Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z tagiem: neoliberalizm

Dopiero dzisiaj przeczytałem artykuł Marcina Króla Dlaczego musimy się zmienić? z sobotnio-niedzielnego magazynu GW (takie czasy!, to zresztą widać po częstotliwości wpisów na tym blogu – i tu bije się w piersi: mea culpa, mea maxima culpa).
Starałem się go przeczytać ze zrozumieniem, ale fragmentami naprawdę nie byłem w stanie zrozumieć o co chodzi prof. Królowi. Kolejny raz mój politechnicznie ukształtowany, inżynierski rozumek nie był w stanie pojąc głębokich myśli filozofów (nie mam nic przeciwko filozofom, wiec może powinienem napisać, niektórych filozofów?).

Poniżej próbka niektórych myśli filozofa z którymi miałem kłopot (Czy tylko ja mam ten kłopot? Oto jest pytanie!)

Choroba ta [demokracji zachodnich – WK] polega na poważnych niedostatkach demokracji przy nieznośnie bezkrytycznym umiłowaniu liberalizmu w dwu postaciach: gospodarczej – neoliberalizm, oraz społecznej – radykalizacja indywidualizmu, czyli zanik wspólnoty.”

Gdzie to ‘bezkrytyczne umiłowanie’ widzi prof. Król, ‘radykalizacja indywidualizmu’ wcale nie przeczy możliwości kształtowania się wspólnoty (wystarczy poczytać ‘O demokracji w Ameryce’, A. de Tocqueville).

„Żyjemy więc w świecie niesprawiedliwym, pozbawionym przeszłości i przyszłości, zagrożonym ostatnio przez wojnę, nie tak liberalnym, jak być powinno, i nie dość demokratycznym, by demokracja budziła nasz szacunek.”

To zdanie nawet trudno mi jest rozebrać na tzw. czynniki pierwsze.  

„Ponieważ doszliśmy do punktu, z którego nie tylko nie widać przyszłości, ale nawet horyzontu. Wszystko zdominowała mgła, mgła demokracji bez serca i liberalizmu bez wolności, wolności wykorzystanej przez siebie i dla innych.”

Czy to nie jest to zbytnio poetyckie? I zapytam jak pytał nas nauczyciel w szkole: Co poeta miał na myśli?

„Ale to była pestka, bo jeżeli zdołamy spojrzeć poza mgłę, na odległy las na horyzoncie, to zobaczymy, że nigdy do niego nie dojdziemy bez wskazówek.”

Kurka wodna, to jest ten horyzont czy go nie ma? Jednak Pan profesor potrafi spojrzeć poza ‘mgłę demokracji’.

„Demokracja to wspaniała wizja wspólnoty politycznej, wizja – piszę to z całą wiedzą o utopiach i ich konsekwencjach – utopijna. Jednak jest to utopia w postaci owego horyzontu, i tak jak filozof wie, że dąży do prawdy, która zawsze jest gdzieś na odległym horyzoncie, dąży do niej, chociaż wie, że jej nie osiągnie (Leszek Kołakowski), tak zwolennik demokracji dąży do pełnej wspólnotowej demokracji, chociaż wie, że na tym świecie jest ona nieosiągalna, ale dzięki samemu dążeniu świat się zmienia, na ogół na lepsze.”

To już wolę jak Skaldowie śpiewają o króliczku.

„Horyzont demokracji, nadzieja demokratyczna, wizja i utopia stały się tak odległe, ponieważ od kilku dobrych dekad żyjemy, my, wszyscy obywatele cywilizacji zachodniej, w nieustającym strachu, który – przepraszam za banał – jest złym doradcą. A czegóż to się boimy? A tego, że stracimy to, co mamy, na rzecz tego, co niepewne. Ten strach jest psychologicznie zrozumiały, lecz intelektualnie i politycznie morderczy.”

Aż się boję bać.

„Filozof ma obowiązek przypominać, że przyszłość istnieje, a skoro chcemy żyć w demokracji, to jesteśmy zobowiązani do myślenia o tej przyszłości.”

Tylko demokracja ma patent na myślenie o przyszłości? Kubańczyk, żyjąc pod dyktaturą Fidela już o przyszłości nie myśli.

