A” (95% energii przekształcają na ciepło, a tylko 5% energii marnuje się na bezużyteczne światło). Na swej stronie internetowej (
http://heatball.de/
) Rotthaeuser i jego szwagier reklamują swe przedsięwzięcie jako „sprzeciw wobec przepisów wprowadzanych bez procedur demokratycznych i parlamentarnych”, ale też reklamują się,  że ich ‚heatball’ jest największym wynalazkiem od czasu wymyślenia przez Edisona żarówki.

Urzędnicy UE umieją nam komplikować życie. Jeszcze trochę a naszym największym wkładem  do Wspólnoty Europejskiej będzie wprowadzenie w życie codzienne naszego starego przekonania, że „Prawo jest po to by je omijać.”

Pisząc o żarówkach w UE przypomniała mi się akcja Fidela Castro na Kubie, który w 2005 roku (nota bene, tym samym roku kiedy ogłoszona została dyrektywa unijna o żarówkach) zakazał używać żarówek powyżej 15 W (
http://wyborcza.pl/1,75477,2849949.html
). W kwietniu 2005 r. Castro wstrzymał sprzedaż żarówek, bo zjadały zbyt dużo prądu i zapowiedział, że sprowadzi z Chin 1,5 mln żarówek prądooszczędnych oraz 2 mln jarzeniówek. Miały być za darmo instalowane we wszystkich domach i zakładach pracy. Nakazał oczywiście zniszczyć leżące w magazynach wszystkie żarówki większej mocy. W ten Castro walczy o oszczędność prądu. Zresztą wojna z żarówkami to kolejna z niezliczonych batalii gospodarczych, które w ciągu 46 poprzednich lat Komendant Fidel Castro wszczynał na długim froncie rewolucji. Fidel Castro rozgrywał (i przegrywał) kolejne wielkie bitwy o największą na świecie produkcję mleka, jaj, mięsa wołowego, itp. A naukowców, inżynierów, hodowców i agronomów prowadził do boju osobiście pouczając ich co do najdrobniejszych szczegółów taktyki żywnościowej. W latach 60. dyktator co roku przygotowywał naród do bitwy o rekordowe zbiory trzciny.

Kubańczycy żyją w codziennym koszmarze wyłączeń prądu od wielu lat. Na kilka, niekiedy kilkanaście  godzin dziennie, bez ostrzeżenia gaśnie światło w domach i na ulicach, wyłączają się lodówki, telewizory, klimatyzatory, wentylatory, stają też zakłady pracy. Fidel Castro obiecał Kubańczykom, że dzięki wygranej bitwie z żarówkami oraz 250 mln dolarów inwestycji w sieć energetyczną kraju już w połowie 2006 roku, 47 lat po rewolucji, Kuba zwycięży w bitwie o 24-godzinne dostawy prądu.

Niechybnie też ‘nasi’ przywódcy z Brukseli też zwyciężą w bitwie o lepsze jutro!

Kilka dni temu ukazał się ‘List otwarty do wolnych Polaków w kraju i zagranicą’ w słusznej sprawie niesprawiedliwego wyroku, który ma być ogłoszony 5 stycznia 2012 roku przez Sąd Okręgowy w Warszawie w sprawie zbrodni stanu wojennego w Polsce. Fakty są niezaprzeczalne.  Jak piszą Autorzy tego listu: „Ponad dziesięć tysięcy internowano w więzieniach, obozach i jednostkach wojskowych. Tysiące skazano wyrokami podległych im sądów doraźnych, włącznie z wyrokami śmierci. Zamordowano i zastrzelono wielu niewinnych. Bestialsko katowano w więzieniach i obozach. Strzelano i pałowano na ulicach. Wyrzucano z pracy, relegowano ze szkół i uczelni. Pozbawiano rodziców praw rodzicielskich. Deportowano rodaków z Ojczyzny.” To musi być osądzone sprawiedliwie, z tym całkowicie się zgadzam i solidaryzuję się w tym względzie z Autorami listu.

List ten zatytułowany został ‘Zbrodnie komunizmu zbrodniami neo-liberalizmu’. W dalszej części listu napisane jest: „To próba ominięcia sprawiedliwości przez raz wydany wyrok, co ma w przyszłości uniemożliwić powtórne osądzenie za czyny już osądzone… To jest zbrodnia sądowa.
Taka praktyka stawia w równym szeregu zbrodnie totalitarnego neo-liberalizmu ze zbrodniami komunizmu.”

