Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z tagiem: panstwo

Znów dekretują innowacyjność! Wczoraj ogłoszono powołanie tzw. Rady ds. Innowacyjności – grono polityków znów będzie myśleć o stymulowaniu innowacyjności w Polsce! Inicjatywa ta okraszona została ‘nowym’ instrumentem (programem) nazwanym z polska  StartInPoland, którego celem jest „wykorzystanie potencjału finansowego i potrzeb rozwojowych spółek skarbu państwa oraz średnich i dużych firm z polskim kapitałem”. Za sto dni mamy poznać wysokość tego funduszu, ogłoszone też będą pierwsze konkursy. Jak przeczytałem, że StartInPoland opierał się będzie na trzech filarach (zaangażowaniu spółek Skarbu Państwa w finansowanie innowacyjnych projektów, dostarczanych przez polskie start-upy, wprowadzeniu pakietu zachęt i ulg podatkowych związanych z wydatkami na B+R oraz stworzeniu państwowego inkubatora dla młodych firm pracujących nad nowatorskimi przedsięwzięciami, wzorowanego na warszawskim kampusie Google’a), to złapałem się za głowę. ‘Dojenie’ spółek Skarbu Państwa w połączeniu z państwowymi inkubatorami nie wróży nic dobrego.

Znów słyszymy starą mantrę (tym razem wygłaszaną przez wicepremiera i ministra rozwoju, Mateusza Morawieckiego), że  w ciągu paru lat wydatki Polski na badania i rozwój wzrosną dwukrotnie, dzięki czemu do 2020 r. uda się nam zrealizować cel wyznaczonym nam przez UE, czyli 1,7 proc. PKB wydatków na badania i rozwój (obecnie na B+R wydajemy niecałe 0,9 proc. PKB, podczas gdy unijna średnia to 2 proc. PKB). Ile razy ja to słyszałem w ostatnich 15-20 latach! (zjawisko to nazywam fetyszem wskaźników’).

Para idzie znów w gwizdek. Polscy politycy są naprawdę kreatywni w wymyślaniu nowych określeń, nowych ładnie brzmiących nazw czy haseł. Wygląda na to, że modnym stanie się teraz słowo ‘nowatorskość’. Przypomnę też, że wielokrotnie w przeszłości ogłaszano podobne inicjatywy-programy, jednym z ostatnich nazywał się pięknie: ‚Wędka technologiczna’ (przy okazji zapytam się co z głośnym niedawno programem ‘Inteligentny Rozwój 2014-2020’? Jego też już go nie potrzebujemy? (tutaj)). Jak się wczytać  w te programy to widać, że istota tego typu inicjatyw jest taka sama, słowotok bardzo podobny, a co zmienia się to jedynie nazywanie tego samego trochę inaczej.  

Mogę przewidzieć, że tak jak w poprzednich latach, tak i teraz wszystko skończy się ‘Kongresem pogaduszek o Innowacyjnej Gospodarce’, a potem kolejny, ładnie nazywający się program, kolejna Rada ds. innowacyjności (nowatorstwa?).  itd. itd. 

A jak ta innowacyjność po polsku i europejsku wygląda można zajrzeć tutaj i tutaj

W jednym ze swoich wykładów Adam Smith, twórca współczesnej analizy ekonomicznej, autor opublikowanego w 1776 roku Bogactwa narodów oraz opublikowanej w 1759 roku Teorii uczuć moralnych, podał prostą receptę na harmonijny rozwój społeczny, stwierdził on że: „Bardzo mało jest wymagane by doprowadzić państwo do dobrobytu nawet z najniższego poziomu barbarzyństwa, mianowicie pokój, niskie podatki i tolerancyjne kierowanie sferą sprawiedliwości. Wszystkie formy rządów, które zbaczają z tej naturalnej ścieżki, lub które odwołują się do potrzeby zahamowania rozwoju społecznego na jakimś szczególnym etapie, są nienaturalne i po to by utrzymać się u władzy, zmuszone są odwoływać się do represji i tyranii”. Warto zatem zdać sobie sprawę z tego, że reforma podatkowa w Polsce jest jednym z wielu elementów koniecznych zmian jakie powinniśmy dokonać by wejść na trwałą ścieżkę wzrostu dobrobytu.

Od wielu lat w większości państw uprzemysłowionych, członków OECD, w tym także i w Polsce, toczy się dyskusja nad koniecznością zreformowania systemów podatkowych. Dyskusja toczy się zarówno wokół problematyki wysokości podatków (np. czy sprawiedliwym jest podatek liniowy czy progresywny, rzadko wspomina się w tym kontekście o podatku pogłównym) oraz ich struktur – czy podatki bezpośrednie (dochodowe od osób fizycznych i osób prawnych, spadków i darowizn, czynności cywilno-prawnych, rolny i leśny, od nieruchomości, od środków transportowych, od posiadanych psów) czy pośrednie (od towarów i usług, akcyzowy, od gier). W tym artykule chciałbym przedstawić pokrótce historię podatku dochodowego, bo nie zawsze zdajemy sobie sprawę z tego, że jest on stosunkowo młodym podatkiem, który od początku jego wprowadzenia w Wielkiej Brytanii i w USA traktowany był jako podatek chwilowy, z którego należy się jak najszybciej wycofać, gdy tylko znikną powody jego wprowadzenia.

Ta nietypowa historia podatku dochodowego może być też argumentem za jego likwidacją. Innymi często używanymi argumentami za likwidacją podatku dochodowego jest jego niski udziału w ogólnych przychodach państwa (ok. 30 do 40 procent całkowitych dochodów państwa) oraz możliwość znacznego obniżenia kosztów pobierania podatków.

Podatek od dochodów osobistych ma raptem dwustuletnią historię i wprowadzany był zawsze po to by sfinansować działania wojenne. Zwykle wprowadzając go argumentowano, że po ustaniu działań wojennych będzie on wycofany. Dobrowolnie państwo wycofało się z tego podatku tylko raz, mianowicie w Wielkiej Brytanii po zakończeniu wojen napoleońskich. W 1798 roku, ówczesny premier Wielkiej Brytanii William Pitt (młodszy) zapowiedział wprowadzenie podatku od dochodów osobistych po to by zebrać fundusze na prowadzenie wojny z Francją. Uczynił to z wielką niechęcią, wbrew swojemu przekonaniu, bo uznawał, że wprowadzenie tego podatku jest wbrew zwyczajom i naturze Brytyjczyków. Podatek ten wprowadzony został w 1799 roku (wyłączając Irlandię) i objął on tylko najbogatszych: na poziomie 10% od dochodów powyżej 200 funtów, dochody poniżej 60 funtów były nieopodatkowane, a dochody pomiędzy 60 a 200 funtów opodatkowane były poniżej 10% rosnącą stopą opodatkowania (podatek ten płacony był osobiście przez obywateli w sześciu równych ratach w ciągu roku). Średni dochód Brytyjczyka w tamtym okresie to ok. 20 funtów, zatem ogromna większość Brytyjczyków nie była opodatkowana. Podatek ten został zniesiony na krótko w 1802 roku po zawarciu pokoju w Amiens, by w 1803 roku pojawić się ponownie na poziomie 5% (dochód z tego podatku był na podobnym poziomie jak przy stopie 10% a to dzięki obniżeniu dolnej granicy z 60 do 50 funtów, tak, ze liczba płacących ten podatek podwoiła się). W 1806 roku powrócono do pierwotnej stawki 10%, która utrzymywała się na tym poziomie do 1816 roku, kiedy podatek ten został zniesiony w rok po bitwie pod Waterloo. Po zniesieniu podatku wszystkie dane dotyczące jego płatników zostały spalone (ale, jak się jednak później okazało, duplikaty przekazane zostały do archiwum – King’s Remembrancer). Przez następne 26 lat Brytania obywała się bez podatku od dochodów osobistych (patrz Rysunek poniżej).

 PIT_WB

W 1842 roku podatek ten został ponownie wprowadzony przez konserwatywnego premiera Roberta Peel’a, zmuszonego uczynić ten krok przez rosnący deficyt budżetowy, spowodowany chwilowym spadkiem dochodów państwa z tytułu obniżonych taryf celnych (które niekiedy obniżono kilkusetkrotnie – ale to już materiał na inną opowieść). Peel opodatkował dochody powyżej 150 funtów rocznie. Od jego ponownego wprowadzenia w 1842 do 1885 roku zawierał się w granicach 1% do 6,7% (1855 r.) i tutaj warto zwrócić uwagę na wyraźne dwa okresy poboru podatku od dochodów w Wielkiej Brytanii. W XIX wieku i do pierwszej wojny światowej podatek ten był stosunkowo niewielki (poniżej 10%), natomiast w wieku XX byliśmy świadkami stałego wzrostu poboru tego podatku (patrz Rysunek). Ta prawidłowość obserwowana jest w innych państwach, np. w USA, o czym poniżej. Co warte podkreślenia, stałą intencją polityków w XIX wieku było jego zniesienie lub przynajmniej wyraźne zmniejszenie, kiedy tylko było to możliwe. Najczęściej przyczyną niemożności jego zniesienia czy zmniejszenia była konieczność zwiększenia wydatków wojennych.

