Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z tagiem: rynek

Z przyjemnością dowiedziałem się o wydaniu książki Marcina Mrowca pt. Austriacka Szkoła Ekonomii – Jak może pomóc wyjaśnić stagnację gospodarki Japonii. Na stronie wydawcy (PWN) przeczytałem ‘Data premiery: 14.11.2017’ – fajnie, że nie tylko filmy, sztuki teatralne, czy opery, mają swoje premiery, ale premiery mają też książki).

MrowiecOkladka

Pan Marcin Mrowiec jest głównym ekonomistą i dyrektorem Biura Analiz Makroekonomicznych Banku Pekao SA. Doskonale łączy zainteresowania teoretyczne z praktycznymi aspektami swej działalności zawodowej.

 ‘Kibcowałem’ powstaniu jego pracy doktorskiej i późniejszej jej obronie w listopadzie 2016 roku. Książka ta jest poprawioną i uzupełnioną wersją pracy doktorskiej p. Mrowca.

Nie miałem przyjemności recenzji jego pracy doktorskiej, ale z zadowoleniem napisałem, na prośbę PWNu, recenzję wydawniczą.  

Rekomendował tę książkę Wydawnictwu uznając, że jest ciekawa i może być wartościowa, zarówno dla ‘austriaków’, bo Autor pokazuje możliwości zastosowania teorii ASE do (praktycznego) wyjaśnienia specyfiki rozwoju gospodarki japońskiej, jak i ‘nieaustriaków’ (przeciwników podejścia austriackiego w ekonomii), bo jest pewna szansa, że przekona ich, że jest przynajmniej ziarnko prawdy w tym co twierdzą ekonomiści ze szkoły austriackiej.

Poza tym w książce zawarł Autor sporą dawkę informacji i wiedzy o specyfice rozwoju gospodarczego Japonii w ostatnich kilkudziesięciu latach.

Zarys teorii szkoły austriackiej przestawiony jest w rozdziale pierwszym oraz w trzech aneksach (Najważniejsi prekursorzy oraz przedstawiciele ASE,  Główne wyróżniki ASE i Porównanie ASE do szkół ekonomii „głównego nurtu” )

Książka jednak w istocie jest o Japonii i jej rozwoju gospodarczym, a wszelkie rozważania dotyczące austriackiej szkoły ekonomii (ASE) należy potraktować jako dodatek i wyjaśnienie dla czytelnika, który tej teorii nie zna.

W trzech rozdziałach Autor opisuje ‘Źródła interwencjonizmu w Japonii oraz jego wpływ na architekturę instytucjonalną’, ‘Przedsiębiorstwo japońskie – ustrój wewnętrzny oraz usytuowanie w szerszych strukturach gospodarczych’, oraz ‘Interwencjonizm w sferze monetarnej gospodarki Japonii’. Dobrym uzupełnieniem tych bardzo oryginalnych rozważań Autora są trzy aneksy („Stracone dekady” Japonii, Typologia tytułów licencyjnych używanych przez japońską biurokrację, oraz Cechy szczególne japońskiego modelu gospodarczego).

Ze względu na oryginalność rozważań dotyczących rozwoju Japonii przy wykorzystaniu teoretycznych osiągnięć szkoły austriackiej w ekonomii zaproponowałem zmianę tytułu tej książki, sugerując np.:

  • Rozwój i stagnacja gospodarcza Japonii w świetle austriackiej szkoły ekonomii
  • Rozwój gospodarczy Japonii z perspektywy austriackiej szkoły ekonomii
  • Japoński cud gospodarczy z perspektywy austriackiej szkoły ekonomii
  • Japońskie prosperity i stagnacja w świetle austriackiej szkoły ekonomii

Wydawnictwo jednak nie zaakceptowało tych sugestii pozostawiając jako podstawowy tytuł ‘Austriacka Szkoła Ekonomii’. Jak mogę sądzić powodem takiej postawy było uznanie, że taki tytuł będzie bardziej komercyjnym (co dla nas, zwolenników szkoły austriackiej brzmi bardzo optymistycznie – oby faktycznie zwolenników szkoły austriackiej było coraz więcej w Polsce!)

Niestety nie tylko sugestii tytułu nie zaakceptowano, ale także nie uwzględniono mojej propozycji zmiany Zakończenia, które wedle mojej opinii nie jest typowym zakończenie podsumowującym dzieło.  Zaproponowałem mianowicie by część o ‘Arystotelesie, Grecji, Rzymie, Europie i Chinach’ przenieść do dodatku, a zostawić tylko oryginalny opis i wnioski odnoszące się do przypadku Japonii.

Serdecznie polecam przeczytanie książki Marcina Mrowca, dzięki temu spojrzymy na Japonię całkiem inaczej niż nam się dotychczas proponowało, pozwoli nam też zrozumieć różnice kulturowe pomiędzy światem zachodnim i Japonią, a przez to zrozumieć odmienność modelu gospodarki japońskiej.

Z pewnością moje odczucia są czysto subiektywne (a czego można oczekiwać od zwolennika austriackiej szkoły ekonomii ;-) ), ale odnoszę wrażenie, że coraz więcej jest przesłanek za tym by uznać, że idee szkoły austriackiej są coraz popularniejsze w Polsce, zwłaszcza wśród młodego pokolenia. Tydzień temu odbyła się premiera filmu  Zapomniani. Historia krakowskiej szkoły ekonomicznej, w którym odwołania do wielkich ekonomistów szkoły austriackiej, Carla Mengera i Ludwiga von Misesa, były częste i wyraźne. W planach twórców filmu o Zapomnianych ekonomistach szkoły krakowskiej jest podobny film o Misesie. Jednym z największych propagatorów idei szkoły austriackiej w Polsce jest  Instytut Misesa. Ostatnio dowiedziałem się też o kilku inicjatywach (konferencjach, wydawnictwach specjalnych numerów czasopism naukowych, …) socjologów, filozofów i ekonomistów, których celem jest propagowanie myśli szkoły austriackiej, a zwłaszcza Carla Mengera i Ludwiga von Misesa.

W tym kontekście ciekawie wyglądają wyniki badań opinii polskich ekonomistów, przedstawione w opublikowanej kilka tygodni temu książce Paradoksy ekonomii. Rozmowy z polskimi ekonomistami. Z rozdziału w którym omówiono wyniki badań pt. „Identyfikacja polskich ekonomistów akademickich ze szkołami myśli ekonomicznej” możemy dowiedzieć się, że w Polsce najpopularniejsza  wśród ekonomistów jest tzw. nowa ekonomia instytucjonalna (NEI). Wczytując się jednak w wyniki tych badań możemy doszukać się zalążków znaczącej zmiany w stylu myślenia polskich ekonomistów (zwłaszcza tego młodszego pokolenia). Pozwolę sobie zacytować fragmenty z opracowania przedstawionego w tej książce:
„ … odsetek ekonomistów, którzy określali się jako neoaustriacy (8,1%), był w badanej populacji wyższy niż udział ekonomistów postkeynesowskich i radykalnych łącznie (6,8%), jak i przewaga ekonomistów nowoklasycznych nad nowokeynesistami (15,2 wobec 12,9%).

W odpowiedzi na pytanie o poglądy w kwestii równowagi w gospodarce kapitalistycznej, najwięcej wskazań uzyskał przypisany ekonomii radykalnej pogląd, że „gospodarka z zasady pozostaje w nierównowadze” (37,2%), a następnie charakterystyczny dla szkoły austriackiej, że „gospodarka nieustannie dąży do równowagi” (26,2%).
… na inspirację z strony ekonomistów marksistowskich (Oskar Lange, Paul Sweezy) w pytaniu o autorytety wskazało 13%. Podobna sytuacja wystąpiła w przypadku szkoły neoaustriackiej. Przy wyborze autorytetów wskazań na znanych twórców szkoły austriackiej (Murray Rothbard, Ludwig von Mises) było 25% − ponad trzykrotnie więcej niż identyfikujących się z tą szkołą.

