Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z tagiem: panstwo

Przepraszam, ale dzisiejszy wpis będzie trochę impulsywny. Właśnie przeczytałem kolejny artykuł prof. Stiglitza, stąd ta moja impulsywność.

Noblista pisze: „Zasadniczym problemem, który od kryzysu nęka gospodarkę globalną i który nieco się nasilił, jest bowiem brak zagregowanego popytu globalnego.” To typowa retoryka interwencjonistów. Jak słyszę tego typu zaklęcia (inne to np. ‘konsumpcja napędza PKB’, czy ‘rozwój gospodarczy pchany jest eksportem’, to zaczynam się telepać w środku.) Prof. Stiglitz nie widzi w tym co pisze wewnętrznych sprzeczności. Naigrawa się, że „W modelach tych kluczowe narzędzie polityki pieniężnej stanowi stopa procentowa, którą można – jak pokrętło termostatu – przesuwać w górę i w dół, żeby zapewnić uzyskanie przez gospodarkę dobrych wyników”. Przecież on dokładnie tak samo myśli, też uważa, że ma takie pokrętło, którym może zwiększyć popyt (‘zagregowany popyt’!).

Wielki (chciałoby się napisać zadufany w sobie, ale takiemu maluczkiemu ekonomiście jak ja nie wypada tak pisać) Noblista pisze „Tym, co powinny zrobić banki centralne, jest skupienie się na dopływie kredytu, co oznacza przywrócenie i utrzymywanie zdolności i chęci lokalnych banków do pożyczania pieniędzy MŚP.” Problemem jest, że, jak pokazuje doświadczanie (o czym chyba prof. Stiglitz powinien wiedzieć), małe i średnie przedsiębiorstwa bardzo niechętnie biorą kredyty i wolą swój rozwój opierać na zakumulowanym zysku, na kapitałach własnych. Tego co potrzebują to nie przeszkadzania im, dania swobody działania, mniejszych uciążliwości (nie tylko podatkowych, generalnie administracyjnych),stabilności prawa. Najbardziej ogólnie: potrzebują dbałości instytucji publicznych o ich własność.  

Dalej prof. Stiglitz pisze: „Płynącą z tego ważną lekcję można zawrzeć w starym porzekadle: „śmieci na wejściu, śmieci na wyjściu”. Jeśli banki centralne wciąż będą posługiwać się błędnymi modelami, to będą nadal popełniać błędy.” Znów profesor zapomina starą metodologiczna prawdę: ‘każdy model jest błędny’. Posługiwanie się jakimkolwiek modelem do prowadzenia tzw. polityki gospodarczej, monetarnej, fiskalnej, …, wcześniej czy później doprowadza do katastrofy. Naturalnie przedsiębiorcy też posługują się modelami, tylko, że oni te modele traktują jako narzędzie ułatwiające im bieżące decyzje, i jeśli widzą, że ‘coś jest nie tak’ to porzucają szybko taki model i szukają innego narzędzia, a bardzo często odwołuję się wtedy do swoje intuicji, doświadczenia.

Istnieje też jeszcze  inna zasadnicza różnica pomiędzy przedsiębiorcami a politykami gospodarczymi (i ekonomistami im doradzającymi). Jeśli jakiś przedsiębiorca popełni błąd to traci na tym on i jego firma (i najczęściej jest to nauczka dla innych przedsiębiorców ‘by nie iść tą drogą’). Natomiast kiedy błąd popełnia polityk gospodarczy to dotyka to milionów ludzi w danym społeczeństwie i wszyscy na tym tracą (najczęściej poza tym politykiem, bo on zawsze znajdzie usprawiedliwienie, że przecież chciał dobrze, to tylko inni mu przeszkadzali). W odróżnieniu od przedsiębiorców, politycy gospodarczy nie uczą się na swoich błędach i nie jest to sygnałem dla innych polityków by nie iść tą droga’.

Zakończę pytaniem: A jaką ma pewność prof. Stiglitz, że jego model jest dobry, a nie błędny?

Polski system podatkowy staje się tak skomplikowany, nieprzyjazny i niewydolny, że można chyba już powiedzieć, że ociera się o absurd.

Od kilku lat na Kongresach Podatków i Rachunkowości KPMG prezentowane są wyniki badanie opinii na temat polskiego systemu podatkowego. System oceniają dyrektorzy finansowi, główni księgowi i szefowie działów podatkowych. Z roku na rok ocena  jest gorsza. Ocena dokonywana jest w skali od 1 do 5 (bardzo słabo, słabo, średnio, dobrze, bardzo dobrze) w pięciu kategoriach.
W kategorii ‘Stabilność przepisów podatkowych’ w 2016 roku nastąpił spadek do 1,9 (z 2,1 w 2015). Spadki zanotowano w kategoriach ‘Wcześniejsze informowanie o planowanych zmianach w prawie podatkowym (z 2,5 w 2015 do 2,2 w 2016),  ‘Częstotliwośc publikowania przez ministra finansów interpretacji ogólnych’ (z 2,5 do 2,4), ‘Możliwość konstruktywnej wymiany argumentów podczas kontroli podatkowej’ (z 2,5 do 2,4). Jedyny wzrost (z 2,4 do 2,6) wystąpił w kategorii ‘Nastawienie urzędników administracji podatkowej’.

Jak widać średnia ocen to 2,3, czyli ‘Słabo’, a najgorzej oceniana jest stabilność systemu podatkowego (poniżej 2).

Taka bardzo negatywna ocena polskiego systemu podatkowego staje się powszechna. Tutaj można byłoby podać tysiące różnych opinii wyrażanych zarówno przez tzw. zwykłych ludzi (obywateli, płatników podatków) jak i specjalistów, profesjonalistów, przedsiębiorców, … .  

 Chyba najwyższy czas by w myśleniu o podatkach wrócić do tego co proponowali ekonomiści Szkockiego Oświecenia. Jak wiemy Adam Smith w XVIII wieku sformułował cztery podstawowe zasady podatkowe: równość, pewność, dogodność, taniość poboru podatków.

