Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z tagiem: konkurencja

Pracując nad artykułem o ‚Wyjątkowości rozwoju gospodarczego Europy Zachodniej i jej drodze do kapitalizmu’ przyjrzałem się mapom średniowiecznej Europy. Zrobiłem to w kontekście przekonania, że jednym z ważnych elementów tej wyjątkowości jest szeroko rozumiane współzawodnictwo, które w ekonomii przyjmuje formę konkurencji.

Ze szkoły średniej pamiętamy jak to Mikołaj Kopernik po studiach na Akademii Krakowskiej (w latach 1491-1495) wyjechał do Włoch by dalej studiować na Uniwersytecie w Bolonii (1496-1497). Po powrocie do Polski objął kanonię warmińską (w październiku 1497 r.).  W 1500 wyjechał do Rzymu, gdzie wygłosił kilka wykładów. W 1501 na krótko powrócił na Warmię, po czym 28 sierpnia 1501 uzyskał zgodę kapituły warmińskiej na rozpoczęcie kolejnych studiów na Uniwersytecie w Padwie.

Takie podróżowanie po Europie, by studiować i pracować, by znaleźć najlepsze miejsce do realizacji swoich planów  życiowych było wśród tzw. klasy wyższej czymś naturalnym w tamtym czasie. Sprzyjała temu nie tylko intelektualna atmosfera, ale też specyficzna struktura społeczno-polityczna.

Mówiąc o konkurencji (współzawodnictwie), które nie były obecne w innych cywilizacjach a własnie obecne w Europie zachodniej, należy rozumieć ją nie tyle w sensie ekonomicznym (konkurencji pomiędzy produktami zaspokajającymi te sama potrzebę człowieka), ale także w sensie konkurencji (współzawodnictwa) pomiędzy państwami, królestwami, księstwami, miastami i korporacjami.

 Europa1200

 Jeszcze na początku XIII wieku Europa była zbiorem dosyć dużych organizmów państwowych (mapa powyżej), które bardzo często prowadziły między sobą grabieżcze wojny.

Sto lat późnej (na początku XIV w.) sytuacja wyraźnie się zmieniła. Na dużym obszarze Europa podzieliła się na małe organizmy społeczne (księstwa, królestwa, wolne miasta, itp.). Widać to wyraźnie na mapie poniżej, gdzie na dużych obszarach dominowały stosunkowo małe struktury polityczne.

 Europa1300

 Proces dywersyfikacji Europy Zachodniej kontynuowany był w następnych wiekach. Widać to na kolejnej mapie Europy z początków wieku XV (patrz mapa poniżej).

Obecnie Unia Europejska składa się z 268 regionów (w Polsce są to województwa). Jeśli popatrzylibyśmy na rozkład geograficzny tych obecnie najbogatszych regionów Europy to przyjmuje on charakterystyczny kształt banana (zwanego często europejskim bananem, albo niebieskim bananem). Obszar ten zaznaczyłem niebieskawym kolorem na prezentowanej poniżej mapie.

 Europa1400

 Już pierwsze, pobieżne porównanie map Europy w XIV i XV wieku z obszarem regionów obecnie najbogatszych w UE wskazuje na niemalże stuprocentową tożsamość rozdrobionych regionów w późnym średniowieczu, które bardzo silnie ze sobą konkurowały, z regionami obecnie najbogatszymi w UE. To nie jest przypadek. W tych regionach najsilniej występowały też inne elementy składające się na ewolucję w kierunku budowy społeczeństwa kapitalistycznego (tzn. Wolność, rządy prawa, poszanowanie własności prywatnej, indywidualizm; Krytyczna dyskusja, sceptycyzm i rozwój nauki; Praktyczne zastosowanie wyników badań naukowych (ars sine scientia nihil est  – praktyka jest bezwartościowa bez teorii; nie ma nic bardziej praktycznego niż dobra teoria); Rozwój miast, urbanizacja, gildie średniowieczne, rozwój rzemiosła (wzrost znaczenia zysku i przedsiębiorczości)).

 Ta różnorodność jest bardzo ważna w rozwoju każdego systemu (zarówno biologicznego (ewolucja gatunków), jak i społecznego czy technologicznego (ewolucja kulturowa). Zdawał siebie z tego sprawę już John Stuart Mill, który w 1859 roku napisał: „Co uczyniło europejską rodzinę ludów postępową, a nie stojącą w miejscu częścią ludzkości. Nie jakaś wyższość, która jeśli istnieje, to jest skutkiem, a nie przyczyną; lecz godna uwagi różnorodność charakteru i kultury. Jednostki, klasy i narody były nadzwyczaj niepodobne do siebie; torowały sobie najrozmaitsze drogi, z których każda wiodła do jakiegoś wartościowego celu; a choć w każdym okresie ci, którzy szli różnymi drogami, nie tolerowali się nawzajem i każdy zmusiłby chętnie wszystkich pozostałych do pójścia jego szlakiem, próby wzajemnego hamowania swego rodzaju rzadko się udawały i każdy przyjmował z czasem bez sprzeciwu dobro, które mu inni ofiarowali. Moim zdaniem, Europa zawdzięcza cały swój wszechstronny postęp tej mnogości dróg.” (Zauważmy,  że J. St. Mill napisał to w roku publikacji dzieła Karola Darwina, O powstawaniu gatunków).