Na szczególną uwagę zasługuje, najliczniejsza w badanej populacji, grupa respondentów w wieku 36–45 lat (42,4%). Ekonomiści akademiccy z tej kategorii wiekowej w ciągu następnych 20–30 lat będą w decydującym stopniu wpływać na kształt i treści przekazywane w ramach nauczania ekonomii na wyższych uczelniach
W grupie tej udział zwolenników nowego instytucjonalizmu był najniższy. Jednocześnie odnotowano w niej najwięcej osób wybierających szkołę austriacką (11,5%), nieco powyżej średniej kształtował się także udział reprezentantów nowej ekonomii klasycznej (18,3%) oraz eklektyzmu (20%). …
Zupełnie inaczej wybory szkół rozłożyły się wśród najstarszych respondentów − powyżej 65 lat. Instytucjonalizm wskazało 35%, nowy keynesizm, nową ekonomię klasyczną i postkeynesizm po 10%, a szkołę austriacką − 5% przedstawicieli tej grupy. Charakteryzowało ją więc prawie dwukrotnie niższe poparcie dla nowej ekonomii klasycznej i ekonomii austriackiej niż wśród ekonomistów w przedziale wieku 36–45 lat. Z kolei zwolenników instytucjonalizmu było wśród nich prawie dwa razy więcej.”

Niech wspomniany w tym cytacie Oskar Lange będzie pretekstem do napisania tego co o Misesie zamierzałem napisać od dwóch lat. Przy różnego rodzaju okazjach przypominana jest opinia Oskara Lange, że Ludwigowi von Misesowi socjaliści powinni wystawić pomnik za zmuszenie ich do przemyślenia problemu rachunku ekonomicznego w socjalizmie. Edward Łukawer (jeden z socjalistycznych polskich ekonomistów) we wspomnieniach o Langem napisał: „Trzeba z całym naciskiem podkreślić, że O. Lange potrafił w swoim rozumowaniu wykorzystać określone elementy – wrogich przecież! – opinii neoliberałów do zbudowania teoretycznej koncepcji mechanizmu funkcjonowania gospodarki socjalistycznej. Tym samym wprowadził on do analizy ekonomicznej szereg fundamentalnych kategorii, które przedtem przez marksistów nie były brane od uwagę. Nic więc dziwnego, iż O. Lange zauważył – oczywiście, pół żartem, pół serio – że w Centralnym Urzędzie Planowania jakiegoś państwa socjalistycznego należałoby wznieść pomnik L. Misesowi (chyba można tu też dodać G. Halma – E. Ł.) oraz wmurować tam tablice pamiątkowe dla F. Hayeka i L. Robbinsa.” (Edward Łukawer, ‘Oskar Lange’, Gospodarka Narodowa Nr 10/2005).

Nie wiem dlaczego Edward Łukawer twierdzi, że Lange powiedział to „pół żartem, pół serio”? (takaż to widocznie taktyka niektórych socjalistów by dezawuować osiągnięcia swoich przeciwników).  Wszak Lange opublikował to bardzo prestiżowym czasopiśmie, The Review of Economic Studies (część pierwszą ‚On the Economic Theory of Socialism’ opublikował w 1936 roku, a część drugą w 1937). Część pierwsza zaczyna się od wyrażenia podziękowań Misesowi za rzucone socjalistom wyzwanie i propozycją postawienia mu pomnika:

“Socjaliści z pewnością mają powody, aby być wdzięcznymi profesorowi Misesowi, ich wielkiemu advocatus diaboli. Bo to było jego potężne wyzwanie, które zmusiło socjalistów do uznania znaczenia odpowiedniego systemu rachunku ekonomicznego w celu ukierunkowania alokacji zasobów w gospodarce socjalistycznej. Co więcej, głównie z powodu wyzwań rzuconych przez profesora Misesa, wielu socjalistów uświadomiło sobie istnienie takiego problemu. I chociaż profesor Mises nie był pierwszym, który ten problem podniósł, jak również nie wszyscy socjaliści byli zupełnie nieświadomi tego problemu, to prawdą jest, że w szczególności na kontynencie europejskim (poza Włochami) zasługa tego, że socjaliści podjęli ten problem systematycznie go analizując, należy w pełni do profesora Misesa. Zarówno jako wyraz uznania dla jego wielkich dokonań i jako swego rodzaju memento o podstawowym znaczeniu dobrego rachunku ekonomicznego, posąg profesora Misesa powinien zajmować honorowe miejsce w wielkim hallu Ministerstwa Socjalizmu lub Centralnego Biura Planowania państwa socjalistycznego. Obawiam się jednak, że profesorowi Misesowi nie spodobałaby się ta propozycja, co wydaje się być jedynym odpowiednim sposobem na spłatę długu wobec niego przez socjalistów, i trudno go winić za to”.

Całość swoich rozważań podsumowuje Lange pisząc w zakończeniu części drugiej z estymą o Misesie:

„Wyzwanie jakie rzucił profesor Mises miało zbawienny wpływ, powodując to, że socjaliści zaczęli poszukiwanie bardziej satysfakcjonującego rozwiązania problemu, ale wielką prawdą jest też, że wielu z nich dowiedziało się o istnieniu tego problemu dopiero po rzuceniu tego wyzwania. Jak widzieliśmy, ci socjaliści, którzy nie zdają sobie sprawy z konieczności i ważności istnienia odpowiedniego systemu cen i rachunku ekonomicznego w gospodarce socjalistycznej, są zapóźnieni nie tylko w odniesieniu do obecnego stanu analizy ekonomicznej: nie korzystają nawet z wielkiego dziedzictwa doktryny marksistowskiej”.

Jörg Guido Hülsmann w biografii  Mises The Last Knight of Liberalism (Hülsmann, 2007, s. 782) odwołuje się do słów Oskara Langego i jego propozycji postawienia pomnika Misesowi. Jednakże w  dalszym opisie tej sytuacji  Hülsmann  popełnia wiele błedów pisząc, że: „Żadne państwo socjalistyczne nie było wystarczająco hojne, aby zrealizować tę sugestię, ale Uniwersytet Wrocławski postawił pomnik proponowany przez Oskara Langego i zachował go do naszych czasów, z pewnością jako pomnik trwałości jego przesłania”.

Po pierwsze nie chodzi o Uniwersytet Wrocławski (gdzie faktycznie pracuje grupa ludzi, zwolenników szkoły austriackiej, propagująca idee Misesa), ale o Uniwersytet Warszawski, który nie zainicjował zbudowanie pomnika Misesowi, a dostał popiersie Misesa w 1990 roku, kiedy to Polskę odwiedził George Koether, wielki propagator myśli Misesa. O tym wydarzeniu wspomina sam George Koether w wywiadzie zatytułowanym A Life Among Austrians, jaki udzielił w 2000 roku. Mając wtedy 92 lata Koether wspomina tę wizytę mówiąc: „Dziesięć lat temu przywiozłem brązowe popiersia Hayeka i Misesa do Europy. Cato Institute podarował popiersie Hayeka Rosjanom, a ja podarowałem popiersie Misesa Uniwersytetowi Warszawskiemu, gdzie stał na specjalnej wystawie książek Misesa, tuż za korytarzem prowadzącym do starego gabinetu socjalistycznego profesora Oskara Langego”.

George Koether (1907-2006) i jego żona Ilo, niemalże od początku pobytu Misesa w Stanach Zjednoczonych, byli bardzo bliskimi znajomymi, a potem przyjaciółmi  Ludwiga von Misesa i jego żony Margit (podobnie jak byli przyjaciółmi Murray i Joey Rothbardów). Koether zasłużył się szczególnie po śmierci Misesa. Nie tylko wspomagał Margit Mises w pisaniu jej wspomnień, potem opublikowanych pod tytułem My Years With Ludwig von Mises, ale jeździł po Ameryce i po świecie propagując postać i myśl Misesa. Jednym z elementów jego aktywności była jego wizyta w Europie w 1990 roku.