„Ryzyko polega na rozszerzeniu uczuć prywatnych na publiczne, wolności prywatnej na publiczną.”

Ludzie, powiedzcie mi co to są ‘uczucia publiczne’, a także co to jest ‘wolność publiczna’.

Ale nie tylko prof. Król ma patent na takie ‘bon moty’. Nawet nie musiałem szukać daleko. W artykule wydrukowanym obok artykułu Marcina Króla (Piotr Kuczyński, ‘Czy rynek wycenia wartość pisarza?’) znalazłem taki kwiatek: „To już zdecydowanie nie jest liberalizm – to jest neoliberalizm”.

Taki wpis powinien pojawiać się niemalże codziennie, bo też niemalże codziennie zdarza mi się czytać tekst zohydzający liberalizm. Ciągle zastanawiam się skąd taka postawa się bierze? Najczęściej chyba z całkowitego niezrozumienia czym liberalizm jest, ale bardzo często z chęci przyłożenie (dokopania) tym wstrętnym liberałom, bo to przecież oni są odpowiedzialni za wszelkie zło tego świata.
Jakże często ta niechętna postawa wobec liberalizmu (neoliberalizmu w istocie, bo takie słownictwo jest powszechne) przybiera formę ‘ustawiania sobie chłopca do bicia’ (o czym wielokrotnie na tym blogu pisałem).
Do dzisiejszego wpisu sprowokował mnie kolega, który podesłał mi wywiad z Paulem Craigiem Robertsem, amerykańskim ekonomistą uważanym za jednego z architektów reaganomiki. Już sam tytuł – Neoliberalizm wprowadził zachodnie gospodarki na ścieżkę samozniszczenia – ma zohydzić liberalizm. Przedstawiona tam krytyka neoliberalizmu jest o tyle uwiarygadniana, że początki neoliberalizmu datowane są przez wielu właśnie na czasy prezydentury Ronalda Reagana i premierostwa Margaret Thatcher.
Jak się jednak przyjrzeć dokładniej temu o czym mówi Roberts, to nie jest żaden neoliberalizm (choć co rusz używają tego słowa zarówno prowadzący wywiad, jak i Roberts), ale ‘kapitalizm kolesiów’, ‘kapitalizm polityczny’, kapitalizm kreatywny (o korzeniach tego typu kapitalizmu pisze tutaj). Dlaczego Roberts dokonuje takiego nadużycia? Trudno mi powiedzieć. Wydaje się, że z racji swego wykształcenia i doświadczenia zawodowego, powinien on rozumieć istotę liberalizmu, kapitalizmu i wolnego rynku.
Sam pisze o tym, jak to za prezydentury Reagana wprowadzali zasady wolnorynkowe, liberalne. Zacytujmy go: „Zaczęliśmy od podatków osobistych oraz od zysków kapitałowych. Obniżyliśmy wszystkie stawki. Tu nie chodzi tylko o to, by ludzie w sumie płacili mniej. Naszym celem było stworzenie takiej sytuacji, w której opłaca się pracować i produkować więcej niż dotychczas. Bo dotąd każdy dodatkowy dolar był opodatkowany na tyle wysoko, że nie warto było pracować więcej. A jak nie pracowano więcej, to było mniej oszczędności i mniej pieniędzy na inwestycje. Logiczny wniosek, że taki system promował bierność zamiast pracy i konsumpcję zamiast inwestycji. Więc myśmy tę sytuację odwrócili. Niższe podatki od wyższych dochodów sprawiały, że brak pracy i konsumpcja stały się nagle bardziej kosztowne. A inwestycje bardziej opłacalne. Keynesistom się to nie podobało, ale gdy zobaczyli, że nasza recepta działa, musieli złożyć broń. Bo nagle amerykańska gospodarka ruszyła z miejsca. Pojawiła się też praca. Dobra, solidna praca dla zwyczajnych Amerykanów.”
To nie przeszkadza mu powiedzieć: „Wstyd mi za neoliberalizm. Ten niewiarygodnie patologiczny kult wolnego rynku, który wprowadził zachodnie gospodarki, w tym USA, na ścieżkę samozniszczenia”. Można zadać pytanie o jakim neoliberalizmie on mówi? Gdzie w ostatnich latach, od 1990 roku, widzi on ten ‘kult wolnego rynku’?
Zacytujmy jego wypowiedzi odnoszące się, do okresu po 1990 roku i sami osadźmy, czy mówi on o sytuacji, która w jakikolwiek sposób ma odniesienie do zasad (klasycznego) liberalizmu. Przy okazji proponuję by (np. przy drugim czytaniu tych cytatów, albo najlepiej przy czytaniu całego wywiadu) wstawić tam gdzie pada słowo ‘neoliberalizm’ określenie typu ‘kapitalizm kolesiów’, lub ‘kapitalizm polityczny’ albo ‘kapitalizm kreatywny’. Według mnie wypowiedzi Robertsa będą bardziej zrozumiałe i odpowiadające rzeczywistej sytuacji i rzeczywistej krytyce.