Politycy brytyjscy XIX wieku przyjęli, że jakikolwiek wzrost podatków czy taryf celnych jest tylko przejściowy i należy go jak najszybciej likwidować. Doszli do wniosku, że trudniej jest zmniejszać już raz podniesione taryfy celne, łatwiej to uczynić z podatkiem dochodowym. Niskie taryfy celne znacznie bardziej sprzyjały rozwojowi gospodarczemu aniżeli niskie podatki bezpośrednie, dlatego też w okresach przejściowych kolejni kanclerze skarbu, dla zrównoważenia budżetu, zmniejszając cła importowe podnosili na krótko podatki dochodowe. Polityka utrzymywania niskich podatków od dochodów osobistych skończyła się w końcu XIX wieku. Wzrost podatku (do ok. 10%) po 1890 roku spowodowany był wzrostem wydatków na cele socjalne natomiast pierwsza wojna światowa wymusiła podatki powyżej 5 s. od funta dochodów (tzn. powyżej 25%). W 1918 roku stopa podatkowa osiągnęła poziom 30%. Łącznie z dodatkowymi opodatkowaniami dochodów (np. podatek od nadmiernego zysku) przychody państwa w 1918 roku z tytułu podatku dochodowego były 17 razy większe niż w 1905 roku. Wbrew wcześniejszym obietnicom, po wojnie rząd nie obniżył podatków do poziomu sprzed wojny (1 s.) zamiast tego ustalono go na poziomie 20% (tj. 4 s. od funta). By przynajmniej stworzyć pozory chęci rządu do zniesienia podatku, w 1920 roku powołano Komisję Królewska (Royal Commission), która jednak po burzliwych obradach utrzymała podatki od dochodów. Początkowo, w okresie międzywojennym, podatki te wzrosły do poziomu 25-30% by jeszcze bardziej wzrosnąć w czasie II wojny światowej, najpierw do 40% a potem nawet do 50% (10 s. od funta). Podatek ten w niewielkim stopniu (do ok. 45%) został zmniejszony po wojnie. W 1944 roku wprowadzono nowy system płacenia podatku. Zamiast płacenia go raz w roku lub dwa razy do roku pracodawcy odprowadzali odpowiednią kwotę podatku w momencie wypłaty (Pay tax As You Earn – PAYE). W XX wieku stale obniżano próg płacenia podatku, co naturalnie powodowało wzrost liczby płatników tego podatku. W XIX wieku podatki płaciło co najwyżej kilka procent społeczeństwa brytyjskiego, w 1930 roku podatki te płaciło 22%, w 1944 roku ponad 30%, a obecnie już prawie wszyscy pracujący (tj. ok. 50% społeczeństwa).

Interesujące jest to, że z formalnego punktu widzenia, Brytyjczycy nadal traktują podatek dochodowy jako podatek czasowy. Co roku prawa do poboru tego podatku wygasają 5 kwietnia, w związku z tym Parlament musi corocznie wpisywać je do prawa finansowego (Financial Act). Przez cztery miesiące, kiedy to Financial Act uprawomocnia się, pobór podatku dokonywany jest na podstawie tymczasowej ustawy o poborze podatku (Provisional Collection of Taxes Act) z 1913 roku.

Jeżeli chodzi o Stany Zjednoczone Ameryki to po raz pierwszy przymierzano się do wprowadzenia tego podatku w roku 1812, wzorowano się wtedy na prawie brytyjskim z 1798 roku. Ustalono nawet stawki na poziomie 8 i 10 procent (odpowiednio dla dochodów powyżej 60 funtów i powyżej 200 funtów). Prace były już na ukończeniu w 1814 roku, ale po podpisaniu pokoju w Ghent w 1815 roku, znikła potrzeba wprowadzenia tego podatku i z niego zrezygnowano. Kolejna próba, ale już zakończona ‘sukcesem’, dokonana została przez prezydenta Abrahama Lincolna. Podobnie jak w przypadku Wielkiej Brytanii podatek ten, wprowadzony został po to by sfinansować działania wojenne (wojnę domową w Stanach). Presja czasu uniemożliwiła dłuższą dyskusję o zasadności wprowadzenia tego podatku. Prawo podatkowe zostało podpisane przez prezydenta Lincolna 1 lipca 1862 roku, nakładało ono 3% podatek od dochodów powyżej 600 dolarów i 5% od dochodów powyżej 10 000 dolarów. W 1864 roku zwiększono stopy podatkowe i Amerykanie płacili pięcioprocentowy podatek od dochodów powyżej 600 dolarów, 7,5% powyżej 5000 dolarów oraz 10% od powyżej 10000 dolarów. Po wojnie ustalono podatek liniowy na poziomie 5% dla dochodów powyżej 1000 dolarów. W ostatnich trzech latach obowiązywania tego podatku, w latach 1870-72, podatek liniowy zmniejszono do 2,5% dla dochodów powyżej 2000 dolarów.

Podatek od dochodów w latach sześćdziesiątych XIX wieku płaciła stosunkowo niewielka liczba Amerykanów. W 1870 w USA żyło ok. 38 mln ludzi, w tym roku kwestionariusze podatkowe wypełniło 276 661 osób, czyli mniej niż 1% obywateli. Wprowadzając w życie podatek od dochodów Lincoln argumentował, że podatek ten wprowadza tylko na okres wojny, ale (jak to często bywa z działaniami rządowymi) trwał jeszcze przez 7 lat po wojnie (kongres utrzymywał, że wpływy z tego podatku potrzebne są by odbudować kraj po zniszczeniach wojennych). W 1872 roku, niechciany podatek został zlikwidowany przez prezydenta Granta w pierwszym roku po jego wyborze. Ciekawe, że wraz ze zlikwidowaniem podatku nie zlikwidowano biurokracji. Urząd podatkowy (IRS – Internal Revenue Service) pracował niemalże jak dawniej, tym razem zbierając cła i podatki od towarów i usług. By zrekompensować straty państwa z tytułu likwidacji podatków od dochodów podnoszono sukcesywnie stawki innych podatków i ceł.

Kolejny raz podatek od dochodów wprowadzono w 1894 roku za prezydentury Grovera Clevlanda (stawka podatkowa 2%). Podatek ten Sąd Najwyższy uznał 20 maja 1895 roku za niekonstytucyjny (co spotkało się z ostrą krytyką Demokratów). Po tym epizodzie, głosy autorytarian za wprowadzeniem podatku od dochodów pojawiły się dopiero w 1912 roku. Tym razem poczyniono kroki by zapobiec zarzutom niekonstytucyjności tego podatku wprowadzając w 1913 roku Szesnastą Poprawkę do Konstytucji, umożliwiającą Kongresowi nakładanie na obywateli amerykańskich podatków od dochodów. Jak twierdzą niektórzy badacze, poprawka ta wprowadzona została nielegalnie (np. William Benson „The Law That 5 Newer Was”). Szesnasta Poprawka została ‘po cichu podpisana” i uznana za legalną (mimo nie zakończonego procesu ratyfikacji przez kolejne stany) przez Sekretarza Stanu Philandera Knoxa na kilka dni przed odejściem ze stanowiska prezydenta Williama Howarda Tafta, który w istocie nic nie zrobił by sprzyjać czy przeciwstawić się tej poprawce. Od 1913 roku IRS rozrastał się do ogromnych rozmiarów, stale poszerzając zakres możliwej ingerencji w życie obywateli amerykańskich.

Artykuł V Konstytucji USA mówi, że do akceptacji poprawki wymagana jest ratyfikacja trzech czwartych stanów. W 1913 roku było 48 stanów zatem akceptacja wymagała ratyfikacji przez 36 stanów. W lutym 1913 roku Knox oświadczył, że poprawkę ratyfikowało 38 stanów włączając w to Kentucky, Kalifornmię i Oklahomę. W istocie w tych trzech stanach nie dokonano ratyfikacji (Kentucky odrzuciło poprawkę, Kalifornia jeszcze w tym czasie nie głosowała nad poprawka a Oklahoma tak sformułowała swoje orzeczenie nad ratyfikacja poprawki, że w istocie była za jej odrzuceniem). Analiza prawnicza dokumentów nad ratyfikacją wskazuje, że w istocie poprawka ta nigdy nie była legalnie wprowadzona. Obecnie toczy się dyskusja na ten temat w Stanach Zjednoczonych, ale niezależnie od tego czy sama poprawka wprowadzona została legalnie czy nie, trzeba przyjąć do wiadomości, że Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych orzekł w 1916 roku, iż wprowadzenie tego nowego podatku wynika z możliwości nałożenia przez Kongres innych podatków.

Pierwsza wojna światowa nie sprzyjała spokojnej dyskusji nad kwestą wprowadzenia nowego podatku, rząd Stanów Zjednoczonych zaangażował się w szeroko zakrojoną akcję propagandową na rzecz tego podatku, posługując się przede wszystkim retoryką patriotyczną. Zakres poboru tego podatku stale się poszerzał i pod koniec wojny ok. 80% rodzin amerykańskich płaciło podatek dochodowy.

S. G. Checkland omawiając rozwój gospodarczy dziewiętnastowiecznej Brytanii napisał, że „ … okres od 1815 do 1885 roku był dla Wielkiej Brytanii szczególnym okresem, w którym gospodarcza przedsiębiorczość znalazła doskonałą sposobność do rozwoju i czyniąc to doprowadzała do przekształcenia całego starego porządku społecznego”. Czy podobną opinię będą mogli wypowiedzieć przyszli historycy omawiając rozwój społeczno-gospodarczy państw uprzemysłowionych, w tym także Polski, w pierwszych dekadach XXI wieku?

Wrocław, 10 stycznia 2003 r.

PS Pozwalam sobie przytoczyć tę notatkę sprzed 13 lat, którą właśnie odnalazłem (nie pamiętam okoliczności jej napisania :) ), a która wydaje mi się nadal aktualna.

Pracując nad artykułem o ‚Wyjątkowości rozwoju gospodarczego Europy Zachodniej i jej drodze do kapitalizmu’ przyjrzałem się mapom średniowiecznej Europy. Zrobiłem to w kontekście przekonania, że jednym z ważnych elementów tej wyjątkowości jest szeroko rozumiane współzawodnictwo, które w ekonomii przyjmuje formę konkurencji.

Ze szkoły średniej pamiętamy jak to Mikołaj Kopernik po studiach na Akademii Krakowskiej (w latach 1491-1495) wyjechał do Włoch by dalej studiować na Uniwersytecie w Bolonii (1496-1497). Po powrocie do Polski objął kanonię warmińską (w październiku 1497 r.).  W 1500 wyjechał do Rzymu, gdzie wygłosił kilka wykładów. W 1501 na krótko powrócił na Warmię, po czym 28 sierpnia 1501 uzyskał zgodę kapituły warmińskiej na rozpoczęcie kolejnych studiów na Uniwersytecie w Padwie.

Takie podróżowanie po Europie, by studiować i pracować, by znaleźć najlepsze miejsce do realizacji swoich planów  życiowych było wśród tzw. klasy wyższej czymś naturalnym w tamtym czasie. Sprzyjała temu nie tylko intelektualna atmosfera, ale też specyficzna struktura społeczno-polityczna.

Mówiąc o konkurencji (współzawodnictwie), które nie były obecne w innych cywilizacjach a własnie obecne w Europie zachodniej, należy rozumieć ją nie tyle w sensie ekonomicznym (konkurencji pomiędzy produktami zaspokajającymi te sama potrzebę człowieka), ale także w sensie konkurencji (współzawodnictwa) pomiędzy państwami, królestwami, księstwami, miastami i korporacjami.

