Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z tagiem: regulacje

Od paru lat zaangażowany jestem w analizę czegoś co w ortodoksyjnej (europejskiej) nomenklaturze nazywane jest ekonomią (gospodarką) społeczną, czy innowacjami społecznymi. Nie będę się tutaj znęcał nad tym, że terminy te to klasyczne oksymorony (ekonomia czy innowacje z natury są społecznymi).  W dzisiejszym wpisie chciałbym poruszyć inny problem, który pokażę na przykładzie ‘ekonomii społecznej’, ale wydaje się być problemem natury ogólnej. Mianowicie jak krytyczne analizy pochodzące z ‘wnętrza sytemu’, okazują się być nie tylko nieskutecznymi, ale wręcz ignorowanymi. Trochę  na zasadzie: „plują mu w twarz, a on udaje, że deszcz pada”.

  W czerwcu 2008r. w Gdańsku odbyła się konferencja „Ekonomia Solidarności”. Na tej Konferencji zaprezentowano i ogłoszono dokument Manifest Ekonomii Społecznej. Powstawał on w latach 2006-2008, w zamierzeniu miał być to głos środowiska ekonomii społecznej w Polsce, który miał zainicjować budowę polskiego modelu ekonomii społecznej i zintensyfikować jej rozwój. Cztery lata po tym wydarzeniu, w listopadzie 2012 Jan Jakub Wygnański i Piotr Frączak opublikowali tekst podsumowujący te lata doświadczeń, pt. Manifest ekonomii społecznej cztery lata później. Głos ten jest o tyle ważny, że autorami są osoby od wielu lat bardzo zaangażowane w działalność trzeciego sektora, aktywnie uczestniczący w rozwijaniu ekonomii społecznej w Polsce, osobami o niekwestionowanym autorytecie w środowisku aktywistów, ale też i wśród polityków i samorządowców.

Autorzy zauważają, w tym okresie „w Polsce ze środków UE uruchomiono na bezprecedensową skalę liczne programy wsparcia ekonomii społecznej na poziomie krajowym i regionalnym. Wydano setki milionów złotych, wsparto setki programów i instytucji, których celem ma być wspieranie ekonomii społecznej, zorganizowano tysiące konferencji i szkoleń, uruchamiano zespoły, budowano strategie, prowadzono badania itd. Można zaryzykować twierdzenie, że był to najkosztowniejszy w ostatnich latach program wsparcia ekonomii społecznej w całej UE.” Po tej refleksji zadają pytanie na ile te wszystkie działania były skuteczne, i przedstawiają jeszcze całą listę dodatkowych, ważnych pytań: „Czy podmiotów ekonomii społecznej jest więcej? Czy stworzono w oparciu o te mechanizmy nowe, wartościowe, trwałe miejsca pracy dla osób, które mają problemy z odnalezieniem się na otwartym rynku pracy? Czy środowisko jest bardziej zintegrowane i zdolne do budowania wspólnej wizji rozwoju ekonomii społecznej? Czy ekonomia społeczna i jej produkty są bardziej rozpoznawalne społecznie? Czy dotarliśmy do jakichkolwiek ważkich nowych znalezisk badawczych? Czy nasza pozycja w UE jako dynamicznego lidera rozwoju ekonomii społecznej została podtrzymana? Czy na poziomie rządowym udało się zbudować poważne środowisko realnie, a nie tylko nominalnie zainteresowane rozwojem ekonomii społecznej? Czy wreszcie zakładanie i funkcjonowanie podmiotów ekonomii społecznej jest prostsze, wziąwszy pod uwagę np. dostęp do kapitału początkowego, fachowego wsparcia, dostępu do rynków?”

Bardzo niepokojące jest to, że ci doświadczeni działacze ruchu społecznego, doskonali znawcy historii i bieżącej sytuacji w szerokorozumianym trzecim sektorze, konstatują, że „wiele wskazuje na to, że właściwie na wszystkie zapisane powyżej pytania trzeba udzielić odpowiedzi negatywnej.” Proponują, by „szczerze zastanowić się nad powodami porażki i zadbać o to, aby przynajmniej tych samych błędów nie powielać w przyszłości”.

Po tej publikacji spodziewać należałoby się gorącej reakcji środowiska, wielu debat i głosów polemicznych. Zastanawiające jest to, że nic takiego nie nastąpiło, mimo, że od publicznego udostępnienia tekstu upłynęło prawie dwa lata (piszę to we wrześniu 2014 roku, a tekst udostępniony był w internecie w listopadzie 2012 r.). To symptomatyczne. Czy jest to reakcja typu ‘chowam głowę w piasek’, czy wynika to ze swego rodzaju cynizmu, z przekonania, że ‘faktycznie tak jest, niewiele tutaj sam mogę zrobić, ale póki mogę działać i korzystać z funduszy unijnych to będę w tym trwał’?

Przyznam się, że zatrważające jest stwierdzenie Jakuba Wygnańskiego i Piotra Frączaka, że „z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że liczba osób, które zostały zatrudnione do wspierania ekonomii społecznej jest wyższa niż liczba stworzonych w sektorze ekonomii społecznej miejsc pracy”. Z jednej strony to nie dziwi, bo tak zwykle jest z instytucjami państwami (im więcej zatrudnionych w urzędach pracy tym gorzej jest z wielkością bezrobocia), ale w przypadku zaangażowania oddolnego, środowisk lokalnych, można byłoby spodziewać się czegoś innego.

Autorzy zastanawiają się też nad tym ‘jak wspierać rozwój ekonomii społecznej’, ale równie ważna jest podniesiona przez nich kwestia ‘jak nie wspierać rozwoju ekonomii społecznej’. Ciekawe jest jednak to, że w istocie proponują modyfikację aktualnego stanu rzeczy, a nie jakieś zmiany zasadnicze, a może nawet i rewolucyjne. Tak odczytuję ich stwierdzenia: „Należy rozważyć stworzenie na poziomie krajowym konsorcjum różnych instytucji, którego celem byłoby wypracowywanie rozwiązań systemowych ważnych dla ekonomii społecznej … Trzeba zracjonalizować liczbę różnego rodzaju ośrodków wsparcia i zakres ich działań. … Rozsądne byłoby też stworzenie dosłownie kilku, ale „mocnych” inkubatorów z prawdziwego zdarzenia, w których byłyby rozwijane i testowane bardziej złożone i innowacyjne prototypy działań z obszaru ekonomii społecznej.”

Autorzy potwierdzają moje generalne odczucie, że wspieranie rozwoju innowacyjnego przez państwowe instytucje jest działaniem fasadowym. Piszą oni mianowicie, że „innowacje społeczne powinny zasilać ekonomię społeczną tak, żeby uniknąć obserwowalnego obecnie stanu: odtwórczości, oportunizmu, unikania ryzyka i bezrefleksyjnego kopiowania schematów (ze względu na to, że są „fundowalne”, a nie ze względu na to, że okazały się skuteczne). W całym obecnym systemie finansowania podstawową troską jest maksymalizowanie biurokratycznie rozumianego bezpieczeństwa (stąd hiperformalizm). Nie ma natomiast przestrzeni na podejmowanie trudnych, innowacyjnych, a co za tym idzie – obarczonych ryzykiem przedsięwzięć.” Myślę, że za taką sytuację nie należy jednak winić samych zaangażowanych w tworzenie innowacji społecznych, to jest błąd systemowy i to co jest najistotniejsze w efektywnym prowadzeniu procesu innowacyjnego (tzn. godzenie się na podejmowanie ryzyka i pogodzenie się z tym, że naturalną sytuacją jest ponoszenie porażek w większości przypadków) nigdy nie będzie obecne we wspieranym przez instytucje państwowe (publiczne) rozwoju innowacyjnym.

Za bardzo pozytywny postulat uważam to, że Jakub Wygnański i Piotr Frączak wspomnieli o konieczności ekonomizowania i demonopolizacji systemu wsparcia ekonomii społecznej i ogólnie rozwoju Trzeciego Sektora. Uznają oni, że obecnie proces ekonomizacji jest zahamowany, ryzyko występuje w procesie uzyskania środków, „ale już nie tego, czy przedsięwzięcie się powiedzie od strony ekonomicznej”. To czy projekt zakończy się sukcesem nie ma „żadnego znaczenia dopóki zachowuje się proceduralną poprawność i zbiera przysłowiowe już podpisy”. Autorzy uznają, że bez „istotnego zwrotu w kierunku ekonomizacji sektor popadnie w całkowitą zależność od administracji, a ta poświęci go i porzuci w pierwszej kolejności, gdy tylko zabraknie jej środków własnych (już teraz widać tego przejawy) lub środków unijnych (co też w końcu nastąpi)”. Mam tutaj pewną satysfakcję (trochę na zasadzie ‘A nie mówiłem!’), bo wspominałem o tym w ekspertyzie jaką wykonałem dla Instytutu Spraw Publicznych w 2005 roku, której fragmenty zostały później opublikowane w kwartalniku Trzeci Sektor ( ’Ekonomia (gospodarka) społeczna‚ , ekspertyza wykonana dla Instytutu Spraw Publicznych, 2005 (publikacja w Trzecim Sektorze  i polemika)).