Stwierdza on: „Korporacje w majestacie prawa mogą kupować sobie wybory oraz rządy” (od razu ciśnie się pytanie – to naprawdę postuluje liberalizm (neoliberalizm)?). Dalej: „Im bardziej neoliberalna gospodarka, tym wyższy poziom bezrobocia. Według najnowszych statystyk 40 proc. amerykańskiej populacji zarabia mniej niż 40 tys. dol. rocznie. A granica biedy w tym kraju to jakieś 24 tys. 3 proc. populacji w ogóle nie ma pieniędzy na żadne wydatki prócz pokrycia najbardziej podstawowych potrzeb. Oni właściwie nie uczestniczą w obrocie gospodarczym i są na dodatek potężnie zadłużeni. Rosną tylko dochody absolutnie najbogatszych. Tego symbolicznego już jednego procenta. Tylko czy to jest powód do radości w rzekomo najbogatszym i najpotężniejszym gospodarczo kraju na ziemi? Przecież w tej sytuacji nie ma absolutnie żadnych szans na ożywienie gospodarcze. Bo skąd ono ma się wziąć?”. (Czy to bezrobocie stworzone zostało dlatego, że w duchu liberalnym sprzyjano rozwojowi przedsiębiorczości (jak to było za Reagana) czy dlatego, że kapitalizm kolesiów zniszczył ducha przedsiębiorczości w Ameryce?)
Roberts przyznaje, że pazerność wielkich korporacji była wymuszona „przez Wall Street. Bo inwestorzy powiedzieli do firm: zobaczcie, tam są niesamowite szanse na krociowe zyski. Nadal ich nie widzicie? To my zaraz pójdziemy do waszych konkurentów i sfinansujemy im przejęcia waszego biznesu. Więc i tak wasze firmy trafią do Chin.”
Zauważa on, że „jeśli szukać autorów liberalizacji amerykańskiego sektora finansowego, to trop wiedzie tutaj wprost do dwóch nazwisk” (chodzi o Billa Clintona i George W. Busha). Roberts wspomina o zniesieniu w 1999 r. (za czasów Clintona) słynnej ustawy Glassa-Steagalla z lat 30. którą uchwalono po to, żeby ukrócić poziom spekulacji i pokusę nadużycia na rynkach finansowych. „Od tamtej pory każdy bank mógł zacząć działać w branży inwestycyjnej i używać depozytów swoich klientów do finansowania nawet bardzo ryzykownej działalności.” Czy to podejmowanie coraz to bardziej ryzykownej działalności spowodowane było liberalną zasadą, że jak podjąłeś złą decyzję to sam zapłacisz za swoją porażkę, czy raczej, tym, że państwo gwarantowało, że „zbyt duży nie może upaść”, wymuszało udzielanie kredytów osobom niewypłacalnym, czy gwarantowało wysoką ocenę papierów wartościowych gwarantowanych, w ten czy inny sposób, przez państwo?
Dalej Roberts mówi: „I deregulacyjne szaleństwo ruszyło pełną parą. Już na samym początku jego administracja zniosła regulacje derywatów (czyli instrumentów pochodnych, np. kontraktów terminowych albo swapów – red.) znajdujących się w obrocie pozagiełdowym. Potem bushowcy zdecydowali, że w ogóle nie interesuje ich ograniczanie działalności spekulacyjnej. I tak zmienił się świat finansów.” Czy to rynek zadecydował, że ‘nie interesuje go ograniczenie działalności spekulacyjnej’? Czy ludzie uwierzyli w to wszystko dlatego, ze wmówiono im, że na straży bezpieczeństwa sytemu finansowego stoją instytucje rządowe (np. Securities and Echange Commission)? To w istocie agencje rządowe gwarantowały to, że agencje ratingowe oceniały śmieciowe papiery wartościowe jako te o najwyższym ratingu.
Dalej już bez komentarzy i zadawania pytań pozwolę sobie zacytować fragmenty wypowiedzi Robertsa: „amerykańskie elity polityczne poczuły się po prostu bezkarne. Zaczął się etap hegemonicznej dominacji Stanów Zjednoczonych. Na jej potrzeby wymyślono sobie papierowego wroga w postaci rzekomego terroryzmu islamskiego. … Wielki kapitał, a zwłaszcza sektor finansowy, zainwestował wiele w to, by do globalizacji dorobić opowieść pod tytułem „To jest w interesie każdego z nas. Nikt na niej nie straci, a wszyscy zyskają”. … [a zrobili to] pieniędzmi. Wielki kapitał po prostu kupił sobie amerykańską klasę ekonomiczną. Uczynił z niej swoich lobbystów. Stworzył sieć grantów badawczych, think tanków. Niektórzy ekonomiści przechodzili wręcz do biznesu, zasiadając w zarządach spółek finansowych. Ekonomia w latach 90. i na początku XXI wieku przestała być nauką. Stała się propagandą. … To przejaw degeneracji amerykańskiego życia publicznego. Ameryka stała się państwem lobbingowym. … W USA kampanie wyborcze są finansowane z datków prywatnych. Kilka lat temu Sąd Najwyższy tylko to utwierdził, uznając, że prawo do wspierania kampanii wyborczych przez korporacje nie może być ograniczone. … W Stanach niezależnie od politycznego rozdania rządzi więc kilka potężnych organizacji lobbystycznych. Najważniejsza z nich to Wall Street, a więc banki i instytucje finansowe. Drugą jest sektor militarny oraz bezpieczeństwa. Wyjątkowo groźny dla reszty świata, co pokazały wypadki sprzed dekady. Trzeci blok to potężne lobby izraelskie. Potem jeszcze lobby górniczo-naftowe. Szczególnie wpływowe od czasów George’a W. Busha, który postawił wielu nafciarzy na czele powiązanych z rządem ogranizacji zajmujących się środowiskiem. Na tym przykładzie dobrze widać, jak działa ta „neoliberalna deregulacja”. … Bo nie ma w tym kraju żadnych wolnych mediów. … Mieliśmy kiedyś w Ameryce tysiące niezależnych od siebie tytułów. Wzajemnie się uzupełniających i niezależnych. I to był prawdziwy pluralizm. Dziś całe amerykańskie media są skoncentrowane w mniej więcej pięciu kluczowych megakoncernach. Wiem, co mówię, bo współpracowałem kiedyś blisko z „Wall Street Journal”. Dziś ten szacowny tytuł należy do… megakoncernu Ruperta Murdocha. Tymi tytułami nie rządzą już dziennikarze, tylko specjaliści od marketingu i reklamy. Zniknął też słynny mur oddzielający pion biznesowy od merytorycznego. Rząd zaś zabezpiecza się przed nadmierną krytyką ze strony tych tytułów, kontrolując system licencji na nadawanie.”
Zadam tylko pytanie do tego powyższego cytatu. Czy wszystko to o czym mówi Roberts to ma cokolwiek wspólnego z liberalizmem? Śmiem twierdzić, że jest to przeciwieństwo tego co może być wynikiem stosowania na co dzień zasad liberalnych, zasad wolnego rynku.

