Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z tagiem: regulacje-rzadowe

Ten cytat z Hamleta przyszedł mi do głowy podczas słuchania wystąpienia premiera Morawieckiego na Kongresie 590, kiedy prezentował swoją ‘Konstytucję biznesu’. Po skończeniu tego wystąpienia pomyślałem za św. Mateuszem: „poznacie ich po ich owocach”.

W broszurze rozdanej uczestnikom Kongresu 590 zaznaczono na niebiesko pewne ważne zasady:

  • Zasada wolności działalności gospodarczej
  • Działalność nierejestrowa (przychód miesięczny nie przekracza 50% płacy minimalnej – WK)
  • Zasada „co nie jest prawem zabronione, jest dozwolone”
  • Zasada uczciwej konkurencji i poszanowania dobrych obyczajów oraz słusznych interesów innych przedsiębiorców i konsumentów
  • Zasada domniemania uczciwości przedsiębiorcy
  • Zasada rozstrzygania wątpliwości faktycznych na korzyść przedsiębiorcy
  • Zasada przyjaznej interpretacji przepisów (in dubio pro libertate)
  • Prawo do oceny jakości obsługi w urzędzie
  • Zasady pogłębiania zaufania, proporcjonalności, bezstronności i równego traktowania (przez urzędy państwa – WK)
  • Zasada odpowiedzialności urzędników za naruszenie prawa
  • Zasada pewności prawa
  • Zasada udzielania informacji
  • Zasada polubownego rozwiązywania kwestii spornych
  • Reguła interpretacyjna co do pierwszeństwa stosowania ustawy – Prawo przedsiębiorców
  • Ulga na start
  • Zasada szybkości działania
  • Zasada współdziałania organów
  • Punkt Informacji dla Przedsiębiorcy
  • Objaśnienia prawne (zapewnienie jednolitego stosowania przepisów prawa – WK)

Wszystko to ładnie wygląda i jest z pewnością słuszne, ale tak prawdę powiedziawszy to są zasady tzw. zdroworozsądkowe i można powiedzieć, że aż dziw, że nie są obecne w polskiej rzeczywistości gospodarczej.

Niepokój budzić mogą pewne sformułowania w  dalszej części ‘Konstytucji biznesu’. Przytoczę tylko kilka z nich:

  • (Art. 53. 1.) Nie można równocześnie podejmować i prowadzić więcej niż jednej kontroli działalności przedsiębiorcy. Nie dotyczy to sytuacji, gdy: (i tu lista 10 wyjątków …)
  • (Art. 59.) Wniesienie sprzeciwu nie jest dopuszczalne, gdy organ przeprowadza kontrolę, powołując się na przepisy art. 47 ust. 2 pkt 2, art. 50 ust. 2 pkt 2, art. 53 ust. 1 pkt 2, art. 54 ust. 2 pkt 2 i art. 62.
  • (Art. 61.) Przepisów art. 53 i art. 54 nie stosuje się:  (lista wyjątków …)
  • (Art. 62.) Przepisów art. 47, 48, 50, 51, 53 i 54 nie stosuje się wobec działalności gospodarczej przedsiębiorców w zakresie objętym: (lista wyjątków …)
  • (Art. 63. 1.) Przepisów art. 47, art. 51, art. 53 i art. 54 nie stosuje się w odniesieniu do kontroli: (lista wyjątków …)

Nie jestem prawnikiem i nie jestem w stanie prześledzić tych wyjątków, ale znając życie mogę sądzić, że mogą one stać się furtką na swobodę interpretacyjną urzędników.

Premier Morawiecki w swoim wystąpieniu na Kongresie z wielką estymą przywołał książkę Mariany Mazzucato ‘Przedsiębiorcze państwo’  (The Entrepreneurial State: Debunking Public vs. Private Sector Myths). Bardzo mnie to zmartwiło, bo jeśli ta wyjątkowo szkodliwa książka staje się wzorcem do działania dla polityka mającego tak duży wpływ na kształt  życia gospodarczego w Polsce to możemy spodziewać się wielu niedobrych rzeczy (Deirdre McCloskey zapytana o książkę Mazzucatto odpowiedziała: „To wyjątkowo głupia książka. To naprawdę bzdurna idea.”).

Zatem premier Morawiecki ma już dwóch ulubionych ekonomistów: Justina Yifu Lina i Marianę Mazzucato. To nie wróży nam nic dobrego. Miałbym propozycję by, na zasadzie uzupełnienia,  Pan premier przeczytał choć kilka książek innego sortu. Na początek proponowałbym by przerobił wspaniale napisaną ‘Ekonomię w jednej lekcji’ Henry Hazlitta, a przede wszystkim by wziął sobie do serca podstawowe przesłania (lekcję) Hazlitta i Frederica Bastiata, że „Sztuka ekonomii polega na tym, by spoglądać nie tylko na bezpośrednie, lecz także na odległe skutki danego działania czy programu; by śledzić nie tylko konsekwencje, jakie dany program ma dla jednej grupy, lecz także te, jakie przynosi wszystkim.

Wiem, że premier Morawiecki nie ma zbyt wiele czasu na przyjemne lektury ekonomiczne, dlatego nie odważę się zaproponować mu przeczytanie magnum opus Ludwiga von Misesa ‘Ludzkie działanie’, ale myślę, że trzy krótkie książeczki Misesa, mianowicie ‘Interwencjonizm’, ‘Planowany chaos’ i ‘Biurokracja’, mogłyby być bardzo użyteczne w kształtowaniu myślenia o gospodarce. Naturalnie, gdyby premier Morawiecki miał ochotę to gotów jestem polecić  wiele innych ciekawych (‘otwierających umysł’)  i w miarę krótkich lektur, pomocnych politykowi mającemu tak duży wpływ na polską gospodarkę.

Lubię ‘papierki lakmusowe’ pomocne w stwierdzeniu kierunku dobrych zmian. Takim papierkiem lakmusowym polskiej transformacji była dostępność papieru toaletowego w polskich sklepach. Myślę, że w przypadku ostatnich propozycji premiera Morawieckiego  ‘papierkiem lakmusowym’ jego dobrych intencji i chęci wprowadzenia realnych zmian byłoby szybkie wprowadzenie zwolnienia z opłat mikro-przedsiębiorców zarabiających mniej niż 3000 zł miesięcznie. Mówił o tym w trakcie swojego wytępienia na Kongresie. To naprawdę można wprowadzić stosunkowo szybko, bez zbytniej straty dla budżetu. Myślę, że trzy miesiące byłoby dostatecznie długim czasem.  Takie skuteczne działanie z pewnością przyczyniłoby się do wzrostu zaufania do rządu. A o braku tego zaufania oraz o potrzebie wzrostu tego zaufania mówił Pan wicepremier Mateusz Morawiecki na Kongresie 590.

