Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z tagiem: podatki

Przygotowując się do wykładu pt. Czy podatki mogą sprzyjać rozwojowi gospodarczemu i wzrostowi dobrobytu narodów?, który wygłosiłem na zaproszenie ZPP (tutaj i tutaj, prezentacja tutaj) przypomniałem sobie o dwóch swoich starych tekstach. Okazało się, że jeden ‘Z historii podatku dochodowego’ opublikowałem w zeszłym roku na tym blogu, ale tego o ‘Zapomnianym podatniku’ jeszcze nie, co niniejszym czynię. Esej o Zapomnianym podatniku napisałem z inspiracji śp. Janka  Winieckiego i zamieszony on został w książce pod jego redakcja (Gospodarka bez ekonoma. Którędy do dobrobytu (Jan Winiecki, red.), Warszawa: Dom Wyd. 2006).   

W napisanym w 1883 roku eseju, William Graham Sumner rozważa sytuację czterech osób, których nazwał A, B, C oraz X. Często A, człowiek wrażliwy, społecznik, filantrop, polityk, parlamentarzysta, zauważa coś, co wydaje mu się złe, a od czego cierpi X, tzw. zwykły, szary obywatel. Rozmawia o tej sprawie ze swoim kolegą B. Najczęściej, po tej rozmowie A i B proponują wprowadzenie prawa, które usunie zło i pomoże X. Prawo to zawsze określa, co dla X powinna zrobić czwarta z rozważanych osób, inny obywatel C, a w lepszym przypadku, co dla X powinni zrobić A, B i C. Jeśli chodzi o A i B, którzy ustanawiają prawo odnoszące się do X w dobrej dla niego intencji, to warto powiedzieć jedynie to, że byłoby lepiej gdyby pomogli mu bez ustanawiania jakiegokolwiek prawa. Sumner nazywa C ‘Zapomnianym Człowiekiem’. Najczęściej jest to „prosty, uczciwy pracownik” gotowy do ciężkiej i wytrwałej pracy po to, by godziwie żyć. Często nie zauważamy go, bo swym zachowaniem nie zwraca na siebie uwagi. Jest niezależny, dbający o siebie i swoją rodzinę i nigdy nie proszący o wsparcie. Jego podstawowym celem jest wywiązywanie się z obowiązków, ku zadowoleniu swojego pracodawcy. Swoją pracą przyczynia się do powiększenia swojego dobrobytu, ale też i kapitału zgromadzonego w społeczeństwie, którego jest członkiem. Jednakże jego dostatnie życie zależy także od sumy kapitału zgromadzonego w społeczeństwie i im większy jest dobrobyt społeczeństwa, tym lepiej i jemu się żyje. Każda część kapitału społecznego, która jest przekazana leniwym, niezaradnym, chciwym, niezdarnym jest wzięta z kapitału służącego do zapłaty temu niezależnemu, produktywnemu ‘zapominanemu człowiekowi’. Zwykle jednak nie pamiętamy o nim, bo nie robi on wrzawy wokół siebie, spokojnie pracuje realizując swoje osobiste cele. To właśnie Zapomniany Człowiek „pracuje, głosuje i modli się”, ale przede wszystkim płaci, i to płaci ponad miarę.

Obecnie w większości krajów rozwiniętych gospodarczo należących do OECD (Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju, Polska należy do tego ‘klubu’ 30 krajów od 1996 roku) obywatele, ‘zapomniani podatnicy’, oddają państwu-rządowi (poprawniej powinniśmy powiedzieć: ‘jest im zabierane’) średnio 40% tego, co wypracują (tj. 40% Produktu Krajowego Brutto (PKB) – wartość ta jest też dobrą miarą rozmiaru rządu, czyli stopnia ingerencji państwa w życie jego obywateli). Żeby zobrazować te liczbę, pomyślmy o Polaku w roku 2004, który oddaje państwu 48% tego, co wypracuje. W dniu wypłaty dostaje ‘na rękę’, czyli netto, 1000 zł, ale gdyby przyjrzał się wszystkim innym obciążeniom swojej pracy to zauważyłby, że wypracowana przez niego pensja (tzw. brutto) wyniosła 1900 zł. Zatem 900 zł oddaje on państwu. ‘Zapomniani podatnicy’ płacą w większości nieświadomie, w różnej formie: podatków bezpośrednich, pośrednich, na przyszłą emeryturę i rentę, opłat na fundusze zdrowia, aktywizacji zawodowej i na inne ‘niedorzeczności’ (niedorzeczności, bo w istocie większość tych obciążeń to niedorzeczności – płacimy jednocześnie na rentę i emeryturę, ale ilu z tych co płacą idzie na rentę i emeryturę jednocześnie; płacimy na fundusz aktywizacji zawodowej, a mamy prawie 20% bezrobocie, płacimy na tzw. ‘ochronę zdrowia’, ale po to by się wyleczyć trzeba w istocie pójść prywatnie do lekarza i zapłacić za tę usługę ekstra, itd.).

Obciążenia obywateli krajów OECD są zróżnicowane, wspominane 40% jest wartością średnią. Pięć krajów o najwyższych obciążeniach podatkowych (Belgia, Dania, Francja, Norwegia i Szwecja) płacą ok. 50% PKB, natomiast pięć krajów o najniższych obciążeniach (Australia, Japonia, Korea, Meksyk i USA) płacą ok. 28% PKB.

Dobrą ilustracją wielkości obciążeń podatkowych obywateli jest tzw. Dzień Wolności Podatkowej. Jeśli zrobilibyśmy eksperyment myślowy, w którym obywatele, uznając państwo za najważniejszą instytucje, najpierw oddawaliby wszystko co zarobią właśnie państwu, aż do momentu, w którym państwo-rząd powie łaskawie ‘wystarczy!’ i od tego momentu wszystko co zarabiają zostawiają sobie, to taki dzień, w którym rząd mówi ‘wystarczy!’, nazywamy ‘dniem wolności podatkowej. W Polsce w ostatnich latach dzień ten wypada w drugiej połowie czerwca (w 2004 roku był to 28 czerwca). W USA w ostatnich latach jest to początek kwietnia (w 2004 roku –  11 kwietnia).

Warto powiedzieć, że społeczeństwo może całkiem dobrze funkcjonować z tzw. ‘małym rządem’. Jeszcze w XIX i na początku XX wieku w większości krajów obecnie uznawanych za rozwinięte gospodarczo, obciążenia fiskalne nie przekraczały kilku procent, a dzień wolności podatkowej wypadał w styczniu i w lutym – przekładowo w USA w roku 1900 na potrzeby państwa wystarczyło pracować do 21 stycznia (obciążenia podatkowe wynosiły 5,9%).

Jest chyba coś patologicznego w tym, że obciążenia podatkowe obywateli przewyższają łączne wydatki na to, co jest najpotrzebniejsze każdemu człowiekowi, tzn. na żywność, ubranie i mieszkanie. W 1999 roku, przeciętny Amerykanin zapłacił 10 298 dolarów podatku, natomiast na żywność wydał 2693 dol., na ubranie 1404, a na mieszkanie 5833 dolary. Jeszcze gorsze proporcje są w większości krajów ODCE, w tym w Polsce.

W 1904 roku Oliver Wendell Holmes, Jr wypowiedział sławne zdanie: „Podatki są ceną jaką płacimy za rozwój cywilizacyjny” (Taxation is the price we pay for civilization). Wynika z tego, że od początku XX wieku bardzo ucywilizowaliśmy się.

Prawdą jest, że nikt nie lubi płacić podatków, tak było zawsze i tak będzie z pewnością. Mogą być jednak różne postawy. Kiedy obywatel widzi, że płacone przez niego podatki nie są marnowane to nawet godzi się je płacić, uznając to za swój święty obowiązek (tak było jeszcze kilkadziesiąt lat temu w USA). Kiedy jednak widać ogromne marnotrawstwo tych pieniędzy, obywatele zaczynają oszukiwać na podatkach (i staje się to często początkiem erozji społecznej i kryzysu państwa).

Zakończmy te nasze rozważania o ‘zapomnianym podatniku’ nadzieją, że w niedalekiej przyszłości społeczeństwo będzie miało odwagę i mądrość Lady Godivy, a rząd, politycy i parlamentarzyści będą godni Leofric’a i będą na tyle honorowi i słowni, że dotrzymają oczekiwanych i obiecanych deklaracji.

 Ramka

Lady Godiva była żoną Leofric’a, księcia Mercji (królestwa w centralnej Anglii). Leofric, ok. 1040 roku, nałożył ogromne podatki na mieszkańców swojego księstwa. Jego żona prosiła go by zmniejszył te podatki. On zgodził się, ale pod warunkiem, że przejedzie ona nago na koniu ulicami Coventry. Lady Godiva zgodziła się na to i uczyniła zadość żądaniu męża, przejeżdżając na koniu bez ubrania, choć jej ciało osłonięte było jej długimi włosami, ale wcześniej prosząc obywateli księstwa by w czasie jej jazdy pozostali w domach za zasłoniętymi oknami. Jak można było oczekiwać nie wszyscy posłuchali jej prośby, lokalny krawiec podglądał jej przejazd, ale, jak głosi legenda, podglądając stracił wzrok i do końca życia pozostał ślepcem.

