Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z tagiem: reformy

Z informacji jakie ukazały się niedawno z okazji jeszcze jednego dziwnego dnia nazwanego ‘Światowym Dniem Mycia Rąk’, dowiedzieliśmy się, że co ósmy Polak nie myje rąk przed jedzeniem, co piąty nie robi tego po powrocie do domu, zaś co drugi mężczyzna i co czwarta kobieta nie myją rąk po wyjściu z toalety. A przecież mycie rąk to najprostsza i najbardziej dostępna metoda profilaktyki zdrowotnej, a użycie do tego celu wody i mydła jest często zabiegiem ratującym życie. Widocznie nie doceniamy tego, że mamy w Polsce powszechny dostęp do bieżącej wody i w miarę dobrze funkcjonujący system kanalizacji.

Co się jednak dziwić  tzw. normalnym  ludziom jeżeli jeszcze w połowie XIX wieku chirurdzy odmawiali mycia rąk przed zabiegiem chirurgicznym.

Szacuje się, że na świecie rocznie na biegunkę umiera 1,5 miliona małych dzieci, a według naukowców mycie rąk ocaliłoby aż 40 proc. z nich. Jakoś do powszechnej akceptacji nie trafiają argumenty lekarzy, że mycie rąk zmniejsza ryzyko np. zarażenia się grypą, redukuje ryzyko zachorowania na biegunkę, wirusowe zapalenie wątroby typu A, infekcje oddechowe, gronkowca, czy salmonellę. UNICEF od lat podkreśla, że mycie rąk mydłem jest jedną z najtańszych, najbardziej efektywnych „szczepionek” przeciwko chorobom wirusowym, od grypy sezonowej po zwykłe przeziębienie.

 ‘Wielcy tego świata’, politycy, artyści, filantropi, tzw. zieloni, alter- i antyglobaliści, … skupiają swoją uwagę na (kosztownej) walce ze zmianami klimatycznymi, a nie myślą o tym, że znacznie taniej i skuteczniej można poprawić byt ludności świata zapewniając wszystkim np. dostęp do czystej wody. Warto być świadomym tego, że jedna trzecia światowej populacji, tj. 2,5 miliarda ludzi, nie ma dostępu do podstawowych urządzeń sanitarnych, w tym do czystej, bieżącej wody. Ponad 1 miliard ludzi nie ma możliwości korzystania z toalety (co traktowane jako  coś naturalnego i powszechnie dostępnego w tzw. rozwiniętym świecie) i załatwia te potrzeby pod gołym niebem.

Takie ekonomiczne myślenie nie jest obce badaczom pracującym w ramach tzw. Konsensusu Kopenhaskiego (Copenhagen Consensus Center, CCC). Nie trzeba być wielkim ekonomistą by wiedzieć, że nasze zasoby (czy to w wymiarze indywidulanym czy społecznym), którymi dysponujemy po to by zaspokoić nasze cele (oczekiwania, potrzeby), są zawsze ograniczone. Jeśli są ograniczone to należy je używać bardzo rozsądnie, ekonomicznie, tak by te potrzeby były zaspokojone w możliwie maksymalnym stopniu.  W tym duchu CCC wydał niedawno książkę pt. How to Spend $75 Billion To Make The World A Better Place (Jak wydać 75 mld USD, aby uczynić świat lepszym miejscem do życia).

Dlatego jednymi z priorytetowych działań w skali całego świata powinno być przede wszystkim zmniejszenia niedożywienia dzieci w wieku przedszkolnym, w tym zapewnienie im odpowiedniej dawki mikroelementów, poprawy jakości diety i lepszej opieki. Ważnym działaniem powinno być też to o czym napisałem na początku: zapewnienie dostępu do bieżącej wody i do urządzeń sanitarnych.

Nie bez powodu inżynierowie amerykańscy zapytani o najważniejsze innowacje XX wieku umieścili na czwartym miejscu  dostarczenie bieżącej wody, rozwój systemu jej dystrybucji oraz powszechny dostęp do kanalizacji (po Elektryfikacji, Samochodzie i Samolocie). To w dużym stopniu dzięki powszechnemu dostępowi do czystej, bieżącej wody w krajach rozwiniętych gospodarczo zwiększył się średni czas długości życia  w momencie narodzin z ok. 45 lat w końcu XIX wieku do obecnych ponad 80 lat.

Wydaje się, że ‘wielcy tego świata’ nie powinni ‘lać wody’ (zwłaszcza przed wyborami) a zabrać o to by czysta woda była dostępna dla wszystkich 7,2 miliarda ludzi żyjących na świecie. 

Zastanawia mnie dlaczego przedsiębiorcy, którzy osiągnęli sukces, a założona przez nich firma stała się znaną na rynku (nawet na rynku globalnym), tak często opowiadają się za protekcjonizmem i ‘ochroną rodzimego biznesu przed konkurencją międzynarodową’.  Wczoraj przeczytałem wywiad z Krzysztofem Domareckim, założycielem Seleny S.A.. Jego pierwsza spółka Selena została założona w 1992 roku, a jej działalność koncentrowała się na rynku polskim, teraz Krzysztof Domarecki jest Przewodniczącym Rady Nadzorczej Grupy Selena, globalnego producenta i dystrybutora chemii budowlanej posiadający centralę w Polsce. Jest też jednym z najbogatszych Polaków.

Często spotykam się z opiniami w stylu ‘oczywiście jestem za rynkiem, ale … musi to być rynek regulowany’. Podobnie jest z wypowiedzią K. Domareckiego: „Nie jestem zwolennikiem protekcjonizmu, ale zbyt daleko posunięty liberalizm szkodzi”.  

Postawieniem problemu na głowie jest stwierdzenie, że: „W dyskusji o polskim rozwoju gospodarczym nie chodzi o to, czy mamy wolny rynek, czy nie. Chodzi o to, że warunki konkurowania w Europie, w USA i w ogóle na świecie nie są równe. O ile my wpuszczamy bez ograniczeń zagranicznych graczy, o tyle inne kraje – USA, Niemcy czy Francja – mają taryfowe i pozataryfowe bariery wejścia na własne rynki.” Pan Domarecki dostrzega stworzoną przez polski rząd patologię, że „firmy zagraniczne mają większe szanse na rozwój niż nasze, które takiej ochrony nie otrzymują”. Jednakże zamiast walczyć o to by wszystkie podmioty gospodarcze, te polskie i zagraniczne, miały takie same warunki funkcjonowania , opowiada się za swego rodzaju retorsjami, na zasadzie ‘bo tak robią w USA, Niemczech, czy Francji’.  Okrasza jeszcze tę swoją wypowiedź apelem o ‘patriotyzm gospodarczy’. Patriotą to ja jestem wtedy kiedy walczę o wolność ojczyzny, jeśli jest zagrożona, ale też wtedy kiedy kupuję w Polsce produkty lepsze i tańsze, nie patrząc na to kto je wyprodukował.