Kiedy wspominam o Estonii jako dobrym przykładzie sukcesu gospodarki rynkowej w Europie Centralnej oraz postuluję, że z niej powinniśmy brać przykład jak można poszerzać zakres wolności gospodarczej, to często słyszę opinie, że to nie jest dobry przykład dla Polski bo przecież Estonia to mały niespełna 1,5 milionowy kraj i co jest możliwe do zrealizowania w małym społeczeństwie to nie jest możliwe do realizacji w 38 milionowym narodzie. Zwykle odpowiadam wtedy, że jeśli faktycznie tak jest to cóż stoi na przeszkodzie by w Polsce powstało 16 autonomicznych Estonii, które by ze sobą współzawodniczyły? Utwórzmy te 16 ‚Estonii’ w Polsce!

Ciągnąc dalej tę myśl, może warto byłoby pomyśleć by Europa składała się z 268 autonomicznych państw i państewek, które by ze sobą współzawodniczyły, ale też i współpracowały (bo to są dwie strony tego samego medalu, tak jak konkurencja i współpraca są dwiema stronami tego samego medalu w rozwoju opartym na mechanizmach rynkowych).

Twierdzę, że zarówno w Polsce jak i w Europie żyłoby się nam znacznie lepiej, pełniej, ku zadowoleniu wszystkich Polaków i Europejczyków (choć to zadowolenie mogłoby wynikać z realizacji niekiedy całkiem odmiennych oczekiwań i marzeń). 

Kilka tygodni temu poproszono mnie bym napisał artykuł do kolejnego numeru magazynu Teraz Polska, którego przewodnim tematem miała być ‘innowacyjność’. Magazyn ten właśnie się ukazał i jest dostępny tutaj (a na str. 7 jest ten artykuł, który zatytułowałem tak jak ten wpis). Na koniec tego wpisu zamieszczam roboczą wersję tego artykułu (która różni się od tej opublikowanej drobnymi zmianami stylistycznymi).

Ten numer 2/2015 Teraz Polska wart jest przejrzenia. Ciekawe są uwagi językoznawcy, prof. Jerzego Bralczyka na temat takich rzeczowników jak innowacyjność, innowacje, nowatorstwo, czy niektóre wywiady jak np. z Adamem Jesionkiewiczem, współzałożycielem i CEO firmy Ifinity (‘Polska dolina Beaconowa’, str. 20).

Pozwolę sobie jednak na kilka uwag ‘innego rodzaju’. Redaktor naczelny  i Prezes Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska”, Pan Krzysztof Przybył w uwagach wstępnych  pt. ‚Wspierajmy innowacyjność’ (str. 3) napisał: „Możemy – i powinniśmy – dyskutować o tym, ile państwa winno być w gospodarce. W polskich realiach bez zaangażowania sfery publicznej nie będzie możliwe pokonanie dystansu, który dzieli naszą gospodarkę od europejskich liderów. Pytanie nie brzmi zatem, czy państwo powinno wspierać innowacyjność, ale w jaki sposób powinno to robić.” Odnoszę wrażenie, że Redaktor Naczelny nie czytał tego co napisałem w artykule, jak i fragmentów innych artykułów publikowanych w tym numerze Teraz Polska.

Nie napiszę, że warto przeczytać zapis debaty pt. ‚Rola nauki w służbie innowacyjnego społeczeństwa’ (str. 14). Sześciu z siedmiu dyskutantów powtarza stare komunały (a brylują w tym znani profesorowie), ale warta zauważenia jest jedna wypowiedź, praktyka, który stara się określać operacyjne cele (łatwe do określenia czy się je osiągnęło, czy nie), Pana Dariusza Żuka (Prezesa think tanku Polska Przedsiębiorcza, realizującego strategię „Droga do Polski Przedsiębiorczej”, mającą na celu osiągnięcie przez Polskę do 2020 r. pozycji lidera w obszarze startupów oraz wykreowanie trzech polskich firm na skalę Skype’a czy Google’a). Powiedział on tam m.in.: „W ciągu 10 lat naszego działania nie spotkaliśmy się niestety z nadmierną życzliwością ze strony władz ministerialnych czy rządowych. Gdy słyszę, że laboratoria wybudowane na uczelniach nakładem 4 mld zł świecą teraz pustkami, to mi się serce kraje, bo wiem, że te fundusze byłyby o wiele lepiej spożytkowane, gdyby przeznaczyć je jako venture capital na rozwój konkretnych przedsięwzięć naukowo-biznesowych. Oczywiście trzeba zrozumieć, że w przypadku funduszy tego typu 70 proc. inwestycji upada, ale za to pozostałe 30 proc. potrafi wytworzyć wielokrotnie wyższą wartość dla samego funduszu i dla gospodarki kraju.”  