Może dobrze byłoby aby ci którzy z ohydą patrzą na liberalizm zapoznali się przynajmniej z podstawowymi zasadami liberalizmu, by mogli sobie sami odpowiedzieć na pytanie czym w istocie jest liberalizm? Na początek proponuję Ludwiga von Misesa, Liberalizm w klasycznej tradycji. System Społeczno-Ekonomiczny (1989, oryginalne niemieckie wydanie w 1927 r.).
W mojej Historii myśli liberalnej (której robocza wersja dostępna jest tutaj), odwołując się, właśnie do Misesa, próbowałem odpowiedzieć na pytanie:
„Czym zatem jest liberalizm? Jak pisał Ludwig von Mises (1989, s. 3):
„Liberalizm nie jest kompletną doktryna lub określonym dogmatem. Całkiem przeciwnie: jest zastosowaniem nauki do życia człowieka w społeczeństwie. I tak jak ekonomia, socjologia i filozofia nie zatrzymały się w swoim rozwoju od czasów Dawida Hume, Adama Smitha, Dawida Ricardo, Jeremy Benthama, i Wilhelma Humboldta, tak doktryna liberalizmu jest inna dzisiaj od tej, jaka była w ich czasach, nawet jeśli jej podstawowe zasady pozostały niezmienne. [...] Liberalizm jest doktryną dotyczącą całkowicie wzajemnego postępowania ludzi w stosunku do siebie w tym świecie. [...] Liberalizm nie przyrzeka ludziom szczęśliwości i zadowolenia, ale tylko możliwie najobfitsze zaspokojenie wszystkich tych pragnień, które mogą być zaspokojone rzeczami zewnętrznego świata.
Liberalizm często krytykowany jest za zbyt materialne nastawienie do człowieka. Twierdzi się, że nie ma on nic do zaoferowania dla zaspokojenia tzw. wyższych potrzeb człowieka. Trzeba być świadomym, że odpowiednia polityka społeczna może przyczynić się do polepszenia bytu materialnego, ale nigdy nie zdoła uczynić ludzi szczęśliwszymi, czy też zadowolić ich najskrytsze pragnienia.”