Zastanawia mnie pomieszanie różnych porządków. Krzysztof Domarecki wyraża opinię, że „Wyznaje się u nas naiwny liberalizm”. I jako przykład podaje, że „w większości krajów zachodnich firmy mogą negocjować wysokość stawek podatkowym w swoim urzędzie skarbowym. W Polsce jest to wciąż nie do pomyślenia”. Co ma piernik do wiatraka? Gdzie Rzym, a gdzie Krym?

 Takich nielogiczności i  pomieszania porządków jest w tym wywiadzie więcej. Choćby to: „Ja nie twierdzę, że konkurencję należy ograniczać. Należy ją chronić! Proszę jednak spróbować wygrać jakiś przetarg w Niemczech. Tam przetargi ustawia się tak, żeby największe szanse miały w nich firmy niemieckie. Ja nie twierdzę, że należy stawiać naszym konkurentom bariery prawne, ale proszę spojrzeć na wspomniane Niemcy – tam nie ma barier prawnych, przecież może pan w tym przetargu startować, może pan sprzedawać, tylko i tak nikt od pana nic nie kupi.”

Okopywanie się i stwarzanie barier naprawdę nie ma sensu i jestem przekonany, że tak doświadczona w tworzeniu biznesu osoba jak Krzysztof Domarecki jest tego w pełni świadoma. Gdyby coś takiego zrobiono to Selena nie byłaby obecnie firmą globalna, wygrywającą na rynkach międzynarodowych.  

Może jednak Pan Domarecki sięgnąłby do dobrej teorii ekonomii (tutaj jako dobry początek proponuje Henrego Hazlitta ‘Ekonomię w jednej lekcji’, gdzie Hazlitt rozprawia się pięknie z poglądami bliskimi Panu Domareckiemu) albo odwołałby się do dobrych wzorców z polityki gospodarczej. By nie sięgać za daleko i do odległych czasów, niechby odwołał się choćby do działań premiera Estonii Marta Laar’a (w latach 1992-1994 i 1999-2002).

Podstawowa zasada, jaką kierował się Laar, wtedy kiedy przeprowadzał Estonię z komunizmu do zdrowej gospodarki rynkowej, to przeprowadzić reformy polityczne i niemalże jednocześnie, szybko reformy gospodarcze. W wielu krajach nie doceniono znaczenia ‘zasady prawa’, jak mówi Laar, żadne chciejstwo nie zastąpi procesu stałego poprawiania prawa, żadna ekonomia rynkowa i demokracja nie mogą istnieć bez dobrego prawa, jasno określonych praw własności i dobrze funkcjonującego systemu sprawiedliwości. Ważne jest też być zdecydowanym w swoich działaniach, by dominowało przekonanie „Zróbmy to” (trzeba być zdecydowanym we wdrażaniu reform na przekór krótkotrwałym problemom, jak mówi Laar „No pain, no gain.”). Jego zdaniem, najważniejsze jest, by zadbać o zmiany w mentalności ludzi, by pobudzić przedsiębiorczość i energię w ludziach, zmusić ich do podejmowania decyzji i brania odpowiedzialności.

Dlatego w 1992 roku zniesiono w Estonii wszystkie ważne taryfy celne, Estonia stała się obszarem wolnego handlu (nie patrząc na to czy inne kraje działają protekcjonistycznie czy nie). Konkurencja z zagranicy wymusiła restrukturyzację przedsiębiorstw. W tym samym czasie wstrzymano wszelkie subsydia, pomoc i tanie kredyty dla przedsiębiorstw, pozostawiając im tylko dwie opcje – bankructwo albo efektywna produkcja. Jak sam Laar często powtarza: „Zaskakująco dużo przedsiębiorców wybrało tę drugą opcję.” W tym samym czasie dokonano wszelkich starań by dać pewność tym, którzy pracują więcej i zarabiają więcej, że nie będą za to karani. Ważnym tutaj elementem była radykalna reforma podatkowa. Obniżono znacznie poziom fiskalizmu i wprowadzono podatek liniowy. Zdaniem premiera, podatek liniowy był podstawą sukcesu gospodarczego Estonii. Jest on prosty w poborze i łatwy w kontroli. Jedynymi stratnymi na wprowadzeniu tego podatku byli doradcy podatkowi. W Estonii firmy nie płacą podatku CIT jeśli jest on reinwestowany w rozwój gospodarczy Estonii.

Uznano, że przyszłość Estonii (podobnie każdego innego kraju będącego w fazie przemian systemowych) leży w rozwoju technologicznym i potraktowania zapóźnienia technologicznego jako okazji do dokonania przełomu w rozwoju technologicznym. Przyjęto, że Estonia powinna dokonać skoku technologicznego i stosować najnowsze technologie, które, rzadko dostarczane są, jeśli rozwój oparty jest na pomocy. Dlatego w 1993 roku przyjęto zasadę „Handel a nie pomoc.” Dzięki temu Estonia doświadczyła w ciągu ostatnich lat nieprawdopodobnego postępu technologicznego i obecnie jest on jednym z elementów przewagi gospodarczej nad innymi krajami. Widać to także w działaniach rządu, który praktycznie nie korzysta z papieru, a normalnym jest, że na posiedzeniach rządu ministrowie używają tylko komputerów. Obecnie około 50 procent eksportu Estonii to elektronika. Korzystanie z telefonów komórkowych, wykorzystanie Internetu (np. w systemie bankowym) jest jednym z najwyższych w Europie. Deklaracje podatkowe już od wielu lat składa się w formie elektronicznej, co, ze względu na prostotę podatku zajmuje kilka minut.

Naturalnie podjęcie się tego typu działań nie przyczynia się do wzrostu popularności. Rząd wprowadzający tego typu reformy staje się niepopularny i często ‘odstawiany’ jest od władzy, ale, zdaniem premiera Laar’a, nie jest to ważne, liczy się to, że dzięki temu możliwe jest wprowadzenie radykalnych zmian poprawiających jakość życia. Jak powiedział Laar: „To była brudna robota, ale ktoś musiał ja zrobić. Pociąg, którego się pchnęło by ruszył nie zatrzyma się i obecnie jedynie to się liczy.” Estończycy docenili to i Laar został po raz drugi premierem na przełomie wieków.

 Dlatego nie zgadzam się z opinią Krzysztofa Domareckiego i dostrzegam nielogiczności w jego wypowiedzi: „nie jestem zwolennikiem protekcjonizmu, ale musimy zdawać sobie sprawę, że jeśli posuniemy nasze wyobrażenia o liberalizmie za daleko, to sobie zaszkodzimy, a nie pomożemy. Znosząc wszystkie bariery 25 lat temu, Polska spowolniła rozwój własnych firm. Kto na tym stracił? Pracownicy, firmy i państwo.” 

Przede wszystkim w Polsce na początku lat 90. ubiegłego wieku nie zniesiono ‘wszystkich barier’, gdyby to uczyniono i wytrwano w tej decyzji, to obecnie bylibyśmy znacznie bardziej rozwinięci gospodarczo i technologicznie (patrz choćby wspomniany przeze mnie przykład Estonii).