Historię popiersia Misesa potwierdził prof. Jerzy Wilkin, ówczesny prodziekan Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego. Prof. Wilkin przypomina sobie wizytę George Koethera na UW w 1990 roku, w pierwszym roku polskiej transformacji. Wtedy to Koether przywiózł z USA ciężkie popiersie Misesa i podarował je Uniwersytetowi Warszawskiemu, wspominając znane słowa Oskara Langego o potrzebie uznania wielkiej roli Misesa w rozwoju ekonomicznej myśli socjalizmu. Popiersie to przez kilka lat stało w bibliotece Wydziału Nauk Ekonomicznych UW. Jak powiedział mi w lutym 2015 roku ówczesny dziekan WNE UW, prof. Jan Jakub Michałek, popiersie Misesa leżało później bardzo  długo gdzieś zapomniane w magazynach wydziału, przypomniano siebie o nim kiedy odrestaurowywano gabinet Langego i uznano, że takim najodpowiedniejszym miejscem dla tego popiersia będzie właśnie gabinet Langego, że dobrze się będzie prezentował w otoczeniu oryginalnych, ciężkich, w czarnym kolorze, mebli tegoż gabinetu.

Tak się złożyło, że zorganizowane przez Łukasza Hardta i Jerzego Wilkina seminarium poświęcone filozoficznemu spojrzeniu na wybrane problemy teorii ekonomii, pt. Filozoficznie o ekonomii, odbyło się 21 listopada 2014 r. na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego, ul. Długa 44/50, Warszawa; w sali 408, w  dawnym gabinecie Oskara Langego. Kiedy wraz z uczestnikami tego seminarium wszedłem do tego pokoju, od razu auważyłem stojącą na biurku Oskara Langego statuę Misesa (zdjęcia poniżej).

 MisesStatua1

MisesStatua2

MisesStatua3

Przeglądając swoje archiwum, prof. Wilkin znalazł jeszcze inną ciekawostkę odnosząca się do Misesa. Okazało się, że w kopercie przesłanej do niego przez George Koethera znajdują się fotografie Misesa z jego seminarium na Uniwersytecie Nowojorskim z 1965 roku. Poniżej skany koperty i czterech zdjęć Misesa z tego seminarium.

 KopertaKoetherM

Mises1M

Mises2M

Mises3M

Mises4M

Są to zdjęcia o doskonałej jakości, mimo, że zrobione zostały ponad 50 lat temu. W dodatku, są to zdjęcia oryginalne, z pieczątką fotografa na odwrocie (autorem fotografii jest David Jarrett); mają więc swoją wartość artystyczno-historyczną.

Sebastian Stodolak w opublikowanym właśnie artykule pisze, że ‘Ekonomia czeka na swojego Lutra’. Wprawdzie w artykule tym Stodolak wspomina szkołę austriacką, Carla Mengera i Ludwiga von Misesa, ale nie w kontekście tego, że mogą być oni traktowani jako  ‘Lutrowie’. Wydaje mi się, że nie potrzeba nam nowego ‘ekonomicznego Lutra’, bo szkoła austriacka ze swoimi największymi przedstawicielami (poczynając od Carla Mengera, …) rozpoczęła już ‘Reformację ekonomiczną’. Na efekty musimy trochę poczekać. W przypadku Reformacji religijnej w szesnastym wieku, efekty też nie pojawiły się natychmiast wraz z radykalnym wystąpieniem Marcina Lutra w 1517 roku. Ten proces trwał kilkadziesiąt lat. Dzieło Ludwiga von Misesa, jego magnum opus Ludzkie działanie, opublikowane zostało w 1949 roku, w 1974 roku Friedrich von Hayek uhonorowany został nagrodą im. Alfreda Nobla z ekonomii. 

Tak jak napisałem, nie potrzeba nam w ekonomii Lutra (bo ten już jest, to szkoła austriacka), potrzeba nam Heraklesa, który te ‘ekonomiczne stajnie i obory Augiasza’ posprząta. Ma częściową rację Sebastian Stodolak kończąc swój artykuł głosem nadziei, że w krytycznym momencie naszych dziejów (który z pewnością nadejdzie) będzie „istniał już ratunek w postaci nowych, zrewidowanych podręczników ekonomii i znających oraz rozumiejących je decydentów”. Napisałem ‘częściową rację’, bo takie podręczniki już są, tylko, że jak dotychczas ‘nie trafiły pod strzechy’. Myślę tutaj np. o (przetłumaczonych na polski) książkach (podręcznikach) Thomasa Sowella, oraz o Logice ekonomii, Marka Skousena. Trochę na ten temat w artykule, który napisałem na prośbę śp. Marcina Winiarskiego, pt. Czy podręczniki ekonomii muszą być tak bardzo podobne do siebie?.

Ja czekam raczej na ekonomicznego Heraklesa, aniżeli na ekonomicznego Lutra.

Kilka tygodni temu poproszono mnie bym napisał wstęp do raportu Centrum im. Adama Smitha Ile zapłacimy za kawę? Dynamika i perspektywy cen kawy. Napisałem tam też o pewnych rynkowych mechanizmach tworzenia się ceny. Myślę, że może to być interesujące nie tylko dla tych, którzy myślą o tym ile będzie ich kosztowała codzienna filiżanka małej czarnej. Na koniec tego wstępu pozwoliłem sobie na alternatywną prognozę cen kawy. Za kilka lat okaże się czy miałem rację?

 Mechanizmy rynkowe odgrywają istotną rolę w bardzo złożonym procesie produkcji i dystrybucji kawy. „By pić kawę, nie muszę być właścicielem plantacji kawy w Brazylii, parowca oceanicznego i palarni kawy, mimo, że te wszystkie środki produkcji muszą zostać wykorzystane, by na mój stół trafiła filiżanka kawy. Wystarczy, że inni posiadają te środki produkcji i wykorzystują je dla mnie. W społeczeństwie, w którym istnieje podział pracy, nikt nie jest wyłącznym właścicielem środków produkcji… Wszystkie środki produkcji służą wszystkim ludziom biorącym udział w wymianie rynkowej” (Ludwig von Mises, Socjalizm, Warszawa: Arkana, 2009, Tłumaczenie Stefan Sękowski, str. 36-37; org. Die Gemeinwirtschaft: Untersuchungen uber den Socialismus, 1932).

Niels Bohr powiedział podobno, że „prognozowanie jest trudne, zwłaszcza wtedy gdy dotyczy przyszłości”. Ze wszystkich prognoz te odnoszące się do cen wydają się być szczególnie trudne. Z teorii zawartej w podręcznikach ekonomii wydawałoby się, że ustalenie ceny jakiegoś dobra jest stosunkowo proste, bo cena wynika ze zrównoważenia popytu i podaży. Jeśli pozostalibyśmy przy tym podejściu do prognozowania cen to niewiele odeszlibyśmy od dosyć pogardliwej opinii Thomasa Carlyle (1795-1881), który obserwując dyskusje współczesnych mu ekonomistów wyraził się: „Naucz papugę co to jest podaż i popyt a otrzymasz ekonomistę”.

Ustalenie ceny na rynku jest na ogół wynikiem współgrania wielu czynników w tzw. grze rynkowej. Czynniki te mogą mieć naturę subiektywną i obiektywną. Jednym z pierwszych, który zwrócił uwagę, że w ustaleniu się ceny na rynku odgrywają rolę nie tylko czynniki obiektywne (jak np. koszty), ale też subiektywne, był żyjący w XIII wieku franciszkanin Pierre de Jean Olivi (1248-98). Pisał on, że na cenę jakiegoś dobra mają wpływ trzy czynniki: rzadkość tego dobra (raritas), jego użyteczność (virtuositas), oraz chęć posiadania tego dobra przez kupującego (complacibilitas).