 Jako pewnik należy przyjąć, że nie ma dobrych podatków, są jedynie mniej lub bardziej szkodliwe. Jeśli decydujemy się na istnienie państwa to zaakceptować musimy, że jego utrzymanie kosztuje. Jednym ze sposobów pokrycia tych kosztów jest pobór  podatków.

 Myśląc w tych kategoriach warto rozważyć najprostsze rozwiązanie. A jak pokazuje doświadczenie te najprostsze rozwiązania, uznawane często za niemożliwe, okazują się najskuteczniejsze (najlepsze).

 Ronald Reagan w swoim inauguracyjnym wystąpieniu jako Gubernator stanu Kalifornia, 5 stycznia 1967, powiedział; „Przez wiele lat uciszano ciebie i mnie, i wmawiano nam, że nie ma prostych rozwiązań skomplikowanych problemów, których nie jesteśmy w stanie zrozumieć. Cóż, prawda jest taka, że istnieją proste rozwiązania. Nie są one po prostu bardzo łatwe.”

 Takim prostym, choć w obecnym stanie spraw, niezbyt łatwym rozwiązaniem, jest jeden jednolity podatek. Przy obecnym stanie technologii, oraz poziomie rozwoju gospodarczego Polski (jak i innych krajów rozwiniętych) takim podatkiem mógłby być podatek od sprzedaży (konsumpcji). Likwidacja wszystkich innych podatków i wprowadzenie jednego, jednolitego (o jednakowej stopie procentowej) podatku od sprzedaży (płaconego w momencie dokonania zakupu) ma niemalże same zalety. (Pomyślmy tylko jak byłoby fajnie nie przeżywać tego co czeka nas zawsze w pierwszym kwartale każdego roku i nie bawić się w PITomanię! Pomyślmy o tych milionach przedsiębiorców nie tracących energii na liczenie i płacenie VATu. Pomyślmy o tych tysiącach pracowników urzędów skarbowych nie zmuszanych do liczenia podatków i kontroli podatników, zwolnionych z tej nudnej pracy i  czerpiących radość z produktywnej pracy u tych wolnych od VATu przedsiębiorców. … )

JJP spełnia wszystkie współcześnie postulowane zasady podatkowe: fiskalne  (wydajność, elastyczność, stałość), ekonomiczne (nienaruszalność majątku podatników), sprawiedliwości (powszechność, równość, zdolność dochodowa) i techniczne (pewność, dogodność, taniość).

 Zróbmy to! To naprawdę da się zrobić!

Wygląda na to, że jeszcze długo będę miał ‘samograja w temacie innowacyjności’.  Wielokrotnie o tym pisałem (ostatnio tutaj i tutaj). Dzisiaj przeczytałem, że istnieją już „Pierwsze ośrodki innowacji z akredytacją Ministerstwa Rozwoju”. Niestety nie znalazłem wielu informacji w jaki sposób ta akredytacja jest dokonywana i jakie są kryteria tej akredytacji. Jednym dokumentem do którego dotarłem jest ‘System akredytacji ośrodków innowacji świadczących usługi proinnowacyjne’. Połowa dokumentu to tzw. bicie piany, druga połowa zwiera ‘Kryteria wyboru akredytowanych ośrodków innowacji świadczących usługi proinnowacyjne’ oraz ‘Sposób organizacji i procedury akredytacji ośrodków innowacji świadczących usługi proinnowacyjne’. Pouczająca to lektura. 

Podejrzewam, że celem takiej akredytacji jest usprawiedliwienie dania publicznych pieniędzy na wspieranie innowacyjności (jak zwykle nieskuteczne i nieefektywne). Z pewnością powołano kolejną, ważną komisję ds. akredytacji, której godnie opłacani członkowie ciężko pracują nad tym by dać dowody tego jak rząd z troską pochyla się nad zapewnieniem inteligentnego, innowacyjnego rozwoju kraju i wspieraniu innowacyjnego rozwoju małych i średnich przedsiębiorstw.

Po przeczytaniu notatki na stronach Ministerstwa Rozwoju pomyślałem, że akredytacja będzie dotyczyła instytucji (instytutów badawczych, naukowych) pracujących nad wdrażaniem konkretnych pomysłów i mających osiągnięcia w realnym rozwoju innowacji. Nie muszę pisać, że rozczarowałem się (co mnie wcale nie zaskoczyło).

Przejrzałem tzw. „Fiszki oferty usług proinnowacyjnych” tych czternastu akredytowanych ośrodków innowacji i z przerażeniem stwierdziłem, że niemalże wszystkie ośrodki oferują doradztwo i szkolenia. Jedynie Instytut Fizyki Polskiej Akademii Nauk w swoje ofercie ma konkretną techniczną, inżynierską, technologiczną ofertę.

Wygląda na to, że znów ‘para pójdzie w gwizdek’, a publiczne pieniądze będą marnowane na jakieś usługi doradcze, ‘doradztwo szkoleniowe’, ‘audyt innowacji’, ‘audyty technologiczne, innowacyjności’, ‘audyty środowiskowe’, ‘doradztwo, pomoc i szkolenia w zakresie, transferu wiedzy, nabywania i ochrony wartości niematerialnych i prawnych oraz korzystania z nich, korzystania z norm i regulacji, w których są one osadzone,…’.