Nie uważam, że ‘gospodarka społeczna’ nie powinna istnieć we współczesnym społeczeństwie. Wręcz przeciwnie, ten sektor gospodarki powinien funkcjonować, z korzyścią dla ludzi, a przez to z korzyścią dla społeczeństwa. Powiem więcej, istnieje on w sposób naturalny w gospodarcze rynkowej (kapitalistycznej) od początku jej istnienia i będzie istniał, jeśli tylko pozwolić ludziom działać. Gospodarka społeczna (i innowacje społeczne) to głównie proces oddolny, w dużym stopniu spontaniczny, bez narzucania jak powinien on wyglądać przez ‘czynniki odgórne’ (rząd, politycy, stowarzyszenia regionalne, itp.).

 

Kiedy usłyszałem w dzisiejszych wiadomościach, że umarł Mieczysław Wilczek to pomyślałem: ‚odszedł Turgot polskiej gospodarki’. Naturalnie porównanie jest trochę naciągane, ale jest coś na rzeczy. Przede wszystkim Anne Robert Jacques Turgot (1727 – 1781) przed tym jak został ministrem, pracował w administracji publicznej oraz był uznanym teoretykiem (w odróżnieniu od Mieczysława Wilczka, który był przedsiębiorcą, praktykiem).  Prawdą jest, że Turgot napisał niewiele o gospodarce, wszystkiego 12 pozycji, łącznie 188 stron. Tym niemniej ma on zapewnione stałe miejsce w historii myśli ekonomicznej. W 1766 roku napisał stosunkowo krótką, bo liczącą 53 strony pracę zatytułowaną Uwagi na temat kształtowania się i rozdziału bogactwa (Réflexions sur la Formation et la Distribution des Richesses). W tym co napisał wyprzedził myśl ojca współczesnej analizy ekonomicznej, Adama Smitha (więcej o Turgocie w mojej Historii myśli liberalnej).

Kiedy w 1774 roku Turgot został ministrem (controller-general), jego pierwszym aktem było zadekretowanie wolności importu i eksportu zboża. Preambuła do tego aktu jest swego rodzaju podsumowaniem leseferystycznej polityki fizjokratów i Turgota w szczególności: nowa polityka handlu została ustanowiona po to, by „stymulować i poszerzać wykorzystanie ziemi, której produkcja jest rzeczywistym i najbardziej pewnym bogactwem państwa; by podtrzymać obfitość poprzez rozbudowę spichlerzy i import zboża z zagranicy; by zapobiec spadkowi cen zboża do poziomu czyniącego całą produkcję nieopłacalną; by zlikwidować monopole poprzez zlikwidowanie wszystkich prywatnych licencji i przywilejów i przez sprzyjanie wolnej i pełnej konkurencji, tak by możliwa była wymiana nadwyżek produkcji na towary potrzebne, co jest zgodne z porządkiem ustalonym przez Święta Opatrzność”.

Bogata i wpływowa burżuazja sprzeciwiła się próbom zreformowania gospodarki. Na bezpośredni protest Marii Antoniny, oraz innych ważnych osobistości tracących przywileje w wyniku wprowadzania aktów prawnych przez Turgota, Ludwik XVI zdymisjonował go przed upływem drugiego roku jego ministrowania. (W przypadku Mieczysława Wilczka było inaczej. Dzięki zmianom systemowym w 1989 r. jego dzieło było kontynuowane przez rząd Tadeusza Mazowieckiego, a zwłaszcza przez ministra finansów i wicepremiera Leszka Balcerowicza.)

Podobna w duchu do regulacji wprowadzonych przez Turgot’a była ustawa o działalności gospodarczej z 23 grudnia 1988 roku (popularnie nazywana ‚ustawą Wilczka’). Jest to krótka ustawa (ma zaledwie 5 stron, przy czym 3,5 strony to odwołanie poprzedich aktów prawnych)  i napisana językiem zrozumiałym dla każdego, kto chciałby podjąć działalność w biznesie. Myślę, że na nagrobku Mieczysława Wilczka powinny być wykute dwa artykuły tej ustawy (Art. 1  i Art. 4):

„Podejmowanie i prowadzenie działalności gospodarczej jest wolne i dozwolone każdemu na równych prawach, z zachowaniem warunków określonych przepisami prawa.”

„Podmioty gospodarcze mogą w ramach prowadzonej działalności gospodarczej dokonywać czynności i działań, które nie są przez prawo zabronione.”

To jest esencja działalności gospodarczej i esencja prawa. Prawo powinno być formułowane w sposób negatywny (‚Nie wolno …’). Poza tym co jest zabronione, wszystko jest dozwolone. Proszę zauważyć, że w dekalogu, poza pierwszymi trzema przykazaniami odnoszącymi się do Boga, z pozostałych siedmiu tylko jedno przykazanie jest nakazem (‚Czcij ojca swego i matkę swoją’). Pozostałych sześć przykazań ma formę zakazu: Nie zabijaj, Nie cudzołóż, Nie kradnij,  …

Warto podkreślić, że w ‘ustawie Wilczka’, kiedy jeszcze rządzili w Polsce komuniści, wyliczone zostało jedenaście przypadków udzielania koncesji (czyli ograniczenia wolności gospodarczej). Obecnie, po 25 latach, kiedy mamy tzw. gospodarkę rynkową, takich koncesji jest kilka razy więcej. 

Do, przedstawionych we wcześniejszym wpisie na blogu, argumentów prawnych i tzw. zdroworozsądkowych na rzecz swobody reklamowania się aptek chciałbym dodać argumenty ekonomiczne. Z góry przepraszam za długość tego wpisu.
Warto zauważyć, że reklama nie jest z natury formą przymusu, nie zmusza konsumentów do działania wbrew ich woli, dlatego też nie może i nie narusza praw konsumentów. Związek między reklamodawcami i konsumentami jest całkowicie dobrowolny. Kilkusetletnia historia reklamy pokazuje, że jest ona najtańszą i jedną ze skuteczniejszych metod informowania klientów (konsumentów) o możliwościach zakupu dóbr i usług. Człowiek ma wolną wolę wyboru swoich własnych wartości. Konsumenci nie są ‘bezradnymi pionkami’, którymi mogą przesuwać po ‘szachownicy rynku’ producenci tytoniu, alkoholu, leków, czy innych produktów. Należy odrzucić ideę, że obiekty materialne czy jakiekolwiek działania posiadają jakaś wewnętrzną wartość lub, że są szkodliwe. Wbrew temu co próbują nam wmówić krytycy reklam, tytoń, alkohol, leki, czy jakiekolwiek inne produkty mogą szkodzić, czy pomagać, ale jako takie nie są wewnętrznie złe. Odrzucenie tego stanowiska prowadzi prostą drogą do prohibicji, a do czego prohibicja może doprowadzić, uczy nas np. historia prohibicji alkoholu w USA w latach 1920-33 (to wtedy rozwinęła się mafia i tzw. przestępczość zorganizowana, takiego pijaństwa w niektórych środowiskach (np. wśród kongresmenów) nie doświadczyły Stany nigdy w swojej ponad dwustuletniej historii). Odrzucić należy także szkodliwy pogląd, że „opinia publiczna ma prawo do informacji”. W istocie nie ma praw publicznych czy grupowych, są tylko prawa indywidualne. Używamy często określeń typu ‘publiczny’ czy ‘społeczny’, ale warto być świadomym, że są to pojęcia (twory) czysto teoretyczne, że to co jest najważniejsze to osoby, które wchodzą w skład tych wyróżnionych przez nas kategorii. Prawa korporacji (grupowe) wynikają z dobrowolnego związku ich właścicieli i dlatego są jedynie rozszerzeniem ich praw indywidualnych. W związku z tym, jeśli człowiek ma wolną wolę, a alkohol, tytoń czy leki nie są wewnętrznie złe (choć mogą być szkodliwe dla zdrowia), to dzisiejsze reklamodawcy tych produktów, jeśli podają tylko rzetelne informacje, nikogo nie oszukują.