Do pewnego stopnia skłonny jestem przyjąć opinię nt. prywatyzacji w Polsce i tutaj jest ziarno prawdy. Jak mówi Pan Domarecki: „Gdybym to ja prywatyzował polski przemysł, to sprzedałbym wtedy państwowe firmy polskim przedsiębiorcom na 20-letni kredyt. Tymczasem wiele polskich firm po prostu zaorano albo sprzedano zachodnim koncernom za mniej niż 10 proc. ich wartości. Rezultat jest taki, że w Polsce nie ma zbyt wielu centralnych siedzib dużych firm. Ludzie bez kapitału zauważają, jaki ma to efekt dla zarobków. Jeśli taka firma jak Nowy Styl braci Jerzego i Adama Krzanowskich czy Synthos Michała Sołowowa ma siedzibę w Polsce, to zatrudnia tu całą centralę, marketing, dział badań i rozwoju oraz finansistów. Tworzy więc etaty o wysokiej wartości dodanej, wysoko opłacane, buduje kapitał ludzki. Jeśli zaś zamiast głównej siedziby firmy mamy zakład przetwórczy zachodniej korporacji, to nie ma tu marketingu, nie ma badań i rozwoju, są zaś tylko stanowiska robotnicze i techniczne. Nadmierna liczba takich zakładów w Polsce jest właśnie efektem zbytniej liberalizacji. Mamy jeden Synthos, jedno Fakro, a mogliśmy mieć po 50 takich firm.”

Tylko dlaczego polscy przedsiębiorcy nie wywierali takiego nacisku na polskich polityków 25 lat temu? Oto hamletowskie pytanie?

Jest jednak dla mnie zagadką, jak logicznie wytłumaczyć można to, że „nadmierna liczba takich zakładów w Polsce jest właśnie efektem zbytniej liberalizacji”? A może ja już na prawdę nie wiem co to jest liberalizacja? Może określenie ‘liberalizacja’ znaczy już obecnie to co ja rozumiem pod słowem ‘etatyzm’?

27 postulatów

1 komentarz

Przez przypadek w komentarzach do informacji na Onecie  (tutaj) przeczytałem 27 propozycji zmian (‘byśmy zarabiali więcej’). Wydaje mi się,  że głos ten wart jest  upowszechnienia i dlatego pozwolę sobie  te postulaty przedstawić.

Trochę przypominają one (stylistyką, ‘zakorzenieniem’ w naszych codziennych kłopotach, oczywistością, ale też i pewną naiwnością) te 21 postulatów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego z 17 sierpnia 1980.

Podobnie jak to było 33 lata temu, można te 27 postulatów spisać na tablicy ze sklejki, potraktować jako plan minimum, który w realizacji będzie wyglądał całkiem inaczej, ale przynajmniej zapoczątkuje zmiany i wejście na ścieżkę zmian z której już nie będzie odwrotu. Marzy mi się by takie swojsko brzmiące, prosto, ‘od serca’, napisane postulaty stały się zaczynem społecznego ruchu na rzecz koniecznych reform w Polsce.

Myślę, że po kilkudziesięciu latach, z wieloma z tych 27 postulatów będzie tak jak wieloma z tych historycznych 21 postulatów: spełnione będą, ale nie tak jak wyobrażali sobie ich twórcy (np. „Realizować pełne zaopatrzenie rynku wewnętrznego w artykuły żywnościowe, a eksportować tylko i wyłącznie nadwyżki”), będą całkowicie niezrozumiałe dla młodego pokolenia (np. „Wprowadzić na mięso i przetwory kartki – bony żywnościowe (do czasu opanowania sytuacji na rynku)” lub „Znieść ceny komercyjne i sprzedaż za dewizy w tzw. eksporcie wewnętrznym”). Te ‘niedostatki’ wydaje się nieważne, ważne by zogniskowały wokół siebie Polaków, zainicjowały dyskusję i zaktywizowały ludzi.

Oto te postulaty: 

  1. Zlikwidować podatek dochodowy. Dlaczego karze się człowieka za to, że pracuje. Ewentualnie wprowadzić podatek pogłówny dla każdego pracującego.
  2. Wprowadzić jedną stawkę VAT (np. 15 %) i co za tym idzie zlikwidować różnego rodzaju ulgi. Skończą się machlojki na podatku VAT i idiotyczne interpretacje Urzędów Skarbowych.
  3. Zlikwidować urzędy marszałkowskie i powiaty – dublują kompetencję.
  4. Uprościć prawo podatkowe. Zapisy w polskim prawie podatkowym zmieniane do tej pory były około 19 tysięcy razy.
  5. Znieść finansowanie partii z budżetu.
  6. Zreformować KRUS.
  7. Zlikwidować urzędy pracy albo je sprywatyzować.
  8. Znieść przywileje emerytalno-rentowe (policja, górnicy, wojsko, wymiar sprawiedliwości), policjant może dorobić sobie bez ograniczeń na emeryturze, a ZUS zabiera mu tylko 25% z uposażenia emerytalnego, górnik 25 lat i 3000 z emerytury, sędzia -przechodzenie w stan spoczynku, wojskowi kucharze w wieku 40 latach na emeryturze.
  9. Obniżyć akcyzę na paliwa, energie elektryczną, węgiel. Skandal żeby akcyzą objęte było nośniki energii.
  10. Zmniejszyć liczebność Sejmu i Senatu oraz Rad Miast co najmniej o połowę, np. w takim Nowym Yorku liczącym 8 milionów mieszkańców Rada liczy 51 radnych a Warszawy 60
  11. Zmniejszy ilość ministerstw do 5 (gospodarki, spraw wewnętrznych, obrony narodowej, spraw zagranicznych i sprawiedliwości).
  12. Wprowadzić możliwość wyboru Trybunału Konstytucyjnego przez obywateli.
  13. Wprowadzić do konstytucji zakaz zadłużania się skarbu państwa (uchwalania budżetu państwa z deficytem) powyżej 20% w relacji do PKB,
  14. Obniżyć koszty pracy dzisiaj pracownik dostający 2500 zł na rękę netto kosztuje pracodawcę 4300 zł.
  15. Wprowadzić dobrowolność ubezpieczeń społecznych (ewentualnie coś na wzór emerytur kanadyjskich – każdy dostaje minimum na przeżycie, a resztę odkłada sobie sam).
  16. Zreformować sądownictwo.
  17. Zlikwidować NFZ – zamiast tego wprowadzić regionalne kasy chorych i dopuścić inne podmioty, które mógłby ze sobą konkurować ceną usług medycznych. Dobrowolność płacenia składki zdrowotnej, kto chce niech płaci składkę, kto nie chce niech się sam ubezpieczy. Łapiński za pseudo reformę z NFZ, przeprowadzoną w celu upchania tam swoich kolesi, powinien pójść siedzieć do więzienia.
  18. Wyjść z Euro-Kołchozu, który ograniczeniami administracyjno-prawnymi zabija polską przedsiębiorczość( niestety teraz jest to bardzo trudne do zrealizowania).
  19. Zmniejszyć biurokrację w samorządach (gmina, powiat, województwo).
  20. Wprowadzić w Konstytucji możliwość odwołania w drodze referendum lokalnym posła (posłanki), ministra (ogólnokrajowym), po upływie połowy kadencji poseł byłby zobligowany przedstawić swoje dokonania (liczbę interpelacji, zapytań, wykazu ustaw za którymi głosował itp.).
  21. Znieść przywileje dla posłów i senatorów. Obecnie poseł może jeździć za darmo środkami komunikacji miejskiej, pociągami, pożyczki na preferencyjnych zasadach).
  22. Wprowadzić JOWy. Nie są idealnym rozwiązaniem, ale wolę już mieć jakikolwiek wpływ na wybór kandydata niż ciągle od 24 lat głosować na tego człowieka, którego wódz partyjny umieści na liście swojej partii. System wyborczy Hondt’a powinien odejść do lamusa.
  23. Wprowadzić coś na wzór ustawy z dnia 30 stycznia 1920 roku w przedmiocie odpowiedzialności urzędników za przestępstwa popełnione z chęci zysku.
  24. Wprowadzić od podstawówki nieobowiązkowe zajęcia z logiki i ekonomii.
  25. Zdemonopolizować rynek gazu i paliw.
  26. Wprowadzić do kodeksu karnego system kumulacji kar taki jaki istnieje w Stanach Zjednoczonych.
  27. Znieść Konstytucję z 1997 roku i napisać nową. Obecna konstytucja stworzona przy udziale środowisk wywodzących się z solidarności i nieboszczki PZPR umożliwiła zabetonowanie polskiej sceny politycznej i tylko stworzyła pozory Polski jako demokratycznego państwa prawnego.