 Ciąg dalszy tego typu wpisów na blogu z pewnością nastąpi (o co zadba rząd i jego agendy)

Znów dekretują innowacyjność! Wczoraj ogłoszono powołanie tzw. Rady ds. Innowacyjności – grono polityków znów będzie myśleć o stymulowaniu innowacyjności w Polsce! Inicjatywa ta okraszona została ‘nowym’ instrumentem (programem) nazwanym z polska  StartInPoland, którego celem jest „wykorzystanie potencjału finansowego i potrzeb rozwojowych spółek skarbu państwa oraz średnich i dużych firm z polskim kapitałem”. Za sto dni mamy poznać wysokość tego funduszu, ogłoszone też będą pierwsze konkursy. Jak przeczytałem, że StartInPoland opierał się będzie na trzech filarach (zaangażowaniu spółek Skarbu Państwa w finansowanie innowacyjnych projektów, dostarczanych przez polskie start-upy, wprowadzeniu pakietu zachęt i ulg podatkowych związanych z wydatkami na B+R oraz stworzeniu państwowego inkubatora dla młodych firm pracujących nad nowatorskimi przedsięwzięciami, wzorowanego na warszawskim kampusie Google’a), to złapałem się za głowę. ‘Dojenie’ spółek Skarbu Państwa w połączeniu z państwowymi inkubatorami nie wróży nic dobrego.

Znów słyszymy starą mantrę (tym razem wygłaszaną przez wicepremiera i ministra rozwoju, Mateusza Morawieckiego), że  w ciągu paru lat wydatki Polski na badania i rozwój wzrosną dwukrotnie, dzięki czemu do 2020 r. uda się nam zrealizować cel wyznaczonym nam przez UE, czyli 1,7 proc. PKB wydatków na badania i rozwój (obecnie na B+R wydajemy niecałe 0,9 proc. PKB, podczas gdy unijna średnia to 2 proc. PKB). Ile razy ja to słyszałem w ostatnich 15-20 latach! (zjawisko to nazywam fetyszem wskaźników’).

Para idzie znów w gwizdek. Polscy politycy są naprawdę kreatywni w wymyślaniu nowych określeń, nowych ładnie brzmiących nazw czy haseł. Wygląda na to, że modnym stanie się teraz słowo ‘nowatorskość’. Przypomnę też, że wielokrotnie w przeszłości ogłaszano podobne inicjatywy-programy, jednym z ostatnich nazywał się pięknie: ‚Wędka technologiczna’ (przy okazji zapytam się co z głośnym niedawno programem ‘Inteligentny Rozwój 2014-2020’? Jego też już go nie potrzebujemy? (tutaj)). Jak się wczytać  w te programy to widać, że istota tego typu inicjatyw jest taka sama, słowotok bardzo podobny, a co zmienia się to jedynie nazywanie tego samego trochę inaczej.  

Mogę przewidzieć, że tak jak w poprzednich latach, tak i teraz wszystko skończy się ‘Kongresem pogaduszek o Innowacyjnej Gospodarce’, a potem kolejny, ładnie nazywający się program, kolejna Rada ds. innowacyjności (nowatorstwa?).  itd. itd. 

A jak ta innowacyjność po polsku i europejsku wygląda można zajrzeć tutaj i tutaj

W jednym ze swoich wykładów Adam Smith, twórca współczesnej analizy ekonomicznej, autor opublikowanego w 1776 roku Bogactwa narodów oraz opublikowanej w 1759 roku Teorii uczuć moralnych, podał prostą receptę na harmonijny rozwój społeczny, stwierdził on że: „Bardzo mało jest wymagane by doprowadzić państwo do dobrobytu nawet z najniższego poziomu barbarzyństwa, mianowicie pokój, niskie podatki i tolerancyjne kierowanie sferą sprawiedliwości. Wszystkie formy rządów, które zbaczają z tej naturalnej ścieżki, lub które odwołują się do potrzeby zahamowania rozwoju społecznego na jakimś szczególnym etapie, są nienaturalne i po to by utrzymać się u władzy, zmuszone są odwoływać się do represji i tyranii”. Warto zatem zdać sobie sprawę z tego, że reforma podatkowa w Polsce jest jednym z wielu elementów koniecznych zmian jakie powinniśmy dokonać by wejść na trwałą ścieżkę wzrostu dobrobytu.

Od wielu lat w większości państw uprzemysłowionych, członków OECD, w tym także i w Polsce, toczy się dyskusja nad koniecznością zreformowania systemów podatkowych. Dyskusja toczy się zarówno wokół problematyki wysokości podatków (np. czy sprawiedliwym jest podatek liniowy czy progresywny, rzadko wspomina się w tym kontekście o podatku pogłównym) oraz ich struktur – czy podatki bezpośrednie (dochodowe od osób fizycznych i osób prawnych, spadków i darowizn, czynności cywilno-prawnych, rolny i leśny, od nieruchomości, od środków transportowych, od posiadanych psów) czy pośrednie (od towarów i usług, akcyzowy, od gier). W tym artykule chciałbym przedstawić pokrótce historię podatku dochodowego, bo nie zawsze zdajemy sobie sprawę z tego, że jest on stosunkowo młodym podatkiem, który od początku jego wprowadzenia w Wielkiej Brytanii i w USA traktowany był jako podatek chwilowy, z którego należy się jak najszybciej wycofać, gdy tylko znikną powody jego wprowadzenia.

Ta nietypowa historia podatku dochodowego może być też argumentem za jego likwidacją. Innymi często używanymi argumentami za likwidacją podatku dochodowego jest jego niski udziału w ogólnych przychodach państwa (ok. 30 do 40 procent całkowitych dochodów państwa) oraz możliwość znacznego obniżenia kosztów pobierania podatków.