By zrozumieć istotę jakiegoś pojęcia warto niekiedy zajrzeć do słownika etymologicznego. Słowo reklama pochodzi od łacińskiego wyrazu reclamare, co oznacza hałasowanie, robienie wrzawy. W krajach anglojęzycznych na określenie reklamy używa się bardzo podobnego znaczeniowo terminu advertising, który pochodzi od starofrancuskiego, piętnastowiecznego czasownika advertiss (advert), czyli ‘zwrócić uwagę’, ‘odwrócić’.
Reklama jest jednym z tańszych i skutecznych sposobów komunikacji pomiędzy oferentem i klientem, bardzo ważnym instrumentem komunikacji marketingowej, obok sprzedaży osobistej, promocji sprzedaży, sponsoringu czy Public Relations. Reklama jest symbolem systemu kapitalistycznego i to może być jednym z ważnych powodów niechęci (a nawet nienawiści) reklam. To poprzez reklamy, a nie przez sterowany centralnie system informacyjny, miliony osób dowiadują się o możliwościach zaspokojenia swoich potrzeb i możliwej poprawie standardu życia poprzez kupienie produktów będących wynikiem indywidualnych wysiłków producentów.
Daniel Boorstin nazywa reklamę symbolem amerykańskiej „dobrowolności działań” (voluntariness). Reklama ma ogromną moc edukacyjną, umożliwia swobodny, nieprzymuszony wybór każdemu członkowi społeczeństwa. To poprzez ogłoszenia w prasie w 1652 roku, brytyjscy konsumenci dowiedzieli się po raz pierwszy o wprowadzone na rynek kawy, jak również o jej właściwościach. Podobnie było w 1657 r. z czekoladą, a 1658 z herbatą. Jak twierdzi Boorstin, reklama odegrała kluczową rolę w powstaniu Stanów Zjednoczonych i szybkim rozprzestrzenieniu się sieci osiedleńczej w Ameryce.
Kiedy myślimy o reklamie zapominamy często, że dotyczy ona nie samego produktu czy usługi, ale znacznie szerszego kontekstu. W aptece nie kupujemy tylko leku. Idąc do apteki oczekujemy porady, sugestii, a nawet zwyklej rozmowy i współczucia. Tak jest zawsze na rynku. Kupując chleb w osiedlowym sklepie ważna dla nas jest też rozmowa ze sprzedawcą, atmosfera tego sklepu. Kiedy wybieramy się na obiad do restauracji, to nawet jeśli wiemy, że w kilku restauracjach możemy zjeść jednakowo smaczny posiłek to z pewnością pójdziemy do tej restauracji gdzie na stole jest ładny obrus, świeczka, a obsługa miła i skłonna do poradzenia co warto wybrać (a nie restauracji z ceratowymi obrusami, brudnymi sztućcami i opryskliwymi kelnerami). A o tym jakie warunki oferują w danej restauracji, czy co się zmieniło w osiedlowym sklepie, dowiadujemy się często z reklamy, którą znajdujemy np. w skrzynce pocztowej, czy w gazecie osiedlowej. By to zrozumieć nie trzeba być wielkim specjalistą, wystarczy zdrowy rozsądek. Wyraźnie tego zdrowego rozsądku brakło twórcom ustawy refundacyjnej przy głosowaniu o zakazie reklam aptek.
Wprowadzenie zakazu reklamy (a tak było w przypadku zakazu reklam aptek) motywowane jest chęcią walki z możliwym monopolem (albo z potencjalnym zagrożeniem dużej koncentracji rynku). Wszystko co w jakikolwiek sposób zakłóca przepływ informacji poprzez naturalne ruchy cen działa na niekorzyść konsumenta. Monopol uznawany jest za klasyczny przykład takiego zakłócenia, tzn. sytuacja kiedy rynek jakiegoś produktu jest kontrolowany przez jednego producenta, lub kartel. Gospodarka jest systemem dynamicznym i często się zdarza, że dzięki zbiegowi okoliczności (np. pojawieniu się radykalnej innowacji) w przeciągu stosunkowo krótkiego czasu jeden producent narzuca warunki jakie panują na rynku. Jednakże jeśli tylko nie występują bariery wejścia nowych firm na rynek sytuacja monopolisty w gospodarce wolnorynkowej może być co najwyżej częściowa i krótkotrwała. W przeciągu stosunkowo krótkiego czasu nowe firmy wchodzące na rynek wymuszają większą konkurencję i w efekcie sytuacja na rynku zbliża się do stanu nazywanego przez ekonomistów czystą konkurencją. Najczęściej bariery uniemożliwiające swobodne wejście nowych firm stwarzane są przez rząd, który działa, jak to często jest powtarzane, w imię interesu publicznego. Przez wiele dziesięcioleci monopolistą w dostarczaniu poczty w Polsce, w Stanach Zjednoczonych i wielu innych krajach była poczta państwowa (Poczta Polska, U.S. Mail). Wcześniej w USA, a kilka lat temu w Polsce podjęto próby złamania tego monopolu, początkowo bezskuteczne, ale po kilku latach pozwolono firmom prywatnym na dostarczanie paczek i pakietów, pozostawiając nadal dostarczanie listów w gestii poczty państwowej. Bardzo szybko okazało się, że firmy prywatne, jak np. InPost w Polsce, czy United Parcel Service i Federal Express, dostarczają paczki i pakiety szybciej i sprawniej od poczty państwowej. Formalnie rzecz biorąc nie można było jednak ominąć monopolu poczty państwowej na dostarczanie listów. Jak zwykle bywa w życiu, kiedy tylko istnieje ‘choćby szczelina’ to ludzie wymyślą w jaki sposób przez nią się przecisnąć. Użytkownicy (oczywiście przy cichej umowie z firmami prywatnymi) omijali ten monopol poprzez wysyłanie nawet niewielkich listów w bardzo dużej kopercie, albo ze specjalnymi, ciężkimi blachami. Jak zareagowała poczta państwowa? Próbowała zmienić przepisy, kiedy jej się to nie udało i nadal zmniejszały się jej dochody, zaczęła podnosić ceny znaczków na listy zwykłe. Teraz kiedy i firmy prywatne mogą wysyłać lekkie listy, poczta państwowa musiała się zmienić. W Polsce już, po dwóch latach takiego otwartego rynku pocztowego widać jak ten dawny monopolista zmienił się, służąc klientowi znacznie szybszymi usługami i oferując nowe usługi (patrz oferta na
http://www.poczta-polska.pl/
ale też np. możliwość wysyłania drukowanych listów przez interent,
http://www.envelo.pl/
).

Z punktu widzenia konsumenta najdotkliwszy jest nienaturalny wzrost cen wymuszany przez monopolistę. Teoretycznie istnieją dwa rodzaje monopolu – monopol rynkowy (który można też nazwać naturalnym) i monopol wymuszony. Monopol wymuszony utrzymuje się jedynie dzięki użyciu siły lub groźby użycia siły po to by zapobiec konkurencji, lub też niekiedy, po to by wymusić lojalność kupującego. Monopolista rynkowy nie ma żadnego efektywnego konkurenta na określonym rynku, ale też nie jest w stanie zapobiec efektywnej konkurencji poprzez użycie siły. Monopolista rynkowy nie może osiągnąć swoich celów poprzez użycie przemocy, lub groźby użycia przemocy, przeciwko komukolwiek – klientom, konkurentom, czy też zatrudnionym – z prostego powodu, ponieważ nie ma on żadnej legalnej władzy aby zmusić ludzi do robienia interesów z nim i ochronić siebie przed konsekwencjami użycia przemocy. Jedyną siłą monopolisty rynkowego jest stałe, coraz to lepsze, zaspokajanie potrzeb konsumentów. Użycie przemocy w sytuacji gospodarki rynkowej wywołuje zawsze obawy wśród ludzi współpracujących z monopolistą (zarówno wśród kupujących jak i kooperantów) i może spowodować chęć poszukania sobie innego partnera w prowadzeniu interesów. Sytuacja takiego monopolu naturalnego nie jest wcale czymś złym dla konsumenta, a wręcz przeciwnie, okazuje się korzystną. Przykładami sytuacji wystąpienia monopolu naturalnego w gospodarce wolnorynkowej są przemysły w których występują silne efekty ekonomii skali, tzn. kiedy jednostkowe koszty produkcji zależą od wielkości tejże produkcji i im większa jest produkcja tym koszty te są mniejsze. Małe firmy próbujące wejść na rynek w zasadzie nie mają szans z dużą firmą dominującą na rynku. Ich wysokie jednostkowe koszty produkcji, związane z niewielką wielkością produkcji, powoduję, że i cena produktów jaką mogą zaoferować konsumentom, pozwalająca równocześnie uczynić ich produkcję opłacalną, jest znacznie wyższa od ceny monopolisty. Jednakże, małe firmy zawsze mają szansę pokonania wielkiego monopolistę wprowadzając innowacje, czy to radykalnie obniżającą koszty, czy radyklanie poprawiającą jakość oferowanego produktu. Ważne jest jednak by monopolista czuł ‘oddech’ firm pragnących wejść na rynek (by rynek był rynkiem kontestowanym, rynkiem spornym (contestable market), gdzie możliwość wejścia nowych firm jest pełna, bez ograniczeń (np. stwarzanych przez instytucje państwowe)). Musi mieć on świadomość, że w każdej chwili kiedy jako monopolista zwiększy cenę produktów by uzyskać nienaturalnie wysoki zysk, nowe firmy będą próbowały wejść na rynek i złamać jego monopolistyczną pozycję. Sytuacja monopolu naturalnego jest także bodźcem dla małych firm pragnących wejść na rynek do poszukiwania innowacji zmniejszających koszty produkcji lub zwiększających walory użytkowe produktów, jako, że jest to jedyny sposób na uczynienia produktów bardziej konkurencyjnych i umożliwiających ich sprzedaż na rynku. Jeżeli zdarzyłoby się, że monopolista podnosi ceny poza jej wymiar rynkowy to bardzo szybko znajdzie się konkurent który wejdzie na rynek i zagrozi monopoliście. W 1997 roku w UE zliberalizowano rynek połączeń międzymiastowych. W wyraźny sposób zwiększyło to poziom konkurencji. Często sama groźba wejścia nowych operatorów na rynek przyczyniała się do zmniejszenia cen. W Europie Zachodniej ceny rozmów telefonicznych spadły średnio o 40%. Największy spadek cen zaobserwowano w Niemczech, kiedy to w ciągu kilku tygodni po zapowiedzi uwolnienie rynku i potencjalnej groźby utraty pozycji monopolisty przez Deutche Telecom obniżył cenę za minutę rozmowy z 60 fenigów do 20 fenigów. W ciągu pierwszych dwóch lat po zainicjowaniu liberalizacji ceny usług telekomunikacyjnych spadły w Niemczech 10-krotnie.
Sytuacja monopolu naturalnego w gospodarce rynkowej występuje dosyć często, np. od 1888 do 1940, Alcoa (Aluminum Company of America) miała całkowity monopol na wytwarzanie aluminium w USA. Monopolistyczna pozycja utrzymywana była poprzez sprzedaż bardzo dobrych produktów po coraz to niższych cenach, tak że nikt nie był w stanie wejść na rynek. W okresie monopolu Alcoa zredukowała ceny aluminium z ok. 16 dolarów w 1888 roku, do 1,5 dolara pięć lat później i do ok. 40 centów za kilogram w 1937 roku, kiedy zainicjowano proces demonopolizacji Alcoa. W tym czasie Alcoa zainicjowała setki nowych zastosowań jej produktów, o czym informowała m.in poprzez reklamy. W 1945 roku proces demonopolizacji Alcoa został zakończony. Jaki był efekt tej demonopolizacji? Ano cena aluminium lekko wzrosła i przez następne lata ustabilizowała się na wyraźnie wyższym poziomie niż ten z 1937 roku. Kuriozalnym jest uzasadnienie wyroku o demonopolizacji Alcoa, przez sędziego Learneda Hand’ea. Stwierdził on w tym uzasadnieniu, że Alcoa „stale podkreśla, że nigdy nie wykluczała konkurentów; ale jak nie nazwać wykluczeniem skutecznym czegoś takiego jak bezlitosne wykorzystanie każdej nadążającej się sposobności zwiększenia możliwości produkcyjnych i w ten sposób rzucenie wyzwania każdemu wchodzącemu na rynek nowemu producentowi, wykluczeniem jest posiadania przewagi w postaci długiego doświadczenia produkcyjnego, koneksji handlowych czy elitarnego personelu”.