Rzadkość dobra dałoby się skwantyfikować i oszacować, np. poprzez policzenie wielkość podaży i popytu na to dobro i powiedzenie, że im większa różnica pomiędzy popytem a podażą, tym dobro jest rzadsze. Dwa pozostałe czynniki zawierają jednak w sobie bardzo duży element subiektywnej oceny kupującego, jak i sprzedającego. Jak zmierzyć użyteczność? Pomimo wielu wysiłków intelektualnych do dzisiaj nie stworzono sposobu pomiaru użyteczności, mimo, że niekiedy zaproponowano już nazwę jednostek pomiaru tej użyteczności, np. utile czy hedony. To czy dane dobro jest mniej lub bardziej użyteczne wynika w dużej mierze z subiektywnej oceny kupującego i sytuacji w jakiej się znajduje (woda będzie bardziej użyteczna na pustyni niż na lodowcu, natomiast puchowa kurtka bardziej przydatna na lodowcu niż na pustyni). Trzeci czynnik, chęć posiadania, jest już całkiem subiektywny w swej ocenie. Tutaj element gry jest najbardziej widoczny. Wyobraźmy sobie kobietę zainteresowaną kupnem sukienki na targu (np. arabskim, albo na Hali Targowej we Wrocławiu). Etykiet z cenami na sukienkach i bluzkach tam nie zauważymy. Z reguły szukająca sukienki pyta się sprzedającego, ile ona kosztuje. Ten zwykle obserwuje zachowanie się klientki, patrzy jej prosto w oczy i ocenia na ile klientka pragnie mieć tę sukienkę. Jeśli widzi w jej oczach wręcz pożądanie to zaoferowana cena może być bardzo wysoka, jeśli natomiast widzi obojętność to można się spodziewać, że zaoferuje znacznie niższą cenę.

Propozycja Olivi była rozwijana i uzupełniana w następnych wiekach. Podajmy tylko jeden przykład. Luís Saravia de la Calle Verońese w Instrucción de mercaderes (1544) uznał, że cena powstaje w wyniku interakcji pomiędzy użytecznością i popytem rynkowym a rzadkością podaży: „sprawiedliwa cena jest wynikiem obfitości lub rzadkości dóbr, kupców i pieniędzy; jak było powiedziane, nie wynika ona z kosztów, rodzajów pracy czy ryzyka. Jeśli musielibyśmy rozważać pracę i ryzyko po to, by ustalić sprawiedliwą cenę, żaden kupiec nie ponosiłby strat, a takie kwestie jak obfitość lub rzadkość dóbr i pieniędzy nie wchodziłyby w nasze rozważania”. Próby opisu tego, jak ustalane są ceny na rynku są kontynuowane obecnie przez ekonomistów szkoły austriackiej, poczynając od Carla Menera w końcu XIX wieku, poprzez Eugen von Böhm-Bawerka, Ludwiga von Misesa, Friedricha von Hayeka w wieku XX, a na współczesnych, coraz liczniejszych, ekonomistach szkoły austriackiej kończąc.

Czynników wpływających na ustalenie się ceny jakiegoś dobra (produktu) może być naprawdę wiele. Wymieńmy kilka innych niż te wspomniane wcześniej: sposoby dystrybucji danego dobra (kanały dystrybucyjne), wielkość środków przeznaczonych na reklamę i promocję, styl produktu (designu, jak to coraz częściej nazywane jest w Polsce), ale też ceny innych dóbr (substytucyjnych lub komplementarnych do danego dobra), ich sposoby dystrybucji i reklamy, wiele zmiennych makroekonomicznych jak np. dochód konsumentów (kupujących), gusty, preferencje kupujących, oczekiwania kupujących dotyczących przyszłego poziomu cen, koszty uzyskania kredytu (stopy oprocentowania), polityka rządu, zmiany demograficzne, warunki pogodowe.

Nie inaczej jest z ustalaniem ceny kawy na rynkach światowych. Te trzy elementy wskazane przed Olivi kilkaset lat temu nadal odgrywają istotną rolę. Cena kawy na rynkach światowych wynika z rzadkości kawy na tych rynkach, zmieniających się gustów i przyzwyczajeń konsumentów (widoczne np. w zróżnicowanych elastycznościach cenowych popytu – popyt na kawę jest znacznie mniej elastyczny w społeczeństwach tradycyjnie pijących kawę, jak USA, Włochy, czy Portugalia, oraz bardziej elastyczny w innych, gdzie np. herbata jest napojem tradycyjnym, np. Chiny czy Japonia (ale i tam widać pewne wyraźne zmiany w tym względzie w ostatnich dekadach). Stąd też wynikają tak duże różnice w cenach kawy w różnych krajach, oraz obserwowane długookresowe trendy w niektórych krajach (także w Polsce).

Tego typu zjawiska widoczne są także w danych przedstawionych w tym raporcie. Teoria ekonomii wskazuje, że ceny spełniają trzy podstawowe funkcje, mianowicie: informacyjną, są bodźcem do efektywnego działania (zachęcają do wykorzystywania najtańszych metod produkcji oraz pozwalają jednocześnie na wykorzystywanie zasobów w sposób najodpowiedniejszy), oraz umożliwiają sprawiedliwy podział dochodów (redystrybucja). Te dwie pierwsze funkcje (informacyjna i bodźcowa) są szczególnie widoczne w przypadku procesu produkcji i dystrybucji kawy. Widać to choćby na zaprezentowanym w tym raporcie wykresie obrazującym zmiany cen kawy gatunku arabica od lat 70. XX wieku do 2016 roku (patrz Rys. 6. str. 14 tego raportu). Od razu rzuca się w oczy to, że co parę lat ceny tego gatunku kawy na rynkach światowych rosną niezmiernie szybko i bardzo dużo. Cena arabiki potrafi wzrosnąć dwukrotnie, a niekiedy nawet trzykrotnie, w przeciągu paru miesięcy, lub nawet paru tygodni. Spowodowane to jest najczęściej zjawiskami losowymi jak np. przymrozkami w Brazylii, czy chorobami (zaraza w 2012 roku w Ameryce Centralnej). Zadziwiające jest jednak to jak szybko reagują producenci kawy i zwiększają jej podaż (poprzez ratowanie i odbudowę plantacji), czego efektem jest stosunkowo szybki spadek ceny kawy.

Na koniec tego krótkiego wstępu pozwolę sobie na dokonanie (spekulatywnej) prognozy ceny kawy na następnych parę lat. Poniżej prezentuję wspomniany wykres zmian cen kawy, zapożyczając go ze str. 14 tego raportu. Uzupełniłem go liniami tendencji zmian cen kawy gatunku arabika w pewnych wybranych okresach (linie czerwone).

 kawa wykres

* w centach za funt (funt to ok. 0,45 kg)
Źródło: Stooq.pl, ceny kontraktów kawy Coffee ‚C’ Future (KC.F)
Źródło: Tradingeconomics.com

 

Jeżeli prognoza cen kawy zaprezentowana w tym raporcie może być nazwana „analizą fundamentalną”, bo opiera się na analizie realnych procesów, to moja propozycja może być nazwana „analizą techniczną”. Zielonymi elipsami zaznaczyłem dwa specyficzne okresy (przełom lat 70. i 80. XX wieku, oraz ostatnie lata, od 2012 roku). Charakter zmian w obu okresach jest podobny. Zatem można sądzić, że przez następne cztery lata (do 2021) roku możemy spodziewać się powolnego wzrostu ceny kawy gatunku arabika, do ok. 190 centów za funt kawy, oraz radykalnego jej wzrostu w latach 2021-2022 r. (spowodowanego najprawdopodobniej przymrozkami w Brazylii). Można szacować ten szybki wzrost do ok. 300 centów za funt. W 2022 roku cena kawy powinna spaść do 100-120 centów za funt. Ponownego wzrostu cen (swoiste echo wzrostu z 2021 roku) można spodziewać się ok. 2025 roku, wzrost ten będzie jednak znacznie mniejszy (szacunkowo do ok. 200 centów za funt). W 2027 roku ceny zaczną szybko spadać do ok. 110 centów za funt, by potem, przez następne parę lat, powoli rosnąć.

Wszystkich pragnących poznać podstawowe zasady ekonomii, ale także tych będących z ekonomią za pan brat, zachęcam do przeczytania książki Faustino Ballvé ‘Elementarz ekonomii – zwięzłe omówienie podstawowych reguł i doktryn’, która  właśnie została opublikowana przez Fijorr Publishing.