PS Na Facebooku, po powrocie z Kongresu napisałem: Wszyscy zachwycają się tym, że naczelną zasadą będzie „co nie jest prawem zabronione, jest dozwolone”. Fajnie, ale aby to było skuteczne to prawa musi być mało i musi być jasne. Cóż z tego, że zasada będzie obowiązywała jeśli zakazów będzie tak dużo, że na wolność gospodarczą pozostanie drobny margines. W tym roku będzie opublikowanych ok. 32 000 stron nowego prawa. Jeśli od wielu lat ‚produkuje się’ ok. 30 000 stron nowych przepisów to co warta jest zasada „co nie jest prawem zabronione, jest dozwolone”? W takiej konstytucji biznesu powinno być odwołanych 90% (a najlepiej 100%) obowiązujący przepisów ograniczających przedsiębiorców, a tego nie zauważyłam ani w ‚Konstytucji dla biznesu’, ani w wypowiedzi premiera Morawieckiego. 
To jest takie samo fetyszyzowanie tej zasady jak twierdzenie, że ‚podatek liniowy jest dobry’. Cóż mi z tego, że podatek będzie liniowy, jeśli wynosił on będzie 50%. To ja wolę podatek progresywny z 15 progami podatkowymi, przy czym ten ostatni, krańcowy, próg będzie na poziomie 15%. Podatki mają być niskie, proste i jasne.

Przepraszam, ale dzisiejszy wpis będzie trochę impulsywny. Właśnie przeczytałem kolejny artykuł prof. Stiglitza, stąd ta moja impulsywność.

Noblista pisze: „Zasadniczym problemem, który od kryzysu nęka gospodarkę globalną i który nieco się nasilił, jest bowiem brak zagregowanego popytu globalnego.” To typowa retoryka interwencjonistów. Jak słyszę tego typu zaklęcia (inne to np. ‘konsumpcja napędza PKB’, czy ‘rozwój gospodarczy pchany jest eksportem’, to zaczynam się telepać w środku.) Prof. Stiglitz nie widzi w tym co pisze wewnętrznych sprzeczności. Naigrawa się, że „W modelach tych kluczowe narzędzie polityki pieniężnej stanowi stopa procentowa, którą można – jak pokrętło termostatu – przesuwać w górę i w dół, żeby zapewnić uzyskanie przez gospodarkę dobrych wyników”. Przecież on dokładnie tak samo myśli, też uważa, że ma takie pokrętło, którym może zwiększyć popyt (‘zagregowany popyt’!).

Wielki (chciałoby się napisać zadufany w sobie, ale takiemu maluczkiemu ekonomiście jak ja nie wypada tak pisać) Noblista pisze „Tym, co powinny zrobić banki centralne, jest skupienie się na dopływie kredytu, co oznacza przywrócenie i utrzymywanie zdolności i chęci lokalnych banków do pożyczania pieniędzy MŚP.” Problemem jest, że, jak pokazuje doświadczanie (o czym chyba prof. Stiglitz powinien wiedzieć), małe i średnie przedsiębiorstwa bardzo niechętnie biorą kredyty i wolą swój rozwój opierać na zakumulowanym zysku, na kapitałach własnych. Tego co potrzebują to nie przeszkadzania im, dania swobody działania, mniejszych uciążliwości (nie tylko podatkowych, generalnie administracyjnych),stabilności prawa. Najbardziej ogólnie: potrzebują dbałości instytucji publicznych o ich własność.  

Dalej prof. Stiglitz pisze: „Płynącą z tego ważną lekcję można zawrzeć w starym porzekadle: „śmieci na wejściu, śmieci na wyjściu”. Jeśli banki centralne wciąż będą posługiwać się błędnymi modelami, to będą nadal popełniać błędy.” Znów profesor zapomina starą metodologiczna prawdę: ‘każdy model jest błędny’. Posługiwanie się jakimkolwiek modelem do prowadzenia tzw. polityki gospodarczej, monetarnej, fiskalnej, …, wcześniej czy później doprowadza do katastrofy. Naturalnie przedsiębiorcy też posługują się modelami, tylko, że oni te modele traktują jako narzędzie ułatwiające im bieżące decyzje, i jeśli widzą, że ‘coś jest nie tak’ to porzucają szybko taki model i szukają innego narzędzia, a bardzo często odwołuję się wtedy do swoje intuicji, doświadczenia.

Istnieje też jeszcze  inna zasadnicza różnica pomiędzy przedsiębiorcami a politykami gospodarczymi (i ekonomistami im doradzającymi). Jeśli jakiś przedsiębiorca popełni błąd to traci na tym on i jego firma (i najczęściej jest to nauczka dla innych przedsiębiorców ‘by nie iść tą drogą’). Natomiast kiedy błąd popełnia polityk gospodarczy to dotyka to milionów ludzi w danym społeczeństwie i wszyscy na tym tracą (najczęściej poza tym politykiem, bo on zawsze znajdzie usprawiedliwienie, że przecież chciał dobrze, to tylko inni mu przeszkadzali). W odróżnieniu od przedsiębiorców, politycy gospodarczy nie uczą się na swoich błędach i nie jest to sygnałem dla innych polityków by nie iść tą droga’.

Zakończę pytaniem: A jaką ma pewność prof. Stiglitz, że jego model jest dobry, a nie błędny?

‘Wiedzący lepiej’ urzędnicy z Unii Europejskiej wszczęli w 2009 roku procedurę ograniczania sprzedaży i używania tradycyjnych żarówek edisonowskich – najpierw tych o dużej mocy powyżej 100W, potem co roku sukcesywnie mniejszych 75W, 60W i 25W. Teraz zgodnie z prawem żarówek takich nie można już sprzedawać w handlu detalicznym. Tradycyjnie nazywamy ją żarówką edisonowską, bo to Edison po opatentowaniu tej żarówki w 1879 r. w USA, rozpoczął jej masową produkcję, a stworzona przez niego firma United States Electric Lighting Company (obecnie General Electric) rozpoczęła proces elektryfikacji (na początku dolnego Manhattanu, a potem innych miast Stanów Zjednoczonych).  Warto jednak wspomnieć, że prace nad wykorzystaniem włókna węglowego do żarzenia się w próżni prowadzone były od 1838 roku, pierwsze praktyczne wykorzystanie żarówki z włóknem ze zwęglonego bambusa było dziełem Heinrich Göbel’a w 1854 r, a Joseph Wilson Swan uzyskał dwa brytyjskie patenty w 1860 i 1878 roku na świecące włókno węglowe w bańce próżniowej oraz na pierwszą nadająca się do praktycznego wykorzystania żarówkę.

Ten edisonowski system oświetlenia funkcjonował całkiem dobrze przez 140 lat.  Tradycyjne żarówki wprawdzie nie były energetycznie najsprawniejsze, ale dawały ciepłe, przyjemne, żółtawe światło i szybko dochodziły do maksymalnej światłości. Ten kto myślał w kategoriach oszczędzania i uznał, że zalety tradycyjnej żarówki nie są konieczne, instalował świetlówki, lampy rtęciowe, czy halogeny.

Piekło jest wybrukowane dobrymi intencjami. Urzędnicy UE wprowadzili zakaz używania żarówek z zamiarem zmniejszenie zużycia energii elektrycznej i ograniczenia emisji CO2 (by chronić klimat i tzw. naturalne środowisko).  Obecnie – przynajmniej teoretycznie – zwykłe żarówki w sklepach nie powinny być dostępne.  Ludzie kiedy mają poczucie, że  jakieś wymyślane przez urzędników zasady są wbrew ich korzyściom starają się znaleźć wyjście z tej sytuacji (nawiasem mówiąc Polacy są chyba w tym względzie jednymi z najsprytniejszych – co wynika chyba z zaszłości historycznej i tych 123 lat niewoli – szczęściem, i jednocześnie nieszczęściem, jest to co historycznie tkwi w nas bardzo głęboko: zasada ‘prawo jest po to by je omijać’).   