O tym uzasadnieniu wyroku przypomniałem sobie, kiedy wysłuchałem sprawozdanie z debaty jaka odbyła się 11 stycznia 2012 roku sejmowej Komisji Zdrowia. (Nagranie dostępne na:
http://www.sejm.gov.pl/Sejm7.nsf/transmisje_arch.xsp?unid=40E30B1845EC5B6DC1257982005C2A72
). Wypowiedź prezesa Naczelnej Rady Aptekarskiej Grzegorza Kucharewicza podczas posiedzenia sejmowej Komisji Zdrowia 11 stycznia: „Jesteśmy zaskoczeni i zszokowani, że usiłuje się powrócić do tego zapisu dotyczącego reklamy [w brzmieniu przed Ustawą refundacyjną]. Najgorszą rzeczą jest to, że argumentacja wskazuje właśnie na problemy małych podmiotów. To dzięki reklamie małe podmioty miały ogromne problemy na tym rynku. To duże podmioty reklamę stosowały na wszystkie możliwe sposoby. Panie Ministrze, apelujemy o to, żeby w ogóle nie brać zapisów dotyczących reklamy, bo my uważamy, że te zapisy to nawet trzeba jeszcze bardziej ewentualnie zaostrzyć, a nie rozluźniać, bo te zapisy dotyczące reklamy wiemy jakie powodowały efekty na rynku. To jest narzędzie do zdobywania rynku. [podkreślenie WK] Tym bardziej, że w porozumieniu jakie podpisaliśmy z Panem Ministrem zaznaczyliśmy, że nie będą zmieniane żadne fundamentalne aspekty tej ustawy.”

Podobnie jak u sędziego Hand’ea (sprawa Alcoa), zdaniem szefa samorządu aptekarskiego “zdobywanie rynku” to zło, które trzeba ograniczać. To tylko może świadczyć o niezrozumieniu podstawowych mechanizmów gospodarczych przez prezesa NRA, bo wydaje się, że wystarczy elementarna wiedza by zrozumieć, iż zdobywanie rynku polega na lepszym zaspokajaniu potrzeb konsumentów poprzez konkurencję wielu podmiotów. Ograniczanie tej konkurencji poprzez zakazy reklamy aptek szkodzi przede wszystkim konsumentowi.

Podobnymi brakami w wiedzy ekonomicznej mogą wykazać się sędziowie wydający wyroki w sprawie zakazu reklamy aptek. Podajmy kilka przykładów takich wyroków. Wojewódzki Sąd Administracyjnego w Warszawie wydając wyrok w sprawie uznania programów lojalnościowych jako formy reklamy (6 marca 2008 r. sygn. akt VII SA/Wa 1985/07), odwołał się na początku do słownikowej definicji reklamy pisząc: „w definicjach zawartych w publikacjach słownikowych reklamą jest działanie mające na celu zachęcanie potencjalnych klientów do zakupu konkretnych towarów lub do skorzystania z określonych usług“ („Wielki Słownik Wyrazów Obcych” pod red. M. Bańki, wyd. PWN, Warszawa 2003 r.). Istotnym elementem reklamy jest zamiar wywołania określonej reakcji potencjalnych klientów”. Kontynuując te rozważania w kontekście reklamy produktu leczniczego i definicji apteki sąd stwierdził, że: „Reklamą działalności apteki jest działanie polegające na zachęcaniu potencjalnych klientów do dokonywania zakupu usług farmaceutycznych w konkretnej aptece lub punkcie aptecznym. Każde działanie, skierowane do publicznej wiadomości, niezależnie od sposobu i metody jego przeprowadzenia oraz środków użytych do jego realizacji, jeśli jego celem jest zwiększenie sprzedaży produktów leczniczych i wyrobów medycznych oferowanych w danej aptece„. Podobnie w wyroku z 20 września 2010 r. (sygn. akt VI SA/Wa 838/10) Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie stwierdził, że „za reklamę apteki należy uznać wszelkie działania polegające na informowaniu i zachęcaniu do zakupu produktu leczniczego lub wyrobu medycznego w danej aptece lub punkcie aptecznym mającym na celu zwiększenie ich sprzedaż”.

Podobny styl myślenia obecny był wśród aptekarzy nawet na początku transformacji. W Kodeksie Etyki Aptekarza Rzeczypospolitej Polskiej, uchwalonego na Nadzwyczajnym Krajowym Zjeździe Aptekarzy w Lublinie 25 kwietnia 1993 roku, zostały uchylone pkt. 2, 3 oraz 8 art. 33 (
http://woia.pl/dokumenty/KEA_RP.pdf
). W pierwotnej wersji przepis ten mówił, że „za postępowanie naruszające obowiązek przestrzegania zasad uczciwej konkurencji w prowadzeniu apteki lub hurtowni farmaceutycznej uważa się w szczególności”: stosowanie kart stałego klienta (pkt. 3) i otwieranie przez aptekarzy własnych aptek w najbliższym sąsiedztwie już istniejących, lub przyjmowanie stanowiska kierownika w tak usytuowanej aptece (pkt 8).