Liberałowie uważają wręcz, że „szczęście i zadowolenie z losu nie zależy od żywności, odzienia i mieszkania, ale przede wszystkim od wewnętrznych myśli i marzeń człowieka” (Mises, 1989, s. 4). Troszcząc się przede wszystkim o materialny byt człowieka, liberalizm nie lekceważy duchowej strony życia. Taki stosunek liberalizmu do sfery duchowej wypływa z przekonania, że żadne regulacje zewnętrzne nie mogą wpływać na to, co najwyższe i najgłębsze w człowieku. Liberałowie dążą do stworzenia odpowiednich warunków dla zaspokojenia materialnych potrzeb człowieka, traktując to jako warunek konieczny jego pełnego duchowego rozwoju. Wypływa to z ich przekonania, że „inne duchowe bogactwa nie mogą przyjść do człowieka z zewnątrz, ale z wnętrza jego własnego serca” (Mises, 1989, s. 4). To co najważniejsze w liberalizmie, to chęć stworzenia zewnętrznych warunków, koniecznych do zbudowania bogatego życia wewnętrznego. Liberałowie wierzą nie tylko w możliwości doskonalenia się ludzi ale też i w możliwości polepszania warunków zewnętrznych, w których przychodzi im żyć. Co jednak równie istotne, liberałowie są przekonani, że w perspektywie długookresowej, w toku ludzkich dziejów dokonuje się rzeczywiste doskonalenie się człowieka i poprawa jego warunków życia, przy czym okresy najszybszych zmian na lepsze doświadczane były przez cywilizacje, które umożliwiały jednostką względną swobodę działania, w imię ich własnego interesu. Liberalna wiara w możliwości doskonalenia się człowieka zakłada empiryczny i pragmatyczny stosunek do zastanej rzeczywistości, skłonności do eksperymentowania i poszukiwania coraz to lepszych rozwiązań. Pod tym względem liberałów można nazwać ewolucjonistami, bo podobnie jak w ewolucji naturalnej, lepsze rozwiązania poszukiwane są metodą prób i błędów, a znalezione rozwiązania zawsze poddawane są jak najszybszej konfrontacji z rzeczywistymi warunkami i sprawdzeniu ich przydatności w warunkach rzeczywistych. Generalnie można powiedzieć, że ideą bliską liberałom było pojęcie zmiany – już na początku XIX w. partia liberalna nazywana była „partią ruchu”, w odróżnieniu od konserwatystów, nazywanych „partią porządku”.
Mises (1989, s. 167) kończy swoją książkę o liberalizmie stwierdzeniem, które warto wielokrotnie powtarzać:
„Liberalizm nie jest religią, ani żadnym światowym poglądem, żadną partią specjalnych interesów. … Liberalizm jest czymś całkowicie różnym. Jest ideologią, doktryną wzajemnej zależności wśród członków społeczeństwa i równocześnie, zastosowaniem tej doktryny do zachowania się ludzi w aktualnym społeczeństwie. Nie obiecuje nic, co przekracza to co może być osiągnięte w społeczeństwie i przez społeczeństwo. Pragnie dać ludziom jedną rzecz, spokojny, niezakłócony rozwój materialnego dobrobytu dla wszystkich ludzi, by osłonić ich przed zewnętrznymi przyczynami bólu i cierpień, o ile to leży w mocy społecznych instytucji w ogóle. Zmniejszać cierpienia, zwiększać szczęście: to jest cel liberalizmu. …
Liberalizm … nie ma partyjnych kwiatów i nie ma żadnych kolorowych sztandarów, żadnych partyjnych pieśni, żadnych partyjnych bożków, żadnych symboli i sloganów. Liberalizm ma istotną treść i argumenty. Te muszą prowadzić do zwycięstwa.”