 

Polski system podatkowy staje się tak skomplikowany, nieprzyjazny i niewydolny, że można chyba już powiedzieć, że ociera się o absurd.

Od kilku lat na Kongresach Podatków i Rachunkowości KPMG prezentowane są wyniki badanie opinii na temat polskiego systemu podatkowego. System oceniają dyrektorzy finansowi, główni księgowi i szefowie działów podatkowych. Z roku na rok ocena  jest gorsza. Ocena dokonywana jest w skali od 1 do 5 (bardzo słabo, słabo, średnio, dobrze, bardzo dobrze) w pięciu kategoriach.
W kategorii ‘Stabilność przepisów podatkowych’ w 2016 roku nastąpił spadek do 1,9 (z 2,1 w 2015). Spadki zanotowano w kategoriach ‘Wcześniejsze informowanie o planowanych zmianach w prawie podatkowym (z 2,5 w 2015 do 2,2 w 2016),  ‘Częstotliwośc publikowania przez ministra finansów interpretacji ogólnych’ (z 2,5 do 2,4), ‘Możliwość konstruktywnej wymiany argumentów podczas kontroli podatkowej’ (z 2,5 do 2,4). Jedyny wzrost (z 2,4 do 2,6) wystąpił w kategorii ‘Nastawienie urzędników administracji podatkowej’.

Jak widać średnia ocen to 2,3, czyli ‘Słabo’, a najgorzej oceniana jest stabilność systemu podatkowego (poniżej 2).

Taka bardzo negatywna ocena polskiego systemu podatkowego staje się powszechna. Tutaj można byłoby podać tysiące różnych opinii wyrażanych zarówno przez tzw. zwykłych ludzi (obywateli, płatników podatków) jak i specjalistów, profesjonalistów, przedsiębiorców, … .  

 Chyba najwyższy czas by w myśleniu o podatkach wrócić do tego co proponowali ekonomiści Szkockiego Oświecenia. Jak wiemy Adam Smith w XVIII wieku sformułował cztery podstawowe zasady podatkowe: równość, pewność, dogodność, taniość poboru podatków.

 Jako pewnik należy przyjąć, że nie ma dobrych podatków, są jedynie mniej lub bardziej szkodliwe. Jeśli decydujemy się na istnienie państwa to zaakceptować musimy, że jego utrzymanie kosztuje. Jednym ze sposobów pokrycia tych kosztów jest pobór  podatków.

 Myśląc w tych kategoriach warto rozważyć najprostsze rozwiązanie. A jak pokazuje doświadczenie te najprostsze rozwiązania, uznawane często za niemożliwe, okazują się najskuteczniejsze (najlepsze).

 Ronald Reagan w swoim inauguracyjnym wystąpieniu jako Gubernator stanu Kalifornia, 5 stycznia 1967, powiedział; „Przez wiele lat uciszano ciebie i mnie, i wmawiano nam, że nie ma prostych rozwiązań skomplikowanych problemów, których nie jesteśmy w stanie zrozumieć. Cóż, prawda jest taka, że istnieją proste rozwiązania. Nie są one po prostu bardzo łatwe.”

 Takim prostym, choć w obecnym stanie spraw, niezbyt łatwym rozwiązaniem, jest jeden jednolity podatek. Przy obecnym stanie technologii, oraz poziomie rozwoju gospodarczego Polski (jak i innych krajów rozwiniętych) takim podatkiem mógłby być podatek od sprzedaży (konsumpcji). Likwidacja wszystkich innych podatków i wprowadzenie jednego, jednolitego (o jednakowej stopie procentowej) podatku od sprzedaży (płaconego w momencie dokonania zakupu) ma niemalże same zalety. (Pomyślmy tylko jak byłoby fajnie nie przeżywać tego co czeka nas zawsze w pierwszym kwartale każdego roku i nie bawić się w PITomanię! Pomyślmy o tych milionach przedsiębiorców nie tracących energii na liczenie i płacenie VATu. Pomyślmy o tych tysiącach pracowników urzędów skarbowych nie zmuszanych do liczenia podatków i kontroli podatników, zwolnionych z tej nudnej pracy i  czerpiących radość z produktywnej pracy u tych wolnych od VATu przedsiębiorców. … )

JJP spełnia wszystkie współcześnie postulowane zasady podatkowe: fiskalne  (wydajność, elastyczność, stałość), ekonomiczne (nienaruszalność majątku podatników), sprawiedliwości (powszechność, równość, zdolność dochodowa) i techniczne (pewność, dogodność, taniość).

 Zróbmy to! To naprawdę da się zrobić!

W jednym ze swoich wykładów Adam Smith, twórca współczesnej analizy ekonomicznej, autor opublikowanego w 1776 roku Bogactwa narodów oraz opublikowanej w 1759 roku Teorii uczuć moralnych, podał prostą receptę na harmonijny rozwój społeczny, stwierdził on że: „Bardzo mało jest wymagane by doprowadzić państwo do dobrobytu nawet z najniższego poziomu barbarzyństwa, mianowicie pokój, niskie podatki i tolerancyjne kierowanie sferą sprawiedliwości. Wszystkie formy rządów, które zbaczają z tej naturalnej ścieżki, lub które odwołują się do potrzeby zahamowania rozwoju społecznego na jakimś szczególnym etapie, są nienaturalne i po to by utrzymać się u władzy, zmuszone są odwoływać się do represji i tyranii”. Warto zatem zdać sobie sprawę z tego, że reforma podatkowa w Polsce jest jednym z wielu elementów koniecznych zmian jakie powinniśmy dokonać by wejść na trwałą ścieżkę wzrostu dobrobytu.

Od wielu lat w większości państw uprzemysłowionych, członków OECD, w tym także i w Polsce, toczy się dyskusja nad koniecznością zreformowania systemów podatkowych. Dyskusja toczy się zarówno wokół problematyki wysokości podatków (np. czy sprawiedliwym jest podatek liniowy czy progresywny, rzadko wspomina się w tym kontekście o podatku pogłównym) oraz ich struktur – czy podatki bezpośrednie (dochodowe od osób fizycznych i osób prawnych, spadków i darowizn, czynności cywilno-prawnych, rolny i leśny, od nieruchomości, od środków transportowych, od posiadanych psów) czy pośrednie (od towarów i usług, akcyzowy, od gier). W tym artykule chciałbym przedstawić pokrótce historię podatku dochodowego, bo nie zawsze zdajemy sobie sprawę z tego, że jest on stosunkowo młodym podatkiem, który od początku jego wprowadzenia w Wielkiej Brytanii i w USA traktowany był jako podatek chwilowy, z którego należy się jak najszybciej wycofać, gdy tylko znikną powody jego wprowadzenia.

Ta nietypowa historia podatku dochodowego może być też argumentem za jego likwidacją. Innymi często używanymi argumentami za likwidacją podatku dochodowego jest jego niski udziału w ogólnych przychodach państwa (ok. 30 do 40 procent całkowitych dochodów państwa) oraz możliwość znacznego obniżenia kosztów pobierania podatków.

Podatek od dochodów osobistych ma raptem dwustuletnią historię i wprowadzany był zawsze po to by sfinansować działania wojenne. Zwykle wprowadzając go argumentowano, że po ustaniu działań wojennych będzie on wycofany. Dobrowolnie państwo wycofało się z tego podatku tylko raz, mianowicie w Wielkiej Brytanii po zakończeniu wojen napoleońskich. W 1798 roku, ówczesny premier Wielkiej Brytanii William Pitt (młodszy) zapowiedział wprowadzenie podatku od dochodów osobistych po to by zebrać fundusze na prowadzenie wojny z Francją. Uczynił to z wielką niechęcią, wbrew swojemu przekonaniu, bo uznawał, że wprowadzenie tego podatku jest wbrew zwyczajom i naturze Brytyjczyków. Podatek ten wprowadzony został w 1799 roku (wyłączając Irlandię) i objął on tylko najbogatszych: na poziomie 10% od dochodów powyżej 200 funtów, dochody poniżej 60 funtów były nieopodatkowane, a dochody pomiędzy 60 a 200 funtów opodatkowane były poniżej 10% rosnącą stopą opodatkowania (podatek ten płacony był osobiście przez obywateli w sześciu równych ratach w ciągu roku). Średni dochód Brytyjczyka w tamtym okresie to ok. 20 funtów, zatem ogromna większość Brytyjczyków nie była opodatkowana. Podatek ten został zniesiony na krótko w 1802 roku po zawarciu pokoju w Amiens, by w 1803 roku pojawić się ponownie na poziomie 5% (dochód z tego podatku był na podobnym poziomie jak przy stopie 10% a to dzięki obniżeniu dolnej granicy z 60 do 50 funtów, tak, ze liczba płacących ten podatek podwoiła się). W 1806 roku powrócono do pierwotnej stawki 10%, która utrzymywała się na tym poziomie do 1816 roku, kiedy podatek ten został zniesiony w rok po bitwie pod Waterloo. Po zniesieniu podatku wszystkie dane dotyczące jego płatników zostały spalone (ale, jak się jednak później okazało, duplikaty przekazane zostały do archiwum – King’s Remembrancer). Przez następne 26 lat Brytania obywała się bez podatku od dochodów osobistych (patrz Rysunek poniżej).