Sektor farmaceutyczny jest sektorem, w którym istnieją warunki kontestowalności – sprzyjają temu np. regulacje dotyczące względów zdrowotnościowych (warunki uzyskiwania koncesji na prowadzenia aptek), które mają charakter bezwzględnie obowiązujących wymogów minimalnych dotyczących wszystkich podmiotów. Rozwój rynku aptecznego dotyczy ekonomicznej strony sektora, a nie bezpieczeństwa zdrowotnościowego w obrocie lekami (niestety tej pełnej ekonomizacji sektora nie służą regulacje takie jak w ustawie refundacyjnej dotyczącej zakazu reklam aptek). Regulacje administracyjne powinny co najwyżej zostać ograniczone do strony “ryzyk zdrowotnościowych” pozostawiając procesy gospodarcze spontanicznym procesom rynkowym.
Stale powtarzającym się poglądem w kontekście rozwoju rynku aptek, jest groźba jego monopolizacji. Warto w tym kontekście jeszcze raz podkreślić, że nie tylko monopole na rynku nie zagrażają nikomu, ale cała koncepcja monopolu, w takiej formie jak jest powszechnie pojmowana, jest koncepcją błędną. Nie ma nic groźnego w monopolu kiedy jest on monopolem rynkowym (naturalnym), gorzej jeśli jest to monopol państwowy (np. w wyniku udzielenia koncesji przez państwo). Monopolista rynkowy nie może zapobiec konkurencji poprzez wytworzenie barier uniemożliwiających wejście konkurentów na rynek. Należy zaznaczyć, że monopol nie ma nic wspólnego z rozmiarami firmy, a jedynie z jego udziałem w globalnej produkcji sprzedanej na rynku. Przykładowo, w XIX wieku mały sklep był większym monopolistą niż obecnie duża sieć supermarketów.
Monopol wymuszony (państwowy) cechuje się wyjątkową kontrolą w danej sferze działalności gospodarczej. Dzięki tej uprzywilejowanej pozycji jest w stanie całkowicie uniemożliwić wejście konkurentów na rynek. Tylko i wyłącznie w takiej sytuacji monopolista jest w stanie ustalać ceny arbitralnie, niezależnie od sił rynkowych, jakie w normalnych warunkach mogłyby być obecne. W odróżnieniu od monopolisty rynkowego, monopolista taki nie musi się tak bardzo obawiać utraty konsumentów po podwyższeniu cen. Można zadać pytanie: dlaczego w ogóle jest możliwe pojawianie się monopolu wymuszonego? Jedyną odpowiedzią jest, że dzieje się to dzięki polityce państwa, poprzez stworzenie specjalnych przywilejów. Jedynie rząd, który sam w sobie jest monopolistą wymuszonym, ma dostateczne siły aby zmusić zarówno konsumentów, jak i kooperantów, do robienia interesów z takim monopolistą, co w każdym innym przypadku nie miałoby miejsca. Zdarza się, też, że rząd swoimi działaniami, mając nawet jak najlepsze intencje, stwarza sytuacje sprzyjające monopolowi. Tak jest przy wszelkich działaniach zakazujących używania jakiś produktów, klasycznym przykładem jest prohibicja, która umożliwia mafii stanie się monopolistą w produkcji i dystrybucji alkoholu i dyktowania ich cen. W Polsce nie mieliśmy do czynienia z klasyczną prohibicją, ale duże ograniczenia na liczbę sklepów sprzedających alkohol stwarzały wiele okazji dla wszelkiego rodzaju melin, przysłowiowych ‘babć’ sprzedających ‘nielegalnie’ alkohol po znacznie większych cenach.
Obawa przed bezwzględnymi, niekontrolowanymi monopolami jest zasadna, ale stosuje się ona jedynie do monopoli wymuszonych. Wymuszone monopole są przedłużeniem rządu, nie są produktem wolnego rynku. Bez specjalnych przywilejów dawanych przez rząd, żaden ‘wymuszony’ monopolista nie utrzymałby się na rynku. W istocie przemoc jest karana przez wolny rynek, tak jak karane jest każde oszustwo; tzw. ‘robienie interesów’ w gospodarce wolnorynkowej zależy bezpośrednio od (wolnych) konsumentów, a ci są bardzo wrażliwi na wszelkie przejawy przemocy i oszustwa. Takie karanie za użycie siły i oszustwa, poprzez zwykle niekupowanie towarów i usług, jest jedną z cech samo-regulujących się mechanizmów wolnego rynku. Ludzie którzy nie są wolni by dokonywać nieprzymuszonego handlu w ich własnym interesie, nie mogą być nazwani wolnymi. Ludzie którzy nie są wolni, są, do pewnego stopnia, niewolnikami. Bez wolnego rynku, żadna inna wolność nie ma znaczenia.

Wróćmy na koniec do ogólnych rozważań n.t. reklamy, które jako żywo odnosić się będą do reklamy aptek i reklamy produktów farmaceutycznych. Konsument (w tym także pacjent kupujący leki w aptece) nie jest istotą wszechwiedzącą. Nie wie, gdzie może kupić po niższej cenie to, czego potrzebuje. Jego ograniczenia informacyjne są niekiedy bardzo duże, zwłaszcza jeśli chodzi o produkty nowe, dopiero co pojawiające się na rynku. Dostarczenie mu informacji o rzeczywistym stanie rynku jest właśnie zadaniem reklamy. Zarówno z punktu widzenia korzyści konsumenta (pacjenta) jak i sprzedającego (i producenta) reklama musi być często natrętna i krzykliwa, głównie po ty by trafić do z reguły leniwych konsumentów, ale także by skłonić konserwatywnych z natury ludzi do zmiany tradycyjnych przyzwyczajeń. Dobrze jest zaakceptować praktyczną obserwację, że jeśli reklama ma być skuteczną, to musi być dopasowana do mentalności odbiorców, używać odpowiedniego języka i odpowiednich sposobów przekazu. Dlatego reklama jest natarczywa, krzykliwa, często prostacka i przerysowana, ale kiedy trzeba jest wyrafinowana, aluzyjna. Często reklamę potępia się jako jeden z najgorszych przejawów nieokiełznanej konkurencji. Twierdzi się, a celują w tym tzw. wrażliwi intelektualiści, że, powinno się jej zabronić, a tę natarczywą, prostacką reklamę należy zastąpić bezstronnymi opiniami ekspertów doradzającym konsumentom. Do tego podkreślają oni, że informacja o produktach i usługach (w tym lekach) powinna być przedstawiana za pośrednictwem obiektywnych, bezstronnych mediów (prasa, telewizja, internet, …) w gestii zainteresowanych stowarzyszeń. Ciekawe, że zwolennicy tego typu poglądów nie wskazują kto i jak będzie oceniał ‘bezstronność mediów’.

Należy podkreślić, że punktu widzenia teorii (i praktyki) ekonomii, ograniczenie prawa producentów (i sprzedawców) do reklamowania swoich produktów jest równoznaczne z ograniczeniem wolności konsumentów, związanej przede wszystkim ze swobodą dysponowania dochodami zgodnie z własnymi potrzebami i pragnieniami. Zakaz, czy nawet ograniczenie, reklamy uniemożliwia pełny dostęp do informacji na temat stanu rynku, oraz o wielu czynnikach, które można uznać za istotne przy podejmowaniu decyzji o tym, co kupić, a czego nie kupować. Bez reklamy, konsumenci nie są w stanie wyrobić sobie własnego zdania o rzetelności opinii producenta dotyczącej jego towarów i zmuszeni są do działania zgodnego z zaleceniami innych ludzi. Obrońcy zakazu (lub ograniczenia) reklamy twierdzą, że zakazy-ograniczania nie są czymś złym, bo potrzebne informacje konsumenci mogą uzyskać od ekspertów-doradców, dzięki czemu ustrzegają się oni od części pomyłek. W kontekście aptek i leków, twierdzi się, że zakazy-ograniczenia muszą być bo ‘farmaceuci wykonują zawód zaufania publicznego’, a ‘lek to nie jest zwykły towar’. (np.
http://www.rynekzdrowia.pl/Farmacja/Szef-aptekarzy-do-ministra-zdrowia-o-zakazie-reklamy-aptek,133911,6.html
). Temu błędnemu rozumowaniu należy się stanowczo przeciwstawić. Także w przypadku leków zasadna jest opinia Ludwiga von Misesa (w Ludzkim działaniu), że „gdy reklama nie podlega ograniczeniom, konsumenci są na ogół w sytuacji sędziów, którzy rozpoznają sprawę na podstawie zeznań świadków i bezpośredniego badania innych dowodów. Jeśli ją jednak ograniczyć, to znajdą się w sytuacji sędziów, którzy opierają się na raportach policyjnych”.

Jest czymś obraźliwym dla konsumenta twierdzenie, że sprytną, podbudowaną psychologicznymi sztuczkami, reklamą można przekonać konsumentów do kupienia wszystkiego, co producent zechce sprzedać. Może się tak zdarzyć, ale zwykle jest to incydentalne, a największym stratnym na tego typu działaniu jest nie tyle konsument, ile właśnie ten oszukujący producent. Tego typu twierdzeniom przeczą doświadczenia historyczne. Naprawdę trudno sobie wyobrazić by jakakolwiek reklama zapewniłaby stałe zakupy fotograficznych aparatów analogowych (patrz przypadek Kodaka) w sytuacji kiedy na rynku pojawiają się aparaty cyfrowe, by ludzie nadal kupowali telewizory kineskopowe, kiedy na rynku pojawiają się telewizory LCD, by ludzie kupowali ‘cudowną miksturę z ziół’, kiedy oferowany jest nowoczesny lek, którego skuteczność wykazano w długoletnich badaniach klinicznych (przykładów można mnożyć). Czynnikiem, który wpływa decydująco na sukces kampanii reklamowej, jest jakość reklamowanego towaru. Ludzie mają niesamowitą zdolność uczenia się na podstawie doświadczenia (dobrego i złego). Nawet jeśli zdarzy się oszustwo w reklamie, to jak każde kłamstwo, ma ono tzw. krótkie nogi. Kiedy krojąc rano chleb skaleczę się nożem to nie wyrzucam noża, tylko następnym razem, kiedy kroję chleb jestem po prostu ostrożniejszy.

Może się zdarzyć, że za pomocą reklamy skłoni się ludzi do kupienia na próbę artykułu podłej jakości. Jeśli jednak wszystkie konkurujące firmy mają prawo reklamować się, to artykuł lepszy z punktu widzenia potrzeb konsumentów ostatecznie wyprze z rynku gorszy, bez względu na to, jakich użyto chwytów reklamowych. Dlaczego twierdzi się, że chwyty i sztuczki reklamowe może stosować producent (sprzedawca) gorszych artykułów. Przecież te same metody może stosować producent konkurencyjnego, lepszego produktu. Kiedy konsumenci przekonają się (a dzieje się to bardzo szybko), że jeden producent kłamie, a drugi faktycznie oferuje produkt dobrej jakości to wiadomo kto wygra taką grę. Ważne jest to, że o skuteczności reklamowania decyduje to, że z reguły klient ma możliwość wyrobienia sobie opinii na temat użyteczności kupowanego towaru. Reklama jest więc opłacalna jedynie wtedy, gdy po wypróbowaniu produktu konsument zdecyduje się na dalsze jego kupowanie, a informację o tym produkcie przekaże innym konsumentom. Producenci i sprzedawcy (firmy farmaceutyczne i apteki) szybko uczą się, że opłaca się reklamować wyłącznie te produkty, które mają dobrą jakość.