Natomiast Paweł Bochniarz w artykule ‘Jak pomóc polskim czempionom innowacji’, oprócz wielu ciekawych idei przedstawia coś co może być chyba wytłumaczone tym, że oprócz tego, że był przedsiębiorcą, to w latach 2008–2010 był członkiem Zespołu Doradców Strategicznych Prezesa Rady Ministrów. Napisał tam mianowicie: „Zgodzę się z tymi, którzy powiedzą, że państwo powinno im przede wszystkim nie przeszkadzać. Często spotykam się też jednak z poglądem (który nazwałbym liberalno-romantycznym), że firmom prawdziwie innowacyjnym pomagać nie trzeba, a jedynymi czynnikami, które są niezbędne, aby mogły się one rozwijać, jest dostęp do wysokiej jakości kapitału ludzkiego oraz gotowość do podejmowania ryzyka. Co za tym idzie, wszelka interwencja państwa jest tu niepotrzebna, ponieważ prawdziwym innowatorom żadnych zachęt do tworzenia nowych usług i produktów nie potrzeba. Myślę, że jest to pogląd bardzo mylący i szkodliwy. Po pierwsze dlatego, że nie uwzględnia czegoś, co ekonomiści nazywają niedoskonałościami rynku (ang. market failure). Po drugie – z perspektywy państwa nie jest obojętne, czy dana firma prowadzić będzie swoje prace badawczo-rozwojowe w kraju macierzystym, czy za granicą, we współpracy z rodzimymi jednostkami naukowymi, czy tymi zlokalizowanymi w krajach trzecich.”

To co poniżej to obiecana robocza wersja mojego artykułu:

Innowacyjności nie da się zadekretować

Innowacje i innowacyjność są w ostatnich latach słowami odmiennymi przez wszystkie przypadki. Szczególnie celują w tym politycy i biurokraci, którzy stale i wszędzie podkreślają jak ważne są innowacje w rozwoju społecznym i gospodarczym.  Warto może powiedzieć, że ekonomiści od dawna wskazywali na ogromną rolę innowacji, że wspomnieć choćby Frédérica Bastiata (np. jego Harmonie ekonomiczne z 1850 r.), Josepha A. Schumpetera (np. Teoria rozwoju gospodarczego, 1911), Johna Hicksa (Teoria płac, 1932), czy Roberta Solowa (Przyczynek do teorii wzrostu gospodarczego, 1956). Odnoszę wrażenie, ze im więcej w Unii Europejskiej i w Polsce mówi się o roli innowacji i postępu technologicznego w rozwoju gospodarczym, im więcej powstaje wszelkiego rodzaju programów i strategii innowacyjnego rozwoju,  tym gorzej jest z tymi innowacjami. Mogę zaryzykować twierdzenie, że istnieje ujemna korelacja pomiędzy liczbą programów UE i rządu RP wspierających rozwój innowacji a liczbą realnych innowacji będących wynikiem ich finansowania z pieniędzy publicznych.

Od wielu dziesięcioleci, powoli, ale systematycznie Europa traci swą pozycję jako lidera zmian gospodarczych. Próbą powrotu do utraconej pozycji była podpisana w marcu 2000 roku sławna (niesławna?) Strategia Lizbońska. Zarówno szybkość wzrostu wydajności, jak i wzrost innowacyjności w krajach UE była (i jest) niższy niż w USA. Choroba jaka dotknęła Europę różnie była nazywana, niekiedy nazywano ja „Eurosklerozą”, „uwiądem starczym”, „totalną niemocą”. Zgodnie z „Kalendarzem Lizbońskim”, w roku 2010 UE miała nadrobić dystans w (zwłaszcza w stosunku do USA) i stać się „najbardziej konkurencyjną gospodarką świata”. Powinno się to dokonać dzięki: rozwojowi innowacyjności; inwestowaniu w edukację pracowników; wprowadzeniu ułatwień dla tworzenia nowych przedsiębiorstw; liberalizacji kluczowych sektorów: energetycznego, telekomunikacyjnego, finansowego i pocztowego.

Jeśli chodzi o retorykę Strategii Lizbońskiej to przypomina ona retorykę z okresu realnego socjalizmu, kiedy to też wytyczano podobne cele dogonienia i przegonienia gospodarki kapitalistycznej. Moim komentarzem do strategii lizbońskiej w 2000 był cytat z Hamleta, Williama Shakespeare: „Słowa, słowa, słowa.” Podobnie jak za czasów sowieckiej gospodarki planowej (m.in. w PRLu), szybko okazało się, że celu nie da się osiągnąć. W 2005 roku dokonano oficjalnej oceny Strategii Lizbońskiej  i już wtedy zaczęto unikać odwoływania się do niej. Zaczęto myśleć o zmianie perspektywy na bardziej odległy termin 2020 roku. Unia nie tylko nie dogania Stanów Zjednoczonych, ale coraz bardziej od nich odstaje. Kluczowy wskaźnik, jakim jest tempo wzrostu wydajności pracy rósł w Unii w ostatnich kilkunastu latach trzykrotnie wolniej niż w USA. Stopa zatrudnienia w UE od 2000 r. minimalnie wzrosła (z 62% do 64%), ale jest nadal daleko za celem strategii lizbońskiej (70%) i poziomem USA – 72%.