Na miłej uroczystości w Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, życzyłem właścicielom  Małych i Średnich Przedsiębiorstw (MSP – czyli MiSiom) by mogli się cieszyć  jak największą liczbą beczek miodu, by doświadczali codziennych radości z kierowania z sukcesem swoimi firmami, a przede wszystkim by rząd nie psuł im smaku tego miodu, co rusz to wrzucając łyżkę dziegciu do beczki miodu. Jarosław Gowin wspomniał na tej uroczystości, że w ostatnim roku ok. 80% nowych miejsc pracy było stworzone przez małe przedsiębiorstwa. Przypomniałem sobie wtedy to co opowiadam studentom kiedy rozmawiamy o bezrobociu. Opowiadam wtedy o dwóch sytuacjach, które dobitnie pokazują jak sprzyjający klimat dla przedsiębiorczości pozwala przeciwdziałać zagrożeniom dużego bezrobocia.

Na przełomie lat 1970. i 1980. Stany Zjednoczone zagrożone były możliwością bardzo wysokiego bezrobocia spowodowanego dwoma wzmacniającymi się trendami. Z jednej strony wyraźnym spadkiem zatrudnienia przez wielkie firmy a z drugiej bardzo dużą liczbą młodych ludzi z wyżu demograficznego lat 1950/1960, którzy, jak to się nieładnie mówi, wchodzili na rynek pracy. Na szczęście administracja Ronalda Reagana świadoma zagrożenia podjęła działania i stworzyła dobre warunki do rozwoju małej i średniej przedsiębiorczości. Był to wspaniały okres dla młodych ludzi, którzy dumnie chodzili z wpiętymi w marynarki i w swetry plakietkami PC. Nie, nie oznaczało to Personal  Computer (wtedy komputery osobiste praktycznie nie były jeszcze znane). PC oznaczało Private Corporation – Prywatna Korporacja .
By uzmysłowić skalę zjawiska zróbmy proste obliczenia. Największe firmy sklasyfikowana na liście Fortune 500 zatrudniały w 1975 r. 16 mln pracowników z 86 mln zatrudnionych wówczas w USA (czyli udział był równy 19%). W 1997 roku udział ten spadł do 9% (zatrudnionych w dużych firmach było 11,5 mln z 128 mln zatrudnionych). Proszę zauważyć, że w ciągu tych 23 lat liczba pracujących w USA zwiększyła się z 86 mln do 128 mln! Z tego wynika, że małe i średnie przedsiębiorstwa  stworzyły  ok. 46 mln nowych miejsc pracy (o 42 mln wzrosła liczba pracujących,  a o 4,5 spadła liczba zatrudnionych w największych firmach amerykańskich). Warto przy okazji zauważyć, że największe pod względem obrotu firmy zatrudniają obecnie bardzo mało pracowników. Największa firma biotechnologiczna w 1994 roku zatrudniała 2100 ludzi, Microsoft zatrudniał w tamtym czasie ok. 10 000 ludzi. Firmy ‘dawnego przemysłu’, których obecnie już nie ma na liście Fortune 500, zatrudniały zwykle powyżej  100 000 osób. General Electric (jedyna firma, która nadal wchodzi w skład indeksu Down Jones’a od początku jego liczenia w 1896 roku) w 1980 roku zatrudniała 420 000 ludzi, w 1992 roku zmniejszyła zatrudnienia do 276 000. Co interesujące w tym okresie przeciętne tempo sprzedaży GE było równe 10% (może by tak poprosić menedżerów z GE by zarządzali korporacją Polska?).

Druga sytuację o której dyskutuję ze studentami to początkowe lata polskiej transformacji. W latach 1990-1993 liczba utraconych miejsc pracy w dużych przedsiębiorstwach (w związku np.  z likwidacją i prywatyzacją) to ok. 1,5 miliona rocznie. Bezrobocie w tym czasie wzrosło do ok. 16% w 1993 roku. Byłoby znacznie wyższe gdyby nie szybki rozwój małej i średniej przedsiębiorczości (w dużym stopniu dzięki uchwalonej 23 grudnia 1988 roku tzw. Ustawie Wilczka). W latach 1990-1993 w MSP powstawało rocznie ok. miliona nowych miejsc pracy. Od 1994 roku liczba nowych miejsc pracy powstających w MSP była większa niż traconych w dużych przedsiębiorstwach (w 1995 roku powstało w MSP ok. 500 tys. nowych miejsc pracy a utraconych w dużych przedsiębiorstwach było ok. 200 000). Bezrobocie zaczęło spadać, w 1997 roku było na poziomie 10% i zgodnie z trendem, można było oczekiwać, że w następnych latach  będzie to już bezrobocie jednocyfrowe.  Niestety tak się nie stało.  Małym i średnim przedsiębiorcom zaczęto przeszkadzać (do tej beczki miodu rząd coraz częściej wrzucał swój dziegieć). Liczba nowo powstających miejsc pracy w MSP spadała systematycznie, W 1998 roku było to już ok. 150 tys. Efektem tego było stale rosnące bezrobocie, w 2000 roku ponad 15%, w 2003 roku ponad 20%.

Od połowy lat 1990. w Polsce nie ma klimatu dla przedsiębiorczości i trzeba podziwiać heroizm polskich przedsiębiorców, że mimo wszystko sektor MSP rozwija się jako tako i, że dzięki nim w Polsce nie doświadczyliśmy recesji, a przez zainicjowany w 2008 roku kryzys, polska gospodarka przechodzi nie najgorzej. Wiele jednak wskazuje,  że możliwości dalszej walki z przeciwnościami jakie stwarza polski rząd wyczerpują się i polscy przedsiębiorcy dalej już ‘nie pociągną’.
Bezrobocie staje się znów wielkim problemem. Polski rząd musi zrozumieć, że należy powtórzyć  to co zrobione zostało 23-24 lata temu. Najwyższy czas na nową ustawę Wilczka: krótką, odwołującą wszystkie dotychczasowe krępujące polska przedsiębiorczość regulacje, zbudowanej na zasadzie ‘wszystko co nie jest zakazane jest dozwolone’ (a zakazów jest minimalna liczba!).