I w związku tym mam jedną wątpliwość. Po co w to wszystko mieszać neoliberalizm? Kilka tygodni temu pisałem o tym jak to ‘neoliberalizm traktowany jest jako chłopiec do bicia’ (patrz też dawniejszy wpis ‚Liberalizm – wszelkie zło tego świata?‚). Wydaje mi się, że i w tym Liście otwartym tak potraktowany został neoliberalizm. Rozumiem intencje Autorów Listu, ten ich ‘neo-liberalizm’ miał być synonimem rządu obecnego i poprzednich rządów, które w sprawie ukarania sprawców stanu wojennego nic nie zrobiły. Problem jest w tym, że rządów tych naprawdę trudno nazwać neo-liberalnymi. Liberalizm ma swoje tradycyjne znaczenie i ‘przyszywanie mu różnych łatek’ jest zwykłym nadużyciem. Proszę, nie zmieniajmy znaczenia słów. Wydaje mi się, że ten list otwarty mógłby być napisany bez takiego bardzo emocjonalnego nastawienia i bez użycia niepotrzebnego słowa liberalizm, a wtedy też i jego skutek mógłby być większy.

W poniedziałek byłem na spotkaniu z Václavem Kalusem, prezydentem Czech, ale też profesorem ekonomii, który przyjechał do Wrocławia z okazji wydania polskiego tłumaczenia jego książki ‘Gdzie zaczyna się jutro’ (Zakład Narodowy im. Ossolińskich).

Klaus jest jednym z niewielu polityków, którzy odwołują się do ekonomii szkoły austriackiej i, co ważne, traktują ją jako ‘drogowskaz’ w swoim działaniu. Jak pisze w tej książce: „… aspirując do Czechosłowackiej Akademii Nauk, do Instytutu Ekonomii, odkryłem czar ekonomii jako ogólnej nauki o zachowaniu ludzi i jego prawidłowościach, … dzięki temu dostałem do ręki kompas i mocne narzędzie analizy”. W książce tej nawiązuje do jego „uniżonej pokory względem nauk ekonomicznych, zwłaszcza szkoły austriackiej, którą uważam za szczery i bardziej płodny kontekst do badań w dziedzinie nauk społecznych niż teorię neoklasyczną, która reprezentuje mainstreamową ekonomię teoretyczną naszych czasów”.

Książka Klausa jest naprawdę interesująca, stawia kilka ciekawych tez i z pewnością może służyć jako lektura uzupełniająca w nauczaniu ekonomii (zwłaszcza wtedy kiedy dyskutuje się o różnych systemach gospodarczych).

Odwołując się do słów Dietricha Bonhoeffera (uwięzionego i niestety zabitego w obozie koncentracyjnym na kilka dni przed końcem wojny, w kwietniu 1945 r), że „Stracony czas, to czas niewypełniony, pusty. Minione lata na pewno takie nie były. Bardzo wiele zostało utracone, ale nie czas” Václav Klaus słusznie zauważa, że podobnie można powiedzieć o naszym życiu w okresie komunizmu.

Lubimy wyznaczać cezury czasowe zajścia jakichś rewolucyjnych zdarzeń. Klaus zwraca uwagę, że „zawsze mamy do czynienia z bardzo specyficzną i bardzo skomplikowana kombinacja ciągłości i braku ciągłości”. W pełni z tym się zgadzam, to samo od wielu lat mówię studentom. Dobrze jest wyznaczyć datę, jak to uczyniła jedna znana aktorka, że 4 czerwca 1989 roku upadł komunizm, ale trzeba być świadomym, że ten upadek (jak i wiele innych rewolucyjnych zmian) może być też postrzegane jako proces ciągły, mający swe korzenie w przeszłości. Można sięgać daleko, i zmian tych doszukiwać się np. w polskim czerwcu i węgierskim październiku 1956 r., praskiej wiośnie w 1968 r., polskim grudniu 1970, radomskim, polskim czerwcu 1976, polskim sierpniu 1981 r, Okrągłym Stole 1989, itp. Można też odwołać się do bliżej przeszłości i powiedzieć, że to co wydarzyło się 1 stycznia 1990 roku w związku z wprowadzeniem Planu Balcerowicza miało swe początki w reformie systemu bankowego i wprowadzeniu nowego prawa gospodarczego (tzw. Ustawa Wilczka) w 1988 roku przez rząd Mieczysława Rakowskiego. Ma racje Klaus, że historia to splot ciągłości i nieciągłości, że warto zawsze zapytać się czy źródeł zmian nie należy szukać w przeszłości. By to zilustrować, często podaję studentom przykład Aleksandra Macedońskiego (zwanym Wielkim), który w każdym podręczniku przedstawiany jest jako bohater i waleczny zdobywca; warto jednak uzmysłowić sobie, że jego sława nie byłaby możliwa gdyby jego ojciec Filip II Macedoński nie zbudował silnego państwa i potężnej, nowoczesnej armii. To charakterystyczne, że często podręczniki historii jedynie na marginesie wspominają o Filipie Macedońskim.