Elementarz ekonomii okladka

Jak napisałem we wstępie do polskiego wydania: Elementarz ekonomii to niezwykła książka niezwykłego autora. Przyznam, że książka ta umknęła mojej uwadze i dowiedziałem się o niej stosunkowo niedawno, a uważnie przeczytałem ją dopiero kilka miesięcy temu. Pocieszyć się mogę tym, że nie jestem jedynym, który powinien się do tego przyznać. To nieprawdopodobne, że ta skromna rozmiarami – za to wielka, jeśli chodzi o treść – książeczka praktycznie nie została zauważona przez ekonomistów. Nie mówię tutaj tylko o ekonomistach tzw. głównego nurtu w ekonomii, ale także ekonomistach związanych z nurtem liberalnym, wolnorynkowym, w tym ekonomistach szkoły austriackiej. Podejście, jakie zastosował Faustino Ballvé, opisując podstawowe zasady ekonomii, wpisuje się w tradycję twórcy szkoły austriackiej Carla Mengera oraz jej największego przedstawiciela w XX wieku, Ludwiga von Misesa. Ballvé pisze z pasją i zacięciem, a wiele ważnych problemów ekonomicznych, które przez innych autorów przedstawiane są w sposób, że tak powiem, nudnawy, u niego nabierają nowego wymiaru, czyta się o nich z zaciekawieniem.

Niekiedy styl i sposób prezentacji Ballvé powodują, że książkę pochłania się wręcz z „wypiekami na twarzy”. Ośmielę się twierdzić, że powinna ona zająć miejsce na półce z książkami obok Ekonomii w jednej lekcji Henry’ego Hazlitta, Zasad ekonomii Carla Mengera i Ludzkiego działania Ludwiga von Misesa. Ballvé, w dziesięciu krótkich rozdziałach, wyjaśnia czytelnikowi co jest przedmiotem analizy ekonomicznej, jak działają rynki, czym zajmują się przedsiębiorcy oraz jaka jest ich rola w życiu społecznym i gospodarczym, jak przepływa dochód z czynników produkcji, jakie funkcje spełniają pieniądze i kredyt, jak wpływają one na powstawanie cykli koniunkturalnych oraz jakie niebezpieczeństwa tkwią w protekcjonizmie, nacjonalizmie, socjalizmie i interwencjonizmie.

Zwykle osobom rozpoczynającym studiowanie ekonomii – i tym zainteresowanym poznaniem „prawdziwej ekonomii” – tradycyjnie polecam najpierw Ekonomię w jednej lekcji Henry Hazlitta, Wolny wybór Miltona Friedmana, Ja, ołówek Leonarda E. Reada i Zapomnianego człowieka Williama G. Sumnera. Teraz z ogromną przyjemnością będę mógł polecić przeczytanie Elementarza ekonomii Faustino Ballvé, i to polecić od razu na początku, a potem dopiero przejść do Hazlitta, Friedmana i innych bardziej zaawansowanych publikacji takich autorów, jak np.: Mark Skousen, Thomas Sowell, Gene Callahan, Carl Menger, Ludwig von Mises, Murray Rothbard, Israel Kirzner, Steven G. Horwitz (i wielu innych). Milton Friedman na koniec wykładu, który wygłosił 21 marca 1985 roku na Trinity University (San Antonio, Texas, USA), opisując swoją drogę do ekonomii i swoje rozumienie ekonomii, powiedział: „Ekonomia jest fascynującą dyscypliną, a najbardziej fascynujące jest w niej to, że prostota jej fundamentalnych zasad pozwala w sposób zrozumiały dla każdego zapisać je na jednej stronie, a mimo to niewielu je rozumie”. Kiedy Faustino Ballvé pisał swoją książkę na początku lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku, nie mógł znać tej opinii Friedmana. Jego Elementarz ekonomii jest jednak doskonałym przykładem ilustrującym to przesłanie późniejszego noblisty. W dziesięciu krótkich rozdziałach Ballvé pokazał, że te fundamentalne zasady ekonomii są naprawdę proste. Pozostaje mieć nadzieję, że dzięki jego książce ich zrozumienie będzie powszechne i to friedmanowskie stwierdzenie: „a mimo to niewielu je rozumie” przestanie być prawdziwe. Dwadzieścia lat temu Mark Skousen dosyć literalnie zrozumiał przesłanie Friedmana i spisał podstawowe zasady ekonomii dokładnie na jednej stronie (‘Economics in One Page’, The Freeman, Ideas On Liberty, 01.01.1997). Zawarte tam szesnaście punktów to hasłowe przedstawienie podstawowych zasad ekonomii i racjonalnej polityki gospodarczej. Propozycja Skousena może być potraktowana nie tylko jako swego rodzaju ciekawostka, ale też jako dobry materiał podsumowujący semestralny wykład o podstawach ekonomii (co często czynię na swoich wykładach i przedstawiam tę propozycję Skousena na ostatnich zajęciach kursu ekonomii). Warto jednak podkreślić, że brak jest w tej propozycji Skousena jakiejkolwiek argumentacji odnośnie tych zasad. Ballvé, oprócz ich przedstawienia, w perfekcyjny sposób argumentuje, dlaczego – jako uczestnicy życia gospodarczego (zarówno konsumenci, jak i producenci) – powinniśmy je uznać za powszechnie obowiązujące. Osiągniecie Faustino Ballvé wydaje się być wręcz nieprawdopodobne, bo w tej krótkiej książce, tym elementarzu ekonomii, oferuje on cudowną kombinację szerokości spojrzenia i zwięzłości prezentacji. Oprócz wspomnianej wcześniej argumentacji odnośnie istotności podstawowych zasad ekonomii, znajdujemy w niej opisy ich intelektualnych historii i korzeni ich powstania, ale też wiele przykładów zastosowania ich w gospodarczej rzeczywistości. Ballvé w bardzo przekonujący sposób pokazuje jakie mogą być konsekwencje łamania tych zasad oraz ich nieobecności w codziennym życiu jednostek i całych społeczeństw.

Czytając Elementarz Ballvé (*) należy być świadomym, że jego pierwsze wydanie miało miejsce w 1956 roku. Warto o tym pamiętać i mieć to na uwadze, aby – po pierwsze – docenić to iż, pomimo upływu ponad sześćdziesięciu lat od pierwszego wydania, tekst brzmi bardzo współcześnie, nic a nic się nie zestarzał. Po drugie, należy podziwiać przenikliwość i zdolność przewidywania Faustino Ballvé. Już w połowie XX wieku zwrócił on uwagę na ułomność podejścia matematycznego i ekonometrii w analizie procesów gospodarczych. Można także powiedzieć, że już w latach 50. opisał on intensywny rozwój globalizacji do stanu, jaki znamy obecnie. Podobnie jest z jego dyskusją na temat nierówności, kiedy wchodzi w polemikę z Williamem A. Lewisem. Gdyby w tych fragmentach Elementarza ekonomii zamiast nazwiska W. A. Lewisa wstawić nazwisko Thomasa Piketty’ego, polemika ta byłaby bardzo aktualna i można byłoby ją uznać za polemikę z opublikowanym w 2013 r. Kapitałem w XXI wieku Piketty’ego.

Jakże trafna jest analiza Ballvé odnośnie gospodarki centralnie zarządzanej (planowanej), zarówno w sferze diagnozy, jak i prognozy („Polityka centralnego zarządzania jest logicznie niespójna i mimo prestiżu, jakim nadal się cieszy, jej bankructwo jest tylko kwestią czasu” – str. 156–157). Podobnie proroczy jest postulat Faustino Ballvé, że „ważne jest oczyszczenie ekonomii z klasycznego mitu człowieka racjonalnego – homo oeconomicus” oraz jego uwaga odnośnie egoizmu: „Nie ma wątpliwości co do tego, że człowiek jest istotą egoistyczną. Taka jego dola, gdyż żaden inny model egzystencji nie jest dla niego możliwy. Jako ludzie działamy zgodnie z instynktem samozachowawczym. Ale egoizm to nie to samo co chciwość czy zachłanność. Egoizm jest po prostu pragnieniem szczęścia. Szczęście zaś nie zawsze wiąże się z posiadaniem dóbr materialnych” (str. 164).