 PIT_WB

W 1842 roku podatek ten został ponownie wprowadzony przez konserwatywnego premiera Roberta Peel’a, zmuszonego uczynić ten krok przez rosnący deficyt budżetowy, spowodowany chwilowym spadkiem dochodów państwa z tytułu obniżonych taryf celnych (które niekiedy obniżono kilkusetkrotnie – ale to już materiał na inną opowieść). Peel opodatkował dochody powyżej 150 funtów rocznie. Od jego ponownego wprowadzenia w 1842 do 1885 roku zawierał się w granicach 1% do 6,7% (1855 r.) i tutaj warto zwrócić uwagę na wyraźne dwa okresy poboru podatku od dochodów w Wielkiej Brytanii. W XIX wieku i do pierwszej wojny światowej podatek ten był stosunkowo niewielki (poniżej 10%), natomiast w wieku XX byliśmy świadkami stałego wzrostu poboru tego podatku (patrz Rysunek). Ta prawidłowość obserwowana jest w innych państwach, np. w USA, o czym poniżej. Co warte podkreślenia, stałą intencją polityków w XIX wieku było jego zniesienie lub przynajmniej wyraźne zmniejszenie, kiedy tylko było to możliwe. Najczęściej przyczyną niemożności jego zniesienia czy zmniejszenia była konieczność zwiększenia wydatków wojennych.

Politycy brytyjscy XIX wieku przyjęli, że jakikolwiek wzrost podatków czy taryf celnych jest tylko przejściowy i należy go jak najszybciej likwidować. Doszli do wniosku, że trudniej jest zmniejszać już raz podniesione taryfy celne, łatwiej to uczynić z podatkiem dochodowym. Niskie taryfy celne znacznie bardziej sprzyjały rozwojowi gospodarczemu aniżeli niskie podatki bezpośrednie, dlatego też w okresach przejściowych kolejni kanclerze skarbu, dla zrównoważenia budżetu, zmniejszając cła importowe podnosili na krótko podatki dochodowe. Polityka utrzymywania niskich podatków od dochodów osobistych skończyła się w końcu XIX wieku. Wzrost podatku (do ok. 10%) po 1890 roku spowodowany był wzrostem wydatków na cele socjalne natomiast pierwsza wojna światowa wymusiła podatki powyżej 5 s. od funta dochodów (tzn. powyżej 25%). W 1918 roku stopa podatkowa osiągnęła poziom 30%. Łącznie z dodatkowymi opodatkowaniami dochodów (np. podatek od nadmiernego zysku) przychody państwa w 1918 roku z tytułu podatku dochodowego były 17 razy większe niż w 1905 roku. Wbrew wcześniejszym obietnicom, po wojnie rząd nie obniżył podatków do poziomu sprzed wojny (1 s.) zamiast tego ustalono go na poziomie 20% (tj. 4 s. od funta). By przynajmniej stworzyć pozory chęci rządu do zniesienia podatku, w 1920 roku powołano Komisję Królewska (Royal Commission), która jednak po burzliwych obradach utrzymała podatki od dochodów. Początkowo, w okresie międzywojennym, podatki te wzrosły do poziomu 25-30% by jeszcze bardziej wzrosnąć w czasie II wojny światowej, najpierw do 40% a potem nawet do 50% (10 s. od funta). Podatek ten w niewielkim stopniu (do ok. 45%) został zmniejszony po wojnie. W 1944 roku wprowadzono nowy system płacenia podatku. Zamiast płacenia go raz w roku lub dwa razy do roku pracodawcy odprowadzali odpowiednią kwotę podatku w momencie wypłaty (Pay tax As You Earn – PAYE). W XX wieku stale obniżano próg płacenia podatku, co naturalnie powodowało wzrost liczby płatników tego podatku. W XIX wieku podatki płaciło co najwyżej kilka procent społeczeństwa brytyjskiego, w 1930 roku podatki te płaciło 22%, w 1944 roku ponad 30%, a obecnie już prawie wszyscy pracujący (tj. ok. 50% społeczeństwa).

Interesujące jest to, że z formalnego punktu widzenia, Brytyjczycy nadal traktują podatek dochodowy jako podatek czasowy. Co roku prawa do poboru tego podatku wygasają 5 kwietnia, w związku z tym Parlament musi corocznie wpisywać je do prawa finansowego (Financial Act). Przez cztery miesiące, kiedy to Financial Act uprawomocnia się, pobór podatku dokonywany jest na podstawie tymczasowej ustawy o poborze podatku (Provisional Collection of Taxes Act) z 1913 roku.

Jeżeli chodzi o Stany Zjednoczone Ameryki to po raz pierwszy przymierzano się do wprowadzenia tego podatku w roku 1812, wzorowano się wtedy na prawie brytyjskim z 1798 roku. Ustalono nawet stawki na poziomie 8 i 10 procent (odpowiednio dla dochodów powyżej 60 funtów i powyżej 200 funtów). Prace były już na ukończeniu w 1814 roku, ale po podpisaniu pokoju w Ghent w 1815 roku, znikła potrzeba wprowadzenia tego podatku i z niego zrezygnowano. Kolejna próba, ale już zakończona ‘sukcesem’, dokonana została przez prezydenta Abrahama Lincolna. Podobnie jak w przypadku Wielkiej Brytanii podatek ten, wprowadzony został po to by sfinansować działania wojenne (wojnę domową w Stanach). Presja czasu uniemożliwiła dłuższą dyskusję o zasadności wprowadzenia tego podatku. Prawo podatkowe zostało podpisane przez prezydenta Lincolna 1 lipca 1862 roku, nakładało ono 3% podatek od dochodów powyżej 600 dolarów i 5% od dochodów powyżej 10 000 dolarów. W 1864 roku zwiększono stopy podatkowe i Amerykanie płacili pięcioprocentowy podatek od dochodów powyżej 600 dolarów, 7,5% powyżej 5000 dolarów oraz 10% od powyżej 10000 dolarów. Po wojnie ustalono podatek liniowy na poziomie 5% dla dochodów powyżej 1000 dolarów. W ostatnich trzech latach obowiązywania tego podatku, w latach 1870-72, podatek liniowy zmniejszono do 2,5% dla dochodów powyżej 2000 dolarów.

Podatek od dochodów w latach sześćdziesiątych XIX wieku płaciła stosunkowo niewielka liczba Amerykanów. W 1870 w USA żyło ok. 38 mln ludzi, w tym roku kwestionariusze podatkowe wypełniło 276 661 osób, czyli mniej niż 1% obywateli. Wprowadzając w życie podatek od dochodów Lincoln argumentował, że podatek ten wprowadza tylko na okres wojny, ale (jak to często bywa z działaniami rządowymi) trwał jeszcze przez 7 lat po wojnie (kongres utrzymywał, że wpływy z tego podatku potrzebne są by odbudować kraj po zniszczeniach wojennych). W 1872 roku, niechciany podatek został zlikwidowany przez prezydenta Granta w pierwszym roku po jego wyborze. Ciekawe, że wraz ze zlikwidowaniem podatku nie zlikwidowano biurokracji. Urząd podatkowy (IRS – Internal Revenue Service) pracował niemalże jak dawniej, tym razem zbierając cła i podatki od towarów i usług. By zrekompensować straty państwa z tytułu likwidacji podatków od dochodów podnoszono sukcesywnie stawki innych podatków i ceł.

Kolejny raz podatek od dochodów wprowadzono w 1894 roku za prezydentury Grovera Clevlanda (stawka podatkowa 2%). Podatek ten Sąd Najwyższy uznał 20 maja 1895 roku za niekonstytucyjny (co spotkało się z ostrą krytyką Demokratów). Po tym epizodzie, głosy autorytarian za wprowadzeniem podatku od dochodów pojawiły się dopiero w 1912 roku. Tym razem poczyniono kroki by zapobiec zarzutom niekonstytucyjności tego podatku wprowadzając w 1913 roku Szesnastą Poprawkę do Konstytucji, umożliwiającą Kongresowi nakładanie na obywateli amerykańskich podatków od dochodów. Jak twierdzą niektórzy badacze, poprawka ta wprowadzona została nielegalnie (np. William Benson „The Law That 5 Newer Was”). Szesnasta Poprawka została ‘po cichu podpisana” i uznana za legalną (mimo nie zakończonego procesu ratyfikacji przez kolejne stany) przez Sekretarza Stanu Philandera Knoxa na kilka dni przed odejściem ze stanowiska prezydenta Williama Howarda Tafta, który w istocie nic nie zrobił by sprzyjać czy przeciwstawić się tej poprawce. Od 1913 roku IRS rozrastał się do ogromnych rozmiarów, stale poszerzając zakres możliwej ingerencji w życie obywateli amerykańskich.