Twierdzi się (błędnie), że koszty reklamy podrażają towary, bo przecież to konsument musi zapłacić za te reklamy. Z punktu widzenia producenta koszty reklamy są częścią rachunku wszystkich kosztów produkcji. Przeznacza on pieniądze na reklamę, o ile spodziewa się, że dzięki niej wzrośnie sprzedaż i dochód netto. Producent inwestuje (czy to kupując lepsze surowce, czy zwiększając nakłady na badania, by wprowadzić innowacje) i zwiększa koszty produkcji licząc na większą sprzedaż i przez to zmniejszenie jednostkowych kosztów produkcji, a przez to by mieć możliwość zaoferowania tańszego, lub lepszego towaru.
Wprowadzając zakaz reklamy aptek ustawodawcy przyczynili się do podrożenia leków, choć może bezpośrednio nie jest to widoczne. Symbolem tego jak dobre intencje rządu przyczyniają się do wzrostu kosztów społecznych jest przydatek iwabrydyny. Lek ten przed 2009 rokiem był wpisany na listę refundacyjną Ministerstwa Zdrowia, za opakowanie w dawce 5 mg pacjent płacił 63,72 zł, a NFZ dopłacał 148,68 zł, za opakowanie 7,5 mg pacjent płacił 64,14 zł, a NFZ – 149,67 zł (
http://pulsmedycyny.pl/2583245,69326,iwabradyna-gwaltownie-staniala
). Zatem iwabradyna sprzedawana była za ok. 210 zł. Kiedy iwabrydyna nie znalazła się na liście leków refundowanych, okazało się, że jako lek pełnopłatny można ją było kupić za ok. 70 zł, czyli w sumie potaniała ok. trzykrotnie. Śmiem twierdzić, że gdyby leki poddane były normalnej dystrybucji rynkowej, to w wyniku konkurencji na rynku iwabrydyna kosztowałaby nie 70 zł, a 30-40 zł, a może nawet i mniej.

Ludwig von Mises w swych rozważaniach na temat reklamy zauważył, że „funkcjonowanie rynku nie ucierpiałoby na tym, gdyby władze zakazały reklamy, której rzetelność nie została potwierdzona metodami doświadczalnych nauk przyrodniczych. Jeśliby jednak ktoś się domagał przyznania rządowi takiego prawa, aby być konsekwentnym, powinien żądać jednocześnie poddania takiemu samemu badaniu twierdzeń kościołów i sekt. Wolność jest niepodzielna. Jeżeli zaczniemy ją ograniczać, to prostą drogą zmierzamy do upadku i trudno będzie się zatrzymać. Jeśli ktoś uważa, że zadaniem rządu jest dbałość o to, żeby w reklamach perfum i pasty do zębów podawano prawdziwe informacje, to nie może mu odmówić prawa do troszczenia się o prawdę w sferze spraw ważniejszych, dotyczących religii, filozofii i ideologii społecznej. Pogląd, że propaganda komercyjna może zmusić konsumentów do podporządkowania się woli producentów, jest błędny. Reklama nigdy nie sprawi, żeby lepsze lub tańsze produkty zostały zastąpione przez gorsze”.

Wiele absurdów prawnych powodowanych jest ignorancję ekonomiczną ustawodawców (wydaje się, że tak było w sytuacji dyskutowanej tutaj ustawy refundacyjnej). Zakończmy te nasze rozważania postulatem: jeśli już państwo ma o coś zadbać, to niech zadba o dobrą edukację ekonomiczną społeczeństwa w ogólności, a prawodawców w szczególności.

Przed chwilą przeczytałem artykuł o tym jak to „Agnieszka Horyza budowała firmę od 10 lat. Rząd jedną ustawą niszczy jej biznes. Pracę straci 130 osób”. Po przeczytaniu wypowiedzi Pani Horyzy: „Dla mnie to była głównie pasja, poświęciłam temu całe swoje życie. Kokosów nie zarabiam, przez pierwsze 5 lat nie miałam wakacji. Moja firma uczy dzieci angielskiego w 250 przedszkolach. Rząd wszystko to niszczy jedną ustawą” i, że „straci cały dorobek życia, bo od 1 września w przedszkolach w ogóle nie będzie zajęć dodatkowych”, pomyślałem, że znów rząd próbuje ręcznie sterować gospodarką i znęca się nad przedsiębiorcami.

Dalej w tym artykule czytamy: „Jeśli ustawa faktycznie wejdzie w życie od 1 września, to tylko w naszej szkole bezpośrednio straci pracą ok. 40 osób, łącznie z pracownikami biurowymi. Kolejne osoby to 21 licencjobiorców prowadzących własne działalności gospodarcze i około 70 lektorów z nimi współpracujących.”

 Nie znam dokładnie sprawy i w tym momencie czytania artykułu, zadałem sobie pytanie: „Czy tak powinien zachowywać się prawdziwy przedsiębiorca? Czy powninein pisać petycje do rządu?”.  Wydaje się, że jest czymś naturalnym w biznesie, że przedsiębiorców spotykają różne nieoczekiwane zdarzenia i naturalną ich reakcją jest próba dostosowania się do tych nowych warunków. Pomyślałem, no dobrze, jeśli państwo przestaje dopłacać do dodatkowych zajęć (czyli nas podatników będzie to mniej kosztowało) to  chyba nic nie stoi na przeszkodzie by Pani Agnieszka i inni przedsiębiorcy z tego sektora podpisali z przedszkolami umowy, by zajęcia były kontynuowane, a za naukę zapłacą rodzice, czyli ci którzy są zainteresowani by dzieci uczyły się angielskiego.

Zgłupiałem, kiedy przeczytałem, że „te zajęcia są dobrowolne, a rodzice płacą za nie naprawdę mało – zdecydowanie mniej, niż musieliby płacić prywatnie lub popołudniami. Zajęcia odbywają się poza tzw. podstawą programową, kiedy dziecko podczas zajęć ogólnorozwojowych zdobywa umiejętności określone przez Ministerstwo. Nie reorganizujemy pracy nauczycieli, ani nie wchodzimy w ich kompetencje.” Jeśli tak, to faktycznie coś z tymi urzędnikami w Ministerstwie i politykami głosującymi za taką ustawą jest nie tak. Jak można zabronić rodzicom dobrowolnie dogadać się z oferującymi usługi edukacyjne firmami by ich pracownicy uczyli dzieci angielskiego? W tej sytuacji to faktycznie paranoja. Wracamy do najczystszego socjalizmu?

Potem pomyślałem  sobie, że przecież w Polsce mamy takie ‘fajne’ powiedzenie: „Prawo jest po to, aby je omijać” (nawiasem mówiąc to nasze wielkie nieszczęście, że mamy taki stosunek do prawa – no, ale kiedy od dziesięcioleci mamy takich ustawodawców, którzy tworzą prawo, którego nie da się stosować w życiu, to konsekwencją jest taki a nie inny stosunek Polaków do prawa). Nie mam doświadczenia w tym względzie, ale chyba musi być jakiś sposób ‘ominięcia tego durnego prawa”.

Szybko okazało się, że jest tu coś na rzeczy bo w jednym z komentarzy do tego artykułu przeczytałem (zachowałem pisownię): „OJ, bardzo irytujący artykuł! Sama prowadzę taką firmę, która między innymi uczy Dzieci angielskiego, szachów i innych w przedszkolu. Nie mniej jednak z całym szacunkiem, ale jest mnóstwo nieścisłości w tym artykule. Już mam informacje z kuratorium, że umowa o wynajem lokalu w przedszkolu oraz umowa z Radą Rodziców wystarczy aby zajęcia kontynuować bez szwanku dla osób, które chcą aby Dzieci uczestniczyły w zajęciach dodatkowych. Wymaga to drobnych reorganizacji, ale nie przekreśla całkowicie szans na zajęcia dodatkowe w przedszkolach. Nie sądzę aby firma o której mowa straciła nagle prawo istnienia, natomiast sądzę, że artykuł jest sprytną promocją tej firmy. Gratuluję pomysłu, szkoda, tylko, że brak tutaj rzetelności dziennikarskiej. Opieranie opinii i dramatyzowania na podstawie wypowiedzi jednej firmy, których są setki. Jeszcze raz gratuluję rzetelności.”

W tym momencie powstrzymuję się od dalszego komentowania.