Widocznym efektem choroby, która dręczy Europę jest nieefektywne wykorzystanie (wręcz ogromne marnotrawstwo) środków, jakimi dysponuje Unia do realizacji swoich celów. Nie istnieją dane o marnotrawstwie środków przeznaczonych na badania i rozwój, ale można podejrzewać, że jest on na podobnym poziomie jak wykorzystanie funduszy w ramach Wspólnej Polityki Rolnej, której środki to ok. 40% całego budżetu UE. Informacje o braku tej efektywności możliwe są dopiero ostatnich latach dzięki walce o jawność wydawania pieniędzy unijnych, jaką prowadzą niezależne instytucje monitorujące funkcjonowanie Unii. Taką instytucją jest, założony przez Duńczyka Nils Mulvada, Brytyjczyka Jack Thurstona, i Niemkę-Dunkę Brigitte Alfter, serwis internetowy FarmSubsidy.org. Jak wynika z zebranych przez nich informacji, swego czasu do największych beneficjentów Wspólnej Polityki Rolnej (Common Agriculture Policy – CAP) należeli: książę Albert z Monako, niemieckie linie lotnicze Lufthansa, duńska służba więzienną, koncern Nestlé i książę Westminsteru. Po wejściu Polski do UE jednym z dużych beneficjentów CAP był, posiadający  ponad 60 tys. hektarów ziemi, Kościół katolicki.

Aż prosi się by powstał podobny portal informacyjny dotyczący finansowania badań naukowych i przeglądu tematyki tych badań. Śmiem twierdzić, ze moglibyśmy tam poczytać o podobnych absurdach jakie czytamy odnośnie CAP.

Dokładna analizę wypowiedzi i dokumentów odnoszących się do koniecznych działań w celu poprawy innowacyjności i konkurencji Unii Europejskiej wymagałaby sporo miejsca i czasu. W tej krótkiej wypowiedzi ograniczę się do podania tego co wydaje się być najistotniejszym. W ogromnej liczbie wypowiedzi i publikacji powtarza się jak mantrę o „potrzebie pokonania istniejących barier poprawy innowacyjności takich jak: nieefektywne reżimy własności intelektualnej, słabe powiązania pomiędzy nauką a przemysłem (zwłaszcza we wstępnych etapach badań), brak kapitału wysokiego ryzyka i efektywnego prawa bankructwa”, o konieczność „wzmocnienia reżimów własności intelektualnej, podwyższenia poziomu wiedzy naukowej, ograniczenia obciążeń legislacyjnych dla małych, młodych i innowacyjnych firm, wzmocnienia powiązań pomiędzy nauką i przemysłem, zapewnienia większych efektów z finansowanych przez UE badań naukowych.”

Odnieść można wrażenie, że wiele energii w Europie poświęca się na generowaniu ładnie brzmiących haseł. Mówi się o potrzebie budowania „wspólnej przestrzeni badawczej”, „europejskiej przestrzeni badawczej”, „innowacyjnej Europie”, „jednolitym innowacyjnym rynku”, „biegunach doskonałości”. W Polsce swego czasu popularny był program rozwoju zaawansowanych technologii pod wielce sugestywnym tytułem „Wędka technologiczna” (z którego oczywiście nic nie wyszło). Znów nasuwają się skojarzenie z okresem ‘realnego socjalizmu”, kiedy to więcej energii poświęcano propagandzie aniżeli efektywnym działaniom.

UE nie rezygnują z manii używania wskaźników, czegoś, co można w tym przypadku nazwać „fetyszem 3%’. Uznają, że wyznaczony w Strategii Lizbońskiej cel zwiększenia nakładów na badania i rozwój (B+R) do poziomu 3% wartości PKB, powinien być kluczowym w działaniu UE (postulat ten zawarty jest w najnowszym programie ‘Europa 2020’ –
http://ec.europa.eu/europe2020/index_pl.htm
– warto poczytać, gwarantuję ubaw ‘po pachy’). Mówi się wprawdzie, że wzrost tych nakładów powinien dotyczyć wybitnych badań naukowych, przemysłowych badań B+R, oraz wzmocnienia relacji nauka-przemysł. Niejasny jednak jest sposób określania tego, co to są wybitne badania. Na pewno uznane zostanie, że będzie to w gestii ‘niezależnego komitetu wybitnych naukowców’. A, że tak może być świadczy znów pomysł tzw. ‘grupy Aho’ by powołać „niezależny panel monitorujący”, który z pomocą Komisji Europejskiej będzie publikował coroczny raport o postępach związanych z realizacją Paktu.

Myślenie w kategoriach wskaźników (jakim jest np. ‘wskaźnik 3% na B+R’) znów przypomina myślenie życzeniowe jakiego byliśmy świadkami w czasach realnego socjalizmu. Tam też centralni planiści myśleli w kategoriach osiągnięcia wskaźników (np. osiągniecie poziomu akumulacji w gospodarce na poziomie 20-25%, produkcja stali na mieszkańca na poziomie przewyższającym poziom produkcji w krajach kapitalistycznych (co świadczyć miało o zaawansowanej industrializacji)). W prawdziwej gospodarce rynkowej nikt nie zastawania się nad tym, jakiej wartości wskaźniki rozwoju gospodarki narodowej powinny być osiągnięte. Wartości wskaźników mogą być interesującą z naukowego punktu widzenia, ale dla biznesmena odgrywają drugorzędną rolę i są nie celem, ale wynikiem jego codziennych decyzji, sprzyjających wzrostowi konkurencyjności firmy oferującej swoje produkty na rynku. Myśląc w kategoriach osiągnięcia odpowiedniej wartości wskaźników zapomina się o tym, że nie tyle wartość tego wskaźnika, ale efektywność działań (np. efektywność nakładów inwestycyjnych, czy nakładów na badania) jest ważna. Gospodarki centralnie planowane rozpadły się nie dlatego, że nie osiągnięto odpowiedniej wartości wskaźnika nakładów inwestycyjnych, ale dlatego, że po prosty nieefektywnie inwestowano. Dokładnie jest tak samo z nakładami na badania naukowe.