W tym samym czasie co Mises, w podobnym duchu o istocie liberalizmu pisał Ramsay Muir (1920, s. 15), dla którego liberalizm jest „raczej stanem umysłu, punktem widzenia, sposobem patrzenia na różne sprawy a nie ustaloną i niezmienną doktryną. Jak wszystkie żywotne wyznania, jest raczej przekonaniem duchowym a nie jakimś przepisem.”

Co rusz to w popularnych gazetach, programach publicystycznych w telewizji czy radiu słychać niemalże jednobrzmiącą diagnozę: za wszystkie obecne kłopoty, za kryzys ostatnich lat odpowiedzialny jest neoliberalizm. Nie sposób odpowiadać  na te liczne nieporozumienia. Gorsze jednak, że w podobnym duchu publikowane są artykuły w wielu polskich czasopismach naukowych. W Ekonomiście, jednym z najbardziej znanych polskich czasopism, w ostatnim czasie ukazało się też kilka takich artykułów. Kiedy przeczytałem np. Jerzego Żyżyńskiego ‘Neoliberalizm jako strukturalna przyczyna kryzysu a poszukiwanie dróg naprawy’ (tutaj inna wypowiedź prof. Żyżyńskego, utrzymana w podobnym duchu), Grzegorza W. Kołodko ‘Neoliberalizm i światowy kryzys gospodarczy’ (a tutaj inna wypowiedź prof. Kołodki), czy rozmowę ze Zdzisławem Sadowskim ‘Ekonomia w ujęciach neoliberalizmu’, to za każdym razem miałem ogromną ochotę odpowiedzieć Panom profesorom ekonomistom. Potem, w natłoku innych (ciekawszych) zajęć, kiedy dochodziło do tego jeszcze zwątpienie typu ‘czy cokolwiek to zmieni?’, odkładałem ten zamiar ad Kalendas Graecas.

Kiedy jednak będąc w Krakowie na uroczystościach z okazji jubileuszu 90. rocznicy założenia Towarzystwa Ekonomicznego w Krakowie oraz 65-lecia Oddziału Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego w Krakowie wysłuchałem debaty pt. Wielki kryzys jako bilans otwarcia XXI wieku. Próba holistycznej interpretacji w której sześciu znanych polskich osobistości (w tym pięciu profesorów ekonomii) w jednym tonie, niemalże waląc w jeden bęben, oskarżali kapitalizm, rynek i neoliberalizm (odmieniane przez wszystkie przypadki) za obecny kryzys, nie wytrzymałem i zabrałem głos w dyskusji. Organizatorzy poprosili mnie bym przesłał te swoje uwagi na piśmie to umieszczą je w publikacji po tym jubileuszu. Zmobilizowałem się i uczyniłem to. Wypowiedź jest krótka, z pewnością za krótka, ale może na początek niech to wystarczy.

