Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z tagiem: ksztalcenie

Pracując nad artykułem o ‚Wyjątkowości rozwoju gospodarczego Europy Zachodniej i jej drodze do kapitalizmu’ przyjrzałem się mapom średniowiecznej Europy. Zrobiłem to w kontekście przekonania, że jednym z ważnych elementów tej wyjątkowości jest szeroko rozumiane współzawodnictwo, które w ekonomii przyjmuje formę konkurencji.

Ze szkoły średniej pamiętamy jak to Mikołaj Kopernik po studiach na Akademii Krakowskiej (w latach 1491-1495) wyjechał do Włoch by dalej studiować na Uniwersytecie w Bolonii (1496-1497). Po powrocie do Polski objął kanonię warmińską (w październiku 1497 r.).  W 1500 wyjechał do Rzymu, gdzie wygłosił kilka wykładów. W 1501 na krótko powrócił na Warmię, po czym 28 sierpnia 1501 uzyskał zgodę kapituły warmińskiej na rozpoczęcie kolejnych studiów na Uniwersytecie w Padwie.

Takie podróżowanie po Europie, by studiować i pracować, by znaleźć najlepsze miejsce do realizacji swoich planów  życiowych było wśród tzw. klasy wyższej czymś naturalnym w tamtym czasie. Sprzyjała temu nie tylko intelektualna atmosfera, ale też specyficzna struktura społeczno-polityczna.

Mówiąc o konkurencji (współzawodnictwie), które nie były obecne w innych cywilizacjach a własnie obecne w Europie zachodniej, należy rozumieć ją nie tyle w sensie ekonomicznym (konkurencji pomiędzy produktami zaspokajającymi te sama potrzebę człowieka), ale także w sensie konkurencji (współzawodnictwa) pomiędzy państwami, królestwami, księstwami, miastami i korporacjami.

 Europa1200

 Jeszcze na początku XIII wieku Europa była zbiorem dosyć dużych organizmów państwowych (mapa powyżej), które bardzo często prowadziły między sobą grabieżcze wojny.

Sto lat późnej (na początku XIV w.) sytuacja wyraźnie się zmieniła. Na dużym obszarze Europa podzieliła się na małe organizmy społeczne (księstwa, królestwa, wolne miasta, itp.). Widać to wyraźnie na mapie poniżej, gdzie na dużych obszarach dominowały stosunkowo małe struktury polityczne.

 Europa1300

 Proces dywersyfikacji Europy Zachodniej kontynuowany był w następnych wiekach. Widać to na kolejnej mapie Europy z początków wieku XV (patrz mapa poniżej).

Obecnie Unia Europejska składa się z 268 regionów (w Polsce są to województwa). Jeśli popatrzylibyśmy na rozkład geograficzny tych obecnie najbogatszych regionów Europy to przyjmuje on charakterystyczny kształt banana (zwanego często europejskim bananem, albo niebieskim bananem). Obszar ten zaznaczyłem niebieskawym kolorem na prezentowanej poniżej mapie.

 Europa1400

 Już pierwsze, pobieżne porównanie map Europy w XIV i XV wieku z obszarem regionów obecnie najbogatszych w UE wskazuje na niemalże stuprocentową tożsamość rozdrobionych regionów w późnym średniowieczu, które bardzo silnie ze sobą konkurowały, z regionami obecnie najbogatszymi w UE. To nie jest przypadek. W tych regionach najsilniej występowały też inne elementy składające się na ewolucję w kierunku budowy społeczeństwa kapitalistycznego (tzn. Wolność, rządy prawa, poszanowanie własności prywatnej, indywidualizm; Krytyczna dyskusja, sceptycyzm i rozwój nauki; Praktyczne zastosowanie wyników badań naukowych (ars sine scientia nihil est  – praktyka jest bezwartościowa bez teorii; nie ma nic bardziej praktycznego niż dobra teoria); Rozwój miast, urbanizacja, gildie średniowieczne, rozwój rzemiosła (wzrost znaczenia zysku i przedsiębiorczości)).

 Ta różnorodność jest bardzo ważna w rozwoju każdego systemu (zarówno biologicznego (ewolucja gatunków), jak i społecznego czy technologicznego (ewolucja kulturowa). Zdawał siebie z tego sprawę już John Stuart Mill, który w 1859 roku napisał: „Co uczyniło europejską rodzinę ludów postępową, a nie stojącą w miejscu częścią ludzkości. Nie jakaś wyższość, która jeśli istnieje, to jest skutkiem, a nie przyczyną; lecz godna uwagi różnorodność charakteru i kultury. Jednostki, klasy i narody były nadzwyczaj niepodobne do siebie; torowały sobie najrozmaitsze drogi, z których każda wiodła do jakiegoś wartościowego celu; a choć w każdym okresie ci, którzy szli różnymi drogami, nie tolerowali się nawzajem i każdy zmusiłby chętnie wszystkich pozostałych do pójścia jego szlakiem, próby wzajemnego hamowania swego rodzaju rzadko się udawały i każdy przyjmował z czasem bez sprzeciwu dobro, które mu inni ofiarowali. Moim zdaniem, Europa zawdzięcza cały swój wszechstronny postęp tej mnogości dróg.” (Zauważmy,  że J. St. Mill napisał to w roku publikacji dzieła Karola Darwina, O powstawaniu gatunków).

Kiedy wspominam o Estonii jako dobrym przykładzie sukcesu gospodarki rynkowej w Europie Centralnej oraz postuluję, że z niej powinniśmy brać przykład jak można poszerzać zakres wolności gospodarczej, to często słyszę opinie, że to nie jest dobry przykład dla Polski bo przecież Estonia to mały niespełna 1,5 milionowy kraj i co jest możliwe do zrealizowania w małym społeczeństwie to nie jest możliwe do realizacji w 38 milionowym narodzie. Zwykle odpowiadam wtedy, że jeśli faktycznie tak jest to cóż stoi na przeszkodzie by w Polsce powstało 16 autonomicznych Estonii, które by ze sobą współzawodniczyły? Utwórzmy te 16 ‚Estonii’ w Polsce!

Ciągnąc dalej tę myśl, może warto byłoby pomyśleć by Europa składała się z 268 autonomicznych państw i państewek, które by ze sobą współzawodniczyły, ale też i współpracowały (bo to są dwie strony tego samego medalu, tak jak konkurencja i współpraca są dwiema stronami tego samego medalu w rozwoju opartym na mechanizmach rynkowych).

Twierdzę, że zarówno w Polsce jak i w Europie żyłoby się nam znacznie lepiej, pełniej, ku zadowoleniu wszystkich Polaków i Europejczyków (choć to zadowolenie mogłoby wynikać z realizacji niekiedy całkiem odmiennych oczekiwań i marzeń). 