 Europa1200

 Jeszcze na początku XIII wieku Europa była zbiorem dosyć dużych organizmów państwowych (mapa powyżej), które bardzo często prowadziły między sobą grabieżcze wojny.

Sto lat późnej (na początku XIV w.) sytuacja wyraźnie się zmieniła. Na dużym obszarze Europa podzieliła się na małe organizmy społeczne (księstwa, królestwa, wolne miasta, itp.). Widać to wyraźnie na mapie poniżej, gdzie na dużych obszarach dominowały stosunkowo małe struktury polityczne.

 Europa1300

 Proces dywersyfikacji Europy Zachodniej kontynuowany był w następnych wiekach. Widać to na kolejnej mapie Europy z początków wieku XV (patrz mapa poniżej).

Obecnie Unia Europejska składa się z 268 regionów (w Polsce są to województwa). Jeśli popatrzylibyśmy na rozkład geograficzny tych obecnie najbogatszych regionów Europy to przyjmuje on charakterystyczny kształt banana (zwanego często europejskim bananem, albo niebieskim bananem). Obszar ten zaznaczyłem niebieskawym kolorem na prezentowanej poniżej mapie.

 Europa1400

 Już pierwsze, pobieżne porównanie map Europy w XIV i XV wieku z obszarem regionów obecnie najbogatszych w UE wskazuje na niemalże stuprocentową tożsamość rozdrobionych regionów w późnym średniowieczu, które bardzo silnie ze sobą konkurowały, z regionami obecnie najbogatszymi w UE. To nie jest przypadek. W tych regionach najsilniej występowały też inne elementy składające się na ewolucję w kierunku budowy społeczeństwa kapitalistycznego (tzn. Wolność, rządy prawa, poszanowanie własności prywatnej, indywidualizm; Krytyczna dyskusja, sceptycyzm i rozwój nauki; Praktyczne zastosowanie wyników badań naukowych (ars sine scientia nihil est  – praktyka jest bezwartościowa bez teorii; nie ma nic bardziej praktycznego niż dobra teoria); Rozwój miast, urbanizacja, gildie średniowieczne, rozwój rzemiosła (wzrost znaczenia zysku i przedsiębiorczości)).

 Ta różnorodność jest bardzo ważna w rozwoju każdego systemu (zarówno biologicznego (ewolucja gatunków), jak i społecznego czy technologicznego (ewolucja kulturowa). Zdawał siebie z tego sprawę już John Stuart Mill, który w 1859 roku napisał: „Co uczyniło europejską rodzinę ludów postępową, a nie stojącą w miejscu częścią ludzkości. Nie jakaś wyższość, która jeśli istnieje, to jest skutkiem, a nie przyczyną; lecz godna uwagi różnorodność charakteru i kultury. Jednostki, klasy i narody były nadzwyczaj niepodobne do siebie; torowały sobie najrozmaitsze drogi, z których każda wiodła do jakiegoś wartościowego celu; a choć w każdym okresie ci, którzy szli różnymi drogami, nie tolerowali się nawzajem i każdy zmusiłby chętnie wszystkich pozostałych do pójścia jego szlakiem, próby wzajemnego hamowania swego rodzaju rzadko się udawały i każdy przyjmował z czasem bez sprzeciwu dobro, które mu inni ofiarowali. Moim zdaniem, Europa zawdzięcza cały swój wszechstronny postęp tej mnogości dróg.” (Zauważmy,  że J. St. Mill napisał to w roku publikacji dzieła Karola Darwina, O powstawaniu gatunków).

Kiedy wspominam o Estonii jako dobrym przykładzie sukcesu gospodarki rynkowej w Europie Centralnej oraz postuluję, że z niej powinniśmy brać przykład jak można poszerzać zakres wolności gospodarczej, to często słyszę opinie, że to nie jest dobry przykład dla Polski bo przecież Estonia to mały niespełna 1,5 milionowy kraj i co jest możliwe do zrealizowania w małym społeczeństwie to nie jest możliwe do realizacji w 38 milionowym narodzie. Zwykle odpowiadam wtedy, że jeśli faktycznie tak jest to cóż stoi na przeszkodzie by w Polsce powstało 16 autonomicznych Estonii, które by ze sobą współzawodniczyły? Utwórzmy te 16 ‚Estonii’ w Polsce!

Ciągnąc dalej tę myśl, może warto byłoby pomyśleć by Europa składała się z 268 autonomicznych państw i państewek, które by ze sobą współzawodniczyły, ale też i współpracowały (bo to są dwie strony tego samego medalu, tak jak konkurencja i współpraca są dwiema stronami tego samego medalu w rozwoju opartym na mechanizmach rynkowych).

Twierdzę, że zarówno w Polsce jak i w Europie żyłoby się nam znacznie lepiej, pełniej, ku zadowoleniu wszystkich Polaków i Europejczyków (choć to zadowolenie mogłoby wynikać z realizacji niekiedy całkiem odmiennych oczekiwań i marzeń). 

Kilka dni temu Pani premier Ewa Kopacz powiedziała, że  „Polacy powinni wreszcie zarabiać, tak jak zarabia się na Zachodzie … Doprowadzenie do tego to wyzwanie na następne cztery lata”. Można potraktować te słowa jako puste gadanie, tak jak w ostatnich kilku tygodniach, w ramach kampanii wyborczej, traktuje się obietnice wszelkiej maści polityków. Tak nawiasem mówiąc, zastanawiam się kiedy ten poziom absurdu płynący z ust polityków osiągnie taki poziom, że po prostu będziemy ich ignorować i przestaniemy całkowicie słuchać.

Czytajać te słowa Ewy Kopacz zastanawiałem się nad tym czy w większości politycy są tak głupi, że w istocie w kwestiach gospodarczych nie wiedzą co mówią, czy też są cynicznymi kłamcami. Nie byłoby może tak źle gdyby byli cynikami i kłamali, boję się jednak, że prawdziwa jest ta pierwsza możliwość. 

Gdyby inżynier powiedział, że jest w stanie zbudować pojazd (pociąg, samochód, samolot, …) który w ciągu paru minut będzie w stanie przewozić ludzi z Wrocławia do Gdańska, to potraktowalibyśmy go jako wariata (bo nawet gdyby zbudować taki pojazd np. rakietowy, to przyspieszenia musiałyby być tak duże, że żaden człowiek nie wytrzymałby tego). A coś takiego słyszymy niemalże co dzień z ust polityków, obiecujących wyborcom wszystko, nawet najbardziej absurdalne rzeczy.

Każdy system dynamiczny (a system gospodarczy takim jest) ma swoja tzw. wewnętrzną dynamikę, charakteryzowany przez specjalistów np. przez tzw. stale czasowe sytemu. Kiedy podgrzewamy w zimie pokój, to nie oczekujemy, że w ciągu paru minut temperatura w nim podniesie się np. z 10 stopni Celsjusza do 25 stopni Celsjusza. Spodziewamy się, że w zależności od wielkości tego pokoju może potrwać to od kilkudziesięciu minut (dla małego pokoju) do kilku godzin (dla dużego pokoju).

Podobnie jest w systemie gospodarczym, który też ma swoje ‘stałe czasowe’. Zarobki pracowników nie wzrosną tylko dlatego, że Pani Premier sobie tego zażyczy, czy dlatego, że związki zawodowe ‘tupną nogą’. Nie jest chyba wykraczającym poza zdolności intelektualne każdego człowieka to by zrozumieć, że wielkość zarobków jest pochodną jego produktywności. W Polsce w ostatnich 26 latach ta produktywność rośnie znacznie szybciej niż na tzw. Zachodzie, ale 26 lat temu zaczynaliśmy z bardzo niskiego jej poziomu. To dzięki temu nadrobiliśmy zaległości, i jeśli 26 lat temu średnio w Polsce zarabialiśmy ok. 10 razy mniej niż na Zachodzie, to obecnie zarabiamy ok. 3-4 razy mniej. Jesteśmy w stanie nadrobić dalej tę różnicę, ale fizycznie nie jest możliwe dokonanie tego w ciągu najbliższych 4 lat (jak życzyłaby sobie Pani Premier). Jeśli stworzono by odpowiednie warunki do rozwoju przedsiębiorczości (swobody gospodarowania) to moglibyśmy te zapóźnienie w stosunku do Zachodu nadrobić w ciągu najbliższych 12-15 lat. Boję się jednak, że braknie ku temu woli politycznej i może to potrwać dwa, trzy razy dłużej (jeśli w ogóle).

Warunkiem zatem jest zapewnienie wolności gospodarczej, poszanowanie własności prywatnej i budowanie zaufania społecznego. Trzeba wyraźnie powiedzieć i uświadomić ludziom, że dobrobyt bierze się z systematycznej pracy, której owoce nie są marnowane przez działania polityczne. To, że społeczeństwa zachodnie osiągnęły dobrobyt to nie jest wynik dekretów politycznych, ale ich systematycznej, ciężkiej pracy i dobrej jej organizacji w warunkach gospodarki rynkowej w ostatnich 150-200 latach. Taki stosunek do życia (nie tylko gospodarczego)  zawarty jest w zasadach klasycznego, zachodniego liberalizmu, ale także wschodniego taoizmu (o czym wspominam np. Historii myśli liberalnej – robocza wersja dostępna tutaj, patrz str. 13-15). By to zilustrować podam  na początek tylko dwa cytaty z klasycznych dzieł taoistycznych.

Lao-tsy w TAO-TE-KING, czyli KSIĘGA DROGI I CNOTY (Przeł. Tadeusz Żbikowski) napisał:

Co należy zrobić, żeby zmącenie ustąpiło?
Należy zachować spokój (i bezruch), a (woda) stopniowo stanie się czysta.
Co można zrobić, żeby zachować spokój na wieki?
Poprzez ruch (i zmiany) stopniowo spokój się zrodzi.
Ci, którzy przestrzegali tej zasady tao, nigdy nie dążyli do wypełnienia swoich pragnień do końca.