Bardzo podoba mi się metafora z winem, którą Ballvé przedstawia, dyskutując nad problemem inflacji i wydatków państwa (str. 88–89): „Proces ten porównać można do rozcieńczania wina wodą. Rząd dolewa wody do wina obywateli, a następnie przywłaszcza część rozcieńczonego trunku dla siebie. Tym sposobem finansuje swoje wydatki (…). W rzeczywistości wszystkie te wydatki pokrywane są z części dobrego wina, które rząd odebrał obywatelom. A to dlatego, że dolewając do niego wodę, a następnie zagarniając dla siebie powstałą nadwyżkę, rząd zostawia obywateli z tą samą ilością „wina”, jednak o słabszej konsystencji – część pełnowartościowego wina zostaje więc społeczeństwu skradziona. (…) Tym sposobem rządy arbitralnie przywłaszczają część owoców produktywnych wysiłków własnych obywateli (…). W rzeczywistości w rezultacie takiej polityki najbardziej pokrzywdzeni zostają ludzie ubodzy”. Zawsze powtarzam przy wszelkiego rodzaju okazjach (a zwłaszcza studentom), że rozumienie mechanizmów funkcjonowania gospodarki daje mnóstwo satysfakcji i choćby dlatego warto interesować się ekonomią. Ważnym, praktycznym wymiarem znajomości ekonomii jest to, że jest ona obecna i potrzebna nam stale, codziennie, w naszym życiu. Poznanie zasad funkcjonowania gospodarki i jej mechanizmów nie tylko pozwala nam na podejmowanie lepszych, trafniejszych decyzji, ale czyni nasze życie pełniejszym, szczęśliwszym. Jestem przekonany, że zapoznanie się z ideami przedstawionymi w tej książce będzie ważnym krokiem w kierunku zrozumienia mechanizmów funkcjonowania gospodarki i uczynienia jej czytelników szczęśliwszymi.

(*) Intencjonalnie użyłem określenie ‘Elementarz Ballvé’ by zabrzmiało to podobnie jak ‘Elementarz Falskiego‘ , z którego uczyłem się pisać i czytać, kiedy zacząłem chodzić do szkoły podstawowej w 1959 roku.  Elementarz Falskiego sprawdzał się przez wiele pokoleń jako doskonała metoda uczenia dzieci pisania i czytania. Mam nadzieję, że Elementarz Ballvé spełni podobną rolę w nauczaniu ekonomii.

 

Kapitalizm uczy poszanowania własności prywatnej, docenienia wolności, postawy odpowiedzialności i wzajemnego zaufania. Powrót do tych wartości w świecie Zachodu wydaje się jedyną drogą odzyskania i utrzymania pozycji lidera zmian i stałej budowy dobrobytu indywidualnego, a przez to dobrobytu społecznego.

Myślę, że dzisiaj 9 listopada 2016 r. szczególnie należy wspomnieć o korzeniach kapitalizmu.  W zeszłym roku, z okazji XX rocznicy powstania Towarzystwa Ekonomistów Polskich śp. Jan Winiecki poprosił mnie bym napisał esej pt. „Kapitalizm – jedyny system ekonomiczny w historii, który wyciągnął ludzkość z biedy”. Esej ten ma być opublikowany w książce po-konferencyjnej, która nadal jest w przygotowywaniu do publikacji. Wersja robocza tego eseju dostępna jest tutaj. Poniżej załączam jego zakończenie:

Czy próba obalenia mitu, że kapitalizm i „wolny rynek” odpowiadają za nieszczęścia dawnych i współczesnych społeczeństw udała się? Z pewnością można byłoby podać jeszcze wiele argumentów na rzecz kapitalizmu, ale jednocześnie należy być świadomym, że – jak zwykle w przypadku  każdej strony ludzkiego bytu – nie jest to system idealny. Kapitalizm ma też wiele negatywnych stron, nie one jednak dominują. Ważne jest, że w trakcie rozwoju kapitalizmu te negatywne strony stają się coraz mniej liczne. Kapitalizm ma moc adaptacyjności i samonaprawy. Co najważniejsze, wbrew opinii przeciwników, w centrum systemu kapitalistycznego jest człowiek i troska o jego byt oraz zadowolenie. Ma rację Ayn Rand, kiedy nazywa kapitalizm „nieznanym ideałem” i zgodzić się trzeba z jej opinią, że:

 „Nawet gdyby w ogóle nie było kapitalizmu, każdy uczciwy humanista powinien starać się go wymyślić. Kiedy jednak widzicie ludzi, którzy za wszelką cenę usiłują nie dostrzegać jego istnienia, kłamać na temat jego natury, niszczyć jego pozostałości – jednego możecie być pewni: jakiekolwiek mają motywy, nie znajdziecie wśród nich miłości do człowieka.” (Rand 2013, 219).

Korea Północna i Korea Południowa to dwa diametralnie różne światy. Yeonmi Park uciekła z Korei Północnej (najpierw do Chin, potem do Korei Południowej, a obecnie mieszka w Stanach Zjednoczonych). Na podstawie swoich doświadczeń napisała książkę Przeżyć. Droga dziewczyny z Korei Północnej do wolności (Park, Vollers 2015). W grudniu 2015 roku ukazał się w Polsce wywiad z nią (Park 2015). Warto przeczytać go w całości; tutaj pozwolę sobie zacytować jedynie fragment odnoszący się do kapitalizmu.

Jesteś wolna?

– Teraz tak, ale nie było łatwo się do tego przyzwyczaić. Wolność jest trudna. Najpierw musiałam się uwolnić emocjonalnie – zrozumieć, że Kim Dżong Il nie jest bogiem, że Amerykanie nie nienawidzą Koreańczyków, że Korea Południowa nie jest skolonizowana przez USA, że w innych krajach nie ma głodu. Nie znałam tutejszych zwyczajów, nie rozumiałam, co mówią ludzie, w co wierzą. Nie znałam znaczenia słowa „miłość” – w Korei Północnej można kochać tylko przywódcę. Gdy zasypiałam, powracały koszmarne wspomnienia. Nawet w środku dnia zastanawiałam się, czy naprawdę jestem w Korei Południowej. Ciągle się szczypałam, do krwi, żeby uwierzyć. …

Podoba ci się kapitalizm?

– Uwielbiam go! Najbardziej zachwyca mnie wolność słowa. Ile tu jest książek, ile zawodów! Nigdy wcześniej nie widziałam dziennikarza, nie miałam w ręku niezależnej gazety. Nie wiedziałam, że można mieć własne zdanie – w Korei Północnej tylko przywódcy mają zdanie. Tam można stracić życie za nieostrożną wypowiedź, za obejrzenie niewłaściwego filmu. Tutaj państwo i system prawny chronią ludzi. A gdy zechcę, mogę wyjechać do innego kraju. To raj.

Masz wybór.

– Tego też musiałam się nauczyć. Nigdy nie uczono mnie krytycznego myślenia, nie potrafiłam dokonywać przemyślanych wyborów. Jak wybrać ryż z 15 gatunków w supermarkecie? Trzeba przez cały czas myśleć. To męczące.”

 Na początku tego eseju przedstawiłem opinie krytyczne wobec kapitalizmu, w których autorzy oskarżali kapitalizm za kreowanie biedy. Czytając wywiad z Yeonmi Park zadałem sobie pytanie, co ci krytycy kapitalizmu pomyśleliby, gdyby przeczytali jej książkę  i wywiad z nią. A może warto byłoby zaaplikować im (w ramach eksperymentu) przeżycie np. roku w Korei Północnej i potem powrót do życia w kapitalizmie? Może wtedy odpowiedzieliby tak jak powiedziała Yeonmi Park: „Uwielbiam kapitalizm”.