Podatek od dochodów osobistych ma raptem dwustuletnią historię i wprowadzany był zawsze po to by sfinansować działania wojenne. Zwykle wprowadzając go argumentowano, że po ustaniu działań wojennych będzie on wycofany. Dobrowolnie państwo wycofało się z tego podatku tylko raz, mianowicie w Wielkiej Brytanii po zakończeniu wojen napoleońskich. W 1798 roku, ówczesny premier Wielkiej Brytanii William Pitt (młodszy) zapowiedział wprowadzenie podatku od dochodów osobistych po to by zebrać fundusze na prowadzenie wojny z Francją. Uczynił to z wielką niechęcią, wbrew swojemu przekonaniu, bo uznawał, że wprowadzenie tego podatku jest wbrew zwyczajom i naturze Brytyjczyków. Podatek ten wprowadzony został w 1799 roku (wyłączając Irlandię) i objął on tylko najbogatszych: na poziomie 10% od dochodów powyżej 200 funtów, dochody poniżej 60 funtów były nieopodatkowane, a dochody pomiędzy 60 a 200 funtów opodatkowane były poniżej 10% rosnącą stopą opodatkowania (podatek ten płacony był osobiście przez obywateli w sześciu równych ratach w ciągu roku). Średni dochód Brytyjczyka w tamtym okresie to ok. 20 funtów, zatem ogromna większość Brytyjczyków nie była opodatkowana. Podatek ten został zniesiony na krótko w 1802 roku po zawarciu pokoju w Amiens, by w 1803 roku pojawić się ponownie na poziomie 5% (dochód z tego podatku był na podobnym poziomie jak przy stopie 10% a to dzięki obniżeniu dolnej granicy z 60 do 50 funtów, tak, ze liczba płacących ten podatek podwoiła się). W 1806 roku powrócono do pierwotnej stawki 10%, która utrzymywała się na tym poziomie do 1816 roku, kiedy podatek ten został zniesiony w rok po bitwie pod Waterloo. Po zniesieniu podatku wszystkie dane dotyczące jego płatników zostały spalone (ale, jak się jednak później okazało, duplikaty przekazane zostały do archiwum – King’s Remembrancer). Przez następne 26 lat Brytania obywała się bez podatku od dochodów osobistych (patrz Rysunek poniżej).

 PIT_WB

W 1842 roku podatek ten został ponownie wprowadzony przez konserwatywnego premiera Roberta Peel’a, zmuszonego uczynić ten krok przez rosnący deficyt budżetowy, spowodowany chwilowym spadkiem dochodów państwa z tytułu obniżonych taryf celnych (które niekiedy obniżono kilkusetkrotnie – ale to już materiał na inną opowieść). Peel opodatkował dochody powyżej 150 funtów rocznie. Od jego ponownego wprowadzenia w 1842 do 1885 roku zawierał się w granicach 1% do 6,7% (1855 r.) i tutaj warto zwrócić uwagę na wyraźne dwa okresy poboru podatku od dochodów w Wielkiej Brytanii. W XIX wieku i do pierwszej wojny światowej podatek ten był stosunkowo niewielki (poniżej 10%), natomiast w wieku XX byliśmy świadkami stałego wzrostu poboru tego podatku (patrz Rysunek). Ta prawidłowość obserwowana jest w innych państwach, np. w USA, o czym poniżej. Co warte podkreślenia, stałą intencją polityków w XIX wieku było jego zniesienie lub przynajmniej wyraźne zmniejszenie, kiedy tylko było to możliwe. Najczęściej przyczyną niemożności jego zniesienia czy zmniejszenia była konieczność zwiększenia wydatków wojennych.

Politycy brytyjscy XIX wieku przyjęli, że jakikolwiek wzrost podatków czy taryf celnych jest tylko przejściowy i należy go jak najszybciej likwidować. Doszli do wniosku, że trudniej jest zmniejszać już raz podniesione taryfy celne, łatwiej to uczynić z podatkiem dochodowym. Niskie taryfy celne znacznie bardziej sprzyjały rozwojowi gospodarczemu aniżeli niskie podatki bezpośrednie, dlatego też w okresach przejściowych kolejni kanclerze skarbu, dla zrównoważenia budżetu, zmniejszając cła importowe podnosili na krótko podatki dochodowe. Polityka utrzymywania niskich podatków od dochodów osobistych skończyła się w końcu XIX wieku. Wzrost podatku (do ok. 10%) po 1890 roku spowodowany był wzrostem wydatków na cele socjalne natomiast pierwsza wojna światowa wymusiła podatki powyżej 5 s. od funta dochodów (tzn. powyżej 25%). W 1918 roku stopa podatkowa osiągnęła poziom 30%. Łącznie z dodatkowymi opodatkowaniami dochodów (np. podatek od nadmiernego zysku) przychody państwa w 1918 roku z tytułu podatku dochodowego były 17 razy większe niż w 1905 roku. Wbrew wcześniejszym obietnicom, po wojnie rząd nie obniżył podatków do poziomu sprzed wojny (1 s.) zamiast tego ustalono go na poziomie 20% (tj. 4 s. od funta). By przynajmniej stworzyć pozory chęci rządu do zniesienia podatku, w 1920 roku powołano Komisję Królewska (Royal Commission), która jednak po burzliwych obradach utrzymała podatki od dochodów. Początkowo, w okresie międzywojennym, podatki te wzrosły do poziomu 25-30% by jeszcze bardziej wzrosnąć w czasie II wojny światowej, najpierw do 40% a potem nawet do 50% (10 s. od funta). Podatek ten w niewielkim stopniu (do ok. 45%) został zmniejszony po wojnie. W 1944 roku wprowadzono nowy system płacenia podatku. Zamiast płacenia go raz w roku lub dwa razy do roku pracodawcy odprowadzali odpowiednią kwotę podatku w momencie wypłaty (Pay tax As You Earn – PAYE). W XX wieku stale obniżano próg płacenia podatku, co naturalnie powodowało wzrost liczby płatników tego podatku. W XIX wieku podatki płaciło co najwyżej kilka procent społeczeństwa brytyjskiego, w 1930 roku podatki te płaciło 22%, w 1944 roku ponad 30%, a obecnie już prawie wszyscy pracujący (tj. ok. 50% społeczeństwa).

Interesujące jest to, że z formalnego punktu widzenia, Brytyjczycy nadal traktują podatek dochodowy jako podatek czasowy. Co roku prawa do poboru tego podatku wygasają 5 kwietnia, w związku z tym Parlament musi corocznie wpisywać je do prawa finansowego (Financial Act). Przez cztery miesiące, kiedy to Financial Act uprawomocnia się, pobór podatku dokonywany jest na podstawie tymczasowej ustawy o poborze podatku (Provisional Collection of Taxes Act) z 1913 roku.