Kto wspina się na palce, nie stoi (mocno na ziemi).
Kto dwa kroki chce zrobić jednocześnie, nie idzie (szybko).
Kto ukazuje się (publicznie), nie świeci (swoją osobowością)
Kto twierdzi, że ma (zawsze) rację, to (to, co mówi), nie jest (dla wszystkich) oczywiste.
Kto domaga się uznania, nie ma żadnych osiągnięć.
Kto stara się nad innych wywyższyć, nikomu nie przewodzi.

Natomiast Czuang-tsy w Prawdziwej Księdze Południowego Kwiatu, pisząc o skuteczności działania zgodnego z naturą:
„Cz’ui rzemieślnik dokładniej kreśli koła ręką niż cyrklem. Zdawało się, że jego palce tak naturalnie dostosowują się do tego co robi, że nie musi natężać uwagi. Jego władze umysłowe były więc jednym i nie było dla nich przeszkód. Jeżeli się nie czuje nóg, to znaczy, że buty są wygodne. Jeżeli nie czuje brzucha, to znaczy, że przepaska jest dobra. Jeżeli intelekt nieświadomym jest dobra ani zła, to znaczy, że serce (Hsin) jest spokojne … A ten, kto spokojnie zaczynając, nie czuje się nigdy spokojny, nieświadom jest spokoju.”

 Tak pisząc o skuteczności systematycznej pracy, liberalizmie i taoizmie, przypomniał mi się film dokumentalny z 2010 roku pt. The Man Who Stopped the Desert (Człowiek, który zatrzymał pustynię). Jest to wzruszając historia Yacouba Sawadogo, prostego rolnika z Burkina Faso, który przez prawie 40 lat, wykorzystując tradycyjną uprawę roślin w klimacie zwrotnikowym nazywanej Zai, dzięki swojemu uporowi i systematycznemu działaniu, był w stanie zamienić obszar pustynny na żyzną glebę na której rośnie obecnie las, jak również można ją wykorzystać rolniczo.  Warto podkreślić, że poradził on sobie z problemem, nad którym od wielu lat pracują naukowcy z całego świata (nie muszę wspominać, że za grube miliony dolarów, najprawdopodobniej z publicznych pieniędzy).

Zai nie jest jakąś wyrachowaną technika rolniczą. To w istocie bardzo prosta i tania technika rolnicza, w której przy pomocy łopaty (lub siekiery) wykopuje się okrągłe  otwory w twardej ziemi, a następnie wypełnia się je kompostem. W otworach tych sadzi się nasiona drzew, prosa lub sorgo. Specyficzny kształt otworów  umożliwia zbieranie się w otworach wody  w porze deszczowej (która trwa z reguły 2-4 miesiecy) i dzięki czemu możliwe jest utrzymanie wilgoci i składników odżywczych w porze suchej. Yacouba Sawadogo wykazał się inwencja i usprawnił tradycyjną metodę, poszerzając otwory, tak aby zbierały w nich więcej wilgoci i dodając trochę gnoju, który również zachowuje wilgoć na dłużej. Co też ważne, Sawadogo przygotowuje w ten sposób ziemię w porze suchej, odwrotnie niż to mają w zwyczaju tradycyjne lokalne praktyki.

Ostatnio ciekawie o historii Yacouba Sawadogo  napisała Jaśmina Marczewska. Tam też na końcu tekstu możemy znaleźć zasmucająca historię, związaną (znów) z instytucjami państwowymi: „Źródłem problemu są kwestie dotyczące własności ziemi. Bardzo wielu drobnych rolników w Burkina Faso nie posiada gruntów, lecz tylko je dzierżawi. Koniec najmu może nastąpić w każdej chwili. Jednocześnie rząd pozwala miastom anektować pobliskie tereny, w minimalnym stopniu wynagradzając to ludziom, którzy już je zamieszkują i są wysiedlani. Tak dzieje się z wioską Sawadogo, położoną kilka kilometrów od 64-tysięcznego Ouahigoya. Na obszarze przyłączonym do tego ośrodka znalazł się las, z takim trudem wyhodowany przez Yacoubę. Władze zaczynają już budować tam domy.  Przysłani geodeci podzielili nieruchomość na niewielkie działki. Jedną z nich pozostawiono Sawadogo, przydziały dostaną również jego starsze dzieci. Cała reszta zostanie wyprzedana. Yacouba musiał bezsilnie patrzeć, jak miejscy urzędnicy wbili kołek w podłogę jego sypialni. Kolejna linia przecina grób jego ojca. Rolnik stara się teraz zebrać pieniądze, by odkupić las, w który zainwestował swoje życie. Musi zgromadzić aż 20 tys. dolarów – paradoksalnie, sam podwyższył wartość gruntu, przyczyniając się do poprawy jakości ziemi.”

Tutaj powstrzymam się od komentarza.

Po przeczytaniu artykułu jaki Tomasz Rożek zamieścił na swoim blogu ‘Nauka – to lubię’ pt. Ludowców gra grafenem, byłem tak podenerwowany i poruszony, że impulsywnie zacząłem pisać wpis na swoim blogu, by choć w takim stopniu przyczynić się do upowszechnienia tych informacji. Zacząłem pisać w bardzo ostrym tonie, potem jednak skasowałem te zdania, bo doszedłem do wniosku, że przecież to nie pierwsza i nie jedyna sprawa, kiedy to politycy traktują naukę (jak i inne sfery naszego życia) bardzo instrumentalnie, że tak prawdę powiedziawszy moje wkurzanie się nie ma sensu, bo tylko może skończyć się pogorszeniem stanu mojego zdrowia.

Zatem polecam uważne przeczytanie tekstu Tomasza Rożka, dokumentów, których kopie zamieszana on na końcu swojego artykułu, oraz upowszechnienie informacji o skandalu związanym z wyborem dyrektora Instytutu Technologii Materiałów Elektronicznych (ITME).

 Czytając artykuł Tomasza Rożka przypomniałem sobie notatkę jaką przygotowałem na wprowadzenie do wykładu dr. Pawła Tomaszewskiego (pt. „Jan Czochralski – uczony i poeta„), który odbył się w ramach Studium Generale im. Profesora Jana Mozrzymasa na Uniwersytecie Wrocławskim 21 października 2014 roku. Pozwolę sobie zamieścić te notatkę in extenso, bo w dużym stopniu wiąże się ona z sytuacją jaką opisuje Tomasz Rożek, a w której też wspominam o grafenie i ITME.

 „Pan dr Paweł Tomaszewski z Instytutu Niskich Temperatur i Badań Strukturalnych PAN we Wrocławiu jest zaangażowany od 30 lat w zbieranie materiałów o prof. Janie Czochralskim. Jest największym znawcą biografii i osiągnięć badawczych Jana Czochralskiego. Bardzo zaangażowany w przywrócenie dobrego imienia prof. Czochralskiemu. To w dużej mierze dzięki jego wysiłkom w 2013 roku obchodziliśmy Rok Jana Czochralskiego (ogłoszony przez Sejm RP w sześćdziesiątą rocznicę jego śmierci).

Naturalnie nie będę mówił o samym Janie Czochralskim, dr Tomaszewski zrobi to doskonale. W kontekście postaci Jana Czochralskiego chciałbym powiedzieć o pewnym, chyba typowym, polskim zjawisku, o czymś co można nazwać zawiścią zawodowa, prowadzącą do tego, że nie umiemy się cieszyć z sukcesu innych. Jak wiemy Jan Czochralski, znany jest na świecie ze swych osiągnieć naukowych, a zwłaszcza metody wytwarzania monokryształów, zwanej powszechnie metodą Czochralskiego (bez której współczesna elektronika, jeśli w ogóle istniałaby to byłaby znacznie opóźniona). Kiedy po II wojnie światowej Czochralski wrócił do Polski by pracować na Politechnice Warszawskiej, spotkał się z wrogim stosunkiem środowiska naukowego. Efektem tego było pozbawienie Czochralskiego tytułu profesorskiego i praktycznie wykluczenie go ze środowiska naukowego w grudniu 1945 roku przez władze Politechniki Warszawskiej. Przez następne dziesięciolecia o Czochralskim nie mówiło się w Polsce (choć na świecie był powszechnie znany). Nazwisko Czochralskiego nie istniało w wydawnictwach encyklopedycznych, dobrym tego przykładem jest wydany w roku 1967 drugi tom Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN. Jedynie krótka notka biograficzna o nim pojawiła się dopiero w wydanym w roku 1970 suplemencie tej encyklopedii. Jak wiemy dopiero po 66 latach senat Politechniki Warszawskiej uchwałą z 29 czerwca 2011 roku całkowicie zrehabilitował prof. Czochralskiego.

Nie jest to jedyny przypadek tego typu ‘zawiści zawodowej’. Niech jako dobry przykład, jeden z wielu, posłuży nam postać wrocławianina Jacka Karpińskiego. Mało kto wie, że ten polski inżynier stworzył w 1970 roku pierwszy minikomputer, który był szybszy niż wprowadzony dziesięć lat później IBM PC. Zaprojektowany i zbudowany przez niego komputer K-202 mógł zapoczątkować rewolucję informatyczna, a Jacek Karpiński polskim Billem Gatesem czy Stevem Jobsem. Jak sam mówił, jego celem było zbudowanie komputera, który miesiłby się w pudelku po butach – i to mu się udało.

Sztandarowym produktem na początku lat 70. Był produkowany w Elwro komputer Odra-1325. Naturalnym była chęć porównania Odry-1325 i K-202. Jak opisał to Andrzej Zwaniecki w „Przegladzie technicznym” z 22.02.1981 r.: „Jednostka centralna K-202 mieściła się na biurku. Odra-1325 była wielkości dużej szafy. K-202 nie wymagał klimatyzacji, był niewrażliwy na wstrząsy i dawał się łatwo uruchomić. Tych zalet nie miała Odra. K-202 dysponujący zdolnością dokonywania miliona operacji na sekundę, był pięć razy szybszy od Odry. Przy podobnym zestawie urządzeń zewnętrznych K-202 kosztował 6 milionów, Odra 20 milionów złotych (dodatkowo klimatyzacja wymagała inwestycji rzędu 20-30 tys. dolarów). Odra była zawodna, podczas gdy producent minikomputera dawał na K-202 pięcioletnią gwarancję.” Wydawało się, że w tej sytuacji przeszłość powinna należeć K-202. Tak się nie stało, inż. Karpiński został odsunięty od prac nad projektowaniem komputerów, a potem zmuszony do odejścia z pracy. W tej sytuacji, w roku 1978 Jacek Karpiński zdecydował się na szokujący gest: wydzierżawił na zapadłej wsi pod Olsztynem rozwaloną chałupę i 10 ha ziemi, ukończył kurs zawodowego rolnika i hodował tam kilka świń, krowę i kilkadziesiąt kur. Raz na tydzień jeździł do Warszawy żeby dać wykład na Politechnice Warszawskiej. Zauważyli to niektórzy dziennikarze i w końcu 1980 roku odwiedzili go na wsi. Przyjechała nawet Kronika filmowa i nakręciła film o Karpińskim-rolniku. Na zapytanie pani redaktor – dlaczego zajął się świniami – odpowiedział : „bo wolę mieć do czynienia z prawdziwymi świniami”.