Artykuł V Konstytucji USA mówi, że do akceptacji poprawki wymagana jest ratyfikacja trzech czwartych stanów. W 1913 roku było 48 stanów zatem akceptacja wymagała ratyfikacji przez 36 stanów. W lutym 1913 roku Knox oświadczył, że poprawkę ratyfikowało 38 stanów włączając w to Kentucky, Kalifornmię i Oklahomę. W istocie w tych trzech stanach nie dokonano ratyfikacji (Kentucky odrzuciło poprawkę, Kalifornia jeszcze w tym czasie nie głosowała nad poprawka a Oklahoma tak sformułowała swoje orzeczenie nad ratyfikacja poprawki, że w istocie była za jej odrzuceniem). Analiza prawnicza dokumentów nad ratyfikacją wskazuje, że w istocie poprawka ta nigdy nie była legalnie wprowadzona. Obecnie toczy się dyskusja na ten temat w Stanach Zjednoczonych, ale niezależnie od tego czy sama poprawka wprowadzona została legalnie czy nie, trzeba przyjąć do wiadomości, że Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych orzekł w 1916 roku, iż wprowadzenie tego nowego podatku wynika z możliwości nałożenia przez Kongres innych podatków.

Pierwsza wojna światowa nie sprzyjała spokojnej dyskusji nad kwestą wprowadzenia nowego podatku, rząd Stanów Zjednoczonych zaangażował się w szeroko zakrojoną akcję propagandową na rzecz tego podatku, posługując się przede wszystkim retoryką patriotyczną. Zakres poboru tego podatku stale się poszerzał i pod koniec wojny ok. 80% rodzin amerykańskich płaciło podatek dochodowy.

S. G. Checkland omawiając rozwój gospodarczy dziewiętnastowiecznej Brytanii napisał, że „ … okres od 1815 do 1885 roku był dla Wielkiej Brytanii szczególnym okresem, w którym gospodarcza przedsiębiorczość znalazła doskonałą sposobność do rozwoju i czyniąc to doprowadzała do przekształcenia całego starego porządku społecznego”. Czy podobną opinię będą mogli wypowiedzieć przyszli historycy omawiając rozwój społeczno-gospodarczy państw uprzemysłowionych, w tym także Polski, w pierwszych dekadach XXI wieku?

Wrocław, 10 stycznia 2003 r.

PS Pozwalam sobie przytoczyć tę notatkę sprzed 13 lat, którą właśnie odnalazłem (nie pamiętam okoliczności jej napisania :) ), a która wydaje mi się nadal aktualna.

W jednym  z ostatnich wpisów napisałem, że w Polsce mamy takie ‘fajne’ powiedzenie: „Prawo jest po to, aby je omijać”.  Polacy coraz częściej ‘zmuszani’ są do przypomnienia sobie tego starego powiedzenia.

Dzisiaj kolejny przykład stosowania tego przysłowia, jak zwykle spowodowanego głupimi przepisami i pazernością państwa. Wszyscy wiemy, że alkohol i papierosy są obciążone przez państwo dużymi daninami – oczywiście wszystko w trosce o obywatela („mając na uwadze szeroko pojęte względy społeczne i zdrowotne”). Nie wszyscy wiedzą, że w przypadku papierosów akcyza i VAT stanową obecnie ponad 80% ich ceny. Czyli płacąc 20 zł za paczkę papierosów, ponad 16 zł zabiera państwo, a za  mniej niż 4 zł pokrywane są koszty produkcji i dystrybucji.

Akcyza na papierosy będzie jeszcze rosła, bo jak twierdzi Ministerstwo Finansów „wzrost stawek podatku akcyzowego na papierosy podyktowany jest koniecznością osiągnięcia w przyszłości wprowadzonego dyrektywą Rady dyrektywy Rady 2011/64/UE z dnia 21 czerwca 2011 r. w sprawie struktury oraz stawek akcyzy stosowanych do wyrobów tytoniowych wyższego unijnego  minimum podatkowego na papierosy” . Podatek ten musi wynieść nie mniej niż 90 euro na 1000 sztuk od wszystkich papierosów (obecnie wynosi on w Polsce ok. 220 zł, czyli ok. 50 euro). W swojej łaskawości UE pozwoliła Polsce osiągnąć to  wymagane minimum  do 1 stycznia 2018.

Przy takiej absurdalnej sytuacji ludzie zastanawiają się nad tym by ominąć te głupie prawo, no i … wymyślili. W Łodzi na targowiskach można kupić 20 sztuk papierosów za 5,5 zł. Pojawiły się tam automaty do produkcji papierosów, które klienci dzierżawią od właścicieli maszyn i samodzielnie na stoisku produkują swoją używkę. Dzięki temu właściciel automatu nie łamie prawa zabraniającego produkcji wyrobów tytoniowych bez akcyzy (co zresztą potwierdziła łódzka policja).  Jak mówi właścicielka automatu: „Pobieram opłatę za dzierżawę automatu, tytoń i gilzy. Produkcji dokonuje klient”. Informuje o tym kartka na stoisku z napisem „W naszej firmie nie zajmujemy się produkcją papierosów, a jedynie dzierżawą maszyny dla Szanownych klientów”.

Ciekawe czy Ministerstwo Finansów już pracuje nad opodatkowaniem pracy produkującego papierosy klienta?

Kupujący samodzielnie umieszcza liście mokrego tytoniu w maszynie, która je suszy, następnie miesza i nabija w gilzy. Po kilku minutach klient wyciąga z automatu do produkcji papierosów gotowe papierosy i samodzielnie je pakuje w torebeczki foliowe.

Za ok. 3-minutową dzierżawę, tyle bowiem trwa wyprodukowanie 20 papierosów klient płaci 3 zł (dzierżawa automatu do produkcji do 200 sztuk papierosów kosztuje 3 zł, powyżej 200 – 2,5 zł). Za tytoń potrzebny do takiej ilości 2 zł i 0,5 zł za gilzy. W sumie 20 papierosów kosztuje 5, 5 zł.

P.S. Ostatnio usłyszałem o sprzedawcy alkoholu, którego sklep jest w odległości (euklidesowej) mniejszej niż przepisowe sto metrów od szkoły i by sprostać wymogom ustawy zbudował do swojego sklepu labirynt, tak by klient musiał przejść te ustawowe 100 m (i ma rację bo w ustawie nie jest wyłuszczone w jakiej metryce ma być  mierzona odległość – on przyjął, całkiem słusznie, że może to być metryka taksówkowa (zwana niekiedy Manhattan)).

Wszyscy ekscytują się teraz wielkim zadłużeniem państw i grożącej z tego tytułu zapaści gospodarczej (zwłaszcza Europy). Zadłużenie faktycznie jest duże.  Dość wspomnieć, że wśród 34 krajów OECD ogólny skonsolidowany dług publiczny w 2010 roku był równy 97,6% ogólnego PKB (największy dług mają Japonia 199,7% PKB, Grecja 147,3, Włochy 126,8%, Islandia 120,2, najmniejszy mają raczej małe kraje, takie jak Estonia 12,1%, Luksemburg 19,7%, Australia 25,7%, Korea Płd. 33,9, Nowa Zelandia 38,7; Polska nie jest w bardzo złej sytuacji, bo jej dług wynosi 62,4% PKB). Dużym obciążeniem budżetów państw OECD są wydatki socjalne, które ogólnie w 2007 r. wynosiły 19,2% PKB krajów OECD (największy udział wydatków socjalnych do PKB mają: Francja 28,4%, Szwecja 27,3%, Dania 26,1%, Niemcy 25,2%, Włochy 24,9%, ale są takie kraje gdzie udział ten jest stosunkowo niewielki np. Meksyk 7,2%, Korea Płd. 7,6%, Turcja 10,5%, Chile 10,6%, Estonia 13%; Polska ma ten udział na poziomie średnim, mianowicie 19,8%). Ogólne wydatki socjalne wzrosły w krajach OECD z ok. 16% w 1980 roku to 18% w 1990, i 19% w 2007 roku. Największy wzrost tych wydatków był w latach 1980. i 1990. oraz na początku XX wieku. Dwie największe kategorie wydatków socjalnych to emerytury (średnio ok. 7% PKB) i zdrowie (6%).

Oprócz wysokich wydatków publicznych, niepokojący jest też wzrost zadłużenia państw i wzrost kosztów obsługi długu publicznego (który w wielu krajach sięga kilku procent PKB, we Włoszech w 2011 r. spłata zadłużenia odpowiada ponad 5%, a w Grecji prawie 8% PKB).

Warto jednak sobie uświadomić, że, jak mówił Stefan Kisielewski, „To nie kryzys, to rezultat”. Jeżeli w Traktacie UE z Maastricht w 1992 roku wpisano możliwość zadłużania się w tempie 3% rocznie (wprawdzie wprowadzając 60% ograniczenie tego długu w stosunku do PKB, ale jeśli przyjęło się Belgię, czy Włochy z długiem ok. 100%, to kto by się tym przejmował).