Pojawiły się zatem w handlu „artykuły świetlne” dozwolone warunkowo, albo po prostu sprytnie omijające unijne prawo. Sama UE zezwoliła na sprzedaż żarówek 100-watowych pod nazwą „lamp do celów specjalnych” – pod warunkiem, że na opakowaniu umieszczone zostanie wyraźne ostrzeżenie, iż produkt „nie nadaje się do oświetlenia pomieszczeń domowych” (musieli to zrobić, bo w wielu halach fabrycznych gdzie funkcjonują urządzenia rotujące (np. obrabiarki) trzeba instalować tradycyjne oświetlenie ze względu na efekt stroboskopowy). Producenci i handlowcy, oferują żarówki „specjalistyczne, wstrząsoodporne, przemysłowe”. Teoretycznie mają one służyć jedynie do oświetlania np. kopalnianych sztolni czy hal fabrycznych, ale w praktyce każdy może zastosować je w domu. (Już wyobrażam sobie te armie urzędników kontrolujących czy w domach nie mamy czasem zainstalowanych tradycyjnych żarówek). Edisonowskie żarówki można także kupić jako grzejniki elektryczne, dające „tylko przy okazji” miły, żółtawy blask. By choć trochę wydłużyć możliwość sprzedaży tradycyjnych żarówek, kiedy zakazano sprzedaży żarówek 100 W, producenci pisali na opakowaniu, że żarówka ma 99W,  kiedy zakazano sprzedaży żarówek 60W pisali, że żarówka ma 59W.   

Zamiast tradycyjnych żarówek, musimy kupować te energooszczędne, ale o wiele droższe: lampy halogenowe, fluorescencyjne oraz diodowe (LED).  Nie mam czasu by dłużej to opisać, ale wiele wskazuje na to, że ta energooszczędność w wielu wypadkach jest tylko pozorna. Żarówki tzw. „ekologiczne”, tak naprawdę bywają groźne dla środowiska.  Przykładowo świetlówki rtęciowe zawierają śmiertelną truciznę jaką jest rtęć. Badania opublikowane pod koniec 2010 roku w Environmental Science and Technology wykazują, że diody LED zawierają ołów, arsen i kilkanaście innych substancji potencjalnie niebezpiecznych, w tym metali ciężkich, które mogą powodować raka. Klasyczna, edisonowska żarówka to trochę metalu i szkła oraz cienkie włókno z trudno topliwego wolframu – w otoczce szlachetnego gazu, na przykład argonu. Jej utylizacja to żaden problem i bardzo niewielki koszt.  

Dlaczego o tym wszystkim się rozpisuję?

Na szczęście oficjele rządowi nie zakazali badań nad tradycyjną żarówką!  Okazało się, że naukowcy z Nanoengineering Group, Massachusetts Institute of Technology (MIT) pracowali nad poprawą efektywności tradycyjnych żarników i niedawno, 11 stycznia 2016 opublikowali na łamach Nature Nanotechnology artykuł pod tytułem: ‘Tailoring high-temperature radiation and the resurrection of the incandescent source’ (co w luźnym tłumaczeniu znaczy „Przystrzyżenie promieniowania wysokotemperaturowego i wskrzeszenie oświetlenia żarowego”). Pisał o tym The Telegraph i Dezeen.

Naukowcy z MIT pokazali, że otaczając włókno żarowe specyficzną strukturą krystaliczną, wymuszają proces samowzmocnienia się generowania światła i zmniejszenia strat cieplnych. Uważają oni, że nowe żarówki mogą osiągnąć 40 procentowy poziom wydajności (czyli ok. dziesięciokrotnie więcej niż produkowane tradycyjną technologią). Byłoby to zatem kilkukrotnie większa efektywność zamiany energii elektryczność na światło aniżeli jest to w świetlówkach czy LED’ach.

Naturalnym pytaniem jest, jak szybko ta nowa technologia może być skomercjalizowana i podjęta może być produkcja masowa tych ‚nowych, tradycyjnych żarówek’?

 Jako konsumenci i producenci, miejmy zatem możliwość samodzielnego decydowania co chcemy kupować i co chcemy produkować. Do jednych celów użyteczne są świetlówki, czy LEDy, do innych tradycyjne żarówki. Konkurencja pozwoli na usprawnianie wszystkich typów generowania światła, oraz wymyślanie nowych sposobów oświetlania, a wszytko  z pożytkiem dla klientów (konsumentów).

A celem powinno być osiągnięcie efektywności przetwarzania różnych źródeł energii (np. elektryczności, ale też np. chemicznej ) na światło na poziomie organizmów biologicznych, np. robaczków świętojańskich (świetlików), które podobno mają efektywność 98 procentową (czyli jedynie 2% zużytej energii tracą na generowanie ciepła).

Znów dekretują innowacyjność! Wczoraj ogłoszono powołanie tzw. Rady ds. Innowacyjności – grono polityków znów będzie myśleć o stymulowaniu innowacyjności w Polsce! Inicjatywa ta okraszona została ‘nowym’ instrumentem (programem) nazwanym z polska  StartInPoland, którego celem jest „wykorzystanie potencjału finansowego i potrzeb rozwojowych spółek skarbu państwa oraz średnich i dużych firm z polskim kapitałem”. Za sto dni mamy poznać wysokość tego funduszu, ogłoszone też będą pierwsze konkursy. Jak przeczytałem, że StartInPoland opierał się będzie na trzech filarach (zaangażowaniu spółek Skarbu Państwa w finansowanie innowacyjnych projektów, dostarczanych przez polskie start-upy, wprowadzeniu pakietu zachęt i ulg podatkowych związanych z wydatkami na B+R oraz stworzeniu państwowego inkubatora dla młodych firm pracujących nad nowatorskimi przedsięwzięciami, wzorowanego na warszawskim kampusie Google’a), to złapałem się za głowę. ‘Dojenie’ spółek Skarbu Państwa w połączeniu z państwowymi inkubatorami nie wróży nic dobrego.

Znów słyszymy starą mantrę (tym razem wygłaszaną przez wicepremiera i ministra rozwoju, Mateusza Morawieckiego), że  w ciągu paru lat wydatki Polski na badania i rozwój wzrosną dwukrotnie, dzięki czemu do 2020 r. uda się nam zrealizować cel wyznaczonym nam przez UE, czyli 1,7 proc. PKB wydatków na badania i rozwój (obecnie na B+R wydajemy niecałe 0,9 proc. PKB, podczas gdy unijna średnia to 2 proc. PKB). Ile razy ja to słyszałem w ostatnich 15-20 latach! (zjawisko to nazywam fetyszem wskaźników’).

Para idzie znów w gwizdek. Polscy politycy są naprawdę kreatywni w wymyślaniu nowych określeń, nowych ładnie brzmiących nazw czy haseł. Wygląda na to, że modnym stanie się teraz słowo ‘nowatorskość’. Przypomnę też, że wielokrotnie w przeszłości ogłaszano podobne inicjatywy-programy, jednym z ostatnich nazywał się pięknie: ‚Wędka technologiczna’ (przy okazji zapytam się co z głośnym niedawno programem ‘Inteligentny Rozwój 2014-2020’? Jego też już go nie potrzebujemy? (tutaj)). Jak się wczytać  w te programy to widać, że istota tego typu inicjatyw jest taka sama, słowotok bardzo podobny, a co zmienia się to jedynie nazywanie tego samego trochę inaczej.  