W ostatnich latach swojego życia (umarł 21 lutego 2010 roku) Jacek Karpiński mieszkał w ciasnej kawalerce we Wrocławiu, zajmował się problemami sztucznej inteligencji, ale zarabiał na życie projektując strony internetowe. Może warto dyskutować o tego typu marnotrawieniu polskiego kapitału intelektualnego?

Ta nieumiejętność zdyskontowania polskich osiągnięć badawczych staje się dokuczliwa. Czy naprawdę stać nas na to? By nie rozwodzić się podam tylko kilka przykładów z ostatnich lat.

Kilka lat temu polscy naukowcy z Instytutu Technologii Materiałów Elektronicznych (którym kieruje dr Zygmunt Łuczyński) opracowali bardzo efektywna metodę produkcji grafenu. Wydawało się, że to może być początkiem wielkiego biznesu i dalszego rozwoju badań nad grafenem w Polsce. Wierzono, że przy zaangażowaniu instytucji państwowych i wsparciu sektora prywatnego produkcja grafenu na skalę przemysłową rozpocznie się w Polsce już w grudniu 2013 roku. Historia znów się powtórzyła, inicjatywa się nie rozwinęła i ostatnio mogliśmy się dowiedzieć z prasy, że Firma Cambridge Nanosystems otworzyła w angielskim Cambridge nowy zakład produkcyjny tego niezwykłego materiału. Okazuje się, że założycielem firmy jest dr Krzysztof Koziol, wykształcony na Politechnice Śląskiej w Gliwicach, pracujący od paru lat na Uniwersytecie Cambridge. Na początek planują oni dostarczać rocznie na rynek pięć ton tego materiału o najwyższej jakości, a sprzedaż odbywać się będzie w dużym stopniu poprzez sklep internetowy. Niedługo Cambridge Nanosystems zamierza zbudować ogromną fabrykę produkcji grafenu w Malezji. Aż ciśnie się na usta pytanie: można było zrobić to w Wielkiej Brytanii, dlaczego nie można w Polsce?

Nagrodę Nobla z fizyki otrzymali w 2014 roku trzej twórcy niebieskiej diody LED – Japończycy Isamu Akasaki i Hiroshi Amano oraz Shuji Nakamura z USA, dzięki którym energooszczędne i trwałe świecące diody zastępują żarówki i świetlówki. W uzasadnieniu tej nagrody napisano, że uhonorowano ich za wynalezienie „wydajnych diod emitujących światło niebieskie, które pozwoliły na stworzenie jasnych i energooszczędnych źródeł światła białego”. W Polsce prace nad niebieskimi diodami prowadzone są od wielu lat i przy stworzeniu odpowiednich warunków to wielce prawdopodobne, że i Polacy mogliby się znaleźć w gronie laureatów. Prof. Roman Stępniewski z Wydziału Fizyki UW powiedział w jednym z wywiadów, że takie badania prowadzi kilka polskich ośrodków naukowych, np. na Uniwersytecie Warszawskim, ale Polakom brak odpowiedniej bazy, by osiągać tak efektowne sukcesy, jak nobliści. Kluczem do stworzenia niebieskiej diod jest technologia wytwarzania azotku galu. Prof. Sylwester Porowski z Instytutu Wysokich Ciśnień w Warszawie twierdzi, że „azotek galu jest drugim półprzewodnikiem po dominującym ciągle krzemie” Okazuje się, że Polska należy do czterech krajów – obok USA, Japonii i Niemiec – które mają najlepiej rozwiniętą technologię wytwarzania azotku galu. Prof. Porowski przewiduje się, że azotek galu może w XXI wieku odegrać rolę równie ważną jak ta, którą odegrał krzem w drugiej połowie XX wieku. W komentarzu do przyznanej Japończykom Nagrody Nobla prof. Porowski powiedział: „To, że azotek galu jest wspaniałym półprzewodnikiem, wiadomo od jakichś 50 lat. Pod wieloma względami materiał ten jest podobny do diamentu. Azotek galu nie występuje jednak w przyrodzie i trudno go uzyskać w postaci monokryształu w laboratorium. Pierwsze kryształy uzyskano w Polsce. My cały nacisk położyliśmy na to, by wytworzyć idealny kryształ. Nobliści tymczasem pogodzili się z tym, że azotek galu ma wiele defektów i wykorzystali go do produkcji diod świecących. To niewątpliwie ich wielkie osiągnięcie. Pojawienie się jednak opracowanych w Polsce kryształów azotku galu znacznie przyspieszyło rozwój badań nad diodami i laserami”. Cóż z tego, że Prof. Sylwester Porowski za swoje badania nad azotkiem galu otrzymał w 2013 r. Nagrodę Fundacji na rzecz Nauki Polskiej w dziedzinie nauk chemicznych i o materiałach, jeśli znów nie potrafimy zdyskontować sukcesu badawczego poprzez jego skomercjalizowanie.

Na koniec przykład z bliskiego mi Wrocławia. Prof. Jan Szopa-Skórkowski, biotechnolog z Uniwersytetu Wrocławskiego, pracuje nad technologiami którymi podstawą jest modyfikowany genetycznie len. Parę lat temu głośna była sprawa opracowanych w zespole prof. Szopy-Skórowskiego opatrunków lnianych, które pomagają w gojeniu się ran odpornych na leczenie, żeli przeciwzapalnych oraz półproduktów do produkcji leków na bazie lnu. Pojawiło się wiele artykułów w prasie na ten temat, zaangażowali się w to politycy, obiecywano, że niedługo rozpocznie się produkcja tych opatrunków lnianych. Upłynęło kilka lat i nic na ten temat nie słychać. Tylko czekać, kiedy w Wielkiej Brytanii ktoś rozpocznie produkcję tych opatrunków.

Tych kilka przykładów podałem by zilustrować to co powtarzam od wielu lat, Polska jest bardzo innowacyjnym krajem i pełnym kreatywnych ludzi, nie umiemy jednak tych możliwości zdyskontować, m.in. poprzez komercjalizację tych pomysłów.”

Kilka tygodni temu poproszono mnie bym napisał artykuł do kolejnego numeru magazynu Teraz Polska, którego przewodnim tematem miała być ‘innowacyjność’. Magazyn ten właśnie się ukazał i jest dostępny tutaj (a na str. 7 jest ten artykuł, który zatytułowałem tak jak ten wpis). Na koniec tego wpisu zamieszczam roboczą wersję tego artykułu (która różni się od tej opublikowanej drobnymi zmianami stylistycznymi).

Ten numer 2/2015 Teraz Polska wart jest przejrzenia. Ciekawe są uwagi językoznawcy, prof. Jerzego Bralczyka na temat takich rzeczowników jak innowacyjność, innowacje, nowatorstwo, czy niektóre wywiady jak np. z Adamem Jesionkiewiczem, współzałożycielem i CEO firmy Ifinity (‘Polska dolina Beaconowa’, str. 20).

Pozwolę sobie jednak na kilka uwag ‘innego rodzaju’. Redaktor naczelny  i Prezes Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska”, Pan Krzysztof Przybył w uwagach wstępnych  pt. ‚Wspierajmy innowacyjność’ (str. 3) napisał: „Możemy – i powinniśmy – dyskutować o tym, ile państwa winno być w gospodarce. W polskich realiach bez zaangażowania sfery publicznej nie będzie możliwe pokonanie dystansu, który dzieli naszą gospodarkę od europejskich liderów. Pytanie nie brzmi zatem, czy państwo powinno wspierać innowacyjność, ale w jaki sposób powinno to robić.” Odnoszę wrażenie, że Redaktor Naczelny nie czytał tego co napisałem w artykule, jak i fragmentów innych artykułów publikowanych w tym numerze Teraz Polska.

Nie napiszę, że warto przeczytać zapis debaty pt. ‚Rola nauki w służbie innowacyjnego społeczeństwa’ (str. 14). Sześciu z siedmiu dyskutantów powtarza stare komunały (a brylują w tym znani profesorowie), ale warta zauważenia jest jedna wypowiedź, praktyka, który stara się określać operacyjne cele (łatwe do określenia czy się je osiągnęło, czy nie), Pana Dariusza Żuka (Prezesa think tanku Polska Przedsiębiorcza, realizującego strategię „Droga do Polski Przedsiębiorczej”, mającą na celu osiągnięcie przez Polskę do 2020 r. pozycji lidera w obszarze startupów oraz wykreowanie trzech polskich firm na skalę Skype’a czy Google’a). Powiedział on tam m.in.: „W ciągu 10 lat naszego działania nie spotkaliśmy się niestety z nadmierną życzliwością ze strony władz ministerialnych czy rządowych. Gdy słyszę, że laboratoria wybudowane na uczelniach nakładem 4 mld zł świecą teraz pustkami, to mi się serce kraje, bo wiem, że te fundusze byłyby o wiele lepiej spożytkowane, gdyby przeznaczyć je jako venture capital na rozwój konkretnych przedsięwzięć naukowo-biznesowych. Oczywiście trzeba zrozumieć, że w przypadku funduszy tego typu 70 proc. inwestycji upada, ale za to pozostałe 30 proc. potrafi wytworzyć wielokrotnie wyższą wartość dla samego funduszu i dla gospodarki kraju.”  