Rząd musie pokochać polskie MiSie!

Kochajmy polskie MiSie!!

Od wielu dziesięcioleci, powoli, ale systematycznie Europa traci swą pozycję lidera zmian gospodarczych. Próbą powrotu do utraconej pozycji była podpisana w marcu 2000 roku sławna (niesławna?) Strategia Lizbońska. Zarówno szybkość wzrostu wydajności, jak i wzrost innowacyjności w krajach UE była (i jest) niższy niż w USA. Choroba jaka dotknęła Europę różnie jest nazywana, niekiedy nazywano ja „Eurosklerozą”, „uwiądem starczym”, „totalną niemocą”. Zgodnie z „Kalendarzem Lizbońskim”, w roku 2010 UE miała nadrobić dystans w (zwłaszcza w stosunku do USA) i stać się „najbardziej konkurencyjną gospodarką świata”. Powinno się to dokonać dzięki:

  • rozwojowi innowacyjności;
  • inwestowaniu w edukację pracowników;
  • wprowadzeniu ułatwień dla tworzenia nowych przedsiębiorstw;
  • liberalizacji kluczowych sektorów: energetycznego, telekomunikacyjnego, finansowego i pocztowego.

Jeśli chodzi o retorykę Strategii Lizbońskiej to przypomina ona retorykę z okresu realnego socjalizmu, kiedy to też wytyczano podobne cele dogonienia i przegonienia gospodarki kapitalistycznej. Moim komentarzem do strategii lizbońskiej w 2000 był cytat z Hamleta, Williama Shakespeare: „Słowa, słowa, słowa.” Podobnie jak za czasów sowieckiej gospodarki planowej (m.in. w PRLu), szybko okazało się, że celu nie da się osiągnąć. W 2005 roku dokonano oficjalnej oceny Strategii Lizbońskiej  i już wtedy zaczęto unikać odwoływania się do niej. Zaczęto myśleć o zmianie perspektywy na bardziej odległy termin 2020 roku. Unia nie tylko nie dogania Stanów Zjednoczonych, ale coraz bardziej od nich odstaje (nie wspominam tutaj o Chinach, ale za lat 20 podobnie będzie można mówić o relacji Europa-Chiny). Kluczowy wskaźnik, jakim jest tempo wzrostu wydajności pracy rósł w Unii w latach 2000-2004 zaledwie o 0,7%. rocznie, podczas gdy w USA o 1,8%. Stopa zatrudnienia od 2000 r. minimalnie wzrosła (z 62% do 64%), ale jest nadal daleko za celem strategii lizbońskiej (70%) i poziomem USA – 72%.

Widocznym efektem choroby, która dręczy Europę jest nieefektywne wykorzystanie, wręcz ogromne marnotrawstwo, środków, jakimi dysponuje Unia do realizacji swoich celów. Nie istnieją dane o marnotrawstwie środków przeznaczonych na badania i rozwój, ale można podejrzewać, że jest on na podobnym poziomie jak wykorzystanie funduszy w ramach Wspólnej Polityki Rolnej, której środki to ponad 40% całego budżetu UE. Informacje o braku tej efektywności możliwe są dopiero ostatnich latach dzięki walce o jawność wydawania pieniędzy unijnych, jaką prowadzą niezależne instytucje monitorujące funkcjonowanie Unii. Taką instytucją jest założony przez Duńczyka Nils Mulvada i Brytyjczyka Jack Thurstona, serwis internetowy farmsubsidy.org. Jak wynika z zebranych przez nich informacji do największych beneficjentów Wspólnej Polityki Rolnej (Common Agriculture Policy – CAP) należeli: książę Albert z Monako, niemieckie linie lotnicze Lufthansa, duńska służba więzienną, koncern Nestlé i książę Westminsteru.  Po wejściu Polski do UE jednym z dużych beneficjentów CAP był, posiadający  ponad 60 tys. hektarów ziemi, Kościół katolicki.

Aż prosi się by powstał podobny portal informacyjny dotyczący finansowania badań naukowych i przeglądu tematyki tych badań. Śmiem twierdzić, ze moglibyśmy tam poczytać o podobnych absurdach jakie czytamy odnośnie CAP.

Nie miejsce tutaj na dokładną analizę wypowiedzi i dokumentów odnoszących się do koniecznych działań w celu poprawy innowacyjości i konkurencji Unii Europejskiej. W ogromnej liczbie wypowiedzi i publikacji powtarza się jak mantrę o „potrzebie pokonania istniejących barier poprawy innowacyjności takich jak: nieefektywne reżimy własności intelektualnej, słabe powiązania pomiędzy nauką a przemysłem (zwłaszcza we wstępnych etapach badań), brak kapitału wysokiego ryzyka i efektywnego prawa bankructwa”, o konieczność „wzmocnienia reżimów własności intelektualnej, podwyższenia poziomu wiedzy naukowej, ograniczenia obciążeń legislacyjnych dla małych, młodych i innowacyjnych firm, wzmocnienia powiązań pomiędzy nauką i przemysłem, zapewnienia większych efektów z finansowanych przez UE badań naukowych .”

Odnieść można wrażenie, że wiele energii w Europie poświęca się na generowaniu ładnie brzmiących haseł. Mówi się o potrzebie budowania „wspólnej przestrzeni badawczej”, „europejskiej przestrzeni badawczej”, „innowacyjnej Europie”, „jednolitym innowacyjnym rynku”, „biegunach doskonałości”. W Polsce swego czasu popularny był program rozwoju zaawansowanych technologii pod wielce sugestywnym tytułem „Wędka technologiczna” (z którego oczywiście nic nie wyszło). Znów nasuwają się skojarzenie z okresem ‘realnego socjalizmu”, kiedy to więcej energii poświęcano propagandzie aniżeli efektywnym działaniom.

Typowym przykładem tego specyficznego stylu myślenia w Unii Europejskiej jest opublikowany w 2006 roku raport grupy ekspertów pracujących pod przewodnictwem byłego premiera Finlandii Esko Aho  pt. Stwarzanie innowacyjnej Europy. Przywołuję go, bo nadal jest aktualny, nic się nie zmieniło w myśleniu ‘przywódców europejskich’.