Mogę przewidzieć, że tak jak w poprzednich latach, tak i teraz wszystko skończy się ‘Kongresem pogaduszek o Innowacyjnej Gospodarce’, a potem kolejny, ładnie nazywający się program, kolejna Rada ds. innowacyjności (nowatorstwa?).  itd. itd. 

A jak ta innowacyjność po polsku i europejsku wygląda można zajrzeć tutaj i tutaj

W jednym ze swoich wykładów Adam Smith, twórca współczesnej analizy ekonomicznej, autor opublikowanego w 1776 roku Bogactwa narodów oraz opublikowanej w 1759 roku Teorii uczuć moralnych, podał prostą receptę na harmonijny rozwój społeczny, stwierdził on że: „Bardzo mało jest wymagane by doprowadzić państwo do dobrobytu nawet z najniższego poziomu barbarzyństwa, mianowicie pokój, niskie podatki i tolerancyjne kierowanie sferą sprawiedliwości. Wszystkie formy rządów, które zbaczają z tej naturalnej ścieżki, lub które odwołują się do potrzeby zahamowania rozwoju społecznego na jakimś szczególnym etapie, są nienaturalne i po to by utrzymać się u władzy, zmuszone są odwoływać się do represji i tyranii”. Warto zatem zdać sobie sprawę z tego, że reforma podatkowa w Polsce jest jednym z wielu elementów koniecznych zmian jakie powinniśmy dokonać by wejść na trwałą ścieżkę wzrostu dobrobytu.

Od wielu lat w większości państw uprzemysłowionych, członków OECD, w tym także i w Polsce, toczy się dyskusja nad koniecznością zreformowania systemów podatkowych. Dyskusja toczy się zarówno wokół problematyki wysokości podatków (np. czy sprawiedliwym jest podatek liniowy czy progresywny, rzadko wspomina się w tym kontekście o podatku pogłównym) oraz ich struktur – czy podatki bezpośrednie (dochodowe od osób fizycznych i osób prawnych, spadków i darowizn, czynności cywilno-prawnych, rolny i leśny, od nieruchomości, od środków transportowych, od posiadanych psów) czy pośrednie (od towarów i usług, akcyzowy, od gier). W tym artykule chciałbym przedstawić pokrótce historię podatku dochodowego, bo nie zawsze zdajemy sobie sprawę z tego, że jest on stosunkowo młodym podatkiem, który od początku jego wprowadzenia w Wielkiej Brytanii i w USA traktowany był jako podatek chwilowy, z którego należy się jak najszybciej wycofać, gdy tylko znikną powody jego wprowadzenia.

Ta nietypowa historia podatku dochodowego może być też argumentem za jego likwidacją. Innymi często używanymi argumentami za likwidacją podatku dochodowego jest jego niski udziału w ogólnych przychodach państwa (ok. 30 do 40 procent całkowitych dochodów państwa) oraz możliwość znacznego obniżenia kosztów pobierania podatków.

Podatek od dochodów osobistych ma raptem dwustuletnią historię i wprowadzany był zawsze po to by sfinansować działania wojenne. Zwykle wprowadzając go argumentowano, że po ustaniu działań wojennych będzie on wycofany. Dobrowolnie państwo wycofało się z tego podatku tylko raz, mianowicie w Wielkiej Brytanii po zakończeniu wojen napoleońskich. W 1798 roku, ówczesny premier Wielkiej Brytanii William Pitt (młodszy) zapowiedział wprowadzenie podatku od dochodów osobistych po to by zebrać fundusze na prowadzenie wojny z Francją. Uczynił to z wielką niechęcią, wbrew swojemu przekonaniu, bo uznawał, że wprowadzenie tego podatku jest wbrew zwyczajom i naturze Brytyjczyków. Podatek ten wprowadzony został w 1799 roku (wyłączając Irlandię) i objął on tylko najbogatszych: na poziomie 10% od dochodów powyżej 200 funtów, dochody poniżej 60 funtów były nieopodatkowane, a dochody pomiędzy 60 a 200 funtów opodatkowane były poniżej 10% rosnącą stopą opodatkowania (podatek ten płacony był osobiście przez obywateli w sześciu równych ratach w ciągu roku). Średni dochód Brytyjczyka w tamtym okresie to ok. 20 funtów, zatem ogromna większość Brytyjczyków nie była opodatkowana. Podatek ten został zniesiony na krótko w 1802 roku po zawarciu pokoju w Amiens, by w 1803 roku pojawić się ponownie na poziomie 5% (dochód z tego podatku był na podobnym poziomie jak przy stopie 10% a to dzięki obniżeniu dolnej granicy z 60 do 50 funtów, tak, ze liczba płacących ten podatek podwoiła się). W 1806 roku powrócono do pierwotnej stawki 10%, która utrzymywała się na tym poziomie do 1816 roku, kiedy podatek ten został zniesiony w rok po bitwie pod Waterloo. Po zniesieniu podatku wszystkie dane dotyczące jego płatników zostały spalone (ale, jak się jednak później okazało, duplikaty przekazane zostały do archiwum – King’s Remembrancer). Przez następne 26 lat Brytania obywała się bez podatku od dochodów osobistych (patrz Rysunek poniżej).

 PIT_WB

W 1842 roku podatek ten został ponownie wprowadzony przez konserwatywnego premiera Roberta Peel’a, zmuszonego uczynić ten krok przez rosnący deficyt budżetowy, spowodowany chwilowym spadkiem dochodów państwa z tytułu obniżonych taryf celnych (które niekiedy obniżono kilkusetkrotnie – ale to już materiał na inną opowieść). Peel opodatkował dochody powyżej 150 funtów rocznie. Od jego ponownego wprowadzenia w 1842 do 1885 roku zawierał się w granicach 1% do 6,7% (1855 r.) i tutaj warto zwrócić uwagę na wyraźne dwa okresy poboru podatku od dochodów w Wielkiej Brytanii. W XIX wieku i do pierwszej wojny światowej podatek ten był stosunkowo niewielki (poniżej 10%), natomiast w wieku XX byliśmy świadkami stałego wzrostu poboru tego podatku (patrz Rysunek). Ta prawidłowość obserwowana jest w innych państwach, np. w USA, o czym poniżej. Co warte podkreślenia, stałą intencją polityków w XIX wieku było jego zniesienie lub przynajmniej wyraźne zmniejszenie, kiedy tylko było to możliwe. Najczęściej przyczyną niemożności jego zniesienia czy zmniejszenia była konieczność zwiększenia wydatków wojennych.