System polityczno-gospodarczy większości krajów Zachodu przeżywa kryzys. Coraz trudniej uznawać system ten za prawdziwy system kapitalistyczny. Pojawiają się pytania, czy Zachód straci swoją pozycję lidera zmian globalnych? Nie mam miejsca tutaj na pogłębioną analizę tego pytania, dlatego pozwolę sobie jedynie na krótkie stwierdzenie, że Zachód na pewno straci pozycję lidera, jeśli nie powróci do korzeni swojego sukcesu (o czym pisałem wcześniej w tym eseju), a symbolem niech będzie postawa kapitana Prestona, weterana wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej (za Woods, 2007; wyróżnienie kursywą moje – WK):

„W 1842 roku sędzia Mellen Chamberlain pytał 91-letniego kapitana Prestona, weterana bitwy pod Concord, dlaczego ten walczył przeciwko Brytyjczykom.

Chamberlain: Czy chwycił pan za broń z powodu zbyt dużego ucisku?

Preston odpowiedział, że nigdy nie odczuwał ucisku.

Chamberlain: Czy przyczyną była ustawa stemplowa?

Preston: Nigdy nie widziałem żadnego z tych stempli.

Chamberlain: Podatek herbaciany?

Preston znowu odpowiedział, że nie.

Chamberlain: Czytał pan Johna Locke’a i innych teoretyków wolności?

Preston: Nigdy o nich nie słyszałem. Czytaliśmy tylko Biblię, katechizm, psalmy i hymny Wattsa oraz almanach.

Chamberlain: Dlaczego więc pan walczył?

Preston: Młody człowieku, ruszyliśmy na nich dlatego, że zawsze o sobie decydowaliśmy i tak miało być na zawsze, a oni uważali inaczej.”

Kapitalizm został zbudowany dzięki takiej postawie, jaką reprezentuje kapitan Preston, ale jednocześnie kapitalizm uczy poszanowania własności prywatnej, docenienia wolności, postawy odpowiedzialności i wzajemnego zaufania. Powrót do tych wartości w świecie Zachodu wydaje się jedyną drogą odzyskania i utrzymania pozycji lidera zmian i stałej budowy dobrobytu indywidualnego, a przez to dobrobytu społecznego.

‘Wiedzący lepiej’ urzędnicy z Unii Europejskiej wszczęli w 2009 roku procedurę ograniczania sprzedaży i używania tradycyjnych żarówek edisonowskich – najpierw tych o dużej mocy powyżej 100W, potem co roku sukcesywnie mniejszych 75W, 60W i 25W. Teraz zgodnie z prawem żarówek takich nie można już sprzedawać w handlu detalicznym. Tradycyjnie nazywamy ją żarówką edisonowską, bo to Edison po opatentowaniu tej żarówki w 1879 r. w USA, rozpoczął jej masową produkcję, a stworzona przez niego firma United States Electric Lighting Company (obecnie General Electric) rozpoczęła proces elektryfikacji (na początku dolnego Manhattanu, a potem innych miast Stanów Zjednoczonych).  Warto jednak wspomnieć, że prace nad wykorzystaniem włókna węglowego do żarzenia się w próżni prowadzone były od 1838 roku, pierwsze praktyczne wykorzystanie żarówki z włóknem ze zwęglonego bambusa było dziełem Heinrich Göbel’a w 1854 r, a Joseph Wilson Swan uzyskał dwa brytyjskie patenty w 1860 i 1878 roku na świecące włókno węglowe w bańce próżniowej oraz na pierwszą nadająca się do praktycznego wykorzystania żarówkę.

Ten edisonowski system oświetlenia funkcjonował całkiem dobrze przez 140 lat.  Tradycyjne żarówki wprawdzie nie były energetycznie najsprawniejsze, ale dawały ciepłe, przyjemne, żółtawe światło i szybko dochodziły do maksymalnej światłości. Ten kto myślał w kategoriach oszczędzania i uznał, że zalety tradycyjnej żarówki nie są konieczne, instalował świetlówki, lampy rtęciowe, czy halogeny.

Piekło jest wybrukowane dobrymi intencjami. Urzędnicy UE wprowadzili zakaz używania żarówek z zamiarem zmniejszenie zużycia energii elektrycznej i ograniczenia emisji CO2 (by chronić klimat i tzw. naturalne środowisko).  Obecnie – przynajmniej teoretycznie – zwykłe żarówki w sklepach nie powinny być dostępne.  Ludzie kiedy mają poczucie, że  jakieś wymyślane przez urzędników zasady są wbrew ich korzyściom starają się znaleźć wyjście z tej sytuacji (nawiasem mówiąc Polacy są chyba w tym względzie jednymi z najsprytniejszych – co wynika chyba z zaszłości historycznej i tych 123 lat niewoli – szczęściem, i jednocześnie nieszczęściem, jest to co historycznie tkwi w nas bardzo głęboko: zasada ‘prawo jest po to by je omijać’).   

Pojawiły się zatem w handlu „artykuły świetlne” dozwolone warunkowo, albo po prostu sprytnie omijające unijne prawo. Sama UE zezwoliła na sprzedaż żarówek 100-watowych pod nazwą „lamp do celów specjalnych” – pod warunkiem, że na opakowaniu umieszczone zostanie wyraźne ostrzeżenie, iż produkt „nie nadaje się do oświetlenia pomieszczeń domowych” (musieli to zrobić, bo w wielu halach fabrycznych gdzie funkcjonują urządzenia rotujące (np. obrabiarki) trzeba instalować tradycyjne oświetlenie ze względu na efekt stroboskopowy). Producenci i handlowcy, oferują żarówki „specjalistyczne, wstrząsoodporne, przemysłowe”. Teoretycznie mają one służyć jedynie do oświetlania np. kopalnianych sztolni czy hal fabrycznych, ale w praktyce każdy może zastosować je w domu. (Już wyobrażam sobie te armie urzędników kontrolujących czy w domach nie mamy czasem zainstalowanych tradycyjnych żarówek). Edisonowskie żarówki można także kupić jako grzejniki elektryczne, dające „tylko przy okazji” miły, żółtawy blask. By choć trochę wydłużyć możliwość sprzedaży tradycyjnych żarówek, kiedy zakazano sprzedaży żarówek 100 W, producenci pisali na opakowaniu, że żarówka ma 99W,  kiedy zakazano sprzedaży żarówek 60W pisali, że żarówka ma 59W.   

Zamiast tradycyjnych żarówek, musimy kupować te energooszczędne, ale o wiele droższe: lampy halogenowe, fluorescencyjne oraz diodowe (LED).  Nie mam czasu by dłużej to opisać, ale wiele wskazuje na to, że ta energooszczędność w wielu wypadkach jest tylko pozorna. Żarówki tzw. „ekologiczne”, tak naprawdę bywają groźne dla środowiska.  Przykładowo świetlówki rtęciowe zawierają śmiertelną truciznę jaką jest rtęć. Badania opublikowane pod koniec 2010 roku w Environmental Science and Technology wykazują, że diody LED zawierają ołów, arsen i kilkanaście innych substancji potencjalnie niebezpiecznych, w tym metali ciężkich, które mogą powodować raka. Klasyczna, edisonowska żarówka to trochę metalu i szkła oraz cienkie włókno z trudno topliwego wolframu – w otoczce szlachetnego gazu, na przykład argonu. Jej utylizacja to żaden problem i bardzo niewielki koszt.  

Dlaczego o tym wszystkim się rozpisuję?

Na szczęście oficjele rządowi nie zakazali badań nad tradycyjną żarówką!  Okazało się, że naukowcy z Nanoengineering Group, Massachusetts Institute of Technology (MIT) pracowali nad poprawą efektywności tradycyjnych żarników i niedawno, 11 stycznia 2016 opublikowali na łamach Nature Nanotechnology artykuł pod tytułem: ‘Tailoring high-temperature radiation and the resurrection of the incandescent source’ (co w luźnym tłumaczeniu znaczy „Przystrzyżenie promieniowania wysokotemperaturowego i wskrzeszenie oświetlenia żarowego”). Pisał o tym The Telegraph i Dezeen.