Ponadto problemy z finansami publicznymi nie są czymś nowym. Najczęściej powodowane były w przeszłości potrzebami pokrycia działań wojennych (nawiasem mówiąc teraz w XX i w XXI wieku też wydaje się na wojnę – politycy co rusz to mówią o konieczności walki z bezrobociem, wojny z biedą, walki z inflacja, itd. – ta wojenna retoryka jest znamienna).

Miasta, miasta-państwa, lub państwa zadłużały się, a potem z różnych powodów miały problemy ze spłacaniem długów. Tu przykładów można byłoby mnożyć. Tak często było np. w miastach włoskich w średniowieczu. Może właśnie to ponad 700 letnie doświadczenie w ‘życiu z długiem’ czyni, że Włosi nie za bardzo przejmują się obecnym dużym zadłużeniem państwa włoskiego?

Jednym z pierwszych miast włoskich, które zaczęły się szybko zadłużać była Florencja, a było to w połowie XIV wieku. Jak zwykle chodziło o zdobycie funduszy na kolejną wyprawę wojenną. Któryś z rajców miejskich wpadł na pomysł, że można to sfinansować poprzez wypuszczenie obligacji, które zakupią obywatele Florencji, a które to obligacje miasto wykupi się po zwycięskiej wyprawie (naturalnie płacąc też odsetki). Obligacje te nie cieszyły się chyba wielkim powiedzeniem, bo bogaci florentyńczycy byli zobowiązani je wykupić. Nazwiska kupujących obligacje wpisywano do specjalnych rejestrów (zresztą oprawianych w skórę) i trzymanych w Palazzo Vecchio. Podobną drogą jak Florencja poszły potem inne miasta włoskie: Sienna, Piza, Wenecja. Nie trzeba było długo czekać, kiedy okazało się, że wszystkie te miasta bardzo szybko się zadłużyły i miały kłopoty ze spłatą tego zadłużenia. Na spłatę koniecznych zobowiązań miasta te brały kolejne pożyczki. Stan takiego rolowania długów i zaciągania pożyczek trwa do dzisiaj. Miasta włoskie są obecnie bardzo zadłużone, a spłata samych odsetek jest ogromnym obciążeniem (w 2011 roku burmistrz Florencji, Matteo Renzi powiedział, że Florencja ma 518 mln euro długu i wydaje więcej pieniędzy na spłatę odsetek niż np. na szkoły).

Ale fundamentalnych przyczyn tego zadłużania współczesnych państw trzeba szukać w tym co wydarzyło się 300 lat temu w Anglii. Nie ma tu miejsca na szczegółowe rozważania sytuacji historycznej w tamtym czasie, dla naszych celów wystarczy wspomnieć, że reakcją na dążenia króla Jakuba II do wprowadzenia rządów absolutnych było wezwanie opozycji do interwencji Wilhelma III Orańskiego, wówczas namiestnika Niderlandów. Po inwazji w listopadzie 1688 roku Wilhelm opanował Anglię niemalże bez walki (dlatego niekiedy mówi się o niej jako Rewolucji Bezkrwawej, ale często nazywa się ją Rewolucją Wspaniałą, Rewolucja Chwalebną, Sławetną Rewolucją – Anglicy nazywają ją Glorious Revolution). Na stronę Wilhelma Orańskiego szybko przeszły główne siły królewskie, a Jakub II uciekł do Francji. Córkę Jakuba II, Marię i jej męża Wilhelma III Orańskiego uznano 23 lutego 1689 roku za parę panującą a parlament przyjął w grudniu 1689 r. prawa ograniczające kompetencje władcy tzw. Bill of Rights (Kartę Praw, Kartę Swobód). Anglia jako pierwszy kraj w Europie wszedł w etap współczesnego parlamentaryzmu: podatki nie mogły być zwiększane bez zgody parlamentu, podobnie w okresie pokoju bezprawne było zwiększenie liczebności armii, zagwarantowano wolny wybór członków parlamentu oraz swobodę wypowiedzi w parlamencie, nie można też było nikogo uwięzić bez sprawiedliwego procesu i wyroku sądowego. Rewolucja Wspaniała otworzyła drogę do szybkiego rozwoju gospodarczego opartego na przedsiębiorczości, wynalazczości i ‘dbałości o interes własny’. Można zaryzykować stwierdzenie, że bez Rewolucji Wspaniałej i Karty Praw nie byłoby rewolucji przemysłowej końca XVIII wieku.

Jednakże kiedy Wilhelm III Orański z Marią Stuart obejmowali władzę, państwo było w fatalnym stanie, groziło mu kompletne bankructwo. Sytuację pogarszała jeszcze dodatkowo skłonność Wilhelma do prowadzenia wojen. Z reguły wyruszał na wojnę (z Francją) wiosną i wracał jesienią (w tym czasie sprawami państwowymi zajmowała się Maria Stuart, będąca w stałym kontakcie z mężem). Zatem Wilhelm był zmuszony do stałego poszukiwania pieniędzy, mając jednocześnie problemy z zaciąganiem pożyczek. Nie mógł też podnosić podatków bez zgody parlamentu. Sytuację taką wykorzystali bankierzy, którzy poprzez swojego rzecznika i nieformalnego przywódcę, Williama Petersona zaproponował królowi nowe, wzorowane częściowo na organizacji systemu finansowego w Holandii, rozwiązanie. Zaproponowali mianowicie utworzenie dużego prywatnego banku, którego udziałowcami byliby właśnie oni. Nazwali go Governor and Company of the Bank of England, powszechnie znany jest jednak pod nazwą Bank of England (Bank Anglii). Dzięki temu swoistemu prywatnemu bankowi centralnemu możliwe było udzielanie królowi kredytu na jego gigantyczne wydatki (formalnie utworzono go 27 czerwca 1694 roku; Udziały Banku Anglii zostały wystawnie na sprzedaż, a każdy, kto zakupił je na kwotę większa niż dwa tysiące funtów, otrzymywał prawo do objęcia funkcji dyrektora w radzie nadzorczej Banku. Łącznie 1330 osób zostało udziałowcami banku; 14 z nich objęło funkcję dyrektora w radzie nadzorczej – naturalnie wśród nich znalazł się William Peterson).

Bank Anglii udzielił rządowi brytyjskiemu pożyczki na ogromną jak na tamte czasy sumę 1,2 miliona funtów w gotówce. Co ważne i ciekawe, suma ta stała się tzw. wiecznym długiem, oprocentowanym rocznie na osiem procent z kosztami obsługi wycenionej na 4000 funtów rocznie. Król musiał spłacać ‘jedynie’ odsetki w kwocie 100 tysięcy rocznie, bez konieczności spłaty całej pożyczonej sumy. Jak zwykle w takich relacjach państwo-biznes (szczególnie wtedy kiedy państwo jest w nagłej potrzebie) rząd musiał dodatkowo ‘wyświadczyć przysługi’ bankierom, np. nadać Bankowi Anglii wyłączne prawo do emisji poświadczonych przez państwo kwitów bankowych. Te zatwierdzone przez państwo, a wydawane przez Bank Anglii kwity bankowe stały się oficjalna walutą państwa.

Ciekawe do jakiego stopnia bankierzy zdawali sobie sprawę z tego, że uruchomili ‘samonapędzający’ się mechanizm tworzenia długu państwowego. Wprawdzie wpływy rządu Wielkiej Brytanii rosły w całym XVIII wieku (w latach 1670-1685 wynosiły 24,8 miliona funtów, a latach 1685-1700 zwiększyły się ponad dwukrotnie, osiągając 55,7 miliona funtów) ale równolegle z tym rosła wielkość pożyczek udzielonych rządowi przez Bank Anglii, która wzrosła ponad siedemnastokrotnie, z 800 tysięcy do 13,8 miliona funtów. Po powstaniu Banku Anglii wielkość wydatków rządu brytyjskiego skoczyła z ok. 4% PKB w 1694 roku do prawie 25% PKB w 1711 r. Przez cały XVIII wiek wydatki te rzadko spadały poniżej 10%.