Politycy brytyjscy XIX wieku przyjęli, że jakikolwiek wzrost podatków czy taryf celnych jest tylko przejściowy i należy go jak najszybciej likwidować. Doszli do wniosku, że trudniej jest zmniejszać już raz podniesione taryfy celne, łatwiej to uczynić z podatkiem dochodowym. Niskie taryfy celne znacznie bardziej sprzyjały rozwojowi gospodarczemu aniżeli niskie podatki bezpośrednie, dlatego też w okresach przejściowych kolejni kanclerze skarbu, dla zrównoważenia budżetu, zmniejszając cła importowe podnosili na krótko podatki dochodowe. Polityka utrzymywania niskich podatków od dochodów osobistych skończyła się w końcu XIX wieku. Wzrost podatku (do ok. 10%) po 1890 roku spowodowany był wzrostem wydatków na cele socjalne natomiast pierwsza wojna światowa wymusiła podatki powyżej 5 s. od funta dochodów (tzn. powyżej 25%). W 1918 roku stopa podatkowa osiągnęła poziom 30%. Łącznie z dodatkowymi opodatkowaniami dochodów (np. podatek od nadmiernego zysku) przychody państwa w 1918 roku z tytułu podatku dochodowego były 17 razy większe niż w 1905 roku. Wbrew wcześniejszym obietnicom, po wojnie rząd nie obniżył podatków do poziomu sprzed wojny (1 s.) zamiast tego ustalono go na poziomie 20% (tj. 4 s. od funta). By przynajmniej stworzyć pozory chęci rządu do zniesienia podatku, w 1920 roku powołano Komisję Królewska (Royal Commission), która jednak po burzliwych obradach utrzymała podatki od dochodów. Początkowo, w okresie międzywojennym, podatki te wzrosły do poziomu 25-30% by jeszcze bardziej wzrosnąć w czasie II wojny światowej, najpierw do 40% a potem nawet do 50% (10 s. od funta). Podatek ten w niewielkim stopniu (do ok. 45%) został zmniejszony po wojnie. W 1944 roku wprowadzono nowy system płacenia podatku. Zamiast płacenia go raz w roku lub dwa razy do roku pracodawcy odprowadzali odpowiednią kwotę podatku w momencie wypłaty (Pay tax As You Earn – PAYE). W XX wieku stale obniżano próg płacenia podatku, co naturalnie powodowało wzrost liczby płatników tego podatku. W XIX wieku podatki płaciło co najwyżej kilka procent społeczeństwa brytyjskiego, w 1930 roku podatki te płaciło 22%, w 1944 roku ponad 30%, a obecnie już prawie wszyscy pracujący (tj. ok. 50% społeczeństwa).

Interesujące jest to, że z formalnego punktu widzenia, Brytyjczycy nadal traktują podatek dochodowy jako podatek czasowy. Co roku prawa do poboru tego podatku wygasają 5 kwietnia, w związku z tym Parlament musi corocznie wpisywać je do prawa finansowego (Financial Act). Przez cztery miesiące, kiedy to Financial Act uprawomocnia się, pobór podatku dokonywany jest na podstawie tymczasowej ustawy o poborze podatku (Provisional Collection of Taxes Act) z 1913 roku.

Jeżeli chodzi o Stany Zjednoczone Ameryki to po raz pierwszy przymierzano się do wprowadzenia tego podatku w roku 1812, wzorowano się wtedy na prawie brytyjskim z 1798 roku. Ustalono nawet stawki na poziomie 8 i 10 procent (odpowiednio dla dochodów powyżej 60 funtów i powyżej 200 funtów). Prace były już na ukończeniu w 1814 roku, ale po podpisaniu pokoju w Ghent w 1815 roku, znikła potrzeba wprowadzenia tego podatku i z niego zrezygnowano. Kolejna próba, ale już zakończona ‘sukcesem’, dokonana została przez prezydenta Abrahama Lincolna. Podobnie jak w przypadku Wielkiej Brytanii podatek ten, wprowadzony został po to by sfinansować działania wojenne (wojnę domową w Stanach). Presja czasu uniemożliwiła dłuższą dyskusję o zasadności wprowadzenia tego podatku. Prawo podatkowe zostało podpisane przez prezydenta Lincolna 1 lipca 1862 roku, nakładało ono 3% podatek od dochodów powyżej 600 dolarów i 5% od dochodów powyżej 10 000 dolarów. W 1864 roku zwiększono stopy podatkowe i Amerykanie płacili pięcioprocentowy podatek od dochodów powyżej 600 dolarów, 7,5% powyżej 5000 dolarów oraz 10% od powyżej 10000 dolarów. Po wojnie ustalono podatek liniowy na poziomie 5% dla dochodów powyżej 1000 dolarów. W ostatnich trzech latach obowiązywania tego podatku, w latach 1870-72, podatek liniowy zmniejszono do 2,5% dla dochodów powyżej 2000 dolarów.

Podatek od dochodów w latach sześćdziesiątych XIX wieku płaciła stosunkowo niewielka liczba Amerykanów. W 1870 w USA żyło ok. 38 mln ludzi, w tym roku kwestionariusze podatkowe wypełniło 276 661 osób, czyli mniej niż 1% obywateli. Wprowadzając w życie podatek od dochodów Lincoln argumentował, że podatek ten wprowadza tylko na okres wojny, ale (jak to często bywa z działaniami rządowymi) trwał jeszcze przez 7 lat po wojnie (kongres utrzymywał, że wpływy z tego podatku potrzebne są by odbudować kraj po zniszczeniach wojennych). W 1872 roku, niechciany podatek został zlikwidowany przez prezydenta Granta w pierwszym roku po jego wyborze. Ciekawe, że wraz ze zlikwidowaniem podatku nie zlikwidowano biurokracji. Urząd podatkowy (IRS – Internal Revenue Service) pracował niemalże jak dawniej, tym razem zbierając cła i podatki od towarów i usług. By zrekompensować straty państwa z tytułu likwidacji podatków od dochodów podnoszono sukcesywnie stawki innych podatków i ceł.

Kolejny raz podatek od dochodów wprowadzono w 1894 roku za prezydentury Grovera Clevlanda (stawka podatkowa 2%). Podatek ten Sąd Najwyższy uznał 20 maja 1895 roku za niekonstytucyjny (co spotkało się z ostrą krytyką Demokratów). Po tym epizodzie, głosy autorytarian za wprowadzeniem podatku od dochodów pojawiły się dopiero w 1912 roku. Tym razem poczyniono kroki by zapobiec zarzutom niekonstytucyjności tego podatku wprowadzając w 1913 roku Szesnastą Poprawkę do Konstytucji, umożliwiającą Kongresowi nakładanie na obywateli amerykańskich podatków od dochodów. Jak twierdzą niektórzy badacze, poprawka ta wprowadzona została nielegalnie (np. William Benson „The Law That 5 Newer Was”). Szesnasta Poprawka została ‘po cichu podpisana” i uznana za legalną (mimo nie zakończonego procesu ratyfikacji przez kolejne stany) przez Sekretarza Stanu Philandera Knoxa na kilka dni przed odejściem ze stanowiska prezydenta Williama Howarda Tafta, który w istocie nic nie zrobił by sprzyjać czy przeciwstawić się tej poprawce. Od 1913 roku IRS rozrastał się do ogromnych rozmiarów, stale poszerzając zakres możliwej ingerencji w życie obywateli amerykańskich.

Artykuł V Konstytucji USA mówi, że do akceptacji poprawki wymagana jest ratyfikacja trzech czwartych stanów. W 1913 roku było 48 stanów zatem akceptacja wymagała ratyfikacji przez 36 stanów. W lutym 1913 roku Knox oświadczył, że poprawkę ratyfikowało 38 stanów włączając w to Kentucky, Kalifornmię i Oklahomę. W istocie w tych trzech stanach nie dokonano ratyfikacji (Kentucky odrzuciło poprawkę, Kalifornia jeszcze w tym czasie nie głosowała nad poprawka a Oklahoma tak sformułowała swoje orzeczenie nad ratyfikacja poprawki, że w istocie była za jej odrzuceniem). Analiza prawnicza dokumentów nad ratyfikacją wskazuje, że w istocie poprawka ta nigdy nie była legalnie wprowadzona. Obecnie toczy się dyskusja na ten temat w Stanach Zjednoczonych, ale niezależnie od tego czy sama poprawka wprowadzona została legalnie czy nie, trzeba przyjąć do wiadomości, że Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych orzekł w 1916 roku, iż wprowadzenie tego nowego podatku wynika z możliwości nałożenia przez Kongres innych podatków.