W ostatnich dniach głośno jest o bankructwie Detroit, swego czasu mieście symbolu sukcesu w amerykańskim stylu. Rozwój Detroit związany był naturalnie z rozwojem przemysłu samochodowego. Na początku XX wieku, kiedy Ford i General Motors zaczęły tam produkować samochody, w mieście mieszkało ok. 300 tys. mieszkańców, pod koniec lat 1950. w Detroit mieszkało już prawie 1.9 mln ludzi. Od kilkudziesięciu lat trwa w mieście kryzys, związany głównie ze złymi, tzw. prospołecznymi rządami kolejnych burmistrzów (obecnie w mieście mieszka ok. 700 tys. osób). Efektem tych rządów jest niedawne ogłoszenie bankructwa miasta. Kiedy w ostatnich dniach czytałem wiele o Detroit i jego upadku, pomyślałem, że jedynym wyjściem byłoby założenie w nim wolnej strefy ekonomicznej (może coś na kształt stref chińskich w latach 1980.?). Ucieszyłem się, kiedy dzisiaj przeczytałem artykuł Partica Barrona w którym proponuje on ustanowienie Detroit wolnym miastem. Nie jest to propozycja w pełni libertariańska, ale i tak daleko idąca. Barron proponuje utworzenie wolnego miasta w którym rząd miałby zapewnić jedynie bezpieczeństwo publiczne, uczciwe sądownictwo i ochronę praw własności. Wszystko pozostałe należy zostawić klasycznemu, amerykańskiemu duchowi przedsiębiorczości. Bo faktycznie wszystko co obecnie potrzebuje Detroit to zapewnienie wolności gospodarczej i zapewnienie pełnej ochrony prawa własności. Należy zapewnić Detroit pełną autonomiczność i wolność od wszelkiego rodzaju rządów, w tym rządu federalnego. Związane byłoby to naturalnie z niepłaceniem jakichkolwiek podatków federalnych i niepodleganiu wszelkim przepisom federalnym. Podobnie dotyczyłoby to podatków stanowych (stanu Michigan). W konsekwencji nie byłoby regulacji odnoszących się do rynku pracy, w tym brak płac minimalnych, ubezpieczeń obowiązkowych, itp. (Więcej patrz artykuł Barrona).

Byłoby to działanie całkowicie odmienne niż proponowane przez obecne władze Detroit, które, jak pijany płotu, trzymają się dawnych skompromitowanych metod zarzadzania. Okazuje się, że miasto jest wrogo nastawione do przedsiębiorców. Obecny burmistrz prowadzi kampanię na rzecz zamknięcia małych firm, których działanie nie pasuje do obecnych regulacji (patrz np. tutaj).

Warto jednak zauważyć,  że mimo, iż miasto jest bankrutem to niektóre jego części rozwijają się całkiem dobrze. Sprzyjają temu tanie nieruchomości, co przyciąga marzycieli (w starym amerykańskim stylu). Być może najbardziej znaczącym jest Dan Gilbert, przewodniczący Quicken Loans, dostawca kredytów hipotecznych. Firmy Dana Gilberta zainwestowały około 1 mld USD w centrum Detroit i zatrudniają około 10.000 ludzi (patrz tutaj).

To byłoby naprawdę fascynujące obserwować jakie rezultaty byłyby po kilku, kilkunastu latach takiego liberalnego, wolnościowego eksperymentu w Detroit. Jak przekonać decydentów do tego? A może zasugerować im, że jeśli by to się nie powiodło to byłby to dla nich ewidentny dowód na to, że należy prowadzić etatystyczne rządy a zwolennicy wolności musieliby ‘posypać sobie głowy popiołem’?

Na miłej uroczystości w Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, życzyłem właścicielom  Małych i Średnich Przedsiębiorstw (MSP – czyli MiSiom) by mogli się cieszyć  jak największą liczbą beczek miodu, by doświadczali codziennych radości z kierowania z sukcesem swoimi firmami, a przede wszystkim by rząd nie psuł im smaku tego miodu, co rusz to wrzucając łyżkę dziegciu do beczki miodu. Jarosław Gowin wspomniał na tej uroczystości, że w ostatnim roku ok. 80% nowych miejsc pracy było stworzone przez małe przedsiębiorstwa. Przypomniałem sobie wtedy to co opowiadam studentom kiedy rozmawiamy o bezrobociu. Opowiadam wtedy o dwóch sytuacjach, które dobitnie pokazują jak sprzyjający klimat dla przedsiębiorczości pozwala przeciwdziałać zagrożeniom dużego bezrobocia.

Na przełomie lat 1970. i 1980. Stany Zjednoczone zagrożone były możliwością bardzo wysokiego bezrobocia spowodowanego dwoma wzmacniającymi się trendami. Z jednej strony wyraźnym spadkiem zatrudnienia przez wielkie firmy a z drugiej bardzo dużą liczbą młodych ludzi z wyżu demograficznego lat 1950/1960, którzy, jak to się nieładnie mówi, wchodzili na rynek pracy. Na szczęście administracja Ronalda Reagana świadoma zagrożenia podjęła działania i stworzyła dobre warunki do rozwoju małej i średniej przedsiębiorczości. Był to wspaniały okres dla młodych ludzi, którzy dumnie chodzili z wpiętymi w marynarki i w swetry plakietkami PC. Nie, nie oznaczało to Personal  Computer (wtedy komputery osobiste praktycznie nie były jeszcze znane). PC oznaczało Private Corporation – Prywatna Korporacja .
By uzmysłowić skalę zjawiska zróbmy proste obliczenia. Największe firmy sklasyfikowana na liście Fortune 500 zatrudniały w 1975 r. 16 mln pracowników z 86 mln zatrudnionych wówczas w USA (czyli udział był równy 19%). W 1997 roku udział ten spadł do 9% (zatrudnionych w dużych firmach było 11,5 mln z 128 mln zatrudnionych). Proszę zauważyć, że w ciągu tych 23 lat liczba pracujących w USA zwiększyła się z 86 mln do 128 mln! Z tego wynika, że małe i średnie przedsiębiorstwa  stworzyły  ok. 46 mln nowych miejsc pracy (o 42 mln wzrosła liczba pracujących,  a o 4,5 spadła liczba zatrudnionych w największych firmach amerykańskich). Warto przy okazji zauważyć, że największe pod względem obrotu firmy zatrudniają obecnie bardzo mało pracowników. Największa firma biotechnologiczna w 1994 roku zatrudniała 2100 ludzi, Microsoft zatrudniał w tamtym czasie ok. 10 000 ludzi. Firmy ‘dawnego przemysłu’, których obecnie już nie ma na liście Fortune 500, zatrudniały zwykle powyżej  100 000 osób. General Electric (jedyna firma, która nadal wchodzi w skład indeksu Down Jones’a od początku jego liczenia w 1896 roku) w 1980 roku zatrudniała 420 000 ludzi, w 1992 roku zmniejszyła zatrudnienia do 276 000. Co interesujące w tym okresie przeciętne tempo sprzedaży GE było równe 10% (może by tak poprosić menedżerów z GE by zarządzali korporacją Polska?).

Druga sytuację o której dyskutuję ze studentami to początkowe lata polskiej transformacji. W latach 1990-1993 liczba utraconych miejsc pracy w dużych przedsiębiorstwach (w związku np.  z likwidacją i prywatyzacją) to ok. 1,5 miliona rocznie. Bezrobocie w tym czasie wzrosło do ok. 16% w 1993 roku. Byłoby znacznie wyższe gdyby nie szybki rozwój małej i średniej przedsiębiorczości (w dużym stopniu dzięki uchwalonej 23 grudnia 1988 roku tzw. Ustawie Wilczka). W latach 1990-1993 w MSP powstawało rocznie ok. miliona nowych miejsc pracy. Od 1994 roku liczba nowych miejsc pracy powstających w MSP była większa niż traconych w dużych przedsiębiorstwach (w 1995 roku powstało w MSP ok. 500 tys. nowych miejsc pracy a utraconych w dużych przedsiębiorstwach było ok. 200 000). Bezrobocie zaczęło spadać, w 1997 roku było na poziomie 10% i zgodnie z trendem, można było oczekiwać, że w następnych latach  będzie to już bezrobocie jednocyfrowe.  Niestety tak się nie stało.  Małym i średnim przedsiębiorcom zaczęto przeszkadzać (do tej beczki miodu rząd coraz częściej wrzucał swój dziegieć). Liczba nowo powstających miejsc pracy w MSP spadała systematycznie, W 1998 roku było to już ok. 150 tys. Efektem tego było stale rosnące bezrobocie, w 2000 roku ponad 15%, w 2003 roku ponad 20%.

Od połowy lat 1990. w Polsce nie ma klimatu dla przedsiębiorczości i trzeba podziwiać heroizm polskich przedsiębiorców, że mimo wszystko sektor MSP rozwija się jako tako i, że dzięki nim w Polsce nie doświadczyliśmy recesji, a przez zainicjowany w 2008 roku kryzys, polska gospodarka przechodzi nie najgorzej. Wiele jednak wskazuje,  że możliwości dalszej walki z przeciwnościami jakie stwarza polski rząd wyczerpują się i polscy przedsiębiorcy dalej już ‘nie pociągną’.
Bezrobocie staje się znów wielkim problemem. Polski rząd musi zrozumieć, że należy powtórzyć  to co zrobione zostało 23-24 lata temu. Najwyższy czas na nową ustawę Wilczka: krótką, odwołującą wszystkie dotychczasowe krępujące polska przedsiębiorczość regulacje, zbudowanej na zasadzie ‘wszystko co nie jest zakazane jest dozwolone’ (a zakazów jest minimalna liczba!).

Rząd musie pokochać polskie MiSie!

Kochajmy polskie MiSie!!

Wczoraj poszedłem do sklepu by kupić żarówkę 60W. Jakież było moje zdziwienie, kiedy sprzedawczyni powiedziała mi, że zwykłych, edisonowskich żarówek 60W juz nie produkują, bo ich sprzedaży zakazała Unia Europejska. Cel jest jak zwykle szczytny (a że przy okazji wylało się dziecko z kąpielą, to urzędników UE już nie obchodzi). Bruksela chce, by mieszkańcy Wspólnoty przestawili się na energooszczędne świetlówki, co ma doprowadzić do zmniejszenia zużycia energii elektrycznej i ograniczyć emisję dwutlenku węgla.