Raport ten uznany on został za przełomowy dokument w dążeniu Europy do tego by stała się najbardziej innowacyjnym regionem globu. Sam tytuł sugeruje istotę proponowanego podejścia, które wbrew pozornej zmianie jest bardzo głęboko zakorzenione w tradycyjnym, ‘kontynentalnym’ myśleniu. Wydaje się, że propozycja ‘grupy Aho’, to kontynuacja dominującego w przeszłości w UE podejścia, które Frederich von Hayek nazywał „konstruktywistycznym racjonalizmem”. Zwykle chodzi o wprowadzenie w życie (często ‘na siłę’) modelu wymyślonego przez grono intelektualistów, dzięki czemu (jak zapewniają ‘intelektualiści-konstruktywiści’) możliwe będzie osiągnięcie wcześniej wytyczonych celów. Mimo pewnych elementów nowego spojrzenia na problem poprawy innowacyjności w Europie, w raporcie tym nie proponuje się oddolnego, spontanicznego, rynkowego procesu, tak bardzo potrzebnego właśnie w badaniach naukowych, ale znów powołanie kolejnych instytucji, które będą wytyczały cele, planowały, określały warunki realizacji celów i finansowały centralnie te działania.

Jak piszą autorzy raportu, podstawową ich rekomendacją jest podpisanie ‘paktu na rzecz badań i innowacyjności’. Autorzy znajdują dwa zasadnicze uzasadnienia dla tego paktu, mianowicie potrzeba silnej woli politycznej na poziomie krajowym i europejskim, oraz przekonanie, że innowacyjności potrzebne są jednoczesne i zsynchronizowane działania na wielu polach. Zaproponowanie podpisania jakiegoś paktu sugeruje znów, podobne jak to było wielokrotnie w działaniach politycznych państwa w przeszłości, że podejmuje się jakąś walkę, wojnę, która (podobnie jak ‘walka z bezrobociem’, ‘walka z biedą’, ‘walka z narkotykami’, ‘walka z korupcja’, itd) będzie kosztowna, długotrwała, trudna do wygrania, a kolejne rządy będą ogłaszały kolejne zwycięstwa w bitwach, tylko, ze wojna nigdy nie będzie wygrana (bo jej po prostu nie można wygrać używając centralnego sterowania i ‘konstruktywistycznego’ podejścia).

Ciekawe, że autorzy raportu proponują by rdzeniem tych rekomendacji był ‘przyjazny innowacjom rynek’ (innovation-freindly market). Wydaje się, że całkowicie nie rozumieją istoty rynku. Rynek z definicji jest przyjazny innowacjom (to dlatego Wielka Brytania osiągnęła sukces w połowie XIX wieku, i dlatego na przełomie XIX i XX wieku Stany Zjednoczone wyprzedziły Wielką Brytanię i w XX wieku stały się przodującym gospodarczo krajem na świecie, to dzięki rynkowym innowacjom kapitalizm zwyciężył w ‘zimnej wojnie’ i spowodował upadek komunizmu w ostatniej dekadzie XX wieku). Wbrew temu, co twierdzą autorzy raportu, to nie brak ‘przyjaznego innowacjom rynku’ jest ‘główną barierą dla inwestycji w badania i innowacje’, ale po prostu brak rynku, zastępowanego powszechnie przez centralne instytucje europejskie i krajowe.

Zaskakujące jest, że autorzy raportu nie odchodzą od tradycyjnego myślenia w kategoriach priorytetów. Proponują by takimi priorytetami były: e-zdrowie, leki, energia, środowisko, transport i logistyka, bezpieczeństwo i treści cyfrowe. Śmiem twierdzić, tak duża liczba i tak szeroko sformułowane priorytety pozwolą ‘podłączyć’ się do nich każdemu, odpowiednio tylko umotywowanemu, działaniu, tak by formalnie wpasowywało się w nakreślone priorytety; istotnym będzie przede wszystkim posiadanie odpowiedniej ‘siły przebicia’ i posiadania efektywnego lobby w Brukseli. Co ciekawe, i co wydaje się bardzo niebezpiecznym, ale też typowym w tego typu postulatach ‘biurokratycznej komisji’, ‘grupa Aho’ proponuje powołanie „niezależnego, wysokiego w hierarchii biurokratycznej koordynatora („independent High Level Coordinator”). Jak uczy historia, ta początkowa, nieraz nawet daleko idąca niezależność, bardzo szybko jest rozmiękczana i znika pod presją biurokratycznego lobby.

W UE nie rezygnują z manii używania wskaźników, czegoś, co można w tym przypadku nazwać „fetyszem 3%’. Uznają, że wyznaczony w Strategii Lizbońskiej cel zwiększenia nakładów na badania i rozwój (B+R) do poziomu 3% wartości PKB, powinien być kluczowym w działaniu UE (postulat ten zawarty jest w najnowszym programie ‘Europa 2020’ –
http://ec.europa.eu/europe2020/index_pl.htm
– warto poczytać, ubaw ‘po pachy’). Mówi się wprawdzie, że wzrost tych nakładów powinien dotyczyć wybitnych badań naukowych, przemysłowych badań B+R, oraz wzmocnienia relacji nauka-przemysł. Niejasny jednak jest sposób określania tego, co to są wybitne badania. Na pewno uznane zostanie, że będzie to w gestii ‘niezależnego komitetu wybitnych naukowców’. A, że tak może być świadczy znów pomysł ‘grupy Aho’ by powołać „niezależny panel monitorujący”, który z pomocą Komisji Europejskiej będzie publikował coroczny raport o postępach związanych z realizacją Paktu.

Myślenie w kategoriach wskaźników (jakim jest np. ‘wskaźnik 3% na B+R’) znów przypomina myślenie życzeniowe jakiego byliśmy świadkami w czasach realnego socjalizmu. Tam też centralni planiści myśleli w kategoriach osiągnięcia wskaźników (np. osiągniecie poziomu akumulacji w gospodarce na poziomie 20-25%, produkcja stali na mieszkańca na poziomie przewyższającym poziom produkcji w krajach kapitalistycznych (co świadczyć miało o zaawansowanej industrializacji)). W prawdziwej gospodarce rynkowej nikt nie zastawania się nad tym, jakiej wartości wskaźniki rozwoju gospodarki narodowej powinny być osiągnięte. Wartości wskaźników mogą być interesującą z naukowego punktu widzenia, ale dla biznesmena odgrywają drugorzędną role i są nie celem, ale wynikiem jego codziennych decyzji, sprzyjających wzrostowi konkurencji firmy oferującej swoje produkty na rynku. Myśląc w kategoriach osiągnięcia odpowiedniej wartości wskaźników zapomina się o tym, że nie tyle wartość tego wskaźnika, ale efektywność działań (np. efektywność nakładów inwestycyjnych, czy nakładów na badania) jest ważna. Gospodarki centralnie planowane rozpadły się nie dlatego, że nie osiągnięto odpowiedniej wartości wskaźnika nakładów inwestycyjnych, ale dlatego, że po prosty nieefektywnie inwestowano. Dokładnie jest tak samo z nakładami na badania naukowe.

Jak mylące może być myślenie w kategoriach wskaźników pokazuje opublikowany w Wielkiej Brytanii w październiku 2006 roku raport NESTA (National Endowment for Science, Technology and the Arts) pt. „Luka innowacyjna”.Autorzy zawracają uwagę, że w ocenie tradycyjnych wskaźników odnoszących się do innowacyjności, Wielka Brytania postrzegana jest bardzo źle (wskaźniki te są znacznie poniżej wskaźników innych zaawansowanych gospodarczo krajów). Jednakże, kiedy popatrzymy na rozwój gospodarczy to Wielka Brytania należy do ścisłej czołówki światowej. Autorzy raportu nazywają to „Paradoksem Zjednoczonego Królestwa” („The UK Paradox”). Gospodarka brytyjska pozornie mało inwestuje w badania innowacyjne, ale jednocześnie utrzymuje swoją pozycje jednej z największych i odnoszących sukcesy gospodarek świata.