Jak mylące może być myślenie w kategoriach wskaźników pokazuje opublikowany w Wielkiej Brytanii w październiku 2006 roku raport NESTA (National Endowment for Science, Technology and the Arts) pt. „Luka innowacyjna”. Autorzy zawracają uwagę, że w ocenie tradycyjnych wskaźników odnoszących się do innowacyjności, Wielka Brytania postrzegana jest bardzo źle (wskaźniki te są znacznie poniżej wskaźników innych zaawansowanych gospodarczo krajów). Jednakże, kiedy popatrzymy na rozwój gospodarczy to Wielka Brytania należy do ścisłej czołówki światowej. Autorzy raportu nazywają to „Paradoksem Zjednoczonego Królestwa” („The UK Paradox”). Gospodarka brytyjska pozornie mało inwestuje w badania innowacyjne, ale jednocześnie utrzymuje swoją pozycje jednej z największych i odnoszących sukcesy gospodarek świata.

Rozwiązania tego pozornego paradoksu autorzy znajdują w błędności tradycyjnych wskaźników odnoszących się do innowacyjności. Autorzy zwracają uwagę na to, że wiele ważnych innowacji nie jest uwzględniana w tradycyjnych miarach innowacyjności (nazywają te innowacje ukrytymi (hidden innovation)). Innowacje te są w istocie siłą napędzającą rozwój gospodarczy Wielkiej Brytanii. Te ukryte innowacje nie mają klasycznego charakteru technologicznego (inżynierskiego), ale przede wszystkim odnoszą się do (niedocenianych, nietradycyjnych) innowacji w sferze usług, często trudnych do zidentyfikowania, ale mających swoje bardzo duże, wymierne efekty gospodarcze. Warto też zwrócić uwagę, że w wielu sytuacjach zaangażowane są zarówno osoby, firmy prywatne jak również, dobrze funkcjonujące w otoczeniu rynkowych, instytucje państwowe i samorządowe.

Jak czytamy w oficjalnych dokumentach UE, celem nowej strategii „Europa 2020” jest osiągnięcie wzrostu gospodarczego, który będzie: inteligentny (dzięki bardziej efektywnym inwestycjom w edukację, badania naukowe i innowacje); zrównoważony (poprzez rozwój gospodarki niskoemisyjnej i konkurencyjnego przemysłu); sprzyjający włączeniu społecznemu (tworzenie nowych miejsc pracy i ograniczanie ubóstwa). Kiedy to czyta to naturalnym pytaniem jest „Czym Strategia Europa 2020 różni się od Strategii Lizbońskiej”. Przyznam się, że dosyć śmiesznie brzmi standardowa odpowiedź oficjeli UE, w stylu: promuje ona nowy rodzaj wzrostu poprzez rozwój umiejętności obywateli, kształcenie przez całe życie, rozwój badań i innowacji, rozwój inteligentnych sieci i cyfrowej gospodarki, modernizację przemysłu, zwiększenie efektywność energetycznej i surowcowej. Co ciekawe (i niestety bardzo niepokojące, bo w socjalizmie to już przerabialiśmy), ma się to dokonać poprzez silniejszy nadzór (regularny, transparentny monitoring postępów w realizacji tej Strategii, powiązany z nadzorem Rady Europejskiej (szefów rządów)) oraz przez stałą aktywność ewaluacyjną i prognostyczną (w skali całej UE oraz w poszczególnych państwach).

Elementem strategii „Europa 2020” jest tzw. Unia Innowacji (w tym program ‘Horyzont 2020’, z ogromnym funduszem 70 mld euro)). Unia Innowacji  powinna usprawnić warunki dostępu do finansowania badań  naukowych i innowacji oraz zapewnić przekształcenie innowacyjnych  pomysłów w konkretne produkty i usługi,  które będą przyczyniać się do wzrostu gospodarczego Europy i stworzą nowe  miejsca pracy.  W zamierzeniu, Unia Innowacji umożliwi stworzenie Europejskiej Przestrzeni Badawczej, ma na celu poprawienie warunków prowadzenia  działalności innowacyjnej przez przedsiębiorstwa  (m.in. poprzez utworzenie jednolitego patentu  UE czy poprawę dostępności małych i średnich  przedsiębiorstw do praw własności intelektualnej), oraz stworzenie europejskiego partnerstwa  innowacyjnego między podmiotami działającymi  na poziomie UE i państw członkowskich. Wątpię jednak by chyba najistotniejszy i najważniejszy cel Unii Innowacji, jakim jest stymulowanie  aktywność sektora prywatnego, został osiągnięty.  