Wyjątkowość powołania banku centralnego w Anglii polegała przede wszystkim na ścisłym powiązaniu emisji państwowej waluty i długu państwa. Wiele wskazuje na to, że (świadomie czy też nieświadomie) w idee Banku Anglii wpisano praktyczną niemożliwość spłacenia całego długu państwowego, a próby takiego spłacenia mogłyby doprowadzić do zniszczenia państwowej waluty. Rządowi Wielkiej Brytanii nigdy nie udało się spłacił całego długu. Cały wiek XVIII charakteryzuje się prawie stałą tendencją wzrostową tego długu. Jeżeli w 1694 roku zadłużenie wynosiło ok. 20% ówczesnego PKB, to w okresie wojen napoleońskich urosło niebotycznie do ponad dwukrotnej wartości PKB (w 1819 roku było równe 260% ówczesnego PKB). Przy tak wysokim zadłużeniu rząd wydawał w XVIII wieku na samą obsługę długu ponad 30% swoich ‚dochodów’. Na początku lat osiemdziesiątych XVIII wieku obciążenie było tak wielkie, że nowy premier rządu Wielkiej Brytanii William Pitt Młodszy (który został szefem rządu w 1783 roku w wieku 24 lat) zainicjował radykalne reformy gospodarcze (duże w tym był udział krytyki działań rządowych przez opozycję, a zwłaszcza przez Thomasa Phaine’a). Jego reformy zasadzały się, na trzech filarach: obniżenie taryf celnych (np. na herbatę), podpisaniu traktatu handlowego z Francja w 1786 r. i zakończeniu stuletniej wojny celnej pomiędzy obu krajami oraz uproszczeniu i konsolidacji systemu ceł i podatków akcyzowych w jeden fundusz. Towarzyszący tym zmianom wzrost gospodarczy pozwolił Pittowi na zniesienie w następnych latach takich niepopularnych (i dziwnych) podatków jak np. podatku okiennego i obniżenie niektórych z nich np. podatku od świeczek. Wybuch wojny z Francja w 1793 roku pokrzyżował plany Pitta, i na kolejną radykalną próbę naprawy finansów publicznych trzeba było czekać kolejnych 20 lat.

Dopiero po wojnach napoleońskim, przez następne dekady XIX wieku, kolejne rządy Wielkiej Brytanii podjęły heroiczną walkę z tym wielkim długiem, dzięki czemu zredukowano to zadłużenie do ok. 25% w 1913 roku. W XX wieku ‘wahadło przeszło na drugą stronę’, rząd Wielkiej Brytanii znów zaczął się zadłużać. Obecnie wydatki rządowe to ok. 45% PKB a zadłużenie publiczne Wielkiej Brytanii sięga 60%.

Ale o tym może w którymś z kolejnych wpisów.

Rządy, jak zwykle, najpierw kreują problem a potem z tym problemem usilnie walczą (najczęściej ogłaszając wojnę z …).  Tak było, jest, i z pewnością będzie jeszcze długo, z inflacją, bezrobociem, biedą, katastrofalną opieką zdrowotna, fatalnym szkolnictwem, itd. Teraz w centrum uwagi jest walka z deficytem i z długiem. Polski rząd nie jest tutaj wyjątkiem, widząc co się dzieje ze świnkami (PIGS) i będąc świadomym tego, że niewiele nam brakuje do tego by znaleźć się w podobnej sytuacji, premier Tusk i jego ministrowie zaczynają  usilnie (za późnio!) walczyć z deficytem i szybko rosnącym zadłużeniem. Deficyt można zmniejszyć (a istocie powinno chodzić o to by go zlikwidować) poprzez zmniejszenie wydatków i zwiększenie przychodów. Demokratyczny system wyborczy  nie sprzyja cięciom wydatków (bo przecież straciłoby się ‘głosy wyborców’, a do tego dochodzi trudność związana z tzw. sztywnymi wydatkami budżetowymi, które w Polsce to ok. 70% tychże wydatków). Łatwiej rządowi zmniejszyć deficyt poprzez wzrost obciążenia daninami, i głównie tę drogę zapowiedział też kilka dni temu premier Tusk w swoim expose. W logice polityków, i doradzających rządowi ekonomistów, nie mieści się to, że można zwiększyć przychody obniżając obciążenia daninami (np. obniżając podatki). Przykłady tego pozornie nielogicznego kroku można mnożyć, od XIX wiecznej Wielkiej Brytanii, która obniżając cła sprzyjała rozwojowi handlu, rozwojowi gospodarki i zwiększała dochody państwa, do współczesnej Irlandii, która w fazie najgłębszego kryzysu zmniejszyła obciążenia podatkowe i dzięki temu powoli zaczyna wychodzić z zapaści gospodarczej.

Jednym ze sposobów tego ‘skubania obywateli’, zapowiedzianych przez premiera Tuska, jest podniesienie o 2 punkty procentowe składki rentowej płaconej przez pracodawców. To ociera się o skandal! Zamiast sprzyjać rozwojowi przedsiębiorstw (zwłaszcza małym i średnim) poprzez zmniejszenie tzw. klina podatkowego i ułatwienia prowadzenia przedsiębiorstw (zwłaszcza zmniejszenia obciążeń biurokratycznych wymuszanych tysiącami zarządzeń i radykalnego zmniejszenia przeogromnej liczby kontroli) rząd zwiększa obowiązki sprawozdawcze przedsiębiorstw i  obciążenia fiskalne.

Sprzyjać rozwojowi przedsiębiorczości można naprawdę szybko i prosto, w istocie jedną ustawą odwołującą wszelkie inne ustawy ograniczające swobodę gospodarowania i jednocześnie pozwalającą na poprowadzenie działalnością przedsiębiorczej na zasadzie ‘wszystko co nie jest prawem zabronione jest dozwolone’   (tak jak to uczyniono w 1988 roku tzw. Ustawą Wilczka).

A jak liczne i jak wielkie są obciążenia działalności przedsiębiorczej od tej jednej, fiskalnej strony, koniecznych państwowych danin, obrazuje rysunek zamieszczony we wczorajszej Wyborczej:

 

Pracodawca i pracownik płacą ubezpieczenie emerytalne i rentowe; pracownik płaci ubezpieczanie zdrowotne i chorobowe, oraz przedpłatę na podatek PIT, a pracodawca dodatkowo ubezpieczenie  wypadkowe, składkę na Fundusz Pracy i składkę na Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych.

W sumie jeśli średnia pensja brutto wynosi 3500 zł to pracodawca dokłada to tego ok. 650 zł, a pracownikowi państwo zabiera ok. 750 zł w postaci różnych składek, plus zaliczka na PIT w kwocie 240 zł (co wydaje mi się zaniżoną wartości bo PIT, nawet ten o najniższej stawce, jest kwotowo wyższy?).

Dobrze, przyjmijmy, że na państwo (w sumie darmozjada) musimy zapłacić te 243 zł (by starczyło im na zapewnienie tych podstawowych, jak to mówią ekonomiści, dóbr publicznych), ale kwota ok. 1400 zł jest porażająca. Śmiem twierdzić, że gdyby pracownik faktycznie zarabiał 4100 zł, to nawet gdyby zostawił sobie do dyspozycji bieżącej te 2500 zł a 1400 zł wydał na prywatne ubezpieczenie (zdrowotne, emerytalne, wypadkowe, …) to uzyskiwałby znacznie lepsze świadczenia, z których byłby znacznie bardziej zadowolony, a przede wszystkim wiedziałby za co płaci i nie musiałby się zastanawiać np. idąc do lekarza, czy nie powinien dać temu lekarzowi jakiejś ‘kopertówki’, a urzędnikowi wydającemu jakiś głupawy świstek z ‘pozwoleniem na coś tam’ nie dać pod biurkiem kawy czy bombonierki. (Zawsze kiedy myślę  o bombonierce dawanej przez petentów urzędnikom to zastanawiam się kiedy dojdzie do ostateczności i petenci będą podkładać bomb(oniery) pod urzędy?)

Właśnie
przeczytałem, że w Danii wprowadzono
"podatek tłuszczowy", którego wysokość jest uzależniona od zawartości
niezdrowych tłuszczów nasyconych w produkcie. Wysokość podatku to 16 koron (ok.
10 zł) za każdy kilogram tłuszczów nasyconych w sprzedawanym produkcie.
Naturalnie spowoduje to wzrost cen produktów (masła nawet całkiem sporo bo o
ok. 1,30 zł. Argumentacja rządzących typowa, jak zwykłe ‘w trosce o obywatela’.
Tym razem po to by „walczyć ze szkodliwymi nawykami żywieniowymi Duńczyków” i wydłużyć długość życia Duńczyków.

Podobny
"podatek chipsowy" od żywności i napojów o wysokiej zawartości cukru,
soli, węglowodanów oraz kofeiny, wprowadzono na Węgrzech.