Pierwsza wojna światowa nie sprzyjała spokojnej dyskusji nad kwestą wprowadzenia nowego podatku, rząd Stanów Zjednoczonych zaangażował się w szeroko zakrojoną akcję propagandową na rzecz tego podatku, posługując się przede wszystkim retoryką patriotyczną. Zakres poboru tego podatku stale się poszerzał i pod koniec wojny ok. 80% rodzin amerykańskich płaciło podatek dochodowy.

S. G. Checkland omawiając rozwój gospodarczy dziewiętnastowiecznej Brytanii napisał, że „ … okres od 1815 do 1885 roku był dla Wielkiej Brytanii szczególnym okresem, w którym gospodarcza przedsiębiorczość znalazła doskonałą sposobność do rozwoju i czyniąc to doprowadzała do przekształcenia całego starego porządku społecznego”. Czy podobną opinię będą mogli wypowiedzieć przyszli historycy omawiając rozwój społeczno-gospodarczy państw uprzemysłowionych, w tym także Polski, w pierwszych dekadach XXI wieku?

Wrocław, 10 stycznia 2003 r.

PS Pozwalam sobie przytoczyć tę notatkę sprzed 13 lat, którą właśnie odnalazłem (nie pamiętam okoliczności jej napisania :) ), a która wydaje mi się nadal aktualna.

W komentarzu do jednego z poprzednich wpisów poproszono mnie bym ‚odniósł się do tekstu’ Bawełniany wzrostWywołany do tablicy postaram się choć krótko skomentować te często powtarzane tezy, że ‘Ameryka zbudowana została na niewolnictwie i na wyzysku niewolników’.

Zacznę jednak od deklaracji. Niewolnictwo jest złem i jako takie należy je zawsze potępiać. Nieszczęściem jest, że i dzisiaj istnieje niewolnictwo. Jak się ocenia, obecnie niewolników na świecie może być nawet 21 milionów.  Śmiało jednak można postawić tezę, że tak jak Ameryka nie dorobiła się na niewolnictwie, tak i obecnie, żadne z tych społeczeństw w których istnieje niewolnictwo nie dorobią się i nie zbudują na nim swojego dobrobytu.

Niewolnictwo istniało przez wieki, najczęściej niewolnikami zostawały ludy podbite w wyniku wojny. Ta ‘łatwość’ zdobycia niewolnika nie była bodźcem do stosowania technik oszczędzających pracę. Po raz pierwszy taka sposobność nadarzyła się właśnie w Stanach Zjednoczonych. Zdobycie (a w zasadzie nabycie) niewolnika i jego utrzymanie było kosztowne. Naturalnie nie neguję, że dola wielu niewolników w Stanach Zjednoczonych była okropna i ich właściciele bardzo często nadużywali władzy. Ogromna większość tych właścicieli dbała jednak o ich dobrą kondycję. Nie mogło być inaczej kiedy (jak się ocenia) koszt jednego niewolnika w połowie XIX wieku to ok. 40 000 współczesnych dolarów.

RandomJog (tak będę pisał, bo Autor bloga nie ujawnia swojego nazwiska) pisze: „Dzięki dynamicznie rosnącej wydajności … Stany Zjednoczone mogły sprostać rosnącemu popytowi na bawełnę, co z kolei pozwoliło na spadek jej cen. … Jeżeli mniej więcej jedna piąta kapitału w Stanach była w postaci niewolników, a stopa zwrotu z „inwestycji” w niewolnika sięgała od siedmiu do kilkunastu procent w zależności od szacunków, to trudno nie uznać niewolnictwa jako siły, która pozwoliła zbudować potęgę Stanów. Dla porównania stopy procentowe – które były punktem odniesienia dla jakichkolwiek inwestycji – były niższe i sięgały w tamtych czasach przeciętnie około 6%.”

RandomJog zapomina jednak, że ta wysoka wydajność niewolnika dokonała się dzięki wprowadzanym innowacjom technicznym i poprawie warunków pracy (także niewolników). Dość wspomnieć o rewolucjonizującym wynalazku odziarniarki bawełny (wiem, okropna nazwa, ale tak to się fachowo nazywa, po angielsku brzmi to lepiej: cotton gin). Odziarniarkę wymyślił w 1793 roku Eli Whitney (i opatentował w 1794). Dzięki temu wynalazkowi włókna bawełniane oczyszczane były z nasion nie ręcznie a mechanicznie (też przez niewolników, ale już w lepszych warunkach). Dzięki m.in. odziarniarce i kolejnym usprawnieniom, produktywność pracownika wzrosła kilkunastokrotnie. Ważne jest też, że wynalazek Whitneya umożliwił wykorzystanie gorszego gatunku bawełny o krótszych włóknach, w których szczególnie trudno było oddzielić nasiona od włókien bawełny. W ciągu niespełna dziesięciu lat produkcja, co raz to tańszej, bawełny wzrosła w Stanach Zjednoczonych z mniej niż 5 mln funtów do ponad 50 mln funtów.

Warto też podkreślić, że utrzymywanie niewolnictwa jest nie jest produktem mechanizmów rynkowych, ale zawsze i wszędzie jest aktem politycznym. Odważę się nawet postawić tezę, że niewolnictwo w Stanach Zjednoczonych zniknęłoby znacznie szybciej gdyby zamiast odwoływania się do regulacji federalnych i stanowych odwołano się do efektywnościowych mechanizmów rynkowych. Tak prawdę powiedziawszy, zniesienie niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych dokonywało się dosyć długo (i wcale Wojna Secesyjna w 1861-65 nie była tu najważniejsza, gdzie postulat prezydenta Lincolna o zniesienia niewolnictwa pojawił się dopiero po trzech latach od rozpoczęcia wojny).  Zniesienie niewolnictwa dokonywało się stopniowo (nawet można powiedzieć, że od pierwszych dekad amerykańskiej państwowości) dzięki właśnie rozszerzaniu i wzrostowi znaczenia mechanizmów rynkowych w budowaniu dobrostanu Amerykanów.

Pisząc tę notatkę, pomyślałem, że w tym momencie lepiej będzie odwołać się do słów Ludwiga von Misesa,który w Ludzkim działaniu (str. 534-7, wyróżnienia pogrubioną czcionką WK)  napisał: 

„Być może apologeci niewolnictwa nie mylili się tak bardzo, kiedy twierdzili, że wielu niewolnikom odpowiadała ich życiowa pozycja i nie chcieli jej odmieniać. Niewykluczone, że niektóre jednostki, grupy bądź całe narody, a nawet rasy lubią spokój i bezpieczeństwo, jakie zapewnia im poddaństwo; nie odczuwają poniżenia i upokorzenia związanego z niewolą i są gotowe płacić pracą za przywilej korzystania z wygód zamożnego domu; uważają, że konieczność znoszenia humorów i kaprysów pana jest najwyżej drobną niedogodnością. Oczywiście, warunki, w jakich musieli pracować niewolnicy na wielkich farmach i plantacjach, w kopalniach, warsztatach i na galerach, różniły się znacznie od spokojnego życia lokajów, pokojówek, kucharzy i nianiek, często przedstawianego jako sielanka. Różniły się od doli parobków, krowiarek czy pastuchów w małych gospodarstwach. Żaden apologeta niewolnictwa nie odważył się gloryfikować rzymskich niewolników pracujących na roli, którzy, zakuci w kajdany byli przetrzymywani w ergastulum, ani losu Murzynów harujących na plantacjach bawełny i trzciny cukrowej w Ameryce.