Wydaje się, że gdyby przyjąć standardy badań naukowych i ich finasowania narzucane przez UE to żadnych szans prowadzenia takowych badań nie mieliby Mikołaj Kopernik, Maria Skłodowska-Curie, Jan Czochralski, czy Ludwik Fleck. Chciałbym jednak podkreślić, że nie jestem pesymistą jeśli chodzi o perspektywy, jak i ocenę, kreatywności i innowacyjności Polaków. Jesteśmy dopiero 26 laty po transformacji. Jak pokazuje doświadczenie historyczne, efekty zmian w skali narodu (kraju) widoczne są dopiero po dwóch-trzech pokoleniach (tak było np. w przypadku Wielkiej Brytanii, kiedy to dopiero kilkadziesiąt lat po Rewolucji Wspaniałej w 1688 roku możliwa była zmiana prowadząca do rewolucji przemysłowej; nie bez przyczyny Mojżesz wodził naród wybrany po pustyni przez 40 lat by zaprowadzić go do Ziemi Obiecanej, po to by pokolenie pamiętające czasy niewoli wymarło i nie miało już decydującego wpływu na to co najważniejsze w społeczeństwie). W biologii funkcjonuje tzw. prawo Haeckla (‘ontogeneza jest rekapitulacją filogenezy’), myślę, że coś podobnego funkcjonuje także w rozwoju gospodarczym. My w Polsce, w przyspieszonym tempie powtarzamy fazy rozwoju  kapitalistycznego obserwowane w ostatnich 150-200 latach. Po tych 26 latach jesteśmy gdzieś w połowie drogi. Te innowacje w Polsce w istocie są obecne, mają tylko inny charakter, nie uwzględniany w przeróżnego rodzaju wskaźnikach. Przedsiębiorczość ściśle związana jest z innowacyjnością, kreatywnością. To właśnie dzięki tej swoistej innowacyjności i kreatywności polscy przedsiębiorcy byli w stanie przekształcić polską gospodarkę w pierwszych latach transformacji. Nie dzięki sprzedaży państwowych firm zaczął dominować sektor prywatny w Polsce, a dzięki szybkiemu wzrostowi małych i średnich firm. To dzięki swej kreatywności polscy przedsiębiorcy potrafili sprostać konkurencyjności firm zachodnich po wejściu Polski do Unii Europejskiej i zwiększyć eksport (i to przy bardzo mocnej polskiej złotówce – przecząc w ten sposób różnej maści teoretykom ekonomii głównego nurtu, że wysoki kurs waluty krajowej powoduje zmniejszenie eksportu).   

Wydaje się, że szanse powstanie „innowacyjnej Europy” są bardzo niewielkie. Jedyną szansą na to jest radykalna zmiana myślenia i zmiana stylu działania przywódców europejskich. Unia Europejska jest chora i wymaga radykalnej terapii w stylu dokonanym przez Ludwiga Erharda w Niemczech w 1948 roku (oraz podobnej terapii dokonanej w Polsce w 1990 roku, niestety po kilku latach w dużym stopniu zaniechanej). To czego brak Europie to brak kreatywności (ale nie tylko tej naukowej), która związana jest ze swobodą twórczą, a ta związana  jest nie tyle z intelektem, wymuszaniem działań, ale z tym co Carl Jung nazywa „instynktem zabawy”. Jak pisał Carl Jung (1875-1961): „Stworzenia czegoś nowego nie zawdzięczamy intelektowi, lecz instynktowi zabawy, który bierze się z wewnętrznej potrzeby. Twórczy umysł bawi się obiektami, które uwielbia.”

Często przytaczana jest opowieść jak to Aleksander Wielki odwiedził Diogenesa i zapytał, co może dla niego zrobić, a słynny nauczyciel odpowiedział: „Nie zasłaniać mi światła”. Podobnie można byłoby poprosić biurokratów z UE, by starając się stymulować rozwój innowacyjności, sprzyjali kreatywności po prostu „nie zasłaniając światła”.

Ważnym elementem działań rynkowych, a zwłaszcza działań w sferze badań naukowych, jest zaakceptowanie elementu porażki i straty. Pojedyncza porażka nie jest tragedią dla biznesmena, przedsiębiorcy. Ważne by z tych błędów wyciągać wnioski na przyszłość i by w dłuższym okresie całość działań biznesmena czy przedsiębiorcy była zyskowna. Dokładnie do samo  można powiedzieć o działalności badawczej (w tej sferze aktywności człowieka jest to chyba najważniejsze). Porażka jest czymś codziennym w badaniach naukowych, ważne jest by ucząc się na tych porażkach odnieść od czasu do czasu spektakularny sukces. Tej możliwości poniesienia porażki nie ma w procesie finansowania badań w sektorze publicznym. W odróżnieniu od programów badawczych finansowanych przez firmy prywatne, w programach finansowanych przez instytucje publiczne (np. Programy Ramowe UE, czy programy finansowane przez NCBR i NCN w Polsce) nie ma miejsce dla ryzyka i porażki. Każdy program finansowany z pieniędzy publicznych musi skończyć się sukcesem (choćby tym zapisanym na papierze). Nie bez przyczyny cele zapisane w programach finansowanych przez instytucje publiczne mają charakter bardzo ogólny, nieoperacyjny, niekwantyfikowalny, tak by zawsze można było napisać, że cel został osiągnięty. Czy wyobrażamy sobie raport z badań finansowanych przez sektor publiczny, w którym informuje się, że niestety badania prowadzone w ostatnim roku nie przyniosły żadnych wyników, ale może w przyszłości jest nadzieja na sukces, jeśli badania te będą kontynuowane? Jak powiada  Scott Adams, autor komiksu o Dilbercie,  „Kreatywność to pozwolenie sobie na popełnianie błędów, sztuka zaś to wiedzieć, przy których błędach warto pozostać.