Natomiast Paweł Bochniarz w artykule ‘Jak pomóc polskim czempionom innowacji’, oprócz wielu ciekawych idei przedstawia coś co może być chyba wytłumaczone tym, że oprócz tego, że był przedsiębiorcą, to w latach 2008–2010 był członkiem Zespołu Doradców Strategicznych Prezesa Rady Ministrów. Napisał tam mianowicie: „Zgodzę się z tymi, którzy powiedzą, że państwo powinno im przede wszystkim nie przeszkadzać. Często spotykam się też jednak z poglądem (który nazwałbym liberalno-romantycznym), że firmom prawdziwie innowacyjnym pomagać nie trzeba, a jedynymi czynnikami, które są niezbędne, aby mogły się one rozwijać, jest dostęp do wysokiej jakości kapitału ludzkiego oraz gotowość do podejmowania ryzyka. Co za tym idzie, wszelka interwencja państwa jest tu niepotrzebna, ponieważ prawdziwym innowatorom żadnych zachęt do tworzenia nowych usług i produktów nie potrzeba. Myślę, że jest to pogląd bardzo mylący i szkodliwy. Po pierwsze dlatego, że nie uwzględnia czegoś, co ekonomiści nazywają niedoskonałościami rynku (ang. market failure). Po drugie – z perspektywy państwa nie jest obojętne, czy dana firma prowadzić będzie swoje prace badawczo-rozwojowe w kraju macierzystym, czy za granicą, we współpracy z rodzimymi jednostkami naukowymi, czy tymi zlokalizowanymi w krajach trzecich.”

To co poniżej to obiecana robocza wersja mojego artykułu:

Innowacyjności nie da się zadekretować

Innowacje i innowacyjność są w ostatnich latach słowami odmiennymi przez wszystkie przypadki. Szczególnie celują w tym politycy i biurokraci, którzy stale i wszędzie podkreślają jak ważne są innowacje w rozwoju społecznym i gospodarczym.  Warto może powiedzieć, że ekonomiści od dawna wskazywali na ogromną rolę innowacji, że wspomnieć choćby Frédérica Bastiata (np. jego Harmonie ekonomiczne z 1850 r.), Josepha A. Schumpetera (np. Teoria rozwoju gospodarczego, 1911), Johna Hicksa (Teoria płac, 1932), czy Roberta Solowa (Przyczynek do teorii wzrostu gospodarczego, 1956). Odnoszę wrażenie, ze im więcej w Unii Europejskiej i w Polsce mówi się o roli innowacji i postępu technologicznego w rozwoju gospodarczym, im więcej powstaje wszelkiego rodzaju programów i strategii innowacyjnego rozwoju,  tym gorzej jest z tymi innowacjami. Mogę zaryzykować twierdzenie, że istnieje ujemna korelacja pomiędzy liczbą programów UE i rządu RP wspierających rozwój innowacji a liczbą realnych innowacji będących wynikiem ich finansowania z pieniędzy publicznych.

Od wielu dziesięcioleci, powoli, ale systematycznie Europa traci swą pozycję jako lidera zmian gospodarczych. Próbą powrotu do utraconej pozycji była podpisana w marcu 2000 roku sławna (niesławna?) Strategia Lizbońska. Zarówno szybkość wzrostu wydajności, jak i wzrost innowacyjności w krajach UE była (i jest) niższy niż w USA. Choroba jaka dotknęła Europę różnie była nazywana, niekiedy nazywano ja „Eurosklerozą”, „uwiądem starczym”, „totalną niemocą”. Zgodnie z „Kalendarzem Lizbońskim”, w roku 2010 UE miała nadrobić dystans w (zwłaszcza w stosunku do USA) i stać się „najbardziej konkurencyjną gospodarką świata”. Powinno się to dokonać dzięki: rozwojowi innowacyjności; inwestowaniu w edukację pracowników; wprowadzeniu ułatwień dla tworzenia nowych przedsiębiorstw; liberalizacji kluczowych sektorów: energetycznego, telekomunikacyjnego, finansowego i pocztowego.

Jeśli chodzi o retorykę Strategii Lizbońskiej to przypomina ona retorykę z okresu realnego socjalizmu, kiedy to też wytyczano podobne cele dogonienia i przegonienia gospodarki kapitalistycznej. Moim komentarzem do strategii lizbońskiej w 2000 był cytat z Hamleta, Williama Shakespeare: „Słowa, słowa, słowa.” Podobnie jak za czasów sowieckiej gospodarki planowej (m.in. w PRLu), szybko okazało się, że celu nie da się osiągnąć. W 2005 roku dokonano oficjalnej oceny Strategii Lizbońskiej  i już wtedy zaczęto unikać odwoływania się do niej. Zaczęto myśleć o zmianie perspektywy na bardziej odległy termin 2020 roku. Unia nie tylko nie dogania Stanów Zjednoczonych, ale coraz bardziej od nich odstaje. Kluczowy wskaźnik, jakim jest tempo wzrostu wydajności pracy rósł w Unii w ostatnich kilkunastu latach trzykrotnie wolniej niż w USA. Stopa zatrudnienia w UE od 2000 r. minimalnie wzrosła (z 62% do 64%), ale jest nadal daleko za celem strategii lizbońskiej (70%) i poziomem USA – 72%.

Widocznym efektem choroby, która dręczy Europę jest nieefektywne wykorzystanie (wręcz ogromne marnotrawstwo) środków, jakimi dysponuje Unia do realizacji swoich celów. Nie istnieją dane o marnotrawstwie środków przeznaczonych na badania i rozwój, ale można podejrzewać, że jest on na podobnym poziomie jak wykorzystanie funduszy w ramach Wspólnej Polityki Rolnej, której środki to ok. 40% całego budżetu UE. Informacje o braku tej efektywności możliwe są dopiero ostatnich latach dzięki walce o jawność wydawania pieniędzy unijnych, jaką prowadzą niezależne instytucje monitorujące funkcjonowanie Unii. Taką instytucją jest, założony przez Duńczyka Nils Mulvada, Brytyjczyka Jack Thurstona, i Niemkę-Dunkę Brigitte Alfter, serwis internetowy FarmSubsidy.org. Jak wynika z zebranych przez nich informacji, swego czasu do największych beneficjentów Wspólnej Polityki Rolnej (Common Agriculture Policy – CAP) należeli: książę Albert z Monako, niemieckie linie lotnicze Lufthansa, duńska służba więzienną, koncern Nestlé i książę Westminsteru. Po wejściu Polski do UE jednym z dużych beneficjentów CAP był, posiadający  ponad 60 tys. hektarów ziemi, Kościół katolicki.

Aż prosi się by powstał podobny portal informacyjny dotyczący finansowania badań naukowych i przeglądu tematyki tych badań. Śmiem twierdzić, ze moglibyśmy tam poczytać o podobnych absurdach jakie czytamy odnośnie CAP.

Dokładna analizę wypowiedzi i dokumentów odnoszących się do koniecznych działań w celu poprawy innowacyjności i konkurencji Unii Europejskiej wymagałaby sporo miejsca i czasu. W tej krótkiej wypowiedzi ograniczę się do podania tego co wydaje się być najistotniejszym. W ogromnej liczbie wypowiedzi i publikacji powtarza się jak mantrę o „potrzebie pokonania istniejących barier poprawy innowacyjności takich jak: nieefektywne reżimy własności intelektualnej, słabe powiązania pomiędzy nauką a przemysłem (zwłaszcza we wstępnych etapach badań), brak kapitału wysokiego ryzyka i efektywnego prawa bankructwa”, o konieczność „wzmocnienia reżimów własności intelektualnej, podwyższenia poziomu wiedzy naukowej, ograniczenia obciążeń legislacyjnych dla małych, młodych i innowacyjnych firm, wzmocnienia powiązań pomiędzy nauką i przemysłem, zapewnienia większych efektów z finansowanych przez UE badań naukowych.”

Odnieść można wrażenie, że wiele energii w Europie poświęca się na generowaniu ładnie brzmiących haseł. Mówi się o potrzebie budowania „wspólnej przestrzeni badawczej”, „europejskiej przestrzeni badawczej”, „innowacyjnej Europie”, „jednolitym innowacyjnym rynku”, „biegunach doskonałości”. W Polsce swego czasu popularny był program rozwoju zaawansowanych technologii pod wielce sugestywnym tytułem „Wędka technologiczna” (z którego oczywiście nic nie wyszło). Znów nasuwają się skojarzenie z okresem ‘realnego socjalizmu”, kiedy to więcej energii poświęcano propagandzie aniżeli efektywnym działaniom.

UE nie rezygnują z manii używania wskaźników, czegoś, co można w tym przypadku nazwać „fetyszem 3%’. Uznają, że wyznaczony w Strategii Lizbońskiej cel zwiększenia nakładów na badania i rozwój (B+R) do poziomu 3% wartości PKB, powinien być kluczowym w działaniu UE (postulat ten zawarty jest w najnowszym programie ‘Europa 2020’ –
http://ec.europa.eu/europe2020/index_pl.htm
– warto poczytać, gwarantuję ubaw ‘po pachy’). Mówi się wprawdzie, że wzrost tych nakładów powinien dotyczyć wybitnych badań naukowych, przemysłowych badań B+R, oraz wzmocnienia relacji nauka-przemysł. Niejasny jednak jest sposób określania tego, co to są wybitne badania. Na pewno uznane zostanie, że będzie to w gestii ‘niezależnego komitetu wybitnych naukowców’. A, że tak może być świadczy znów pomysł tzw. ‘grupy Aho’ by powołać „niezależny panel monitorujący”, który z pomocą Komisji Europejskiej będzie publikował coroczny raport o postępach związanych z realizacją Paktu.

Myślenie w kategoriach wskaźników (jakim jest np. ‘wskaźnik 3% na B+R’) znów przypomina myślenie życzeniowe jakiego byliśmy świadkami w czasach realnego socjalizmu. Tam też centralni planiści myśleli w kategoriach osiągnięcia wskaźników (np. osiągniecie poziomu akumulacji w gospodarce na poziomie 20-25%, produkcja stali na mieszkańca na poziomie przewyższającym poziom produkcji w krajach kapitalistycznych (co świadczyć miało o zaawansowanej industrializacji)). W prawdziwej gospodarce rynkowej nikt nie zastawania się nad tym, jakiej wartości wskaźniki rozwoju gospodarki narodowej powinny być osiągnięte. Wartości wskaźników mogą być interesującą z naukowego punktu widzenia, ale dla biznesmena odgrywają drugorzędną rolę i są nie celem, ale wynikiem jego codziennych decyzji, sprzyjających wzrostowi konkurencyjności firmy oferującej swoje produkty na rynku. Myśląc w kategoriach osiągnięcia odpowiedniej wartości wskaźników zapomina się o tym, że nie tyle wartość tego wskaźnika, ale efektywność działań (np. efektywność nakładów inwestycyjnych, czy nakładów na badania) jest ważna. Gospodarki centralnie planowane rozpadły się nie dlatego, że nie osiągnięto odpowiedniej wartości wskaźnika nakładów inwestycyjnych, ale dlatego, że po prosty nieefektywnie inwestowano. Dokładnie jest tak samo z nakładami na badania naukowe.