Co jakiś czas na uczelniach i w instytutach badawczych przeprowadzana jest tzw. okresowa ocena pracowników naukowych. Niby nic nowego, coś naturalnego, coś co powinno być przedmiotem działań każdej jednostki wobec swoich pracowników. Ocenie poddawany byłem od początku swoje pracy. Wyglądało to zwykle tak, że przekazywałem zwierzchnikowi spisane to co w ostatnim okresie zrobiłem (często w formie ankiety), zbierała się komisja ds. oceny i dokonywała takowej oceny (biorąc także pod uwagę subiektywne zdanie zwierzchników, jak i członków komisji). Jednakże w ostatnim okresie dotknęła nas mania wskaźników i chęci tzw. obiektywnej oceny ilościowej. Powstają różnego rodzaju regulaminy ‘oceny pracownika naukowego’ w których każda aktywność jest wyceniana w punktach, potem te punkty są sumowane i jeśli się nie przekroczy pewnego progu punktowego to ocena jest negatywna. Jednym z elementów oceny pracownika naukowego jest ocena jego dorobku publikacyjnego. Przyznaje się punkty za opublikowanie w różnych czasopismach naukowych, a w tym celu Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego tworzy różnego rodzaju wykazy czasopism naukowych. Uwzględnia się w tych ocenach różnego rodzaju miary bibliograficzne, np. impact factor, indeks Hirscha.

Nawiasem mówiąc, tego rodzaju miary, czy tzw. lista filadelfijska (ISI Master Journal List)  powstały nie po to by dokonywać oceny pracowników, a z pobudek badawczych, z chęci poznania samego procesu publikacji wyników badań naukowych. Twórcy tych wskaźników nie myśleli by używać ich do oceny indywidualnych osiągnieć pracowników naukowych. Dopiero potem różnej maści biurokraci rzucili się na tego typu  koncepcje by użyć je do tzw. obiektywnej oceny pracownika naukowego.

W ten sposób powstaje swego rodzaju przymus publikowania, który sam w sobie nie jest zły, jeśli tylko wynika z wewnętrznej potrzeby naukowca, by podzielić się swoimi wynikami badawczymi. Niestety obecnie przeradza się to w patologiczną zasadę Publish or perish (publikuj albo zgiń). Naturalnie nie jest to zjawisko nowe. Kiedy w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku zaczynałem tzw. karierę naukową zasada ta była już obecna. Już wtedy doświadczaliśmy zalewu publikacji naukowych o wątpliwej wartości; do tego stopnia było to już wtedy dokuczliwe, że odczuwaliśmy pewne problemy ze znalezieniem dobrych publikacji w ogromie wszystkich publikacji (internetu i wyszukiwarek wtedy nie było!). Zajmowaliśmy się wtedy modelowaniem procesów ewolucyjnych i to wtedy pojawił się postulat, do którego coraz częściej wracam, który, jak nam się wydawało, mógłby uzdrowić sytuację. Mianowicie należałoby przyjąć by w czasie swojego życia naukowego, każdy mógł opublikować pewną ograniczoną liczbę publikacji (np. trzy, może pięć), osobistą decyzją naukowca byłoby kiedy takowe opublikować (Karol Darwin pracował nad swym podstawowym dziełem  O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego  ponad 20 lat, od 1838 roku, i pracowałby może jeszcze długo, gdyby nie zmuszono go do opublikowania tej książki w 1859 r.).

Takie ocenianie oparte na wskaźnikach zwykle kończy się ‘zabawą w złodziei i policjantów’. Kiedy w pierwszym okresie wprowadzania takiej oceny liczyła się liczba publikacji to reakcją środowiska naukowego było pojawienie się ogromnej liczby czasopism gdzie  można było publikować (bardzo często artykuły wątpliwej jakości, jak wtedy nazywaliśmy, ‘przyczynkarskie’). Kiedy okazało się, że ci sprytni nie tyle w prowadzeniu dobrych badań, co w publikowaniu ‘szybko i dużo’, najbardziej na tym zyskiwali (często w finansowym wymiarze), zmieniono wskaźniki i nie tyle liczba publikacji a liczba cytowań stała się podstawą dobrej oceny. Równie szybko środowisko ‘sprytnych naukowców’ znalazło na to sposób – zaczęły powstawać ‘spółdzielnie’, których członkowie wzajemnie się cytowali (niezależnie od tego czy mieli ku temu merytoryczne powody czy nie). Kiedy uświadomiono sobie ten proceder spróbowano kolejny raz ‘uszczelnić’ system oceniania i zaczęto zwracać uwagę na jakość tych cytowani i uwzględniać tzw. impact factor czasopism w których publikowano i cytowano. Cóż się okazało?  Redakcje czasopism by zadbać o wzrost znaczenia danego czasopisma, w uwagach do recenzji artykułów przesyłanych do publikacji, sugerowali, że problematyka ta już wcześniej poruszana była na łamach tego czasopisma i dobrze byłoby zamieścić odnośniki do pewnych artykułów wcześniej opublikowanych (niekiedy dochodzi to sugerowania cytowania konkretnych osób z kręgu danego czasopisma). Proszę mi wierzyć, ta ‘zabawa’ nigdy się nie skończy – na kolejne próby ‘uszczelniania’ systemu zawsze znajdą się sposoby ominięcia ograniczeń. Póki ocena nie będzie oparta wzajemnych relacjach, na swego rodzaju samouzgodnieniu opinii, na zdrowych, ludzkich zasadach krytycznej dyskusji i subiektywnej oceny każdego zaangażowanego w proces, póty nie będzie dobrze. Póki nie wrócimy do moralnych zasad wypływających z potrzeby uczciwego ocenienia tego co robią inni i wykluczania ze społeczności tych nieuczciwych, póty nie nastąpi poprawa w jakości publikacji i jakości prowadzonych badań naukowych. Zapomnieliśmy co to jest honorowe zachowanie, nie doceniamy zasady ostracyzmu – nie doceniamy siły wykluczenia ze środowiska osoby nieuczciwej, zachowującej się nagannie.

Kiedy tak wracam myślami do początków mojej pracy na uczelni, to dochodzę do wniosku, że pewien przymus publikowania jest dobry w pewnym wieku, wtedy jak młody naukowiec rozwija się, kiedy ma ogromną energię i potencjał intelektualny. Sam tego doświadczyłem kiedy starałem się sporo publikować po angielsku w miarę dobrych czasopismach zachodnich. Ta młodzieńcza pasja wynika z chęci samorealizacji, własnego zadowolenia z tego, że coś się poznało i zrobiło, ale także z pewnego młodzieńczego przekonania, że ‘zawojuje się  świat’, będzie się znanym w środowisku, będzie się brało udział w dyskusjach z tymi najlepszymi i najbardziej znanymi.  I to jest prawda, taka aktywność wtedy jest bardzo ważna. Tego typu stosunek do wykonywanej pracy wydaje mi się bardzo ważnym mechanizmem ‘napędzającym’ rozwój nauki.