O głupotach podatkowych wspominałem parę takt temu w ‘uwagach na gorące’.
Oto trochę przykładów:

Większość firm na świecie
robi wszystko, by płacić jak najniższe podatki, ale holenderskie przedsiębiorstwa
celowo nadpłacają należności wobec fiskusa. Powód? Tamtejsze Ministerstwo
Finansów zwraca nadpłatę powiększoną o 5 proc. odsetek. Takiego oprocentowania
nie ma w bankach komercyjnych. Zarabianie na podatkach wkrótce się skończy.
Minister finansów Gerrit Zalm zapowiedział ukrócenie procederu. (za Wpost,27.11.2005)

Rządy Wielkiej Brytanii i
Australii w ramach walki z otyłością mają wprowadzić podatek na wszelkie
tuczące produkty. W Australii jest ponad 60 proc. grubasów, w Wielkiej Brytanii
50 proc. Albion na choroby związane z nadwagą wydaje rocznie ponad 500 mln funtów.
W ten sposób doczekamy się pierwszego w świecie zdrowego
podatku!     (za Wprost, Nr 1073, 22 czerwca 2003)

Ten przykład jest moim ulubionym: Rząd Nowej
Zelandii, chcąc zmniejszyć tzw. efekt cieplarniany, postanowił wprowadzić
podatek od gazów wydzielanych przez bydło. Metan wypuszczany do atmosfery przez
45 mln nowozelandzkich owiec i 10 mln krów stanowi połowę emitowanych przez ten
kraj gazów wywołujących efekt cieplarniany. Nowy podatek ma przynieść 4,5 mln
USD odchodów, przepraszamy, dochodów.  (za Wprost, nr 1075, 6 lipca 2003). 
Wściekli farmerzy z Nowej Zelandii przesyłają parlamentarzystom, którzy
popierają pomysł opodatkowania gazów wydalanych przez krowy i owce, paczki ze
zwierzęcymi odchodami. Mimo że przesyłanie takich rzeczy jest nielegalne,
policja jest bezradna, bo na paczkach nie ma adresów nadawców. Nowozelandczykom
sugerujemy obłożenie VAT cuchnących pomysłów wydzielanych przez polityków. (za Wprost, nr 1079, 3 sierpnia 2003)

Każda niemiecka firma zatrudniająca ponad dziesięć osób musi zagwarantować
miejsca dla praktykantów. Przepisy te dotyczą również domów publicznych.
Praktykanci w agencjach towarzyskich teoretycznie powinni się uczyć, jak
świadczyć usługi seksualne. Ustawodawca uważa jednak, że w takich miejscach
równie dobrze można się szkolić w zawodzie kelnera czy kucharza. Zdaniem
przeciwników tego pomysłu, młodzi ludzie nie powinni w ogóle przebywać w domach
publicznych. Gdyby jednak właściciele agencji nie zapewniali praktyk, musieliby
płacić kary. (za Wprost,
16.05.04)

Zarabianie graniem
muzyki na ulicach Budapesztu nie będzie już tak proste jak dotychczas. Władze
stolicy Węgier stwierdziły, że poziom umiejętności niektórych grajków
pozostawia wiele do życzenia i mogą oni odstraszać turystów. Rozwiązaniem
problemu ma być egzamin z umiejętności gry na instrumencie. Każdy muzykant
będzie musiał go zdawać co roku. (za Wprost 23.05.04) 

Izraelska modelka, pragnąca
zachować anonimowość, przed sądem domaga się od fiskusa ulg na operacje
plastyczne, jakim – z racji wykonywanej profesji – zmuszona jest się poddawać.
Atrakcyjny wygląd – jak argumentuje prawnik młodej Izraelki – jest warunkiem
sukcesu i podstawowym narzędziem pracy jego klientki, a izraelskie prawo
podatkowe przewiduje ulgę na tzw. wydatki zawodowe, która na przykład pozwala
biznesmenowi odpisać od podatku zakup nowego garnituru. Zdaniem Tali Lowenthal
- byłej izraelskiej królowej piękności- jeśli nowy nos przyczynia się do
rozwoju kariery, powinien być objęty taką samą ulgą jak inne koszty biznesowe.
(za Wprost, 18.07.04)

"Amerykańskie władze
coraz uważniej przyglądają się wirtualnym światom takim jak Second Life czy
World of Warcraft. Niewykluczone, że już niebawem dobra zakupione w wirtualnym
świecie będą w USA wliczane do majątku podatnika." (‚Wirtualny majątek … to prawdziwy majątek‚,
Dziennik Internautów)

A to kilka innych przykładów zebranych swego
czasu przez Marcina Kosińskiego (w 2007 roku):

Podatek od pasażerów linii lotniczych:  Po raz
pierwszy przedstawił go w 2002 r. Jacques Chirac. Choć wiele krajów odniosło
się do propozycji przekazania zysków na pomoc biednym
krajom
 entuzjastycznie, jedynie Francja i Chile zadeklarowały jego
wdrożenie (w tym pierwszym obowiązuje od 1 lipca 2006 r. w wysokości od 1-40 €).
Pozostałe kraje odrzuciły taką możliwość ze względu na "niedopracowanie
szczegółów" lub wzrost kosztów już i tak wysoko opodatkowanych biletów. W
Brukseli rozmyślano nad opłatami w wysokości 1-5 € (wewnątrz UE) i
2-10 € (poza UE), co przy uczestnictwie państw członkowskich mogłoby
dać kwotę prawie 3 mld €. W przeszłości rozpatrywano opodatkowanie na ten
cel słodyczy czy handlu bronią!

Podatek od posiadania samochodu: Wprowadzony w tym roku przez
Ministerstwo Zdrowia podatek zobowiązuje do płacenia 12% wartości składek
ubezpieczenia OC przez towarzystwa ubezpieczeniowe do kasy Narodowego Funduszu
Zdrowia na pokrycie kosztów
leczenia ofiar wypadków komunikacyjnych
. W praktyce owe 12% płacą
wszyscy kierowcy niezależnie od tego czy spowodowali wypadek czy przez całe
swoje życie nie mieli najmniejszej kolizji. O ile pokrywanie kosztów leczenia
przez sprawcę wypadku - tak
jak ma to miejsce na zachodzie – jest zrozumiałe, o tyle odpowiedzialność
zbiorowa wydaje się być nieco naciągana. Stąd też pomysły o zaskarżeniu
przepisów ustawy do Trybunału Konstytucyjnego, zlikwidowaniu czy zastąpieniu
bardziej sprawiedliwymi przepisami. 

Podatek od bycia mężczyzną: W
Szwecji zamiast kierowców wzięto pod uwagę przedstawicieli "płci
brzydkiej". Gudrun Schyman, przywódczyni Partii Lewicy zaproponowała, by
wszyscy mężczyźni płacili podatek za… bycie mężczyzną. Zebrane w ten sposób
pieniądze miałyby być przeznaczone na
leczenie kobiet – ofiar przemocy domowej
. W Szwecji jest to bowiem
poważny problem: z powodu pobicia umiera rocznie od 20 do 40 kobiet. Nie
wiadomo czy deputowana wini każdego mężczyznę, jednak uważa, że
"kolegialną odpowiedzialność ekonomiczną" (i zbiorową) powinni
ponieść wszyscy obywatele płci męskiej.

Podatek od bezdzietnych małżeństw:  Pasażerowie, kierowcy, mężczyźni -
pora na opodatkowanie bezdzietnych małżeństw. Wbrew pozorom nie jest to nasz
rodzimy pomysł autorstwa Ruchu Narodowo-Ludowego, który partia zawarła w
Programie Wspierania Rodziny. Dwa lata wcześniej (rok 2004) wpadli na niego
Czesi. 
U naszych
sąsiadów ilość urodzonych dzieci przypadająca na liczbę kobiet jest nieomal
najniższa na świecie (niższy współczynnik płodności jest tylko na Ukrainie) i
wynosi 1,17. Stąd pomysł o finansowych karach dla bezdzietnych par. W Polsce
tłumaczenie jest jednak nieco inne: "Rodziny, które nie wychowują dzieci
powinny być obciążone podatkami, bo nie
uczestniczą w budowaniu społeczeństwa"
 - tłumaczy Anna Sobecka. Nieważne czy kogoś nie stać
na dziecko czy dziecka mieć nie może – zdaniem posłanki musi złożyć się na
"pensje dla matek wychowujących dzieci".

Podatek od dzietnych małżeństw: Wydawać by się mogło, że posiadanie dzieci może być opłacalne. Niestety do
krajów, w których z licznego potomstwa można by uzyskać dodatkowe profity nie
należy Austalia, w której posiadanie więcej niż dwójki dzieci może się wiązać z
opłatą za… "dodatkową
emisję dwutlenku węgla"
 - tłumaczą konieczność wprowadzenia
podatku tamtejsi lekarze. Dodatkowo w artykule opublikowanym w "Medical
Jornal of Australia" żądają nałożenia kary w wysokości 5 tysięcy dolarów,
a oprócz tego zwiększenia opodatkowania takich rodzin kwotą 800 dolarów za
każde dziecko ponad limit. Na co chcą przeznaczyć pieniądze specjaliści, będący
gorącymi zwolennikami pomysłu? Na "sadzenie nowych drzew, by wynagrodzić
szkody ekologiczne". Pomysł wydaje się nieco absurdalny biorąc pod uwagę,
że wysokość "becikowego" w Australii wynosi 4000 dolarów. 

Podatek od ślubnych prezentów: Można
długo dyskutować nad tym jaka ilość dzieci jest pożądana, zalecana czy wręcz
nakazana. Zanim jednak jakikolwiek maluch pojawi się (koniecznie w ilościach
określanych przez ministerstwa, lekarzy, by nie płacić podatku!) w życiu dwójki
kochających się ludzi, istnieje duże prawdopodobieństwo, że wcześniej zdecydują
się stanąć na ślubnym kobiercu. Tutaj również musimy uważać, by nie zostać
dłużnym państwu, które swoimi pomysłami może nie zachęcać do zawierania
związków małżeńskich.
  Ustawa o podatku
od spadków i darowizn pozwala na 
opodatkowanie
prezentów ślubnych
. Aby uniknąć kary w wysokości 20% wartości prezentu
musimy rozliczyć się z fiskusem (wysokość podatku to 3-7% wartości podarku)
jeśli wartość upominku od najbliższej rodziny (nie płacimy tylko w przypadku
rodziców, dzieci, dziadków, wnuków i małżonka) przekroczy 9637 zł, a w
przypadku osób niespokrewnionych – 4902 zł.