Naukowcy z MIT pokazali, że otaczając włókno żarowe specyficzną strukturą krystaliczną, wymuszają proces samowzmocnienia się generowania światła i zmniejszenia strat cieplnych. Uważają oni, że nowe żarówki mogą osiągnąć 40 procentowy poziom wydajności (czyli ok. dziesięciokrotnie więcej niż produkowane tradycyjną technologią). Byłoby to zatem kilkukrotnie większa efektywność zamiany energii elektryczność na światło aniżeli jest to w świetlówkach czy LED’ach.

Naturalnym pytaniem jest, jak szybko ta nowa technologia może być skomercjalizowana i podjęta może być produkcja masowa tych ‚nowych, tradycyjnych żarówek’?

 Jako konsumenci i producenci, miejmy zatem możliwość samodzielnego decydowania co chcemy kupować i co chcemy produkować. Do jednych celów użyteczne są świetlówki, czy LEDy, do innych tradycyjne żarówki. Konkurencja pozwoli na usprawnianie wszystkich typów generowania światła, oraz wymyślanie nowych sposobów oświetlania, a wszytko  z pożytkiem dla klientów (konsumentów).

A celem powinno być osiągnięcie efektywności przetwarzania różnych źródeł energii (np. elektryczności, ale też np. chemicznej ) na światło na poziomie organizmów biologicznych, np. robaczków świętojańskich (świetlików), które podobno mają efektywność 98 procentową (czyli jedynie 2% zużytej energii tracą na generowanie ciepła).

Pracując nad artykułem o ‚Wyjątkowości rozwoju gospodarczego Europy Zachodniej i jej drodze do kapitalizmu’ przyjrzałem się mapom średniowiecznej Europy. Zrobiłem to w kontekście przekonania, że jednym z ważnych elementów tej wyjątkowości jest szeroko rozumiane współzawodnictwo, które w ekonomii przyjmuje formę konkurencji.

Ze szkoły średniej pamiętamy jak to Mikołaj Kopernik po studiach na Akademii Krakowskiej (w latach 1491-1495) wyjechał do Włoch by dalej studiować na Uniwersytecie w Bolonii (1496-1497). Po powrocie do Polski objął kanonię warmińską (w październiku 1497 r.).  W 1500 wyjechał do Rzymu, gdzie wygłosił kilka wykładów. W 1501 na krótko powrócił na Warmię, po czym 28 sierpnia 1501 uzyskał zgodę kapituły warmińskiej na rozpoczęcie kolejnych studiów na Uniwersytecie w Padwie.

Takie podróżowanie po Europie, by studiować i pracować, by znaleźć najlepsze miejsce do realizacji swoich planów  życiowych było wśród tzw. klasy wyższej czymś naturalnym w tamtym czasie. Sprzyjała temu nie tylko intelektualna atmosfera, ale też specyficzna struktura społeczno-polityczna.

Mówiąc o konkurencji (współzawodnictwie), które nie były obecne w innych cywilizacjach a własnie obecne w Europie zachodniej, należy rozumieć ją nie tyle w sensie ekonomicznym (konkurencji pomiędzy produktami zaspokajającymi te sama potrzebę człowieka), ale także w sensie konkurencji (współzawodnictwa) pomiędzy państwami, królestwami, księstwami, miastami i korporacjami.

 Europa1200

 Jeszcze na początku XIII wieku Europa była zbiorem dosyć dużych organizmów państwowych (mapa powyżej), które bardzo często prowadziły między sobą grabieżcze wojny.

Sto lat późnej (na początku XIV w.) sytuacja wyraźnie się zmieniła. Na dużym obszarze Europa podzieliła się na małe organizmy społeczne (księstwa, królestwa, wolne miasta, itp.). Widać to wyraźnie na mapie poniżej, gdzie na dużych obszarach dominowały stosunkowo małe struktury polityczne.

 Europa1300

 Proces dywersyfikacji Europy Zachodniej kontynuowany był w następnych wiekach. Widać to na kolejnej mapie Europy z początków wieku XV (patrz mapa poniżej).

Obecnie Unia Europejska składa się z 268 regionów (w Polsce są to województwa). Jeśli popatrzylibyśmy na rozkład geograficzny tych obecnie najbogatszych regionów Europy to przyjmuje on charakterystyczny kształt banana (zwanego często europejskim bananem, albo niebieskim bananem). Obszar ten zaznaczyłem niebieskawym kolorem na prezentowanej poniżej mapie.

 Europa1400

 Już pierwsze, pobieżne porównanie map Europy w XIV i XV wieku z obszarem regionów obecnie najbogatszych w UE wskazuje na niemalże stuprocentową tożsamość rozdrobionych regionów w późnym średniowieczu, które bardzo silnie ze sobą konkurowały, z regionami obecnie najbogatszymi w UE. To nie jest przypadek. W tych regionach najsilniej występowały też inne elementy składające się na ewolucję w kierunku budowy społeczeństwa kapitalistycznego (tzn. Wolność, rządy prawa, poszanowanie własności prywatnej, indywidualizm; Krytyczna dyskusja, sceptycyzm i rozwój nauki; Praktyczne zastosowanie wyników badań naukowych (ars sine scientia nihil est  – praktyka jest bezwartościowa bez teorii; nie ma nic bardziej praktycznego niż dobra teoria); Rozwój miast, urbanizacja, gildie średniowieczne, rozwój rzemiosła (wzrost znaczenia zysku i przedsiębiorczości)).

 Ta różnorodność jest bardzo ważna w rozwoju każdego systemu (zarówno biologicznego (ewolucja gatunków), jak i społecznego czy technologicznego (ewolucja kulturowa). Zdawał siebie z tego sprawę już John Stuart Mill, który w 1859 roku napisał: „Co uczyniło europejską rodzinę ludów postępową, a nie stojącą w miejscu częścią ludzkości. Nie jakaś wyższość, która jeśli istnieje, to jest skutkiem, a nie przyczyną; lecz godna uwagi różnorodność charakteru i kultury. Jednostki, klasy i narody były nadzwyczaj niepodobne do siebie; torowały sobie najrozmaitsze drogi, z których każda wiodła do jakiegoś wartościowego celu; a choć w każdym okresie ci, którzy szli różnymi drogami, nie tolerowali się nawzajem i każdy zmusiłby chętnie wszystkich pozostałych do pójścia jego szlakiem, próby wzajemnego hamowania swego rodzaju rzadko się udawały i każdy przyjmował z czasem bez sprzeciwu dobro, które mu inni ofiarowali. Moim zdaniem, Europa zawdzięcza cały swój wszechstronny postęp tej mnogości dróg.” (Zauważmy,  że J. St. Mill napisał to w roku publikacji dzieła Karola Darwina, O powstawaniu gatunków).

Kiedy wspominam o Estonii jako dobrym przykładzie sukcesu gospodarki rynkowej w Europie Centralnej oraz postuluję, że z niej powinniśmy brać przykład jak można poszerzać zakres wolności gospodarczej, to często słyszę opinie, że to nie jest dobry przykład dla Polski bo przecież Estonia to mały niespełna 1,5 milionowy kraj i co jest możliwe do zrealizowania w małym społeczeństwie to nie jest możliwe do realizacji w 38 milionowym narodzie. Zwykle odpowiadam wtedy, że jeśli faktycznie tak jest to cóż stoi na przeszkodzie by w Polsce powstało 16 autonomicznych Estonii, które by ze sobą współzawodniczyły? Utwórzmy te 16 ‚Estonii’ w Polsce!

Ciągnąc dalej tę myśl, może warto byłoby pomyśleć by Europa składała się z 268 autonomicznych państw i państewek, które by ze sobą współzawodniczyły, ale też i współpracowały (bo to są dwie strony tego samego medalu, tak jak konkurencja i współpraca są dwiema stronami tego samego medalu w rozwoju opartym na mechanizmach rynkowych).

Twierdzę, że zarówno w Polsce jak i w Europie żyłoby się nam znacznie lepiej, pełniej, ku zadowoleniu wszystkich Polaków i Europejczyków (choć to zadowolenie mogłoby wynikać z realizacji niekiedy całkiem odmiennych oczekiwań i marzeń). 


  • RSS