Jeżeli chodzi o Stany Zjednoczone Ameryki to po raz pierwszy przymierzano się do wprowadzenia tego podatku w roku 1812, wzorowano się wtedy na prawie brytyjskim z 1798 roku. Ustalono nawet stawki na poziomie 8 i 10 procent (odpowiednio dla dochodów powyżej 60 funtów i powyżej 200 funtów). Prace były już na ukończeniu w 1814 roku, ale po podpisaniu pokoju w Ghent w 1815 roku, znikła potrzeba wprowadzenia tego podatku i z niego zrezygnowano. Kolejna próba, ale już zakończona ‘sukcesem’, dokonana została przez prezydenta Abrahama Lincolna. Podobnie jak w przypadku Wielkiej Brytanii podatek ten, wprowadzony został po to by sfinansować działania wojenne (wojnę domową w Stanach). Presja czasu uniemożliwiła dłuższą dyskusję o zasadności wprowadzenia tego podatku. Prawo podatkowe zostało podpisane przez prezydenta Lincolna 1 lipca 1862 roku, nakładało ono 3% podatek od dochodów powyżej 600 dolarów i 5% od dochodów powyżej 10 000 dolarów. W 1864 roku zwiększono stopy podatkowe i Amerykanie płacili pięcioprocentowy podatek od dochodów powyżej 600 dolarów, 7,5% powyżej 5000 dolarów oraz 10% od powyżej 10000 dolarów. Po wojnie ustalono podatek liniowy na poziomie 5% dla dochodów powyżej 1000 dolarów. W ostatnich trzech latach obowiązywania tego podatku, w latach 1870-72, podatek liniowy zmniejszono do 2,5% dla dochodów powyżej 2000 dolarów.

Podatek od dochodów w latach sześćdziesiątych XIX wieku płaciła stosunkowo niewielka liczba Amerykanów. W 1870 w USA żyło ok. 38 mln ludzi, w tym roku kwestionariusze podatkowe wypełniło 276 661 osób, czyli mniej niż 1% obywateli. Wprowadzając w życie podatek od dochodów Lincoln argumentował, że podatek ten wprowadza tylko na okres wojny, ale (jak to często bywa z działaniami rządowymi) trwał jeszcze przez 7 lat po wojnie (kongres utrzymywał, że wpływy z tego podatku potrzebne są by odbudować kraj po zniszczeniach wojennych). W 1872 roku, niechciany podatek został zlikwidowany przez prezydenta Granta w pierwszym roku po jego wyborze. Ciekawe, że wraz ze zlikwidowaniem podatku nie zlikwidowano biurokracji. Urząd podatkowy (IRS – Internal Revenue Service) pracował niemalże jak dawniej, tym razem zbierając cła i podatki od towarów i usług. By zrekompensować straty państwa z tytułu likwidacji podatków od dochodów podnoszono sukcesywnie stawki innych podatków i ceł.

Kolejny raz podatek od dochodów wprowadzono w 1894 roku za prezydentury Grovera Clevlanda (stawka podatkowa 2%). Podatek ten Sąd Najwyższy uznał 20 maja 1895 roku za niekonstytucyjny (co spotkało się z ostrą krytyką Demokratów). Po tym epizodzie, głosy autorytarian za wprowadzeniem podatku od dochodów pojawiły się dopiero w 1912 roku. Tym razem poczyniono kroki by zapobiec zarzutom niekonstytucyjności tego podatku wprowadzając w 1913 roku Szesnastą Poprawkę do Konstytucji, umożliwiającą Kongresowi nakładanie na obywateli amerykańskich podatków od dochodów. Jak twierdzą niektórzy badacze, poprawka ta wprowadzona została nielegalnie (np. William Benson „The Law That 5 Newer Was”). Szesnasta Poprawka została ‘po cichu podpisana” i uznana za legalną (mimo nie zakończonego procesu ratyfikacji przez kolejne stany) przez Sekretarza Stanu Philandera Knoxa na kilka dni przed odejściem ze stanowiska prezydenta Williama Howarda Tafta, który w istocie nic nie zrobił by sprzyjać czy przeciwstawić się tej poprawce. Od 1913 roku IRS rozrastał się do ogromnych rozmiarów, stale poszerzając zakres możliwej ingerencji w życie obywateli amerykańskich.

Artykuł V Konstytucji USA mówi, że do akceptacji poprawki wymagana jest ratyfikacja trzech czwartych stanów. W 1913 roku było 48 stanów zatem akceptacja wymagała ratyfikacji przez 36 stanów. W lutym 1913 roku Knox oświadczył, że poprawkę ratyfikowało 38 stanów włączając w to Kentucky, Kalifornmię i Oklahomę. W istocie w tych trzech stanach nie dokonano ratyfikacji (Kentucky odrzuciło poprawkę, Kalifornia jeszcze w tym czasie nie głosowała nad poprawka a Oklahoma tak sformułowała swoje orzeczenie nad ratyfikacja poprawki, że w istocie była za jej odrzuceniem). Analiza prawnicza dokumentów nad ratyfikacją wskazuje, że w istocie poprawka ta nigdy nie była legalnie wprowadzona. Obecnie toczy się dyskusja na ten temat w Stanach Zjednoczonych, ale niezależnie od tego czy sama poprawka wprowadzona została legalnie czy nie, trzeba przyjąć do wiadomości, że Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych orzekł w 1916 roku, iż wprowadzenie tego nowego podatku wynika z możliwości nałożenia przez Kongres innych podatków.

Pierwsza wojna światowa nie sprzyjała spokojnej dyskusji nad kwestą wprowadzenia nowego podatku, rząd Stanów Zjednoczonych zaangażował się w szeroko zakrojoną akcję propagandową na rzecz tego podatku, posługując się przede wszystkim retoryką patriotyczną. Zakres poboru tego podatku stale się poszerzał i pod koniec wojny ok. 80% rodzin amerykańskich płaciło podatek dochodowy.