Jednakże, powoli dochodzę do wniosku, że kiedy człowiek staje się bardziej doświadczonym, starszym (a może nawet starym), kiedy zaczyna patrzeć na świat trochę z innej perspektywy, to zaczyna dominować w nim przekonanie, że znacznie więcej jest do zrobienia ‘tu i teraz’ (w Polsce, we Wrocławiu, w najbliższym otoczeniu), że należy być aktywnym po to by przede wszystkim kształtować myślenie młodego pokolenia. W tej sytuacji publikowanie po angielsku, w najlepszych czasopismach staje się już mniej ważne (sam tego doświadczyłem i doświadczam, choć nadal staram się by od czasu do czasu coś tam opublikować). Dochodzę do wniosku (używając marksistowskiego określenia), że nadbudowa staje się ważniejsza. Tyczy się to zwłaszcza nauk społecznych, w tym ekonomii. Ukształtowanie młodego człowieka, młodego pokolenia, pokazanie alternatyw, nauczenie krytycznego myślenia,  będzie skutkowało w przyszłości, będzie miało wpływ na wiele lat, na zachowanie się kolejnego pokolenia. Kontakt z młodymi, współpraca z organizacjami młodych, wykłady i udział w panelach organizowanych przez młodych są w tej sytuacji znacznie ważniejsze. Dlatego współpracuję i na tyle na ile mogę wspieram działanie młodych ludzi związanych np. z Instytutem Misesa, PAFERE, KoLibra, uczestniczę w pracach Olimpiady Wiedzy Ekonomicznej, czy biorę udział w Festiwalach Nauki.

Ważny (a może ważniejszy) staje się innego rodzaju ‘impact factor’, ten subiektywny, budowany dla mnie, pozwalający mi ocenić na ile moje działania są ważne dla mojego bliskiego i dalszego otoczenia.  Ten oficjalny  ‘impact factor’  jest naturalnie też ważny, ale wydaje mi się, że znacznie mniej ważny niż dawniej. Przyznam się, że teraz nie odczuwam takiego imperatywu jaki odczuwałem dawniej: jechać na tę czy inną konferencję zagraniczną, opublikować w dobrym czasopiśmie zagranicznym. Oczywiście staram się, ale świadomie staje się to dla mnie mniej ważne. Dochodzę często do wniosku, że może lepiej opublikować coś po polsku, nawet w mniej znanym, w skali międzynarodowej, czasopiśmie, ale dostępnym dla szerokiego grona polskich czytelników.  Artykuł taki staje się niekiedy podstawą do późniejszych wystąpień, udziału w panelach dyskusyjnych i spotkań z młodymi ludźmi.

Gdyby dzisiaj żył Adam Smith, ten Szkot, pracujący w Edynburgu w XVIII wieku, który w swoim życiu napisał ledwie dwie książki, to z pewnością oceniony byłby negatywnie przez współczesne komisje uniwersyteckie.  Nad swoim podstawowym dziełem, Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów (1776), Adam Smith pracował 10 lat. Jaki współczesny uniwersytet pozwoliłby na tego typu nieproduktywność?  

Jak zadbać o edukację ekonomiczną młodego pokolenia i uwolnić przedsiębiorczą energię Polaków? Takie pytanie postawili sobie pracownicy i współpracownicy Instytutu Misesa i w odpowiedzi zaproponowali realizację projektu ‘Wolna przedsiębiorczość. Dzisiaj w szkołach – jutro w gospodarce’. Zamierzeniem jest stworzenie ‘przełomowego, bezpłatnego zestawu do przedmiotu Podstawy przedsiębiorczości dla szkół średnich’. Wydaje mi się, że warto wesprzeć realizację tego projektu, bo może dzięki temu projektowi poprawi się edukacja ekonomiczna młodego pokolenia, pokolenia, które za kilka, kilkanaście lat będzie kształtowało to co będzie się dziać w Polsce. Projekt Wolna przedsiębiorczość jest działaniem długookresowym, niezwiązanym z jakąkolwiek koniunkturalną działalnością, cechującą zwłaszcza polityków myślących przede wszystkim o wygraniu następnych wyborów, a nie o tym co będzie za lat kilkanaście, czy kilkadziesiąt. Pierwsze wersje, niektórych rozdziałów planowanego podręcznika są już dostępne, np. tutaj.  

Autorzy projektu podają wiele przykładów błędów jakie znaleźli w oficjalnych podręcznikach do przedsiębiorczości. Pozwolę sobie poniżej dodać coś ze swej strony i przedstawić tylko niektóre informacje i fakty świadczące o tym jak fatalny jest poziom wiedzy na temat gospodarki oraz jak słaba jest znajomość choćby podstawowych pojęć z ekonomii w Polsce. Zacznijmy od krótkiej sondy, w której przypadkowych ludzi zapytano „Z czym kojarzy się Panu-Pani słowo PRZEDSIĘBIORCZOŚĆ?” Dwuminutowy filmik można obejrzeć tutaj