Rozwiązania tego pozornego paradoksu autorzy znajdują w błędności tradycyjnych wskaźników odnoszących się do innowacyjności. Autorzy zwracają uwagę na to, że wiele ważnych innowacji nie jest uwzględniana w tradycyjnych miarach innowacyjności (nazywają te innowacje ukrytymi (hidden innovation)). Innowacje te są w istocie siłą napędzającą rozwój gospodarczy Wielkiej Brytanii. Te ukryte innowacje nie mają klasycznego charakteru technologicznego (inżynierski), ale przede wszystkim odnoszą się do (niedocenianych, nietradycyjnych) innowacji w sferze usług, często trudnych do zidentyfikowania, ale mających swoje bardzo duże, wymierne efekty gospodarcze. Warto też zwrócić uwagę, że w wielu sytuacjach zaangażowane są zarówno osoby, firmy prywatne jak również, dobrze funkcjonujące w otoczeniu rynkowych, instytucje państwowe i samorządowe.

Wydaje się, że szanse powstanie „innowacyjnej Europy” są bardzo niewielkie. Jedyną szansą na to jest radykalna zmiana myślenia i zmiana stylu działania przywódców europejskich. Unia Europejska jest chora i wymaga radykalnej terapii w stylu dokonanym przez Ludwiga Erharda w Niemczech w 1948 roku (oraz podobnej terapii dokonanej w Polsce w 1990 roku, niestety po kilku latach w dużym stopniu zaniechanej). To czego brak Europie to brak kreatywności (ale nie tylko tej naukowej), która związana jest ze swobodą twórczą, a ta związana  jest nie tyle z intelektem, wymuszaniem działań, ale z tym co Carl Jung nazywa „instynktem zabawy”. Jak pisał Jung (1875-1961): „Stworzenia czegoś nowego nie zawdzięczamy intelektowi, lecz instynktowi zabawy, który bierze się z wewnętrznej potrzeby. Twórczy umysł bawi się obiektami, które uwielbia.”

Często przytaczana jest opowieść jak to Aleksander Wielki odwiedził Diogenesa i zapytał, co może dla niego zrobić, a słynny nauczyciel odpowiedział: „Nie zasłaniać mi światła”. Podobnie można byłoby poprosić biurokratów z UE, by starając się stymulować rozwój innowacyjności, sprzyjali kreatywności po prostu „nie zasłaniając światła”.

Ważnym elementem działań rynkowych, a zwłaszcza działań w sferze badań naukowych, jest zaakceptowanie elementu porażki i straty. Pojedyncza porażka nie jest tragedią dla biznesmena, przedsiębiorcy. Ważne by z tych błędów wyciągać wnioski na przyszłość i by w dłuższym okresie całość działań biznesmena czy przedsiębiorcy była zyskowna. Dokładnie do samo  można powiedzieć o działalności badawczej (w tej sferze aktywności człowieka jest to chyba najważniejsze). Porażka jest czymś codziennym w badaniach naukowych, ważne jest by ucząc się na tych porażkach odnieść od czasu do czasu spektakularny sukces. Tej możliwości poniesienia porażki nie ma w procesie finansowania badań w sektorze publicznym. Czy wyobrażamy sobie raport z badań finansowanych przez sektor publiczny, w którym informuje się, że niestety badania prowadzone w ostatnim roku nie przyniosły żadnych wyników, ale może w przyszłości jest nadzieja na sukces, jeśli badania te będą kontynuowane? Jak powiada  Scott Adams, autor komiksu o Dilbercie,  „Kreatywność to pozwolenie sobie na popełnianie błędów, sztuka zaś to wiedzieć, przy których błędach warto pozostać.

Kreatywności nie uzyska się ‘pompując’ pieniądze w sektor badań, ale stwarzając warunki swobody twórczej. Zdają sobie z tego sprawę, firmy prywatne, które nie tyle sowicie nagradzają badaczy w finansowanych przez nich laboratoriach (choć wynagrodzenie jest ważne) ile stwarzają odpowiednie warunki do twórczej pracy. Jednym z takich elementów jest często stosowana ‘polityka 15%’ (15% policy) – zatrudniony w ośrodku badawczym powinien poświecić 85% swojego czasu na wykonywanie obowiązków pracowniczych (wykonując często rutynowe badania), ale pozostałe 15% czasu może poświecić na niczym nieskrępowane badania, zgodnie z jego indywidualnymi preferencjami. Jeśli do realizacji tych indywidualnych pomysłów potrzebuje pieniędzy to może je uzyskać ze specjalnego funduszu stworzonego przez pracodawcę. Gdy w wyniku takich indywidualnych działań zrodzi się pomysł na innowacyjną produkcję to z pomocą pracodawcy powstaje często firma odpryskowa (spin-off, pracodawca ma zwykle w tym przedsięwzięciu swój wysoki udział). Najczęściej szefem takiej małej firmy jest sam wynalazca (albo, jeśli nie wykazuje się on osobowością przedsiębiorczej, jest, co najmniej dużym udziałowcem w tym przedsięwzięciu i szefem działu badań).

Remedium na zapóźnienie innowacyjne Europy nie trzeba szukać tam gdzie się zwykle go szuka, tzn. w samym procesie badawczo-rozwojowym, ale całkiem gdzie indziej. Takim fundamentalnym warunkiem jest uzdrowienie finansów publicznych, szybkie i efektywne wprowadzenie rynku i zagwarantowanie wysokiej konkurencji we wszystkich sferach aktywności gospodarczej, a zwłaszcza w sferze usług (które już obecnie wytwarzają ok. 70% PKB UE), reformy systemu podatkowego i systemu socjalnego (tak by obniżyć wyraźnie koszty pracy i pobudzić działalność inwestycyjną i innowacyjną firm prywatnych, jak i każdego mieszkańca Europy).

Warto zaproponować by obowiązkową lekturą biurokratów z UE były książki Frederica Bastiata (zwłaszcza napisana w 1850 roku mała broszurka „Co widać i czego nie widać”) oraz będącą kontynuacją idei Bastiata, książka Henry’ego Hazlitta Ekonomia w jednej lekcji. W tej, jak i w wielu innych publikacjach, Bastiat zwracał uwagę na to, że każde działanie człowieka wywołuje nie tylko jeden efekt, ale skutkuje serią efektów. Z tej serii efektów mamy skłonność zauważać jedynie te bezpośrednie, pierwsze, najbardziej widoczne. Natomiast efekty pośrednie, których skutki bardzo szybko się rozprzestrzeniają, są najczęściej niedostrzegane. Henry Hazlit (1993, s. 17) przyznaje, że w swej istocie ekonomia jest bardzo prostą nauką, której sedno można przedstawić w jednej lekcji, a całość tej lekcji zawrzeć w jednym zdaniu: „Sztuka ekonomii polega na tym, by spoglądać nie tylko na bezpośrednie, ale i na odległe skutki danego działania czy programu; by śledzić nie tylko konsekwencje, jakie dany program ma dla jednej grupy, ale jakie przynosi wszystkim.”