Václav Klaus w czterech częściach książki przedstawia: swoją wizję tego co porzucone zostało w 1989 roku (nazywając ten okres ‘przedwczoraj’), to co dokonało się w okresie transformacji (czyli ‘wczoraj’), jaki jest stan obecny i ‘gdzie jesteśmy’ (czyli ‘dzisiaj’) oraz w ostatniej części pisze o ‘jutrze’, starając się krótko odpowiedzieć na pytanie ‘jak się prawdopodobnie potoczy?’.

Opisując ‘przedwczoraj’ Václav Klaus trafnie wyróżnia dwa modele komunizmu: ‘komunizm hipotetyczny’ (HM) i ‘komunizm realny’ (HR). Wydaje się, że trzeba się zgodzić z opinią Klausa, że „teraz, kiedy komunizm minął, w głowach ludzi zachował się przeważnie właśnie ten hipotetyczny komunizm, nie jego realna odmiana”. Analizując ‘przedwczoraj’ Kalus odwołuje się do tego co już znacznie wcześniej trafnie opisywali przedstawiciele szkoły austriackiej, zwłaszcza Ludwig von Mises i Freidrich von Hayek, oraz do inni zwolenników liberalizmu, np. Milton Friedman. Ma rację Václav Klaus pisząc w podsumowaniu swych rozważań na temat ekonomicznego wymiaru komunizmu i procesu transformacji systemowej, że „istnienie RM w chwili upadku komunizmu wymagało innego wariantu procesu transformacji, niż gdybyśmy wychodzili z HM”.

Pisząc o ‘naturalnych zachowaniach człowieka’ Václav Kalus odwołuje się do magnum opis Misesa, czyli do wydanego w 1949 roku Ludzkiego działania, stwierdzając, że „również w systemie RM punktem wyjścia zachowań ludzkich jest podstawowa zasada maksymalizacyjna, czyli, że również tam jest zachowane dążenie człowieka do maksymalizacji korzyści przy danych ograniczeniach”.

Dosyć kontrowersyjna jest teza do której skłania się Klaus, że komunizm „sam się załamał”, że ‘rola ruchu oporu i „zwykłych” ludzi w doprowadzeniu do zakończenia komunizmu była relatywna’. Natomiast wypada zgodzić się z jego twierdzeniem, że „Absolutne potępienie komunizmu w wielu przypadkach towarzyszy obronie jednakowych (lub przynajmniej bardzo podobnych pod względem struktury) praktyk współczesnych.”

Przemawia do mnie też opinia Kalusa odnośnie relacji moralność-rynek. Sam stale powtarzam, że rynek jest wynalazkiem człowieka, który może być porównywalny jedynie z wynalezieniem koła, że rynek jest najbardziej pokojową i najbardziej moralną instytucja jaką wymyślił człowiek. Dlatego zgadzam się z odpowiedzią Klausa na zarzuty, że stawia dbałość o moralność na drugim miejscu, że „potrzebny jest nam głównie rynek. Rynek można wprowadzić, … moralności wprowadzić się nie da”.

Klaus znany jest z dużego dystansowania się od Unii Europejskiej, można nazwać chyba to też eurosceptycyzmem (polecam jego wystąpienie w parlamencie europejskim: 1, 2, 3), daje temu wyraz także w tej książce. Polecam zwłaszcza jego podsumowanie ‘wzrostu decyzyjności centrali UE’ zawarte na stronach 185-187 (ze względu na ich obszerność nie będę ich cytował).