Aleksander Piński w artykule Lekcja socjalizmu (opublikowanym w numerze 22/2008 w tygodniku Wprost, wtedy kiedy jeszcze Wprost dał się czytać i miał kilku doskonałych autorów piszących na tematy gospodarcze i ekonomiczne), podaje wiele przykładów jak źle nauczani są podstaw ekonomii i przedsiębiorczości uczniowie w szkołach. Co ciekawsze problem ten nie jest czymś specyficznym dla Polski. Stefan Theil z Foreign Policy przeanalizował to jak się naucza się przedsiębiorczości i podstaw ekonomii w szkołach we Francji i Niemczech. W styczniu 2008 roku Theil stwierdził, że ‘miliony europejskich dzieci są poddawane indoktrynacji, są dezinformowane i zniechęcane do wolnego rynku”. Podobnym tropem poszedł Aleksander Piński, który przejrzał polskie podręczniki dla gimnazjów i szkół średnich. Zacytujmy co ciekawsze fragmenty z artykułu Pińskiego: „Młodzi Polacy obowiązkowy poziom edukacji mogą zakończyć z przekonaniem, że bycie przedsiębiorcą polega na wypełnianiu testów osobowości rodem z kolorowych pism, PIT-ów albo druków dla ZUS. … Przyszli pracownicy zostają … poinstruowani o zaletach przystąpienia do związków zawodowych, postraszeni widmem bezrobocia i pouczeni o zbawiennym wpływie opieki państwa, która ochroni ich przed wyzyskiwaczami. Ekonomiczne aspekty naszego członkostwa w Unii Europejskiej są przedstawiane wyłącznie w superlatywach. … w 2002 r. wprowadzono do szkół ponadgimnazjalnych obowiązkowy przedmiot – podstawy przedsiębiorczości. … W podręczniku „Działam aktywnie. Wychowanie do aktywnego udziału w życiu gospodarczym” Anny Dubieckiej, Zbigniewa Góralewicza i Piotra Piskorskiego gimnazjalistów do przedsiębiorczości zachęca na przykład Grażyna Kozyro, kierownik Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Chełmku. Radzi ona, aby dzieci odwiedziły lokalny ośrodek pomocy społecznej i dowiedziały się, jak państwo pomaga biednym. Uczniowie wyczytają też, że „gospodarka rynkowa powoduje bezrobocie”. Nie ma ani słowa o tym, że kraje, w których udział państwa w gospodarce jest najmniejszy, gdzie podatki i pozapłacowe koszty pracy są niskie, bezrobocie jest niewielkie i dotyczy głównie osób, które pracować nie chcą albo nie muszą (tzw. naturalny poziom bezrobocia). W „Podstawach przedsiębiorczości” Marii Bieleckiej, podręczniku dla uczniów liceów, zawodówek i innych szkół średnich, jeden z rozdziałów jest zatytułowany: „Czy należy korzystać z prawa zrzeszania się w związkach zawodowych?”. Autorka nie pozostawia pytania bez odpowiedzi: „Prawa człowieka nie zabezpieczają ludzi przed wyzyskiem, przed działaniem na ich szkodę przez pracodawców. Łatwo wyeliminować z zakładu niepokornych (…)”. Autorka ma także własną wizję dobrego pracodawcy: „Nie wykorzystuje pracowników do osiągania zysku tylko dla siebie”. Jej zdaniem, pracodawcy powinni się w swoich firmach podzielić władzą z pracownikami, ponieważ „demokracja w gospodarce potrzebna jest dla sprawiedliwego podziału dochodu”. …Naczelnym złem dla autorów podręczników jest postęp technologiczny, który – zdaniem większości z nich – odpowiada za wzrost bezrobocia. W jednej z książek uczniowie dostają zadanie, aby policzyć, ilu robotników pozbawiło pracy wynalezienie koparki. Wedle tej logiki, biorąc pod uwagę skalę postępu technologicznego i wzrostu wydajności pracy od początku XIX-wiecznej rewolucji przemysłowej, wszyscy żylibyśmy dziś z zasiłków. Inaczej kwestię bezrobocia wyjaśniają Barbara Stańda i Barbara Wierzbowska, autorki podręcznika dla szkół ponadgimnazjalnych „Bądź przedsiębiorczy”. Otóż za bezrobocie w Polsce odpowiadają aktywni zawodowo seniorzy („Wydłużenie wieku mobilności zawodowej powoduje blokowanie stanowisk pracy”). Osobną historią jest sposób prezentowania uczniom zagadnień ekonomicznych związanych z Unią Europejską. Na przykład w książce „Przedsiębiorczość bez tajemnic” Sylwestra Gregorczyka, Marii Romanowskiej, Agnieszki Sopińskiej i Piotra Wachowiaka wśród zadań mających utrwalić poznany materiał jest odpowiedź na pytanie: „Jakie korzyści daje obecność Polski w UE?”. O skutki negatywne nikt nie pyta, bo wedle autorów podręczników, ich – ex definitione – nie ma. Żaden uczeń w polskiej szkole nie dowie się na przykład, że za „wyrównywaniem” dochodów unijnych rolników kryją się wyższe o kilkadziesiąt procent ceny żywności, które ich rodzice płacą w sklepach … Trudno się w polskiej szkole publicznej dowiedzieć tego, że sukces na wolnym rynku zależy od pomysłowości, inicjatywy, pokonania konkurencji (która nie jest złem), czy takiego banału, że podstawowym celem biznesu jest wypracowanie zysku. Zapewne ma to związek z tym, że świat znany naszym nauczycielom nie ma nic wspólnego z wolnym rynkiem. Ten z nich, kto jest lepszy od swojego kolegi, i tak nie dostanie ani złotówki więcej, więc jak ma zrozumieć zalety konkurencji? Jak ma wytłumaczyć podopiecznym, że poza znaną mu sferą budżetową istnieje zupełnie inny świat?”

W ramach szerszej akcji pod hasłem „Matura to bzdura” młodzi ludzie przepytują innych młodych ludzi. W dwóch odcinakach (tutaj i tutaj) pt. ‘Podstawy przedsiębiorczości” pytają o podstawowe informacje odnośnie niektórych pojęć ekonomicznych, oraz ze znajomości podstawowych faktów z obecnego z życia społecznego. Oglądając te odcinki uśmiech, czy nawet śmiech, gości na twarzy, ale niestety jest to śmiech przez łzy.

Bardziej systematyczne badania dotyczące ‘świadomości i dojrzałość ekonomicznej nastolatków’ prowadzone są przez Instytut Badań Edukacyjnych. Wyniki tych badań (opisane np. tutaj) w pełni potwierdzają te obserwacje które przedstawiliśmy wcześniej.

Podobnie, co jakiś czas prowadzone badania przez różnego rodzaju instytucje pokazują mizerię wiedzy ekonomicznej Polaków. Wspomnijmy o dwóch takich badaniach. Kilka lat temu Fundacja Kronenberga sprawdziła stan wiedzy ekonomicznej Polaków i wyszło z nich np. że aż 62 proc. Polaków ocenia swoją wiedzę finansową słabo lub nawet bardzo słabo, 67 proc. nie wie, czym jest karta kredytowa.

Ciekawy raport (którym dysponuję, ale którego niestety nie znalazłem w sieci, dlatego pozwolę go sobie udostępnić tutaj) na temat ‘Wiedzy ekonomicznej mieszkańców Polski’ przedstawiło w 2006 roku Centrum Psychologii Ekonomicznej i Badań Decyzji, Wyższa Szkoła Przedsiębiorczości i Zarządzania im. Leona Koźmińskiego (obecnie Akademia Leona Koźmińskiego). Nie sposób tutaj omówić całości tego raportu, dlatego przytoczę tylko wyniki odpowiedzi na kilka pytań.

  1. Przedsiębiorczość jest to zarządzanie i bycie menedżerem w jakiejś firmie – 67,2% odpowiedziało, że zdecydowanie tak lub raczej tak, a jedynie 28,2%, że nie.
  2. Przedsiębiorczość jest to podejmowanie się różnych prac aby zarobić parę złotych – 66,2% odpowiedziało zdecydowanie tak lub raczej tak, 31,6%, że nie.
  3. O tym ile i na co Państwo wyda pieniędzy decyduje Narodowy Bank Polski – zdecydowanie tak lub raczej tak odpowiedziało 47,9%, nie 39%, trudno powiedzieć 13,1%.
  4. Aby zmniejszyć bezrobocie rząd powinien budować nowe zakłady i fabryki i zapewnić w nich miejsca pracy dla bezrobotnych – zdecydowanie tak lub raczej tak odpowiedziało 88% pytanych, a jedynie 10,9% odpowiedziało nie.
  5. Aby podnieść poziom najniższych zarobków parlament powinien ustawowo zwiększyć wynagrodzenie minimalne – zdecydowanie tak, lub raczej tak odpowiedziało 90,4% pytanych, 7,5% odpowiedziało nie.
  6. Aby zwiększyć wydajność pracy należy zwiększyć wynagrodzenia pracownikom – 51,9% zdecydowanie tak, 42,2% raczej tak, a 4,4% nie.