S. G. Checkland omawiając rozwój gospodarczy dziewiętnastowiecznej Brytanii napisał, że „ … okres od 1815 do 1885 roku był dla Wielkiej Brytanii szczególnym okresem, w którym gospodarcza przedsiębiorczość znalazła doskonałą sposobność do rozwoju i czyniąc to doprowadzała do przekształcenia całego starego porządku społecznego”. Czy podobną opinię będą mogli wypowiedzieć przyszli historycy omawiając rozwój społeczno-gospodarczy państw uprzemysłowionych, w tym także Polski, w pierwszych dekadach XXI wieku?

Wrocław, 10 stycznia 2003 r.

PS Pozwalam sobie przytoczyć tę notatkę sprzed 13 lat, którą właśnie odnalazłem (nie pamiętam okoliczności jej napisania :) ), a która wydaje mi się nadal aktualna.

Pracując nad artykułem o ‚Wyjątkowości rozwoju gospodarczego Europy Zachodniej i jej drodze do kapitalizmu’ przyjrzałem się mapom średniowiecznej Europy. Zrobiłem to w kontekście przekonania, że jednym z ważnych elementów tej wyjątkowości jest szeroko rozumiane współzawodnictwo, które w ekonomii przyjmuje formę konkurencji.

Ze szkoły średniej pamiętamy jak to Mikołaj Kopernik po studiach na Akademii Krakowskiej (w latach 1491-1495) wyjechał do Włoch by dalej studiować na Uniwersytecie w Bolonii (1496-1497). Po powrocie do Polski objął kanonię warmińską (w październiku 1497 r.).  W 1500 wyjechał do Rzymu, gdzie wygłosił kilka wykładów. W 1501 na krótko powrócił na Warmię, po czym 28 sierpnia 1501 uzyskał zgodę kapituły warmińskiej na rozpoczęcie kolejnych studiów na Uniwersytecie w Padwie.

Takie podróżowanie po Europie, by studiować i pracować, by znaleźć najlepsze miejsce do realizacji swoich planów  życiowych było wśród tzw. klasy wyższej czymś naturalnym w tamtym czasie. Sprzyjała temu nie tylko intelektualna atmosfera, ale też specyficzna struktura społeczno-polityczna.

Mówiąc o konkurencji (współzawodnictwie), które nie były obecne w innych cywilizacjach a własnie obecne w Europie zachodniej, należy rozumieć ją nie tyle w sensie ekonomicznym (konkurencji pomiędzy produktami zaspokajającymi te sama potrzebę człowieka), ale także w sensie konkurencji (współzawodnictwa) pomiędzy państwami, królestwami, księstwami, miastami i korporacjami.

 Europa1200

 Jeszcze na początku XIII wieku Europa była zbiorem dosyć dużych organizmów państwowych (mapa powyżej), które bardzo często prowadziły między sobą grabieżcze wojny.

Sto lat późnej (na początku XIV w.) sytuacja wyraźnie się zmieniła. Na dużym obszarze Europa podzieliła się na małe organizmy społeczne (księstwa, królestwa, wolne miasta, itp.). Widać to wyraźnie na mapie poniżej, gdzie na dużych obszarach dominowały stosunkowo małe struktury polityczne.

 Europa1300

 Proces dywersyfikacji Europy Zachodniej kontynuowany był w następnych wiekach. Widać to na kolejnej mapie Europy z początków wieku XV (patrz mapa poniżej).

Obecnie Unia Europejska składa się z 268 regionów (w Polsce są to województwa). Jeśli popatrzylibyśmy na rozkład geograficzny tych obecnie najbogatszych regionów Europy to przyjmuje on charakterystyczny kształt banana (zwanego często europejskim bananem, albo niebieskim bananem). Obszar ten zaznaczyłem niebieskawym kolorem na prezentowanej poniżej mapie.

 Europa1400

 Już pierwsze, pobieżne porównanie map Europy w XIV i XV wieku z obszarem regionów obecnie najbogatszych w UE wskazuje na niemalże stuprocentową tożsamość rozdrobionych regionów w późnym średniowieczu, które bardzo silnie ze sobą konkurowały, z regionami obecnie najbogatszymi w UE. To nie jest przypadek. W tych regionach najsilniej występowały też inne elementy składające się na ewolucję w kierunku budowy społeczeństwa kapitalistycznego (tzn. Wolność, rządy prawa, poszanowanie własności prywatnej, indywidualizm; Krytyczna dyskusja, sceptycyzm i rozwój nauki; Praktyczne zastosowanie wyników badań naukowych (ars sine scientia nihil est  – praktyka jest bezwartościowa bez teorii; nie ma nic bardziej praktycznego niż dobra teoria); Rozwój miast, urbanizacja, gildie średniowieczne, rozwój rzemiosła (wzrost znaczenia zysku i przedsiębiorczości)).

 Ta różnorodność jest bardzo ważna w rozwoju każdego systemu (zarówno biologicznego (ewolucja gatunków), jak i społecznego czy technologicznego (ewolucja kulturowa). Zdawał siebie z tego sprawę już John Stuart Mill, który w 1859 roku napisał: „Co uczyniło europejską rodzinę ludów postępową, a nie stojącą w miejscu częścią ludzkości. Nie jakaś wyższość, która jeśli istnieje, to jest skutkiem, a nie przyczyną; lecz godna uwagi różnorodność charakteru i kultury. Jednostki, klasy i narody były nadzwyczaj niepodobne do siebie; torowały sobie najrozmaitsze drogi, z których każda wiodła do jakiegoś wartościowego celu; a choć w każdym okresie ci, którzy szli różnymi drogami, nie tolerowali się nawzajem i każdy zmusiłby chętnie wszystkich pozostałych do pójścia jego szlakiem, próby wzajemnego hamowania swego rodzaju rzadko się udawały i każdy przyjmował z czasem bez sprzeciwu dobro, które mu inni ofiarowali. Moim zdaniem, Europa zawdzięcza cały swój wszechstronny postęp tej mnogości dróg.” (Zauważmy,  że J. St. Mill napisał to w roku publikacji dzieła Karola Darwina, O powstawaniu gatunków).