 

W swej książce Václav Klaus bardzo często odwołuje się do ‘listopada 1989’ (czyli tzw. aksamitnej rewolucji) i tylko raz, trochę mimochodem, wspomina o roli polskiej „Solidarności”. To mnie zaintrygowało i trochę poruszyło, dlatego na poniedziałkowym spotkaniu zapytałem Václava Klausa, dlaczego tak mało wspomina o roli polskich przemian w przekształceniach w Europie Centralnej i Wschodniej (w tym w Czechach, a raczej ówczesnej Czechosłowacji). Dlaczego nie przyzna, że gdyby nie ‘bezkrwawa rewolucja w Polsce’ (zakończone w kwietniu 1989 roku obrady Okrągłego Stołu, pierwsze w miarę wolne wybory do Sejmu i Senatu 4 czerwca 1989 roku, powołanie 12 września 1989 roku pierwszego niekomunistycznego rządu Tadeusza Mazowieckiego) to nie byłoby w Czechosłowacji ‘listopada 1989’? Niestety odpowiedź Václava Klausa daleka była od zadowalającej mnie. Zaczął od tego, że pamięta i docenia wagę polskiego października 1956 roku, że cały proces obalenia komunizmu był bardzo złożony, że to ‘wahadło historii’ zamieniało się, jak w latach 1950. było w Polsce to w 1968 roku było w Czechosłowacji. Dosyć pokrętne wydają mi się te tłumaczenia. Wygląda na to, że jeśli my sami nie zadbamy o to by przyznano, że to Polska zainicjowała ‘wiosnę ludów 1989’ to z pewnością nie zrobią to za nas Czesi, Niemcy i inne narody. Może to powinno być jednym z zadań młodego pokolenia Polaków?

Dzisiaj przypada setna rocznica urodzin Stefana Kisielewskiego, jednego z niewielu totalnych opozycjonistów w tamtym totalitarnym ustroju. Napisałem intencjonalnie ‘totalny opozycjonista’ bo był nie tylko niezależnym człowiekiem w swoim działaniu, ale także w pełni bezkompromisowym.  Kiedy tylko zauważał gdzieś niedorzeczności, głupotę, ‘parszywość’ to dostawało się (zwłaszczaw jego felietonach)  nie tylko komunistom, ale także kościołowi, związkowcom, intelektualistom, cyklistom, …..

Wiele by można o nim pisać, i może kiedyś ktoś napisze wielkie opracowanie ‘o życiu i twórczości Kisiela’. Dobrze, że znajdują się tacy, którym ta postać jest bliska i wkładają pewien wysiłek w propagowaniu myśli Stefana Kisielewskiego (który był nie tylko felietonistą, ale też pisarzem, kompozytorem, krytykiem muzycznym, …). Wato zajrzeć na stronę  poświęcona Stefanowi Kisielewskiemu.

Godną poparcia jest inicjatywa wysłania petycji do Prezydenta RP Pana Bronisława Komorowskiego w sprawie nadania Stefanowi Kisielewskiemu Orderu Orła Białego.

Jak tak przypominam sobie dawne czasy i skojarzenia z postacią Kisiela to dwa przychodzą w niejako naturalny sposób.  Pierwszy to to, że jak udało się zdobyć kolejne wydanie Tygodnika Powszechnego (szczęście mieli tylko nieliczni, zwłaszcza ci którzy mieli znajomości z kioskarzami i mogli sobie założyć tzw. teczki, w których odkładano im co ciekawsze tytuły wydawane w tam tym okresie) to zawsze zaczynałem czytać Tygodnik od felietonu Kisiela. Czytało się z pewnym nabożeństwem, zwykle wieczorem, kiedy był spokój. Drugie skojarzenie to jego zdolność wywalania języka (tutaj próbka Jego możliwości).

Dobrze się stało, że po wielu latach tygodnik Wprost reaktywował nadawanie nagród Kisiela. Tam też można poczytać niektóre jego felietony.

Jest jeszcze trzecie skojarzenie z Kisielem, to jego niezapomniane powiedzenia. Tylko kilka z nich:

Od mieszania herbata nie staje się  słodsza" 

"Socjalizmu się nie lękaj, mało rób, a dużo stękaj."

Wpuść komunistów na Saharę, to po miesiącu piasku zabraknie.

Socjalizm to ustrój, który bohatersko walczy z problemami nieznanymi w innych ustrojach

 Pamiętajmy o Stefanie Kisielewskim.

 (choć chyba Lech Wałęsa zapomniał o nim i o jego przestrogach, bo ostatnio proponuje jako rozwiązanie współczesnych problemów ‘powrót do komunizmu’, czy też ‘komunizm w nowym wydaniu’, oczywiście pod znanym hasłem ‘Komunizm tak, wypaczeniu – nie’).


  • RSS