Joanna Papuzińska przyjrzała się obrazowi przedsiębiorcy w polskiej literaturze ostatniego stulecia i opisała to w artykule ”Przedsiębiorca w literaturze czyli sukces potępiony„. Jak pisze ona w tym artykule: „nieodparcie dochodzę do wniosku, że bohater pracowity, energiczny i zamożny – jednym słowem, człowiek sukcesu – tylko pod jednym warunkiem może uzyskać akceptację autora. Mianowicie, jeśli porazi go jakaś niewyobrażalna klęska. … Klęskę osobistą ponosi Wokulski z „Lalki” Prusa, katastrofą kończą się działania młodych inwestorów z „Ziemi obiecanej” Reymonta. Klęska spotyka też wielce pracowitego Niechcica z „Nocy i dni” Dąbrowskiej.” Papuzińska przytacza dwa cytaty z „Przedwiośnia” Żeromskiego: „Para się przemysłem. Handluje. Bogacz. Spryciarz pierwszej klasy”, „…był progenitury szynkarskiej, czy małomiasteczkowo-paskarskiej, wskutek czego zawsze śmierdział pieniędzmi„.

Zdaniem Papuzińskiej, w podobnym duchu, jak np. były legionista, a późniejszy komunista, Władysław Broniewski, który pisał: „Tuczą się Łodzią tłuste Scheiblery…”, piszą też współcześni autorzy (‘młodzi gniewni’), którzy zwykle „przedstawiając ludzi zamożnych jako tłustych łysoli, w kosztownych garniturach, jeżdżących samochodami najlepszych marek. … Jak w najgorszych komunistycznych „agitkach”, demaskują z pasją bezwzględnych pracodawców, wyzyskujących personel, okrutnych egzekutorów długów, biadają nad dewastacją życia rodzinnego z powodu zaangażowania rodziców w tworzenie własnych firm. Właściwie wszystko, co kojarzy się już nie tylko z sukcesem, ale nawet z próbą sięgnięcia po sukces w biznesie jest przedmiotem potępienia”.

Papuzińska zwraca uwagę, że konsekwencją takiego obrazu przedsiębiorcy jest życzliwe traktowanie biedy i ubogich: „w naszej literaturze brak refleksji, obecnej np. w wiktoriańskiej (XIXw.) Anglii, gdzie rozróżniano ubogich zasługujących na wsparcie i takich, którzy na nie n i e zasługują. W polskiej literaturze bieda traktowana jest jak jakieś zrządzenie losu. Tak wygląda np. świat popegieerowski, np. w powieści Kazimierza Orłosia („Drewniane mosty”). Przyczyny ubóstwa tkwią w literaturze zawsze p o z a ubogimi.”

Dlatego dobrą ilustracją wniosków Joanny Papuzińskiej jest zamieszczony tam rysunek, który przedstawiam poniżej:

ChceBycBiednym

Przykładów słabej wiedzy Polaków i nieprawdziwego obrazu przedsiębiorczości można mnożyć. Kilkunastoletnie doświadczenie z nauczania podstaw przedsiębiorczości w polskich szkołach pokazują, że nie można liczyć na inicjatywę państwowych instytucji na to by sytuacja uległa poprawie. Dobrym zatem krokiem jest ‘wzięcie sprawy w swoje ręce’, jak to próbuje czynić Instytut Misesa. Dlatego wydaje mi się, ich projekt ‘Wolna przedsiębiorczość. Dzisiaj w szkołach – jutro w gospodarcewart jest wsparcia, także finansowego. 

Znany (i niestety bardzo drogi) wydawca książek naukowych, Edward Elgar, opublikował właśnie książkę, którą może warto byłoby wydać po polsku.  Jest to napisana przez Randalla Holcombe Advanced Introduction To The Austrian School Of Economics (Zaawansowane Wprowadzenie do Austriackiej Szkoły Ekonomii). Fragmenty tej książki można przeczytać na Google Books.

Randall Holcombe nie jest ‘austriakiem czystej krwi’, jest profesorem ekonomii na Florida State University i większość jego publikacji mieści się w głównym nurcie ekonomii, ale przynajmniej jedna publikacja ukazała się w ‘austriackim czasopiśmie’: Holcombe, R. G. (2013), ‘Firms as knowledge repositories’. Review of Austrian Economics, 26(3), 259–275. Jak sam powiedział w jednym z wywiadów: „nie reklamuję się jako austriacki ekonomista, i sporo publikuję w czasopismach akademickich,  przez ten pryzmat jestem głównie oceniany przez moich kolegów. Robię to, co myślę, że jest dobrą ekonomią, wykorzystując najlepsze pomysły, które są dla mnie dostępne. Szkoła austriacka ma wiele do zaoferowania, nie dlatego, że jest austriacka, ale dlatego, że są tam dobre idee.”

W zamierzeniu autora, książka przeznaczona jest głównie dla studentów ekonomii, by poszerzyć ich znajomość podstaw ekonomii (można się domyślać, że motywowane było to nieobecnością szkoły austriackiej w najpopularniejszych podręcznikach ekonomii). Dużą zaletą tej książki jest to, że główne idee szkoły austriackiej przedstawione są krótko, na 116 stronach, w sposób prosty i zrozumiały (cała książka ma 144 strony).  

Holcombe od razu na początku podkreśla, że istotną cechą podejścia austriackiego jest ‘analiza nierównowagi’ (disequilibrium economics) – w odróżnieniu od analizy dominującej w ekonomii głównego nurtu, skupionej na analizie stanów równowagi.  

Już w pierwszym rozdziale zatytułowanym „Proces rynkowy”  wykorzystuje on ideę dynamicznego procesu rynkowego po to by wyjaśnić istotę podejścia austriackiego:  ważna rola spontanicznego porządku; natura i istota czasu oraz wiedzy w działalności gospodarczej; rola i znaczenie przedsiębiorczości; charakter realnej konkurencji (a nie jako tworu teoretycznego); konkurencja jako proces odkrywania (dicovery proces); znaczenie i konsekwencje subiektywizmu wartości i oczekiwań, a tym samym niepewności (w odróżnieniu od ryzyka). W następnych trzech rozdziałach Holcombe  przedstawia  dokładniej najważniejsze elementy dyskusji w ramach szkoły austriackiej: wiedzy zdecentralizowanej, rachunku ekonomicznego, pieniądza, bankowości i cykli koniunkturalnych.   Piąty, ostatni, rozdział jest swego rodzaju podsumowaniem. Autor przedstawia w nim rozwój myśli austriackiej w pierwszych dekadach XX wieku oraz jej odnowienie po kryzysie gospodarczym (naftowym) lat 70., jak również pewne uwagi odnośnie  perspektywy jej dalszego rozwoju.  