Kiedy wspominam o Estonii jako dobrym przykładzie sukcesu gospodarki rynkowej w Europie Centralnej oraz postuluję, że z niej powinniśmy brać przykład jak można poszerzać zakres wolności gospodarczej, to często słyszę opinie, że to nie jest dobry przykład dla Polski bo przecież Estonia to mały niespełna 1,5 milionowy kraj i co jest możliwe do zrealizowania w małym społeczeństwie to nie jest możliwe do realizacji w 38 milionowym narodzie. Zwykle odpowiadam wtedy, że jeśli faktycznie tak jest to cóż stoi na przeszkodzie by w Polsce powstało 16 autonomicznych Estonii, które by ze sobą współzawodniczyły? Utwórzmy te 16 ‚Estonii’ w Polsce!

Ciągnąc dalej tę myśl, może warto byłoby pomyśleć by Europa składała się z 268 autonomicznych państw i państewek, które by ze sobą współzawodniczyły, ale też i współpracowały (bo to są dwie strony tego samego medalu, tak jak konkurencja i współpraca są dwiema stronami tego samego medalu w rozwoju opartym na mechanizmach rynkowych).

Twierdzę, że zarówno w Polsce jak i w Europie żyłoby się nam znacznie lepiej, pełniej, ku zadowoleniu wszystkich Polaków i Europejczyków (choć to zadowolenie mogłoby wynikać z realizacji niekiedy całkiem odmiennych oczekiwań i marzeń). 

Kilka dni temu Pani premier Ewa Kopacz powiedziała, że  „Polacy powinni wreszcie zarabiać, tak jak zarabia się na Zachodzie … Doprowadzenie do tego to wyzwanie na następne cztery lata”. Można potraktować te słowa jako puste gadanie, tak jak w ostatnich kilku tygodniach, w ramach kampanii wyborczej, traktuje się obietnice wszelkiej maści polityków. Tak nawiasem mówiąc, zastanawiam się kiedy ten poziom absurdu płynący z ust polityków osiągnie taki poziom, że po prostu będziemy ich ignorować i przestaniemy całkowicie słuchać.

Czytajać te słowa Ewy Kopacz zastanawiałem się nad tym czy w większości politycy są tak głupi, że w istocie w kwestiach gospodarczych nie wiedzą co mówią, czy też są cynicznymi kłamcami. Nie byłoby może tak źle gdyby byli cynikami i kłamali, boję się jednak, że prawdziwa jest ta pierwsza możliwość. 

Gdyby inżynier powiedział, że jest w stanie zbudować pojazd (pociąg, samochód, samolot, …) który w ciągu paru minut będzie w stanie przewozić ludzi z Wrocławia do Gdańska, to potraktowalibyśmy go jako wariata (bo nawet gdyby zbudować taki pojazd np. rakietowy, to przyspieszenia musiałyby być tak duże, że żaden człowiek nie wytrzymałby tego). A coś takiego słyszymy niemalże co dzień z ust polityków, obiecujących wyborcom wszystko, nawet najbardziej absurdalne rzeczy.

Każdy system dynamiczny (a system gospodarczy takim jest) ma swoja tzw. wewnętrzną dynamikę, charakteryzowany przez specjalistów np. przez tzw. stale czasowe sytemu. Kiedy podgrzewamy w zimie pokój, to nie oczekujemy, że w ciągu paru minut temperatura w nim podniesie się np. z 10 stopni Celsjusza do 25 stopni Celsjusza. Spodziewamy się, że w zależności od wielkości tego pokoju może potrwać to od kilkudziesięciu minut (dla małego pokoju) do kilku godzin (dla dużego pokoju).

Podobnie jest w systemie gospodarczym, który też ma swoje ‘stałe czasowe’. Zarobki pracowników nie wzrosną tylko dlatego, że Pani Premier sobie tego zażyczy, czy dlatego, że związki zawodowe ‘tupną nogą’. Nie jest chyba wykraczającym poza zdolności intelektualne każdego człowieka to by zrozumieć, że wielkość zarobków jest pochodną jego produktywności. W Polsce w ostatnich 26 latach ta produktywność rośnie znacznie szybciej niż na tzw. Zachodzie, ale 26 lat temu zaczynaliśmy z bardzo niskiego jej poziomu. To dzięki temu nadrobiliśmy zaległości, i jeśli 26 lat temu średnio w Polsce zarabialiśmy ok. 10 razy mniej niż na Zachodzie, to obecnie zarabiamy ok. 3-4 razy mniej. Jesteśmy w stanie nadrobić dalej tę różnicę, ale fizycznie nie jest możliwe dokonanie tego w ciągu najbliższych 4 lat (jak życzyłaby sobie Pani Premier). Jeśli stworzono by odpowiednie warunki do rozwoju przedsiębiorczości (swobody gospodarowania) to moglibyśmy te zapóźnienie w stosunku do Zachodu nadrobić w ciągu najbliższych 12-15 lat. Boję się jednak, że braknie ku temu woli politycznej i może to potrwać dwa, trzy razy dłużej (jeśli w ogóle).