Zniesienie niewolnictwa i poddaństwa nie nastąpiło w odzewie na apele teologów czy moralistów, za sprawą słabości bądź szczodrobliwości właścicieli niewolników. Wśród nauczycieli religii i etyki było tylu elokwentnych obrońców niewolnictwa, ilu jego przeciwników. Praca niewolnicza zniknęła, ponieważ nie wytrzymała konkurencji z pracą ludzi wolnych. O jej losie przesądziło to, że w gospodarce rynkowej była nieopłacalna.

O cenie niewolnika decyduje oczekiwany zysk netto z jego zatrudnienia (zarówno w charakterze pracownika, jak i protoplasty kolejnych niewolników), podobnie jak o cenie krowy decyduje przewidywany zysk netto, jaki przyniesie jej posiadanie. Właściciel niewolnika nie osiąga specyficznego zysku związanego z jego posiadaniem. Nie czerpie on dodatkowych korzyści z „wyzysku”, które wynikałyby z tego, że praca niewolnika nie jest opłacana, a potencjalna rynkowa cena jego usług jest być może wyższa niż koszt związany z jego żywieniem, zapewnieniem mu mieszkania i jego dozorowaniem. Ten, kto kupuje niewolnika, musi założyć, że jego cena uwzględnia oszczędności, które zapewnia praca niewolnicza. Płaci za nie pełną kwotę, zawierającą korektę, która wynika z preferencji czasowej. …

Otóż nigdy nie zdarzyło się jeszcze, aby przedsiębiorstwa korzystające z pracy niewolniczej były w stanie konkurować na rynku z przedsiębiorstwami zatrudniającymi wolnych robotników. Niewolnicza siła robocza była wykorzystywana wyłącznie tam, gdzie nie konkurowali z nią wolni pracownicy najemni.

Traktując ludzi jak bydło, można z nich wycisnąć najwyżej taką pracę, jaką potrafi wykonać bydło. Wtedy jednak istotną rolę zaczyna odgrywać to, że człowiek jest fizycznie słabszy od wołów czy koni, a koszty żywienia i pilnowania niewolnika są w stosunku do jakości jego pracy wyższe od kosztów żywienia i pilnowania zwierząt. Gdy człowiek jest traktowany jak sprzęt, to daje mniejszy zysk przypadający na jednostkę kosztów związanych z jego bieżącym utrzymaniem i dozorem niż zysk ze zwierzęcia domowego. Jeśli od niewolnika oczekuje się pracy na poziomie ludzkim, trzeba mu zapewnić specyficznie ludzkie bodźce. Jeżeli pracodawca chce, żeby produkcja jego przedsiębiorstwa przewyższyła pod względem jakości lub ilości produkcję towarów, jakie można wytworzyć pracując z batem nad głową, musi zainteresować robotnika zyskiem z jego pracy. Zamiast karać go za lenistwo i opieszałość, musi nagradzać jego pracowitość, umiejętności i zapał. Jednak żadne zachęty tego rodzaju zastosowane wobec niewolnika, czyli pracownika, który nie otrzymuje pełnej rynkowej ceny za swój wkład pracy, nie spowodują, że jakość jego usług dorówna jakości świadczonych przez wolnego człowieka, czyli robotnika wynajętego na wolnym, nieskrępowanym rynku pracy. Górna granica jakości i ilości produktów i usług, które można uzyskać, zatrudniając niewolników i chłopów pańszczyźnianych, znajduje się znacznie poniżej poziomu tego, co mogą wytworzyć wolni pracownicy. Jeśli chodzi o produkcję artykułów wysokiej jakości, to przedsiębiorstwo, które zatrudnia niewolników, a więc pozornie tanią siłę roboczą, nigdy nie wytrzyma konkurencji z firmami, w których pracują wolni ludzie. Z tego właśnie powodu upadły wszystkie systemy oparte na pracy przymusowej. …  W XVI wieku znów zaczęto zatrudniać niewolników do pracy na roli, a nawet w dużych zakładach produkcyjnych. W amerykańskich koloniach zatrudnianie niewolników Murzynów na plantacjach stało się normą. W Europie Wschodniej – w północno-wschodnich Niemczech, również w Czechach oraz na Morawach i Śląsku, które były od nich zależne, a także w Polsce, krajach bałtyckich, Rosji, na Węgrzech i ziemiach im podległych – następstwem legalnego wykorzystywania bezpłatnej pracy chłopów było powstawanie gospodarstw wielkoobszarowych. Instytucje polityczne chroniły oba te systemy pracy niewolniczej przed konkurencją przedsiębiorstw zatrudniających wolnych pracowników. W koloniach wysokie koszty imigracji oraz brak odpowiedniej ochrony prawnej i sądów, która chroniłaby jednostkę przed samowolą urzędników państwowych i możnych plantatorów, uniemożliwiały napływ wystarczającej liczby wolnych pracowników i pojawienie się konkurencyjnych farmerów. W Europie Wschodniej system stanowy nie dopuszczał możliwości podjęcia produkcji rolnej przez osoby spoza ziemiaństwa. Rolnictwo wielkoobszarowe było domeną szlachty. Chłopi pańszczyźniani mogli mieć małą gospodarkę. Nikt jednak nie kwestionował tego, że gospodarstwa korzystające z pracy niewolniczej nie wytrzymałyby konkurencji gospodarstw zatrudniających wolnych pracowników. Autorzy prac na temat rolnictwa w wieku XVIII i w początkowych latach XIX wieku byli co do tego zgodni, podobnie jak autorzy rozpraw o rolnictwie w starożytnym Rzymie. Jednak zniesienie niewolnictwa i pańszczyzny nie mogłoby się dokonać wskutek swobodnej gry sił rynkowych, skoro instytucje polityczne wyłączyły majątki i plantacje szlachty spod praw obowiązujących na rynku. Niewolnictwo i pańszczyznę zniesiono w wyniku akcji politycznej, której duchowym źródłem była tak pogardzana ideologia „laissez faire, laissez passer”.”

Na blogu Kamila Cebulskiego przeczytałem mail jaki dostał on po udzieleniu wywiadu dla serwisu Nam Zależy. Jestem poruszony tym mailem z kilku powodów. Po pierwsze, kolejny raz ujawnia on ogromne marnotrawstwo pieniędzy publicznych, beztroskę zarówno osób kwalifikujących projekty do finansowania oraz urzędników rozliczających wydanie tych pieniędzy. Jednocześnie poraża bezwzględna szczerość, a przede wszystkim tupet i bezczelność autora tego maila.

Sprawa wydaje mi się na tyle interesująca, że pozwolę sobie zacytować ten mail (pisownia oryginalna):

Witam

 Gratuluję ciekawej rozmowy z Nam Zależy. Wspominał Pan w niej, że zajmuje się między innymi przeprowadzeniem upadłości w UK. Otóż myslę, że mógłbym zostać Pana klientem.