Warto przy okazji powiedzieć, że w Polsce od paru lat ukazuje się wiele publikacji związanych ze szkołą austriacką w ekonomii. Dzięki wysiłkowi wydawniczemu Instytutu Ludwiga von Misesa oraz Jana Fijora (Fijorr Publisching) mamy możliwość przeczytania po polsku takich ważnych pozycji jak (lista jest daleko niepełna):

  • Callahan Gene (2004), Ekonomia dla normalnych ludzi, wprowadzenie do Szkoły Austriackiej, Warszawa, Chicago: Fijorr Publishing
  • Chodorov Frank (2005), O szkodliwości podatku dochodowego, Warszawa, Chicago: Fijorr Publishing
  • Hazlitt Henry (2013), Ekonomia w jednej lekcji, Warszawa: Instytut Ludwiga von Misesa
  • Hazlitt Henry (2007), Inflacja, wróg publiczny nr 1, Warszawa, Chicago: Fijorr Publishing
  • Hoppe Hans-Hermann (2006), Demokracja, bóg, który zawiódł, Warszawa, Chicago: Fijorr Publishing
  • Hultberg Neslon, Hans H. Hoppe, Murray N. Rothbard, Jospeh T. Salerno (2004), Jak zrujnować gospodarkę, czyli Keynes wiecznie żywy, Warszawa: Fijorr Publishing
  • Kirzner Israel (2010), Konkurencja i przedsiębiorczość, Fijorr Publishing
  • Menger Carl (2013), Zasady ekonomii, Fijorr Publishing
  • Mises Ludvig von (2005), Planowany chaos, Lublin, Warszawa: Instytut Liberalno-Konserwatywny, Fijorr Publishing
  • Mises Ludvig von (2006), Ekonomia i polityka, Warszawa: Fijorr Publishing
  • Mises Ludwig von (2007), Ludzkie działanie: traktat o ekonomii, Warszawa: Instytut Ludwika von Misesa, tłumaczenie: Witold Falkowski
  • Mises Ludwig von (2013), Teoria pieniądza i kredytu, Fijorr Publishing
  • Rothbard Murray N. (2004), Złoto, banki, ludzie – krótka historia pieniądza. Co rząd zrobił z naszym pieniądzem? Jak odzyskać stracone pieniądze?, Warszawa, Chicago: Fijorr Publishing
  • Rothbard Murray N. (2007), Ekonomia wolnego rynku (tomy 1 do 4), Warszawa, Chicago: Fijorr Publishing
  • Rothbard Murray N. (2007), Tajniki bankowości, Warszawa, Chicago: Fijorr Publishing
  • Skousen Mark (2012), Struktura produkcji. Giełda, Kapitał, Konsumpcja, Fijorr Publishing
  • Skousen Mark (2013), Austriacka Szkoła Ekonomii dla inwestorów, Fijorr Publishing
  • de Soto Jesus Huerta (2009), Pieniądz, kredyt i cykle koniunkturalne, Warszawa: Instytut Ludwika von Misesa
  • de Soto Jesus Huerta (2012), Szkoła austriacka – Ład rynkowy, wolna wymiana i przedsiębiorczość, Fijorr Publishing
  • Sowell Thomas (2000), Ekonomia dla każdego, czyli to, co szanujący się obywatel, wyborca i podatnik wiedzieć powinien, Warszawa, Chicago: Fijorr Publishing
  • Sowell Thomas (2004), Ekonomia stosowana, czyli co robić, żeby nie psuć gospodarki, Warszawa, Chicago: Fijorr Publishing
  • Sowell Thomas (2008), Fakty i mity w ekonomii, Warszawa: Fijorr Publishing.

 Są jeszcze inne wydawnictwa publikujące książki ekonomistów szkoły austriackiej, np. książki Friedricha von Hayeka (książki te staram się polecać studentom jako tzw. literatura uzupełniająca, np. w ramach kursu Postawy ekonomii)

 Jest zatem tych pozycji sporo. Są one popularne i czytane (zwłaszcza przez młode pokolenie). Dlaczego zatem nie trafiają one do szkół i uniwersytetów? Ekonomia szkoły austriackiej jest praktycznie nieobecna na kursach uniwersyteckich (nawet w szkołach ekonomicznych).

 Co gorsza liczba godzin przeznaczanych na nauczanie ekonomii jest coraz mniejsza. Obserwuję to nie tylko na mojej uczelni, ale także w wyższych uczelniach ekonomicznych (np. Uniwersytetach Ekonomicznych). Kiedy w 2000 roku przeszedłem z Politechniki Wrocławskiej na Uniwersytet Wrocławski zacząłem uczyć Mikroekonomii i Makroekonomii; do dyspozycji miałem 120 godzin wykładów i tyleż ćwiczeń (konwersatoriów). Dzięki temu mogłem nie tylko opowiedzieć studentom o tym co jest wymagane w programach ministerialnych, ale sporo czasu miałem na powiedzenie o alternatywnych podejściach do analizy ekonomicznej (np. ekonomii ewolucyjnej, czy właśnie szkoły austriackiej). Kilka  lat temu program nauczania mikro- i makroekonomii ograniczony został do 90 godzin, a w tym roku studenci kierunku ekonomia mają jedynie Podstawy ekonomii w wymiarze 44 godzin wykładów!

Uniwersytety powoli stają się szkołami zawodowymi, a nie centrami dyskusji, zdrowych sporów akademickich, kształcenia ogólnego, krytycznego myślenia. Dzięki ‚staraniom’ ministerstwa, ważniejsze jest wypełnianie coraz to większej liczy dokumentów (w ramach tzw. Krajowych Ram Kwalifikacji) i formalne wykazanie jakiej to wiedzy, kwalifikacji i umiejętności nabyli studenci na zajęciach.

Owoce takiego scentralizowanego, ministerialnego  podejścia zbierać będziemy za parę lat, kiedy to z uczelni wychodzić będą niedouczone, bezkrytyczne roczniki absolwentów.

PS W uzupełnieniu wczorajszego wpisu (a zwłaszcza ostatnich akapitów) pozwolę sobie zacytować słowa Ludwiga von Misesa z jego Ludzkiego działania:

„Nieszczęście naszych czasów polega właśnie na tym, że panuje powszechna niewiedza dotycząca roli, jaką polityka wolności gospodarczej odgrywała w postępie technologicznym przez ostatnie dwieście lat. Ludzie padli ofiarą złudzenia, że udoskonalenie metod produkcji zbiegło się w czasie z polityką laissez faire tylko przez przypadek. Wprowadzeni w błąd przez marksistowskie mity uważają, że nowoczesny przemysł pojawił się w wyniku działania tajemniczych „sił produkcji”, które w żaden sposób nie zależą od czynników ideologicznych. Wydaje im się, że klasyczna ekonomia nie przyczyniła się do powstania kapitalizmu, lecz była jego wytworem, jego „ideologiczną nadbudową”, to znaczy doktryną służącą obronie nieuczciwych roszczeń kapitalistycznych wyzyskiwaczy. …