Kreatywności nie uzyska się ‘pompując’ pieniądze w sektor badań, ale stwarzając warunki swobody twórczej. Zdają sobie z tego sprawę, firmy prywatne, które nie tyle sowicie nagradzają badaczy w finansowanych przez nich laboratoriach (choć wynagrodzenie jest ważne) ile stwarzają odpowiednie warunki do twórczej pracy. Jednym z takich elementów jest często stosowana ‘polityka 15%’ (15% policy) – zatrudniony w ośrodku badawczym powinien poświecić 85% swojego czasu na wykonywanie obowiązków pracowniczych (wykonując często rutynowe badania), ale pozostałe 15% czasu może poświecić na niczym nieskrępowane badania, zgodnie z jego indywidualnymi preferencjami. Jeśli do realizacji tych indywidualnych pomysłów potrzebuje pieniędzy, to może je uzyskać ze specjalnego funduszu stworzonego przez pracodawcę. Gdy w wyniku takich indywidualnych działań zrodzi się pomysł na innowacyjną produkcję to z pomocą pracodawcy powstaje często firma odpryskowa (spin-off, pracodawca ma zwykle w tym przedsięwzięciu swój wysoki udział). Najczęściej szefem takiej małej firmy jest sam wynalazca (albo, jeśli nie wykazuje się on osobowością przedsiębiorczej, jest, co najmniej dużym udziałowcem w tym przedsięwzięciu i szefem działu badań).

Remedium na zapóźnienie innowacyjne Europy nie trzeba szukać tam gdzie się zwykle go szuka, tzn. w samym procesie badawczo-rozwojowym, ale całkiem gdzie indziej. Takim fundamentalnym warunkiem jest uzdrowienie finansów publicznych, szybkie i efektywne wprowadzenie mechanizmów rynkowych i zagwarantowanie wysokiej konkurencji we wszystkich sferach aktywności gospodarczej, a zwłaszcza w sferze usług (które już obecnie wytwarzają ok. 70% PKB UE), reformy systemu podatkowego i systemu socjalnego (tak by obniżyć wyraźnie koszty pracy i pobudzić działalność inwestycyjną i innowacyjną firm prywatnych, jak i każdego mieszkańca Europy).

Warto zaproponować by obowiązkową lekturą biurokratów z UE były książki Frédérica Bastiata (zwłaszcza napisana w 1850 roku mała broszurka „Co widać i czego nie widać”) oraz będącą kontynuacją idei Bastiata, książka Henry’ego Hazlitta Ekonomia w jednej lekcji. W tej, jak i w wielu innych publikacjach, Bastiat zwracał uwagę na to, że każde działanie człowieka wywołuje nie tylko jeden efekt, ale skutkuje serią efektów. Z tej serii efektów mamy skłonność zauważać jedynie te bezpośrednie, pierwsze, najbardziej widoczne. Natomiast efekty pośrednie (najczęściej negatywne), których skutki zwykle rozprzestrzeniają się po jakimś, są zwykle niedostrzegane. Henry Hazlit przyznaje, że w swej istocie ekonomia jest bardzo prostą nauką, której sedno można przedstawić w jednej lekcji, a całość tej lekcji zawrzeć w jednym zdaniu: „Sztuka ekonomii polega na tym, by spoglądać nie tylko na bezpośrednie, ale i na odległe skutki danego działania czy programu; by śledzić nie tylko konsekwencje, jakie dany program ma dla jednej grupy, ale jakie przynosi wszystkim.” Oby tę lekcję odrobili politycy, administracja i biurokraci wszystkich krajów. 

Wprost Przeciwnie

1 komentarz

Właśnie miałem napisać o tym, że
jutro warto pójść do kiosku by kupić pierwszy numer nowego tygodnika ‘Wprost
Przeciwnie
(www.wprostp.pl) i zachęcić wszystkich do czytania tego niezależnego od wszelkich presji
politycznych tygodnika (zgodnie z deklaracją założycieli tego pisma). Zajrzałem
właśnie na stronę Wprost Przeciwnie i
ze zdumieniem przeczytałem, że planowane na 19 września wydanie tego pisma
zostało wstrzymane (widać znanemu i wydawanemu od wielu lat tygodnikowi Wprost nie w smak jest istnienie
konkurencji).  Nowy oczekiwany termin
publikacji pierwszego numeru Wprost
Przeciwnie
to 26 września – obyśmy się tego doczekali.