Udają Greka

1 komentarz

Ministrowie finansów UE po długich 12. godzinnych, nocnych debatach, dzisiaj nad ranem (biedaczyska, znów nieprzespana noc!), uzgodnili drugi pakiet pomocowy dla Grecji, pożyczkę 130 mld euro. By dostać tę ogromną forsę (w sumie już chyba 240 mld euro) Grecy musieli spełnić pewne warunki, m.in. obniżenie płacy minimalnej z 751 euro do 586 euro, a dla Greków poniżej 25. roku życia – do 510 euro,  oraz  zmniejszenie o ponad miliard wydatków na ochronę zdrowia i redukcję o 300 mln wydatków na wojsko.

Zastanawia mnie jedno. Jeśli zmniejszenie płacy minimalnej i większe oszczędności budżetowe mają pomóc gospodarce Grecji, to dlaczego tego samego lekarstwa, ci sami ministrowie nie aplikują w swoich krajach (czynią coś wręcz przeciwnego, stale podnoszą płace minimalne, a o oszczędnościach budżetowych tylko dużo gadają). Może dzięki takiemu samemu pakietowi oszczędnościowemu  cała Unia Europejska wyrwałaby się z marazmu gospodarczego i bez konieczności ogłaszania przeróżnych Strategii Lizbońskich, ‘strategii wzrostu 2020’ i chrzanienia o ‘innowacyjnej Europie’, UE stałaby się wreszcie ‘najbardziej konkurencyjną gospodarką na świecie’?

Rządy, jak zwykle, najpierw kreują problem a potem z tym problemem usilnie walczą (najczęściej ogłaszając wojnę z …).  Tak było, jest, i z pewnością będzie jeszcze długo, z inflacją, bezrobociem, biedą, katastrofalną opieką zdrowotna, fatalnym szkolnictwem, itd. Teraz w centrum uwagi jest walka z deficytem i z długiem. Polski rząd nie jest tutaj wyjątkiem, widząc co się dzieje ze świnkami (PIGS) i będąc świadomym tego, że niewiele nam brakuje do tego by znaleźć się w podobnej sytuacji, premier Tusk i jego ministrowie zaczynają  usilnie (za późnio!) walczyć z deficytem i szybko rosnącym zadłużeniem. Deficyt można zmniejszyć (a istocie powinno chodzić o to by go zlikwidować) poprzez zmniejszenie wydatków i zwiększenie przychodów. Demokratyczny system wyborczy  nie sprzyja cięciom wydatków (bo przecież straciłoby się ‘głosy wyborców’, a do tego dochodzi trudność związana z tzw. sztywnymi wydatkami budżetowymi, które w Polsce to ok. 70% tychże wydatków). Łatwiej rządowi zmniejszyć deficyt poprzez wzrost obciążenia daninami, i głównie tę drogę zapowiedział też kilka dni temu premier Tusk w swoim expose. W logice polityków, i doradzających rządowi ekonomistów, nie mieści się to, że można zwiększyć przychody obniżając obciążenia daninami (np. obniżając podatki). Przykłady tego pozornie nielogicznego kroku można mnożyć, od XIX wiecznej Wielkiej Brytanii, która obniżając cła sprzyjała rozwojowi handlu, rozwojowi gospodarki i zwiększała dochody państwa, do współczesnej Irlandii, która w fazie najgłębszego kryzysu zmniejszyła obciążenia podatkowe i dzięki temu powoli zaczyna wychodzić z zapaści gospodarczej.

Jednym ze sposobów tego ‘skubania obywateli’, zapowiedzianych przez premiera Tuska, jest podniesienie o 2 punkty procentowe składki rentowej płaconej przez pracodawców. To ociera się o skandal! Zamiast sprzyjać rozwojowi przedsiębiorstw (zwłaszcza małym i średnim) poprzez zmniejszenie tzw. klina podatkowego i ułatwienia prowadzenia przedsiębiorstw (zwłaszcza zmniejszenia obciążeń biurokratycznych wymuszanych tysiącami zarządzeń i radykalnego zmniejszenia przeogromnej liczby kontroli) rząd zwiększa obowiązki sprawozdawcze przedsiębiorstw i  obciążenia fiskalne.

Sprzyjać rozwojowi przedsiębiorczości można naprawdę szybko i prosto, w istocie jedną ustawą odwołującą wszelkie inne ustawy ograniczające swobodę gospodarowania i jednocześnie pozwalającą na poprowadzenie działalnością przedsiębiorczej na zasadzie ‘wszystko co nie jest prawem zabronione jest dozwolone’   (tak jak to uczyniono w 1988 roku tzw. Ustawą Wilczka).

A jak liczne i jak wielkie są obciążenia działalności przedsiębiorczej od tej jednej, fiskalnej strony, koniecznych państwowych danin, obrazuje rysunek zamieszczony we wczorajszej Wyborczej:

 

Pracodawca i pracownik płacą ubezpieczenie emerytalne i rentowe; pracownik płaci ubezpieczanie zdrowotne i chorobowe, oraz przedpłatę na podatek PIT, a pracodawca dodatkowo ubezpieczenie  wypadkowe, składkę na Fundusz Pracy i składkę na Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych.

W sumie jeśli średnia pensja brutto wynosi 3500 zł to pracodawca dokłada to tego ok. 650 zł, a pracownikowi państwo zabiera ok. 750 zł w postaci różnych składek, plus zaliczka na PIT w kwocie 240 zł (co wydaje mi się zaniżoną wartości bo PIT, nawet ten o najniższej stawce, jest kwotowo wyższy?).

Dobrze, przyjmijmy, że na państwo (w sumie darmozjada) musimy zapłacić te 243 zł (by starczyło im na zapewnienie tych podstawowych, jak to mówią ekonomiści, dóbr publicznych), ale kwota ok. 1400 zł jest porażająca. Śmiem twierdzić, że gdyby pracownik faktycznie zarabiał 4100 zł, to nawet gdyby zostawił sobie do dyspozycji bieżącej te 2500 zł a 1400 zł wydał na prywatne ubezpieczenie (zdrowotne, emerytalne, wypadkowe, …) to uzyskiwałby znacznie lepsze świadczenia, z których byłby znacznie bardziej zadowolony, a przede wszystkim wiedziałby za co płaci i nie musiałby się zastanawiać np. idąc do lekarza, czy nie powinien dać temu lekarzowi jakiejś ‘kopertówki’, a urzędnikowi wydającemu jakiś głupawy świstek z ‘pozwoleniem na coś tam’ nie dać pod biurkiem kawy czy bombonierki. (Zawsze kiedy myślę  o bombonierce dawanej przez petentów urzędnikom to zastanawiam się kiedy dojdzie do ostateczności i petenci będą podkładać bomb(oniery) pod urzędy?)


  • RSS