Charakterystyczną cechą naszych czasów, naznaczonych niszczycielskimi wojnami i dezintegracją społeczeństw, jest rewolta przeciw ekonomii. Thomas Carlyle nadał ekonomii przydomek „posępnej nauki”, a Karol Marks napiętnował ekonomistów jako „burżuazyjnych sługusów”. Szarlatani obiecujący cudowne recepty na stworzenie raju na ziemi traktują ekonomię z pogardą, nazywając ją nauką „ortodoksyjną” i „reakcyjną”. Demagodzy chełpią się swoimi rzekomymi zwycięstwami nad ekonomią. Człowiek „praktyczny” ostentacyjnie gardzi ekonomią i jest dumny ze swego braku wiedzy na temat badań prowadzonych przez „kanapowych ekonomistów”. Polityka gospodarcza ostatnich dziesięcioleci jest płodem mentalności, która wyśmiewa każdą solidną teorię ekonomiczną i wychwala fałszywe doktryny jej przeciwników. …  Za niezadowalający stan gospodarki z pewnością nie można winić nauki lekceważonej i pogardzanej zarówno przez rządzących, jak i masy. Trzeba z naciskiem stwierdzić, że przez ostatnie dwieście lat losy nowożytnej cywilizacji białych ludzi były ściśle związane z losami ekonomii. Cywilizacja ta mogła się pojawić dzięki temu, że narody, które ją budowały, potrafiły docenić odkrycia ekonomii i zastosować je w polityce gospodarczej. Cywilizację tę czeka zagłada, jeśli narody nadal będą podążać drogą wskazywaną im przez doktryny odrzucające myślenie ekonomiczne.

To prawda, że ekonomia jest nauką teoretyczną i powstrzymuje się od sądów wartościujących. Jej zadaniem nie jest wskazywanie ludziom, do jakich celów powinni dążyć. Jest to nauka o tym, jakich środków należy użyć, żeby osiągnąć obrane cele, a nie o tym, jakie cele sobie wyznaczać. Podstawowe decyzje, ocena i wybór celów znajdują się poza zakresem badań nauki. Nauka nigdy nie mówi człowiekowi, jak powinien postępować, wskazuje mu tylko, co musi zrobić, jeśli chce osiągnąć określony cel.

Niektórym ludziom wydaje się, że to bardzo mało i że nauka, która ogranicza się do badania tego, co jest [a nie tego, jak powinno być – uw. red.], i nie potrafi sformułować sądu wartościującego na temat najważniejszych, ostatecznych celów, nie ma nic do powiedzenia o życiu ani działaniu. Ten pogląd jest również błędny. Jednakże wykazanie jego fałszywości nie jest zadaniem tych wstępnych uwag. Jest to jeden z celów całego traktatu.”

Mises Ludwig von, Ludzkie działanie: traktat o ekonomii, Warszawa: Instytut Ludwika von Misesa,, tłumaczenie: Witold Falkowski, 2007

Dzisiejsza notatka nawiązuje w pewien sposób do moich dwóch wpisów sprzed dwóch lat: Na początek roku akademickiego oraz Jeszcze raz o studentach. Kiedy w  artykule „ASP produkuje osierocone zombie”. Debata o uczelni przeczytałem: „Po raz pierwszy od 30 lat studenci Akademii Sztuk Pięknych i ich wykładowcy dyskutowali o tym, co zmienić na swojej alma mater. Taka debata to na wrocławskich uczelniach absolutny wyjątek”, to jako ‘czynny akademik’ zacząłem czytać dalej, z nadzieją, że dowiem się coś ciekawego o tym jak należy zmienić ‘życie uczelni’. No i faktycznie dowiedziałem się coś na prawdę interesującego. Łukasz (absolwent ASP, albo tzw. wieczny student?) powiedział: ”Absolwenci są miarą jakości kształcenia. Ja z tej perspektywy widzę, że na studiach brakowało zajęć z autoprezentacji, pisania CV czy też budowania portfolio. Może nawet przydałby nam się trener osobisty, który motywowałby nas do nauki.” (wyróżnienie moje – WK).

Rozumiem, że student może odczuwać brak praktycznych zajęć, w stylu uczenia ‘autoprezentacji, pisania CV czy też budowania portfolio” (co jednak powinno być traktowane jako zajęcia dodatkowe). Jednakże oczekiwać tego by uczelnia była niańką, by załatwiała ‘trenera osobistego’ wydaje mi się (używając języka studenckiego) przegięciem.

To nie jest problem jednostkowy. Sam obserwuję u studentów, że my, tzw. nauczyciele akademiccy, mamy stworzyć im taką atmosferę na uczelni by studiowanie było ‘łatwe, lekkie i przyjemne’.

A studia to przecież ogromny indywidualny, intelektualny wysiłek. W którym nauczyciel ma być przewodnikiem i partnerem w dyskusji. Tak mi się przynajmniej, skromnie, wydaje.

Kładę jednak uszy po sobie, bo jeszcze studenci pójdą do dziekana albo rektora, naskarżą na mnie i wtedy dopiero będę miał się  z pyszna.

Za kilka dni zaczyna się nowy rok akademicki i radosne spotkania ze studentami, a tam na wykładach będzie także  o Szkotach, nie o tych z żartów, ale o znanych postaciach historycznych. 

Tak się złożyło, że miałem okazje przeczytać w magazynie krakowskiego portu lotniczego Airgate artykuł pt. Edynburg – miasto tajemnic. Zajrzałem do tego artykułu, bo dla mnie Edynburg to fascynujące miejsce, które kojarzy mi się przed wszystkim ze Szkockim Oświeceniem. Jakież było moje rozczarowanie, kiedy od razu na początku przeczytałem, „Gdyby nie Edynburg, nie mielibyśmy ani Harry’ego Pottera, ani Sherlocka Holmesa, ani Jamesa Bonda.” A potem, było już tylko gorzej. Autor artykułu (którego nazwiska przez litość nie wspomnę), pisze: „Szkocka stolica odegrała jednak bardzo duża rolę w historii… Anglii. Co tam Anglii! Całego świata! Bo czyż Harry Potter, Sherlock Holmes, i agent 007 James Bond to nie są już postaci światowego formatu? A każda z nich powstała w Edynburgu.” W dalszej części artykułu, autor opisując ‘metafizyczny klimat’ Edynburga raczy nas opowieściami o niejakich Williamie Burke i Williamie Hare, „którzy w XIX wieku kradli ciała z edynburskich cmentarzy”, okultyście Thomas’u Weir’dzie, o 300 czarownicach, które spalone zostały na „stosie niedaleko edynburskiej Fontanny Czarownic”, o walkach kogutów, itp. Kończy natomiast ten dosyć długi artykuł zdaniem: „Zobaczyć to – czy bardziej poczuć – warto tak samo, jak poczytać sobie Arthura Conana Doyle’a, Roberta Louisa Stevensona czy Joanne Rowling.”