Wprost Przeciwnie

Ten nowy tygodnik stworzony został przez grupę dziennikarzy, którzy
współtworzyli tygodnik "Wprost" w czasach, kiedy odnosił on
największe sukcesy (kiedy czytało się go z przyjemnością). Redaktorem naczelnym
Wprost Przeciwnie jest Jan Piński,
były szef działu Polska tygodnika "Wprost"
i były szef "Wiadomości"
TVP. Wśród autorów "Wprost
Przeciwnie
" są Robert Gwiazdowski, Michał Zieliński, Janusz
Korwin-Mikke, Wiesław Kot, Robert Leszczyński, Leszek Pietrzak, Tomasz
Terlikowski, Paweł Zarzeczny i satyryk Tadeusz Drozda. Planowany nakład
pierwszego numeru wyniesie 120 tys. egzemplarzy.  Redakcja zapowiada, że w Tygodniku będą
działy: Polska, Biznes, Nauka i Zdrowie, Historia, Zagranica, Kultura.

Z całego
serca życzę sukcesu temu nowemu Tygodnikowi, sprostaniu oczekiwaniom czytelników,
a zwłaszcza pełnej realizacji deklaracji założycieli tego Tygodnika:

"Będziemy
nawiązywać w nim do najlepszych tradycji "starego" Wprost:
 liberalnego
w sferze gospodarczej, konserwatywnego w sprawach obyczajowych 
i
nie bojącego się poglądów przeciwnych niż obecne w większości mediów."

Czekam z niecierpliwością
26 września, kiedy będę mógł pójść do kiosku i kupić nowy, interesujący, w pełni
niezależny ‘Wprost Przeciwnie’.

Brytyjski Institute of Economic Affair opublikował niedawno raport na temat reform szkolnictwa w Szwecji pod znamiennym tytułem ‘Szkolne nauczanie dla pieniędzy: Reforma edukacji w Szwecji i znaczenie dbałości o zysk (Schooling for Money: Swedish Education Reform and the Role of the Profit Motive). W Szwecji w 1992 roku wprowadzono reformę edukacji opartą na idei bonu edukacyjnego. Od tego czasu w zasadzie każdy ma prawo do uruchomienia szkoły i może dostawać za kształcenie każdego ucznia pieniadze odpowiadające średniemu kosztowi kształcenia. Działalność szkół jest dosyć ostro regulowana różnorakimi przepisami, np. działalność każdej szkoły musi być zaaprobowana przez Narodową Agencję Edukacji, program musi być zgodny z krajowym programem nauczania, istnieje zakaz doboru uczniów wg zdolności, statusu społeczno-ekonomicznego, czy pochodzenia etnicznego. Szkoły niezależne (‘nastawione na zysk’) nie mogą pobierać żadnych dodatkowych opłat, jedyne dochody szkoły to opłata za bon edukacyjny.
Te kilkunastoletnie doświadczenia pozwalają na wstępną ocenę tych (mimo wszystko, ułomnych) prorynkowych reform. Okazuje się, że w tym nowym systemie znacznie większa liczba dzieci ma dostęp do nauki w szkołach wyraźnie poprawiających ich osiągnięcia edukacyjne. Konkurencja ze strony szkół niezależnych, nastawionych na zysk, wymusza stałą poprawę jakości kształcenia i co istotne (a dla niektórych może nawet paradoksalne, zwłaszcza dla tych ‘wrażliwych społecznie’) pojawienie się na rynku edukacyjnym szkół nastawionych na zysk zwiększyło wyraźnie dostęp do dobrego kształcenia dzieciom z rodzin o niskim statusie społeczno-ekonomicznym. 
Z nowego systemu zadowoleni są zarówno uczniowie i ich rodzice, jak i nauczyciele.

  Ze stwierdzeniem „Z pełnym przekonaniem rekomendowałbym innym rodzicom szkołę do której uczęszcza obecnie moje dziecko” zgodziło się prawie 60% rodziców, których dzieci uczęszczają do szkół państwowych (w tym ok. 20% bardzo zdecydowanie) oraz ponad 80% rodziców, których dzieci uczęszczają do szkół ‘prywatnych’ (w tym ponad 50% bardzo zdecydowanie). Z pracy w szkołach państwowych zadowolonych jest ok. 70% nauczycieli natomiast w szkołach ‘prywatnych’ takich zadowolonych nauczycieli jest ok. 74%. (Nawiasem mówiąc ten drugi diagram (umieszczony w raporcie) jest nierzetelnie narysowany – ta niewielka 4 procentowa różnica została nienaturalnie wyolbrzymiona poprzez wybór ‘odpowiedniej’ skali; praktyka ta często stosowana jest przez niektóre instytucje, próbujące wykazać jakąś tezę (np. niektóre fundusze inwestycyjne chcące pokazć jak wielkie maja zyski w stosunku do konkurencji). To całkiem niepotrzebnie zostało uczynione przez autora raportu).

Zatem starajmy się wprowadzić, w jak najszerszym zakresie, elementy konkurencji i inne mechanizmy rynkowe wszędzie: w edukacji, ochronie zdrowia, systemie emerytalnym, transporcie, policji, … . Jak pokazują doświadczenia ostatnich 30 lat, wszędzie tam gdzie wprowadzano mechanizmy rynkowe na poprawę funkcjonowania i wzrost zadowolenia klientów nie trzeba było długo czekać. Nieprzypadkowo wspomniałem o 30 latach, bo w dobie współczesnej coś takiego zaczęło się dokonywać właśnie na przełomie lat 1970. i 1980., dzięki polityce Ronalda Reagana i Margaret Thatcher. Ale o tym jutro, bo będzie ku temu szczególna okazja.


  • RSS