 Kilka lat temu założyłem firmę, która zajmuje się tworzeniem portali internetowych. Jak Pan wie głośno było kilka lat temu o dotacjach na portale. Postanowiłem z kolegą skorzystać i napisaliśmy 4 biznesplany mając nadzieję, że chociaż jeden przejdzie. Okazało się, że przeszły trzy. Razem dostaliśmy 1,1 miliona złotych, przy faktycznych kosztach z „prawdziwego” biznesplanu na poziomie 350 tys.

Sądziliśmy, że za te pieniadze uda się rozkręcić firmę na tyle, że nie tyle arobi na swoje utrzymanie, ale również pozwoli całkiem dobrze zarobić. Dotacje rozliczyliśmy, a „górką” podzililismy się ze wspólnikiem. Niestety jednak nie udało się rozkręcić firmy na odpowiedni poziom. Tak naprawdę osiągnęliśmy mniej niż 10% zakładanej przez nas popularności. Na szczęscie ta popularność zakładana w oficjalnym projekcie była 100 razy niższa, więc oficjalnie odnieśliśmy ogromny poteżny sukces :)

Przy rozwijaniu firmy popełniliśmy jak kazdy masę błedów. Chyba przez to, że mieliśmy kasy jak lodu naprawdę uwierzyliśmy, że możemy osiągnać wszystko. Niestety rzeczywistość była inna. W zeszłym miesiącu, postanowiliśmy nie przedłużać abonamentu za serwery. Zwolniliśmy 6 pracowników. Spółka ma ok 320 tys. zł długów. Nie zgłosiliśmy upadłości w terminie, zrobili to wierzyciele. Dzisiaj siedzi na nas komornik a ja nie wiem co dalej robić. Od kilku tygodni czytam o upadłości nie tylko spółki, ale również konsumenckiwej, gdyż komornik wszedł również na nasze prywatne konta.

W wywiadzie mówił Pan o możliwości upadłości w UK i chciałbym na ten temat się więcej dowiedzięc. Może to by była opcja dla mnie. najlepiej jakby dało się uratować mieszkanie, które kupiliśmy z żoną, jak to mawiają TIRowcy z „oszczędności” z projektu.

Z góry dziękuję za odpowiedź.

X Y

From: X Y ;
To: ‚Kamil Cebulski’ <poczta@kamilcebulski.pl>;
Subject: Chyba przyszły klient
Sent: Fri, Oct 17, 2014 1:17:03 PM

 W UE jak i w poszczególnych krajach (w tym w Polsce) opracowuje się różne metody oceny efektów wspierania przedsiębiorczości, innowacyjności i efektywności wydawania pieniędzy publicznych. Najczęściej obraz jaki wyłania się z takich ocen jest pozytywny: ocenia się, że efekty są dobre (jeśli nie wspaniałe), wiec brnijmy i wspomagajmy dalej publicznymi pieniędzmi  przedsiębiorców, innowatorów, wynalazców, … . Dopiero kiedy kogoś nachodzi ‘chwila szczerości’ okazuje się jak zniekształcony jest ten oficjalny obraz subsydiowania różnej działalności z pieniędzy publicznych.

Może zamiast wymyślania różnych metodologii oceny projektów publicznych warto byłoby wymyśleć jakąś ‘pigułkę szczerości’, po której zażyciu przedsiębiorcy, innowatorzy, wynalazcy, …, korzystający szeroką garścią z publicznych (rządowych) programów pomocowych,  szczerze, bez owijania wełny w bawełnę, powiedzieliby jak faktycznie używają tych środków i  czy faktycznie są one tak wielką dla nich pomocą w prowadzeniu biznesu?

Przy okazji o podobnej sytuacji. W zeszłym roku opublikowany został tekst Kuby Wygnańskiego i Piotra Frączaka pt. Manifest ekonomii społecznej cztery lata później, doświadczonych działaczy ruchu społecznego, doskonałych znawców historii i bieżącej sytuacji w szeroko rozumianym trzecim sektorze. Autorzy zauważają, w tym okresie „w Polsce ze środków UE uruchomiono na bezprecedensową skalę liczne programy wsparcia ekonomii społecznej na poziomie krajowym i regionalnym. Wydano setki milionów złotych, wsparto setki programów i instytucji, których celem ma być wspieranie ekonomii społecznej, zorganizowano tysiące konferencji i szkoleń, uruchamiano zespoły, budowano strategie, prowadzono badania itd. Można zaryzykować twierdzenie, że był to najkosztowniejszy w ostatnich latach program wsparcia ekonomii społecznej w całej UE.” Po tej refleksji zadają pytanie na ile te wszystkie działania były skuteczne, i przedstawiają jeszcze całą listę dodatkowych, ważnych pytań: „Czy podmiotów ekonomii społecznej jest więcej? Czy stworzono w oparciu o te mechanizmy nowe, wartościowe, trwałe miejsca pracy dla osób, które mają problemy z odnalezieniem się na otwartym rynku pracy? Czy środowisko jest bardziej zintegrowane i zdolne do budowania wspólnej wizji rozwoju ekonomii społecznej? Czy ekonomia społeczna i jej produkty są bardziej rozpoznawalne społecznie? Czy dotarliśmy do jakichkolwiek ważkich nowych znalezisk badawczych? Czy nasza pozycja w UE jako dynamicznego lidera rozwoju ekonomii społecznej została podtrzymana? Czy na poziomie rządowym udało się zbudować poważne środowisko realnie, a nie tylko nominalnie zainteresowane rozwojem ekonomii społecznej? Czy wreszcie zakładanie i funkcjonowanie podmiotów ekonomii społecznej jest prostsze, wziąwszy pod uwagę np. dostęp do kapitału początkowego, fachowego wsparcia, dostępu do rynków?”

Po zadaniu tych pytań Wygnański i Frączak konstatują, że „wiele wskazuje na to, że właściwie na wszystkie zapisane powyżej pytania trzeba udzielić odpowiedzi negatywnej.” Proponują, by „szczerze zastanowić się nad powodami porażki i zadbać o to, aby przynajmniej tych samych błędów nie powielać w przyszłości”.

Po tej publikacji spodziewać należałoby się gorącej reakcji środowiska, wielu debat i głosów polemicznych. Zastanawiające jest to, że nic takiego nie nastąpiło. To symptomatyczne. Czy jest to reakcja typu ‘chowam głowę w piasek’, czy wynika to ze swego rodzaju cynizmu, z przekonania, że ‘faktycznie tak jest, niewiele tutaj sam mogę zrobić, ale póki mogę działać i korzystać z funduszy unijnych to będę w tym trwał’?

Przyznam się, że zatrważające jest stwierdzenie Jakuba Wygnańskiego i Piotra Frączaka, że „z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że liczba osób, które zostały zatrudnione do wspierania ekonomii społecznej jest wyższa niż liczba stworzonych w sektorze ekonomii społecznej miejsc pracy”. Z jednej strony to nie dziwi, bo tak zwykle jest z instytucjami państwami (im więcej zatrudnionych w urzędach pracy tym gorzej jest z wielkością bezrobocia), ale w przypadku zaangażowania oddolnego, środowisk lokalnych, można byłoby spodziewać się czegoś innego. 


  • RSS