Tania żarówka tradycyjna kosztują nawet złotówkę lub dwa złote, a pali się nawet po 1000 godzin. Przepaloną żarówkę można wyrzucić do zwykłego śmietnika, nie trzeba szukać pojemników na elektrozłom. Nie są szkodliwe dla otoczenia. Dają światło zbliżone do dziennego, nie męczą wzroku. Palą się pełną mocą od razu po włączeniu.

Natomiast żarówka energooszczędna jest droga; zwłaszcza ta najmocniejsza, o świetle zbliżonym do naturalnego, kosztuje nawet kilkadziesiąt złotych. Na zwrot ‘inwestycji’ trzeba czekać kilka lat, wierząc w zapewnienia producentów, że się nie przepalą (z mojego doświadczenia wynika, że taka energooszczędna żarówka służy mi ok. 3 lat – w żaden sposób nie jest w stanie zamortyzować się w tym czasie). Żarówki te zawierają niebezpieczne dla zdrowia substancje. Większość jednak daje nieprzyjemne, zimne światło (nazywane trupim). Większość nie świeci pełną mocą od razu po włączeniu, tak jak tradycyjne lampki. Dopiero po kilku minutach „nabierają mocy”.

Ale jak zwykle mędrcy z Komisji Europejskiej przekonują, że nowe przepisy przyniosą same korzyści. Oczywiście mający hopla na punkcie ochrony środowiska podkreślają oni przede wszystkim korzyści ekologiczne: wycofanie tradycyjnych żarówek z ulic, domów i biur ma ograniczyć zużycie elektryczności w całej Unii Europejskiej o około 80 terawatogodzin (TWh) rocznie, w okolicach 2020 r. (czyli mniej więcej tyle energii zużywa rocznie cała Belgia). Takie oszczędności spowodują, że emisja dwutlenku węgla do atmosfery (z kominów elektrowni węglowych, gazowych, elektrociepłowni itp.) spadnie o 32 mln ton rocznie. W przeliczeniu na pieniądze, Komisja szacuje łączne oszczędności na 5 do 10 mld euro.

To, że konsumenci zapłacą znacznie więcej za zakup żarówek energoosczędnych ich już nie obchodzi (a przecież te pieniądze niepotrzebnie wydane byłyby przeznaczone na zakup innych produktów – o koszcie alternatywnym uczą na podstawowych kursach ekonomii).  Konsumenci płacą za energię elektryczną i umieją liczyć czy opłaca im się kupić kilkunastokrotnie droższą żarówkę energooszczędną,  czy tanią żarówkę tradycyjną. Wielu innych, niewymiernych uciążliwości też się nie bierze pod uwagę. Przykładów można by mnożyć. Sam w pomieszczeniach w których długo przebywam używam energooszczędnych, ale w pomieszczeniach do których często zaglądam i krótko świecę (i potrzebuję by szybko było widno)  uznaję, że korzystniej jest mieć żarówki tradycyjne, ale to urzędników już nie obchodzi.

Faktycznie, jak zacząłem szperać w internecie, dotarłem do dyrektywny UE, która nakazuje wycofanie z użycia domowego wymyślonych w 1879 roku przez Thomasa Edisona żarówek. Od 1 września 2009 r., jako pierwsze z rynku zniknęły tzw. żarówki matowe (nieprzezroczyste), bo zgodnie z dyrektywą w tej kategorii produktów obowiązywać ma stopień efektywności energetycznej „A”, którego żarówka żarnikowa nie osiąga (zamienia ok. 5% energii na światło, reszta to ciepło, o czym za chwilę). Wycofywanie żarówek „przezroczystych” zaplanowano w iście wojskowy sposób. Batalia ma być prowadzona etapami. Żarówki o mocy 100W lub więcej watów muszą mieć klasę energetyczną „C” (lub wyższą), co spowodowało, że też od 1 września 2009 roku wycofano żarówki przeźroczyste 100W. Natomiast od 1 września 2010 r. w całej Unii Europejskiej zostały wycofane z produkcji tradycyjne, energochłonne żarówki o mocy 75W (dotyczy to zarówno produkcji jak i importu). Natomiast ta żarówka 60W, której wczoraj szukałem, została zakazana i wyklęta przez UE z dniem 1 września 2011. Jak możemy się domyślić na celowniku w tym roku są żarówki 25W i 40W, tak stanie się z dniem 1 września 2012 r. (zróbmy sobie ich zapas póki co; jak to było za komuny, kiedy robiło się zapasy kiedy nadarzyła się okazja; sam pamiętam jak po 1990 roku miałem zapas komunistycznej waty na kilka lat). Cały ten proces (a raczej farsa) z tradycyjnymi  żarówkami ma się skończyć ostatecznie w 2016 roku.

Ale po 2016 r. przepisy zostaną jeszcze bardziej zaostrzone – z rynku będą musiały zniknąć także „zwykłe” żarówki halogenowe. Ostaną się natomiast halogeny wypełnione gazem ksenonem.

Nowe przepisy nie dotyczą żarówek żarnikowych stosowanych w specjalnych celach. Jeśli na opakowaniu umieści się napis: „Zgodnie z dyrektywą 2005/32/WE nie stosować do użytku domowego. Zastosowanie: sygnalizacja świetlna, lampy warsztatowe”, to można obejść unijny zakaz i legalnie sprzedawać zakazane żarówki. Tyle że ta „przemysłowa” żarówka tak naprawdę niczym się nie różni od zwykłej i można ją bezpiecznie stosować w domu. Można też kupić lampy do ogrzewania terrariów, albo żarówki do montowania w piecach kuchennych (ze względu na ich wysoką odporność na temperaturę).

Niemiecki przedsiębiorca wpadł na pomysł, jak ominąć zakaz Unii Europejskiej sprzedaży żarówek o mocy większej niż 60 W. Nazwał je minigrzejnikami, a nie źródłami światła. Siegfried Rotthaeuser i jego szwagier produkują w Chinach żarówki o mocy 75 W i 100 W, a do Europy sprowadzają je jako „małe urządzenia grzewcze” z anglojęzyczną nazwą handlową „heatball”. Inżynier Rotthaeuser przeanalizował stosowne przepisy i postanowił wykorzystać to, że zakazane żarówki używane jako grzejniki są bardzo efektywne i można je zaliczyć do klasy energetycznej „A” (95% energii przekształcają na ciepło, a tylko 5% energii marnuje się na bezużyteczne światło). Na swej stronie internetowej (
http://heatball.de/
) Rotthaeuser i jego szwagier reklamują swe przedsięwzięcie jako „sprzeciw wobec przepisów wprowadzanych bez procedur demokratycznych i parlamentarnych”, ale też reklamują się,  że ich ‚heatball’ jest największym wynalazkiem od czasu wymyślenia przez Edisona żarówki.

Urzędnicy UE umieją nam komplikować życie. Jeszcze trochę a naszym największym wkładem  do Wspólnoty Europejskiej będzie wprowadzenie w życie codzienne naszego starego przekonania, że „Prawo jest po to by je omijać.”

Pisząc o żarówkach w UE przypomniała mi się akcja Fidela Castro na Kubie, który w 2005 roku (nota bene, tym samym roku kiedy ogłoszona została dyrektywa unijna o żarówkach) zakazał używać żarówek powyżej 15 W (
http://wyborcza.pl/1,75477,2849949.html
). W kwietniu 2005 r. Castro wstrzymał sprzedaż żarówek, bo zjadały zbyt dużo prądu i zapowiedział, że sprowadzi z Chin 1,5 mln żarówek prądooszczędnych oraz 2 mln jarzeniówek. Miały być za darmo instalowane we wszystkich domach i zakładach pracy. Nakazał oczywiście zniszczyć leżące w magazynach wszystkie żarówki większej mocy. W ten Castro walczy o oszczędność prądu. Zresztą wojna z żarówkami to kolejna z niezliczonych batalii gospodarczych, które w ciągu 46 poprzednich lat Komendant Fidel Castro wszczynał na długim froncie rewolucji. Fidel Castro rozgrywał (i przegrywał) kolejne wielkie bitwy o największą na świecie produkcję mleka, jaj, mięsa wołowego, itp. A naukowców, inżynierów, hodowców i agronomów prowadził do boju osobiście pouczając ich co do najdrobniejszych szczegółów taktyki żywnościowej. W latach 60. dyktator co roku przygotowywał naród do bitwy o rekordowe zbiory trzciny.

Kubańczycy żyją w codziennym koszmarze wyłączeń prądu od wielu lat. Na kilka, niekiedy kilkanaście  godzin dziennie, bez ostrzeżenia gaśnie światło w domach i na ulicach, wyłączają się lodówki, telewizory, klimatyzatory, wentylatory, stają też zakłady pracy. Fidel Castro obiecał Kubańczykom, że dzięki wygranej bitwie z żarówkami oraz 250 mln dolarów inwestycji w sieć energetyczną kraju już w połowie 2006 roku, 47 lat po rewolucji, Kuba zwycięży w bitwie o 24-godzinne dostawy prądu.

Niechybnie też ‘nasi’ przywódcy z Brukseli też zwyciężą w bitwie o lepsze jutro!


  • RSS