Problem, który cały czas mnie nurtuje, to jak zmagać się z tego rodzaju wypaczeniami, nieporozumieniami, a często przekłamaniami? Jakimi sposobami już nawet nie przekonać wypowiadających się w podobnym duchu (bo to chyba nie jest możliwe), ale w jaki sposób przekonać czytelników i słuchaczy by czytali i słuchali tego rodzaju opinie z  dużą dozą krytycyzmu, w jaki sposób wyczulić ich na nieprawdziwość takich wypowiedzi?

W jednym z ostatnich wpisów wspomniałem o
artykule Andrzeja Szahaja pt. Posprzątać po neoliberaliźmie’. Tak jak mogłem
oczekiwać ładnie i kompetentnie odpowiedział na ten artykuł Witold Gadomski. Pofesor
Szahaj niestety niewiele zrozumiał z tego co próbował przekazać mu redaktor
Gadomski i odpowiedział w iście akademickim stylu. Andrzej Szahaj klasyfikuje i dzieli włos na
czworo, jak przystało na ‘prawdziwego profesora’. Według niego „neoliberalizm
nie jest tożsamy z liberalizmem jako takim. … Zrównywanie neoliberalizmu z
liberalizmem jako takim to zabieg ideologiczny, który ma doprowadzić do
zmonopolizowania myślenia o liberalizmie przez zwolenników tej jednej z jego
odmian.” Panie profesorze, już Szekspir zauważył:
"Czym
jest nazwa? To, co zowiem różą, Pod inną nazwą równie by pachniało."
Liberalizm
ma swoje jasno określone znaczenie (proponuję poczytać choćby Ludwiga von Misesa ‘Liberalizm
w tradycji klasycznej’). Może Pan nazywać idee „
wielkich filozofów amerykańskich XX wieku Johna
Deweya i Johna Rawlsa
” liberalnymi, ale to nie jest liberalizm w rozumieniu klasycznym (tu kłania się Szekspir). A uznanie, że (jak Pan pisze) „wybitni ekonomiści, laureaci Nagrody Nobla, jak
np. Gunnar Myrda
l, Amartya Sen czy Paul Krugman” mają cokolwiek wspólnego z
liberalizmem, tylko dlatego, że ‘
nie opowiadali się przecież przeciwko gospodarce rynkowej” jest już całkowitą pomyłką. Może Pan sobie uznawać, że „[n]eoliberalizm narodził się za sprawą Miltona
Friedmana, często też kojarzy się go z myśl
ą Augusta Friedricha von Hayeka” bo tak Panu jest
wygodniej ustawić sobie ‘chłopca do bicia’. Może też Pan w tym celu używać nośnych
i intencjonalnie obraźliwych określeń w stylu ‘fundamentalizm rynkowy’, czy (za
Grayem) ‘bolszewizm rynkowy’ i bałamucić czytelnika ładnie brzmiącymi sentencjami
w stylu „
Przeciwnicy
neoliberalizmu, do których się zaliczam, wcale nie muszą być przeciwnikami
wolnego rynku
”. Jakże
często słyszymy bałamutne ‘jestem za rynkiem, ale regulowanym, kontrolowanym,
ograniczonym, itp.’. Rynek  jest instytucją,
która umożliwia dokonywanie swobodnych transakcji pomiędzy dwiema stronami (ku ich obopólnym korzyściom), bez
jakiejkolwiek ingerencji czynników zewnętrznych (‘osób trzecich’). Jasne,
proste jak ‘konstrukcja cepa’. Może Pan to nazwać fundamentalizmem rynkowym,
ale Pan przecież doskonale wie, że jeśli w jakikolwiek sposób przyzwoli się na odstępstwa
(np. ‘uznając, że rynek musi być w jakiś sposób regulowany’) to bardzo szybko
dochodzi do zniszczenia rynku i jego patologii. To nie jest kwestia ‘fundamentalizmu
rynkowego’, by uznać, że „
rynek jest najlepszym sposobem koordynacji wszelkich relacji
społecznych
. Zapomniał Pan wiele lekcji z historii, kiedy to właśnie uznawano, że: „Umiarkowany zwolennik wolnego rynku sądzi , że są takie dziedziny życia społecznego, w których lepszym
koordynatorem owych działań jest np. państwo.
 Podaje
Pan przykłady „
służby zdrowia, transportu publicznego, gospodarki
przestrzennej, ochrony przyrody czy edukacji
. Proszę spojrzeć na te dziedziny obiektywnie (jak to powinien czynić
naukowiec). Czy uznaje Pan ich funkcjonowanie pod egidą państwa za zadowalające?
A niech Pan popatrzy na to co zostało odebrane państwu w ostatnich dziesięcioleciach
i funkcjonuje w znacznie większym stopniu w otoczeniu rynkowym (transport
lotniczy, telekomunikacja, przemysł hutniczy, w niektórych państwach górnictwo,
rolnictwo w Nowej Zelandii, itd.). Czy nie przyzna Pan, że dziedziny te maja się
znacznie lepiej niż było to 50 lat temu?