Ani słowa w tym artykule o naprawdę historycznym okresie dla dziejów świata, mianowicie o Szkockim Oświeceniu, i o klimacie intelektualnym Edynburga w XVIII wieku! Nie ma nic o takich szkockich myślicielach i naukowcach jak Francis Hutcheson, David Hume, Adam Smith, Dugald Stewart, Thomas Reid, Adam Ferguson. To chyba znak naszych czasów, kiedy to gwiazdki i gwiazdeczki, tzw. celebryci stają się ważniejsi niż naprawdę znane postaci kultury i sztuki. Czy świadczy to o niedouczeniu i ignorancji redaktorów i dziennikarzy? Śmiem zadać to pytanie, bo taki elementarny brak wiedzy autorów publikacji  w gazetach i tygodnikach, oraz wypowiedziach redaktorów w radio czy telewizji jest spotykany coraz częściej.

Nie wymagam, by autor artykułu o Edynburgu przeczytał prace Stefana Zabieglika, znawcy kultury Szkocji i Szkockiego Oświecenia, ale mógłby na początek zajrzeć choćby do Wikipedii co tam jest napisane o Edynburgu, potem do hasła o Szkockim Oświeceniu. Tam dowiedziałby się, choć trochę, o tym kto to byli Francis Hutcheson, David Hume, Adam Smith, Dugald Stewart, Thomas Reid, Adam Ferguson i jak ich idee ukształtowały bieg historii świata w ostatnich 250 latach. Dobrze jest wiedzieć, kto to był Arthur Conan Doyle, Robert Louis Stevenson czy Joanne Rowling, ale warto znać proporcje i warto poznać myśli ludzi, którzy ukształtowali naszą cywilizację. To zresztą powinniśmy wynieść z nauki szkolnej i uniwersyteckiej. Ale by tak było, proces edukacji musiałby przebiegać całkiem inaczej niż to wytyczone jest przez, uwielbiających wszelkie standardy, urzędników ministerstw, czy to edukacji czy szkolnictwa wyższego. Ale, jakość kształcenia to już całkiem inna historia.

Za parę dni zderzę się z tym, kiedy spotkam się ze studentami pierwszego roku i zobaczę ich ‘maślane oczy’, kiedy zadam kilka elementarnych pytań, czy to z historii, czy o aktualnej sytuacji społecznej albo gospodarczej. Najgorsze jest to, że co roku jest gorzej i z roku na rok te oczy stają się coraz to bardziej ‘maślane’.  

Przed chwilą przeczytałem artykuł o tym jak to „Agnieszka Horyza budowała firmę od 10 lat. Rząd jedną ustawą niszczy jej biznes. Pracę straci 130 osób”. Po przeczytaniu wypowiedzi Pani Horyzy: „Dla mnie to była głównie pasja, poświęciłam temu całe swoje życie. Kokosów nie zarabiam, przez pierwsze 5 lat nie miałam wakacji. Moja firma uczy dzieci angielskiego w 250 przedszkolach. Rząd wszystko to niszczy jedną ustawą” i, że „straci cały dorobek życia, bo od 1 września w przedszkolach w ogóle nie będzie zajęć dodatkowych”, pomyślałem, że znów rząd próbuje ręcznie sterować gospodarką i znęca się nad przedsiębiorcami.

Dalej w tym artykule czytamy: „Jeśli ustawa faktycznie wejdzie w życie od 1 września, to tylko w naszej szkole bezpośrednio straci pracą ok. 40 osób, łącznie z pracownikami biurowymi. Kolejne osoby to 21 licencjobiorców prowadzących własne działalności gospodarcze i około 70 lektorów z nimi współpracujących.”

 Nie znam dokładnie sprawy i w tym momencie czytania artykułu, zadałem sobie pytanie: „Czy tak powinien zachowywać się prawdziwy przedsiębiorca? Czy powninein pisać petycje do rządu?”.  Wydaje się, że jest czymś naturalnym w biznesie, że przedsiębiorców spotykają różne nieoczekiwane zdarzenia i naturalną ich reakcją jest próba dostosowania się do tych nowych warunków. Pomyślałem, no dobrze, jeśli państwo przestaje dopłacać do dodatkowych zajęć (czyli nas podatników będzie to mniej kosztowało) to  chyba nic nie stoi na przeszkodzie by Pani Agnieszka i inni przedsiębiorcy z tego sektora podpisali z przedszkolami umowy, by zajęcia były kontynuowane, a za naukę zapłacą rodzice, czyli ci którzy są zainteresowani by dzieci uczyły się angielskiego.

Zgłupiałem, kiedy przeczytałem, że „te zajęcia są dobrowolne, a rodzice płacą za nie naprawdę mało – zdecydowanie mniej, niż musieliby płacić prywatnie lub popołudniami. Zajęcia odbywają się poza tzw. podstawą programową, kiedy dziecko podczas zajęć ogólnorozwojowych zdobywa umiejętności określone przez Ministerstwo. Nie reorganizujemy pracy nauczycieli, ani nie wchodzimy w ich kompetencje.” Jeśli tak, to faktycznie coś z tymi urzędnikami w Ministerstwie i politykami głosującymi za taką ustawą jest nie tak. Jak można zabronić rodzicom dobrowolnie dogadać się z oferującymi usługi edukacyjne firmami by ich pracownicy uczyli dzieci angielskiego? W tej sytuacji to faktycznie paranoja. Wracamy do najczystszego socjalizmu?

Potem pomyślałem  sobie, że przecież w Polsce mamy takie ‘fajne’ powiedzenie: „Prawo jest po to, aby je omijać” (nawiasem mówiąc to nasze wielkie nieszczęście, że mamy taki stosunek do prawa – no, ale kiedy od dziesięcioleci mamy takich ustawodawców, którzy tworzą prawo, którego nie da się stosować w życiu, to konsekwencją jest taki a nie inny stosunek Polaków do prawa). Nie mam doświadczenia w tym względzie, ale chyba musi być jakiś sposób ‘ominięcia tego durnego prawa”.

Szybko okazało się, że jest tu coś na rzeczy bo w jednym z komentarzy do tego artykułu przeczytałem (zachowałem pisownię): „OJ, bardzo irytujący artykuł! Sama prowadzę taką firmę, która między innymi uczy Dzieci angielskiego, szachów i innych w przedszkolu. Nie mniej jednak z całym szacunkiem, ale jest mnóstwo nieścisłości w tym artykule. Już mam informacje z kuratorium, że umowa o wynajem lokalu w przedszkolu oraz umowa z Radą Rodziców wystarczy aby zajęcia kontynuować bez szwanku dla osób, które chcą aby Dzieci uczestniczyły w zajęciach dodatkowych. Wymaga to drobnych reorganizacji, ale nie przekreśla całkowicie szans na zajęcia dodatkowe w przedszkolach. Nie sądzę aby firma o której mowa straciła nagle prawo istnienia, natomiast sądzę, że artykuł jest sprytną promocją tej firmy. Gratuluję pomysłu, szkoda, tylko, że brak tutaj rzetelności dziennikarskiej. Opieranie opinii i dramatyzowania na podstawie wypowiedzi jednej firmy, których są setki. Jeszcze raz gratuluję rzetelności.”

W tym momencie powstrzymuję się od dalszego komentowania.


  • RSS