Warunkiem zatem jest zapewnienie wolności gospodarczej, poszanowanie własności prywatnej i budowanie zaufania społecznego. Trzeba wyraźnie powiedzieć i uświadomić ludziom, że dobrobyt bierze się z systematycznej pracy, której owoce nie są marnowane przez działania polityczne. To, że społeczeństwa zachodnie osiągnęły dobrobyt to nie jest wynik dekretów politycznych, ale ich systematycznej, ciężkiej pracy i dobrej jej organizacji w warunkach gospodarki rynkowej w ostatnich 150-200 latach. Taki stosunek do życia (nie tylko gospodarczego)  zawarty jest w zasadach klasycznego, zachodniego liberalizmu, ale także wschodniego taoizmu (o czym wspominam np. Historii myśli liberalnej – robocza wersja dostępna tutaj, patrz str. 13-15). By to zilustrować podam  na początek tylko dwa cytaty z klasycznych dzieł taoistycznych.

Lao-tsy w TAO-TE-KING, czyli KSIĘGA DROGI I CNOTY (Przeł. Tadeusz Żbikowski) napisał:

Co należy zrobić, żeby zmącenie ustąpiło?
Należy zachować spokój (i bezruch), a (woda) stopniowo stanie się czysta.
Co można zrobić, żeby zachować spokój na wieki?
Poprzez ruch (i zmiany) stopniowo spokój się zrodzi.
Ci, którzy przestrzegali tej zasady tao, nigdy nie dążyli do wypełnienia swoich pragnień do końca.

Kto wspina się na palce, nie stoi (mocno na ziemi).
Kto dwa kroki chce zrobić jednocześnie, nie idzie (szybko).
Kto ukazuje się (publicznie), nie świeci (swoją osobowością)
Kto twierdzi, że ma (zawsze) rację, to (to, co mówi), nie jest (dla wszystkich) oczywiste.
Kto domaga się uznania, nie ma żadnych osiągnięć.
Kto stara się nad innych wywyższyć, nikomu nie przewodzi.

Natomiast Czuang-tsy w Prawdziwej Księdze Południowego Kwiatu, pisząc o skuteczności działania zgodnego z naturą:
„Cz’ui rzemieślnik dokładniej kreśli koła ręką niż cyrklem. Zdawało się, że jego palce tak naturalnie dostosowują się do tego co robi, że nie musi natężać uwagi. Jego władze umysłowe były więc jednym i nie było dla nich przeszkód. Jeżeli się nie czuje nóg, to znaczy, że buty są wygodne. Jeżeli nie czuje brzucha, to znaczy, że przepaska jest dobra. Jeżeli intelekt nieświadomym jest dobra ani zła, to znaczy, że serce (Hsin) jest spokojne … A ten, kto spokojnie zaczynając, nie czuje się nigdy spokojny, nieświadom jest spokoju.”

 Tak pisząc o skuteczności systematycznej pracy, liberalizmie i taoizmie, przypomniał mi się film dokumentalny z 2010 roku pt. The Man Who Stopped the Desert (Człowiek, który zatrzymał pustynię). Jest to wzruszając historia Yacouba Sawadogo, prostego rolnika z Burkina Faso, który przez prawie 40 lat, wykorzystując tradycyjną uprawę roślin w klimacie zwrotnikowym nazywanej Zai, dzięki swojemu uporowi i systematycznemu działaniu, był w stanie zamienić obszar pustynny na żyzną glebę na której rośnie obecnie las, jak również można ją wykorzystać rolniczo.  Warto podkreślić, że poradził on sobie z problemem, nad którym od wielu lat pracują naukowcy z całego świata (nie muszę wspominać, że za grube miliony dolarów, najprawdopodobniej z publicznych pieniędzy).

Zai nie jest jakąś wyrachowaną technika rolniczą. To w istocie bardzo prosta i tania technika rolnicza, w której przy pomocy łopaty (lub siekiery) wykopuje się okrągłe  otwory w twardej ziemi, a następnie wypełnia się je kompostem. W otworach tych sadzi się nasiona drzew, prosa lub sorgo. Specyficzny kształt otworów  umożliwia zbieranie się w otworach wody  w porze deszczowej (która trwa z reguły 2-4 miesiecy) i dzięki czemu możliwe jest utrzymanie wilgoci i składników odżywczych w porze suchej. Yacouba Sawadogo wykazał się inwencja i usprawnił tradycyjną metodę, poszerzając otwory, tak aby zbierały w nich więcej wilgoci i dodając trochę gnoju, który również zachowuje wilgoć na dłużej. Co też ważne, Sawadogo przygotowuje w ten sposób ziemię w porze suchej, odwrotnie niż to mają w zwyczaju tradycyjne lokalne praktyki.

Ostatnio ciekawie o historii Yacouba Sawadogo  napisała Jaśmina Marczewska. Tam też na końcu tekstu możemy znaleźć zasmucająca historię, związaną (znów) z instytucjami państwowymi: „Źródłem problemu są kwestie dotyczące własności ziemi. Bardzo wielu drobnych rolników w Burkina Faso nie posiada gruntów, lecz tylko je dzierżawi. Koniec najmu może nastąpić w każdej chwili. Jednocześnie rząd pozwala miastom anektować pobliskie tereny, w minimalnym stopniu wynagradzając to ludziom, którzy już je zamieszkują i są wysiedlani. Tak dzieje się z wioską Sawadogo, położoną kilka kilometrów od 64-tysięcznego Ouahigoya. Na obszarze przyłączonym do tego ośrodka znalazł się las, z takim trudem wyhodowany przez Yacoubę. Władze zaczynają już budować tam domy.  Przysłani geodeci podzielili nieruchomość na niewielkie działki. Jedną z nich pozostawiono Sawadogo, przydziały dostaną również jego starsze dzieci. Cała reszta zostanie wyprzedana. Yacouba musiał bezsilnie patrzeć, jak miejscy urzędnicy wbili kołek w podłogę jego sypialni. Kolejna linia przecina grób jego ojca. Rolnik stara się teraz zebrać pieniądze, by odkupić las, w który zainwestował swoje życie. Musi zgromadzić aż 20 tys. dolarów – paradoksalnie, sam podwyższył wartość gruntu, przyczyniając się do poprawy jakości ziemi.”

Tutaj powstrzymam się od komentarza.


  • RSS