Przyznaje Pan (w duchu iście marksistowskim), że państwo jest zawsze czyjeś, tzn., że zawsze realizuje interesy jakiejś
klasy dominującej
. Liberalizm nie tak rozumie rolę państwa, i
choćby dlatego trudno nazwać to co wydarzyło się w ostatnich 30 latach, że
miało cokolwiek wspólnego z liberalizmem (czy jak Pan nazywa ‘państwem neoliberalnym’).
To jest nie jest liberalizm (neoliberalizm), to patologia.

Pisze Pan „państwo neoliberalne za pomocą swoich aparatów
propagandowych, jak np.
 telewizja (reklamy!), skutecznie wdrukowało w głowy obywateli – w
interesie wielkich korporacji – że tylko tyle są warci, ile posiadają. Biorąc
kredyty, rozpaczliwie próbowali realiz
ować konsumpcyjne wzory życia”. To jest właśnie patologia
(na styku państwo-wielki biznes), nie mająca nic wspólnego z liberalizmem i zasadami
rynkowymi. Sam Pan to przyznaje pisząc, że
dzisiejsi kapitaliści odeszli bardzo daleko od wzorów
życiowych XIX-wiecznych kapitalistów
. 

Długo byłoby pisać, ale całkowicie
myli się Pan pisząc, że jak „
pokazują doświadczenia krajów skandynawskich, Niemiec,
Austrii czy wreszcie nawet USA w latach 1945-75, najlepsze rezultaty osiągano
wtedy, gdy wolny rynek podlegał regulacjom państwa, w gospodarce występowały
różne formy własności, zaś podatki były wystarczająco wysokie, aby pokryć
potrzeby państwa opiekuńczego.
 To, że w tych krajach (podobnie zresztą w Polsce w ostatnich 20 latach) żyło
się coraz lepiej pod względem materialnym,  nie dokonywało się dzięki regulacjom
państwowym,  ale wręcz wbrew tym
regulacjom, dzięki wielkiemu uporowi prywatnych przedsiębiorców.


No i na koniec (by nie przedłużać tej wypowiedzi), czy Pan na
prawdę widzi to, że neoliberalizm (liberalizm) „to
ideologia, która próbuje zawładnąć naszym myśleniem
”? Ja widzę coś całkiem przeciwnego. Dzięki takim
intelektualistom  jak Pan, w mediach
widoczny jest wyraźny atak na zdrowe zasady liberalizmu, ‘mieszanie ludziom w
głowach’, obiecywanie ‘gruszek na wierzbie’ i mamienie mirażami dobrobytu bez ciężkiej,
solidnej i odpowiedzialnej pracy każdego człowieka.  

Państwo niczego nie produkuje i może dać ludziom
tylko tyle ile im zabierze (przy okazji marnotrawiąc bardzo dużo z tego zagrabionego).

Może Pan nazwać tego typu poglądy ‘fundamentalizmem rynkowym’,
będzie dla wielu ładnie brzmiało, ale konsekwencją odrzucenia ich może być bankructwo państwa i wielkie
zubożenie społeczeństwa. 


  • RSS