Jak mylące może być myślenie w kategoriach wskaźników pokazuje opublikowany w Wielkiej Brytanii w październiku 2006 roku raport NESTA (National Endowment for Science, Technology and the Arts) pt. „Luka innowacyjna”. Autorzy zawracają uwagę, że w ocenie tradycyjnych wskaźników odnoszących się do innowacyjności, Wielka Brytania postrzegana jest bardzo źle (wskaźniki te są znacznie poniżej wskaźników innych zaawansowanych gospodarczo krajów). Jednakże, kiedy popatrzymy na rozwój gospodarczy to Wielka Brytania należy do ścisłej czołówki światowej. Autorzy raportu nazywają to „Paradoksem Zjednoczonego Królestwa” („The UK Paradox”). Gospodarka brytyjska pozornie mało inwestuje w badania innowacyjne, ale jednocześnie utrzymuje swoją pozycje jednej z największych i odnoszących sukcesy gospodarek świata.

Rozwiązania tego pozornego paradoksu autorzy znajdują w błędności tradycyjnych wskaźników odnoszących się do innowacyjności. Autorzy zwracają uwagę na to, że wiele ważnych innowacji nie jest uwzględniana w tradycyjnych miarach innowacyjności (nazywają te innowacje ukrytymi (hidden innovation)). Innowacje te są w istocie siłą napędzającą rozwój gospodarczy Wielkiej Brytanii. Te ukryte innowacje nie mają klasycznego charakteru technologicznego (inżynierskiego), ale przede wszystkim odnoszą się do (niedocenianych, nietradycyjnych) innowacji w sferze usług, często trudnych do zidentyfikowania, ale mających swoje bardzo duże, wymierne efekty gospodarcze. Warto też zwrócić uwagę, że w wielu sytuacjach zaangażowane są zarówno osoby, firmy prywatne jak również, dobrze funkcjonujące w otoczeniu rynkowych, instytucje państwowe i samorządowe.

Jak czytamy w oficjalnych dokumentach UE, celem nowej strategii „Europa 2020” jest osiągnięcie wzrostu gospodarczego, który będzie: inteligentny (dzięki bardziej efektywnym inwestycjom w edukację, badania naukowe i innowacje); zrównoważony (poprzez rozwój gospodarki niskoemisyjnej i konkurencyjnego przemysłu); sprzyjający włączeniu społecznemu (tworzenie nowych miejsc pracy i ograniczanie ubóstwa). Kiedy to czyta to naturalnym pytaniem jest „Czym Strategia Europa 2020 różni się od Strategii Lizbońskiej”. Przyznam się, że dosyć śmiesznie brzmi standardowa odpowiedź oficjeli UE, w stylu: promuje ona nowy rodzaj wzrostu poprzez rozwój umiejętności obywateli, kształcenie przez całe życie, rozwój badań i innowacji, rozwój inteligentnych sieci i cyfrowej gospodarki, modernizację przemysłu, zwiększenie efektywność energetycznej i surowcowej. Co ciekawe (i niestety bardzo niepokojące, bo w socjalizmie to już przerabialiśmy), ma się to dokonać poprzez silniejszy nadzór (regularny, transparentny monitoring postępów w realizacji tej Strategii, powiązany z nadzorem Rady Europejskiej (szefów rządów)) oraz przez stałą aktywność ewaluacyjną i prognostyczną (w skali całej UE oraz w poszczególnych państwach).

Elementem strategii „Europa 2020” jest tzw. Unia Innowacji (w tym program ‘Horyzont 2020’, z ogromnym funduszem 70 mld euro)). Unia Innowacji  powinna usprawnić warunki dostępu do finansowania badań  naukowych i innowacji oraz zapewnić przekształcenie innowacyjnych  pomysłów w konkretne produkty i usługi,  które będą przyczyniać się do wzrostu gospodarczego Europy i stworzą nowe  miejsca pracy.  W zamierzeniu, Unia Innowacji umożliwi stworzenie Europejskiej Przestrzeni Badawczej, ma na celu poprawienie warunków prowadzenia  działalności innowacyjnej przez przedsiębiorstwa  (m.in. poprzez utworzenie jednolitego patentu  UE czy poprawę dostępności małych i średnich  przedsiębiorstw do praw własności intelektualnej), oraz stworzenie europejskiego partnerstwa  innowacyjnego między podmiotami działającymi  na poziomie UE i państw członkowskich. Wątpię jednak by chyba najistotniejszy i najważniejszy cel Unii Innowacji, jakim jest stymulowanie  aktywność sektora prywatnego, został osiągnięty.  

Wydaje się, że gdyby przyjąć standardy badań naukowych i ich finasowania narzucane przez UE to żadnych szans prowadzenia takowych badań nie mieliby Mikołaj Kopernik, Maria Skłodowska-Curie, Jan Czochralski, czy Ludwik Fleck. Chciałbym jednak podkreślić, że nie jestem pesymistą jeśli chodzi o perspektywy, jak i ocenę, kreatywności i innowacyjności Polaków. Jesteśmy dopiero 26 laty po transformacji. Jak pokazuje doświadczenie historyczne, efekty zmian w skali narodu (kraju) widoczne są dopiero po dwóch-trzech pokoleniach (tak było np. w przypadku Wielkiej Brytanii, kiedy to dopiero kilkadziesiąt lat po Rewolucji Wspaniałej w 1688 roku możliwa była zmiana prowadząca do rewolucji przemysłowej; nie bez przyczyny Mojżesz wodził naród wybrany po pustyni przez 40 lat by zaprowadzić go do Ziemi Obiecanej, po to by pokolenie pamiętające czasy niewoli wymarło i nie miało już decydującego wpływu na to co najważniejsze w społeczeństwie). W biologii funkcjonuje tzw. prawo Haeckla (‘ontogeneza jest rekapitulacją filogenezy’), myślę, że coś podobnego funkcjonuje także w rozwoju gospodarczym. My w Polsce, w przyspieszonym tempie powtarzamy fazy rozwoju  kapitalistycznego obserwowane w ostatnich 150-200 latach. Po tych 26 latach jesteśmy gdzieś w połowie drogi. Te innowacje w Polsce w istocie są obecne, mają tylko inny charakter, nie uwzględniany w przeróżnego rodzaju wskaźnikach. Przedsiębiorczość ściśle związana jest z innowacyjnością, kreatywnością. To właśnie dzięki tej swoistej innowacyjności i kreatywności polscy przedsiębiorcy byli w stanie przekształcić polską gospodarkę w pierwszych latach transformacji. Nie dzięki sprzedaży państwowych firm zaczął dominować sektor prywatny w Polsce, a dzięki szybkiemu wzrostowi małych i średnich firm. To dzięki swej kreatywności polscy przedsiębiorcy potrafili sprostać konkurencyjności firm zachodnich po wejściu Polski do Unii Europejskiej i zwiększyć eksport (i to przy bardzo mocnej polskiej złotówce – przecząc w ten sposób różnej maści teoretykom ekonomii głównego nurtu, że wysoki kurs waluty krajowej powoduje zmniejszenie eksportu).   

Wydaje się, że szanse powstanie „innowacyjnej Europy” są bardzo niewielkie. Jedyną szansą na to jest radykalna zmiana myślenia i zmiana stylu działania przywódców europejskich. Unia Europejska jest chora i wymaga radykalnej terapii w stylu dokonanym przez Ludwiga Erharda w Niemczech w 1948 roku (oraz podobnej terapii dokonanej w Polsce w 1990 roku, niestety po kilku latach w dużym stopniu zaniechanej). To czego brak Europie to brak kreatywności (ale nie tylko tej naukowej), która związana jest ze swobodą twórczą, a ta związana  jest nie tyle z intelektem, wymuszaniem działań, ale z tym co Carl Jung nazywa „instynktem zabawy”. Jak pisał Carl Jung (1875-1961): „Stworzenia czegoś nowego nie zawdzięczamy intelektowi, lecz instynktowi zabawy, który bierze się z wewnętrznej potrzeby. Twórczy umysł bawi się obiektami, które uwielbia.”

Często przytaczana jest opowieść jak to Aleksander Wielki odwiedził Diogenesa i zapytał, co może dla niego zrobić, a słynny nauczyciel odpowiedział: „Nie zasłaniać mi światła”. Podobnie można byłoby poprosić biurokratów z UE, by starając się stymulować rozwój innowacyjności, sprzyjali kreatywności po prostu „nie zasłaniając światła”.

Ważnym elementem działań rynkowych, a zwłaszcza działań w sferze badań naukowych, jest zaakceptowanie elementu porażki i straty. Pojedyncza porażka nie jest tragedią dla biznesmena, przedsiębiorcy. Ważne by z tych błędów wyciągać wnioski na przyszłość i by w dłuższym okresie całość działań biznesmena czy przedsiębiorcy była zyskowna. Dokładnie do samo  można powiedzieć o działalności badawczej (w tej sferze aktywności człowieka jest to chyba najważniejsze). Porażka jest czymś codziennym w badaniach naukowych, ważne jest by ucząc się na tych porażkach odnieść od czasu do czasu spektakularny sukces. Tej możliwości poniesienia porażki nie ma w procesie finansowania badań w sektorze publicznym. W odróżnieniu od programów badawczych finansowanych przez firmy prywatne, w programach finansowanych przez instytucje publiczne (np. Programy Ramowe UE, czy programy finansowane przez NCBR i NCN w Polsce) nie ma miejsce dla ryzyka i porażki. Każdy program finansowany z pieniędzy publicznych musi skończyć się sukcesem (choćby tym zapisanym na papierze). Nie bez przyczyny cele zapisane w programach finansowanych przez instytucje publiczne mają charakter bardzo ogólny, nieoperacyjny, niekwantyfikowalny, tak by zawsze można było napisać, że cel został osiągnięty. Czy wyobrażamy sobie raport z badań finansowanych przez sektor publiczny, w którym informuje się, że niestety badania prowadzone w ostatnim roku nie przyniosły żadnych wyników, ale może w przyszłości jest nadzieja na sukces, jeśli badania te będą kontynuowane? Jak powiada  Scott Adams, autor komiksu o Dilbercie,  „Kreatywność to pozwolenie sobie na popełnianie błędów, sztuka zaś to wiedzieć, przy których błędach warto pozostać.