Podatek od posiadania psa: Jeśli udało nam się założyć rodzinę, zastawić ślubnymi prezentami pół
mieszkania i dodatkowo uniknęliśmy płacenia czegokolwiek, wszyscy którzy
chcieliby, by czas umilało im jakieś zwierzę muszą się poważnie zastanowić. O
ile problemu nie będzie z kotem, tchórzofretką, królikiem miniaturką czy świnką
morską, o tyle posiadanie psa po raz kolejny zmusi nad do sięgnięcia po
portfel. Ustawa o podatkach i opłatach lokalnych nakłada na gminy obowiązek ustalenia wysokości opłat za
posiadanie psa
. W teorii miały one rozwiązać problem "psich
kup". Do tej pory musieliśmy zapłacić od 30-50 zł. Jednak zmiana ustawy w
grudniu 2007 roku zastąpiła podatek od psa… opłatą od psa. Ustalona została
górna granica – 100 zł, a jej wprowadzenie przestało być obowiązkowe. 

Podatek od wygranej: Pies
może wnieść do domu dużo radości. Zapewne cieszyć się będziemy również wtedy,
gdy poszczęści nam się w konkursie czy loterii. Broń Boże nie bierzmy udziału w
takich, w których wartość nagrody
przekracza 760 zł
. Możemy spróbować wygrać tani aparat fotograficzny,
bilet do kina czy DVD, ale jeśli dopisze nam szczęście i staniemy się
właścicielami telewizora z najnowszą technologią HD, samochodu czy mieszkania
będziemy musieli odprowadzić niebagatelny podatek w wysokości 10% wartości
nagrody. O ile wysupłamy gdzieś te 300-400 zł, o tyle konieczność zapłacenia
kilku tysięcy może okazać się niemożliwa do zrealizowania.

Podatek od deszczu: Posiadanie
własnych czterech kątów nie oznacza, że jedynymi opłatami będą: czynsz oraz
rachunki za prąd i gaz. Przygotuj się do płacenia za… opady deszczu. Jeśli
tylko spływająca woda trafia do studzienek, którymi spływa do oczyszczalni
ścieków, ustawa o zaopatrzeniu w
wodę i odprowadzeniu ścieków 
umożliwia firmie dochodzenia zwrotu
kosztów związanych z odprowadzeniem wody spływającej z dachów do kanalizacji.
Pomysły takie pojawiły się w Nysie, Bydgoszczy i Gliwicach. Nie wiadomo jeszcze
czy opłata będzie zależała od powierzchni dachu, liczby mieszkańców, ilości
opadów, długości kanalizacji między budynkiem a oczyszczalnią, czy będzie
wypadkową kilku wartości. W Nysie na razie wypełniane są ankiety dotyczące
wielkości dachów i gruntów – kara za niewypełnienie – 10 tys. zł.

Podatek od wody mineralnej:  Po męczącym dniu nie ma nic lepszego
niż łyk zimnej wody, ale jeśli mieszkasz w Chicago uważaj w jakim opakowaniu ją kupujesz. W tym
mieście od 1 stycznia 2008 roku ma obowiązywać podatek od plastikowych butelek
z wodą. Organizacja "Illinois Beverage Association" uważa podatek za
nielegalny i zapowiedziała, że zaskarży miasto do sądu, bowiem ich zdaniem
opłata uderza głównie w osoby ubogie przeznaczające dochody głównie na zakup
żywności. 

Podatek od gigabajtów: Pomysł
autorstwa Holendrów. Tamtejszy rząd planował swojego czasu opodatkowanie
każdego gigabajta pojemności kwotą 3,28 €. Liczba gigabajtów pomnożona
przez pojemność pamięci odtwarzacza mp3 miałaby dać ostateczną cenę urządzenia.
Kupując iPoda z dyskiem 160 GB musielibyśmy zapłacić nie 350 €, lecz – jak
łatwo policzyć – ponad 870! Tłumaczono, że pomysł ten powstał, by zrekompensować artystom muzycznym utracone
pieniądze
 wynikające z popularności formatu mp3 kopiowania plików
muzycznych w tym formacie. 

Podatek od urządzeń kserograficznych: W
Polsce natomiast już kilkanaście lat istnieje podatek reprograficzny, który
producenci magnetofonów, magnetowidów, kserokopiarek, skanerów, czystych
nośników (CD, DVD) i importerzy płacą organizacjom zbiorowego zarządzania.
Wysokość opłaty to 3% kwoty należnej z tytułu sprzedaży tych urządzeń i
nośników. Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych określa również ile
procent z uzyskanych opłat należy się twórcom, artystom, wydawcom i
producentom. I tutaj – podobnie jak w przypadku podatku pomysłu Holendrów chodzi o rekompensatę dla twórców. Na
szczęście ustawa nie została znowelizowana (jeszcze) o wspomniane już
odtwarzacze mp3 czy aparaty fotograficzne, które niektórzy proponują traktować
jak skanery (sic!).

Podatek od e-maili i SMS-ów:  Za każdy
wysłany SMS 1 eurocent, za e-mail 0,00001 eurocenta. Być może wartości niezbyt
wygórowane, jednak biorąc pod uwagę ilości wysyłanych wiadomość SMSów i
wiadomości elektronicznych mogłyby przynieść niebagatelne zyski, które miałyby zasilić budżet Unii Europejskiej.
Pomysł Alaina Lamassourego – członka Europejskiej Partii Ludowej – byłby jednak
trudny do zrealizowania – problemem mogłoby okazać się liczenie ilości
wysłanych wiadomości i ściąganie podatku, zwłaszcza od spamerów, których
komputery wysyłają masowe reklamy non stop. Żaden z krajów członkowskich nie
zgodził się na wprowadzenie dodatkowych opłat, a sam pomysłodawca – po fali
protestów – wycofał się z niego niedługo po przekazaniu informacji opinii
publicznej. 

Podatek od bezpłatnego oprogramowania: Problem
pojawił się w 2002 roku przy
okazji nowelizacji ustawy o podatku VAT
. Dotyczył przedsiębiorców
korzystających w swoich firmach z systemów operacyjnych i programów FLOSS. Choć problem był przedmiotem wielu
spekulacji od czego podatek miałby być pobierany – czy od "bezpłatnego
użyczenia" czy "od świadczonej usługi" (w tym drugim przypadku o
jego wysokości miał decydować urząd skarbowy), doczekał się wyjaśnienia dopiero
w 2006 roku na korzyść podatników. 

Podatek od powietrza: Płacimy
go w postaci tzw. "opłaty klimatycznej", którą każdy obywatel musi
zapłacić gminie jeśli tylko przebywa na jej terenie dłużej niż dobę. W praktyce
opłata dotyczy wczasowiczów korzystających z uroków naszego pięknego kraju i
wynosi co najwyżej 2 zł za każdy dzień pobytu.

Jak widać
pomysłów na to, jak sprytnie zabrać ludziom ich ciężko zarobione pieniądze, nie
brakuje. Tak jest od zarania dziejów; królowie też wymyślali dziwne podatki,
jak np. od liczby kominów (tzw. podymne; reakcją były budowane ‘kurne chaty’,
bez kominów), czy podatek od liczby okien (zbierany przez poborcę idącego
ulicą, reakcją było budowanie domów bez okien od frontu i z oknami od tylu
domu) .

Te wszystkie pomysły świadczą tylko o odwiecznej pazerności władzy (książąt, królów,
cesarzy, rządów, państw). Przypomina mi się stara, znana anegdotka. 
Michael Faraday (znakomity fizyk, nawiasem mówiąc nie mający żadnych tytułów
naukowych doktora, magistra, bakałarza, nie miał nawet matury. W istocie
był  matematycznym analfabetą. Swoje wielkie odkrycia notował
w  formie opisowej, prostym językiem, często ilustrując tekst rysunkami)
zbudował pierwszy ręczny generator na korbę, który nazwano dynamem. Byt zajęty
"odkrywaniem nowych faktów [...] w  przekonaniu, że
[zastosowania praktyczne] potem się pojawią". Nie miał czasu by
zastanawiać się, do czego takie dynamo mogłoby się przydać. Gdy premier brytyjski odwiedził w 1832 roku laboratorium
Faradaya, wskazał na dziwaczne urządzenie i  zapytał, do czego ono
służy. Faraday miał odpowiedzieć: "Nie wiem, ale idę o  zakład,
że kiedyś pański rząd obłoży je podatkiem". Podatek od wytwarzania
elektryczności wprowadzono w  Anglii w  1880 roku.

I tak przy okazji, znane powiedzenie
fizyka-eksperymentatora (ale też polityka, jednego z ‚Ojców Założycieli’),
Beniamina Franklina: "W życiu pewne są tylko dwie rzeczy: śmierć i
podatki".


  • RSS