Kreatywności nie uzyska się ‘pompując’ pieniądze w sektor badań, ale stwarzając warunki swobody twórczej. Zdają sobie z tego sprawę, firmy prywatne, które nie tyle sowicie nagradzają badaczy w finansowanych przez nich laboratoriach (choć wynagrodzenie jest ważne) ile stwarzają odpowiednie warunki do twórczej pracy. Jednym z takich elementów jest często stosowana ‘polityka 15%’ (15% policy) – zatrudniony w ośrodku badawczym powinien poświecić 85% swojego czasu na wykonywanie obowiązków pracowniczych (wykonując często rutynowe badania), ale pozostałe 15% czasu może poświecić na niczym nieskrępowane badania, zgodnie z jego indywidualnymi preferencjami. Jeśli do realizacji tych indywidualnych pomysłów potrzebuje pieniędzy, to może je uzyskać ze specjalnego funduszu stworzonego przez pracodawcę. Gdy w wyniku takich indywidualnych działań zrodzi się pomysł na innowacyjną produkcję to z pomocą pracodawcy powstaje często firma odpryskowa (spin-off, pracodawca ma zwykle w tym przedsięwzięciu swój wysoki udział). Najczęściej szefem takiej małej firmy jest sam wynalazca (albo, jeśli nie wykazuje się on osobowością przedsiębiorczej, jest, co najmniej dużym udziałowcem w tym przedsięwzięciu i szefem działu badań).

Remedium na zapóźnienie innowacyjne Europy nie trzeba szukać tam gdzie się zwykle go szuka, tzn. w samym procesie badawczo-rozwojowym, ale całkiem gdzie indziej. Takim fundamentalnym warunkiem jest uzdrowienie finansów publicznych, szybkie i efektywne wprowadzenie mechanizmów rynkowych i zagwarantowanie wysokiej konkurencji we wszystkich sferach aktywności gospodarczej, a zwłaszcza w sferze usług (które już obecnie wytwarzają ok. 70% PKB UE), reformy systemu podatkowego i systemu socjalnego (tak by obniżyć wyraźnie koszty pracy i pobudzić działalność inwestycyjną i innowacyjną firm prywatnych, jak i każdego mieszkańca Europy).

Warto zaproponować by obowiązkową lekturą biurokratów z UE były książki Frédérica Bastiata (zwłaszcza napisana w 1850 roku mała broszurka „Co widać i czego nie widać”) oraz będącą kontynuacją idei Bastiata, książka Henry’ego Hazlitta Ekonomia w jednej lekcji. W tej, jak i w wielu innych publikacjach, Bastiat zwracał uwagę na to, że każde działanie człowieka wywołuje nie tylko jeden efekt, ale skutkuje serią efektów. Z tej serii efektów mamy skłonność zauważać jedynie te bezpośrednie, pierwsze, najbardziej widoczne. Natomiast efekty pośrednie (najczęściej negatywne), których skutki zwykle rozprzestrzeniają się po jakimś, są zwykle niedostrzegane. Henry Hazlit przyznaje, że w swej istocie ekonomia jest bardzo prostą nauką, której sedno można przedstawić w jednej lekcji, a całość tej lekcji zawrzeć w jednym zdaniu: „Sztuka ekonomii polega na tym, by spoglądać nie tylko na bezpośrednie, ale i na odległe skutki danego działania czy programu; by śledzić nie tylko konsekwencje, jakie dany program ma dla jednej grupy, ale jakie przynosi wszystkim.” Oby tę lekcję odrobili politycy, administracja i biurokraci wszystkich krajów. 

Przygotowując się do wykładu z procesów innowacyjnych (‘Zarządzanie innowacjami’) zajrzałem do swoich notatek w których znalazłem zapisaną propozycję dla studentów obejrzenia wystąpienia Michael O’Leary, szefa linii lotni­czych Ryanair, na pierwszej  Konwencji ds. Innowacji (Innovation Convention ), zorganizowanej przez Unię Europejska w 2011 roku (Michael O’Leary at the Innovation Convention 2011 (to samo na Youtube), Master Class with Michael O’Leary at the Innovation Convention 2011 – Brussels).  Konwekcje te odbywają się co roku, ale przeglądając listy uczestników w kolejnych edycjach dochodzę do wniosku, że w następnych latach dobór występujących na nich był już znacznie ostrożniejszy. Chciałbym zachęcić Państwa do obejrzenia tych dwóch filmów z udziałem Michael O’Leary. Wydaje mi się, że warto, bo osobowość Michaela O’Leary jest ciekawa, oraz w ciekawy sposób opowiada o innowacyjności pod egidą Unii Europejskiej właśnie w budynku Komi­sji Europejskiej w Brukseli, ‘jaskini lwa’, centrum UE.

Pierwszy ok. 17 minutowy film to wykład Michael O’Leary, drugi (prawie półgodzinny) to dyskusja z uczestnikami i odpowiedzi na ich pytania. Pierwszy film jest z napisami w języku polskim, drugi niestety nie ma polskiego tłumaczenia (jedynie można włączyć napisy po angielsku). By zachęcić Państwa poniżej przedstawiam fragment wykładu Michael O’Leary.

„OK, witam panie i panowie. To wielki zaszczyt być tu­taj dzisiejszego ranka. Myślę, że to pierwszy raz, kiedy ja czy Ryanair jesteśmy zaproszeni na konferencję przez Unię Europejską, bo jak większość z was wie, Unia Eu­ropejska zwykle albo mnie pozywa, znęca się nade mną i krytykuje, albo potępia za obniżanie kosztów podróży powietrznych nad Europą. Czyni moje życie tak bardzo trudnym dla dobra jej ulubionych linii lotniczych, którymi są jak wiemy Air France, British Airways czy Lufthansa.

Dlatego właśnie myślę, że konferencja o innowacjach jest tak ważna, bo kiedy spojrzycie na ten bałagan, w któ­rym Europa obecnie się znajduje, jest tylko jedna dro­ga ucieczki. I nie są to rozwiązania wymyślone przez któregoś z europejskich polityków, nie są to też zde­cydowanie konferencje w Brukseli, gdzie ostatni in­nowacyjny pomysł miał miejsce chyba w 1922 roku …

Bo Bruksela to (dla tych z was, którzy znają trylo­gię Gwiezdnych Wojen) baza Imperium, budynek Ber­laymont jest Gwiazdą Śmierci, gdzie każda namiastka innowacyjności jest pozostawiana za drzwiami, kie­dy wchodzicie, aby spotkać się z biurokratami i poli­tykami, u których to, że kłamią poznajecie się po tym, że po prostu ich usta się poruszają. Tak, czy ina­czej… pomyślałem, że zrobimy tak: (…) zaprezentu­ję bardzo szybko, czym Ryanair jest i co Ryanair robi.

Ryanair to najbardziej innowacyjne linie lotnicze świa­ta. Zdaję sobie sprawę, że poprzeczka nie jest posta­wiona wysoko, bo pozostałe linie bez końca nawala­ją w kwestii innowacji. I teraz: nasz serwis obsługi klienta nie składa się z wręczania wam dobrego win­ka oraz wielkich siedzeń dla waszych wielkich tłu­stych tyłeczków… albo punktów za częste latanie z nami w kółko na koszt waszego pracodawcy. Nasz serwis klienta składa się z trzech rzeczy, których lu­dzie naprawdę chcą: taniego lotu, przylotu na czas… i gwarancji, że nie zgubimy waszego bagażu po dro­dze. Powyższa idea – która wydaje się całkiem pro­sta – wywołała rewolucję w przemyśle lotniczym. …

Nigdy wcześniej nie byłem na brukselskiej konferen­cji. Ktoś z Komisji bardzo uprzejmie przysłał mi e-mail, pisząc: z chęcią zapłacimy za pańskie loty, hotel, taxi i podeślemy limuzynę, aby pana odebrała… i tak da­lej. Jezu! Więc mówię mu, że dobrze, że przylecę na lot­nisko Brussels-Charleroi lotem linii Ryanair z Dubli­na w poniedziałek wieczór, będę musiał się dostać do centrum miasta i jeśli moglibyście mi znaleźć ho­tel… może Novotel będzie dobry, ale wszystko jedno – może tam, gdzie członkowie Komisji się zatrzymują…

Odpowiedź otrzymałem w poprzedni piątek: „Przykro mi, ale Komisja nie może zapłacić za pana lot Ryana­ir, bo mamy wśród członków Komisji zakaz używania ta­nich linii lotniczych”. Żeby tego było mało: „Nie możemy panu zamówić taksówki z lotniska Brussels-Charleroi, ponieważ możemy posyłać taksówki tylko na bruksel­skie lotnisko [Zaventem], ale możemy panu za to za­pewnić hotel w Brukseli”. Co mogliby jednak dla mnie zrobić? Jeśli poleciałbym liniami konkurencji, Aer Lin­gus, na lotnisko brukselskie [Zaventem], za cenę około 10 razy większą niż lotem w Ryanair, to Komisja byłaby rada, jeśli mogłaby zwrócić mi te 9 razy większe koszty.

Komisja Europejska sama wyprodukowała dwa tygo­dnie temu tabelkę – 25 najszybciej rozwijających się lotnisk świata zeszłego roku – gdzie było tylko JED­NO europejskie lotnisko. Pośród 25 najszybciej roz­wijających się lotnisk, w Europie: ojczyźnie innowacji i radykalnej transformacji, jakież było jedyne europej­skie lotnisko wśród 25 najlepszych na świecie rosną­cych lotnisk ostatniego roku? Południowe Brussels­-Charleroi, gdzie Komisja nie zapłaci za loty, i którego nie są w stanie odnaleźć europejskie limuzynki. …”

 


  • RSS