Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z tagiem: rynek

Właśnie przeczytałem wywiad z Yeonmi Park i  dowiedziałem się, że przetłumaczono na polski jej książkę pt. Przeżyć. Droga dziewczyny z Korei Północnej do wolności.

YeonmiParkPL

Gorąco polecam przeczytanie książki i wywiadu. Pozwolę sobie zacytować z wywiadu kilka wypowiedzi Yeonmi Park (które z pewnością wykorzystam na swoich wykładach, kiedy będę mówł studentom np. o systemach gospodarczych).

„Oglądałam „Titanica”,  filmy Disneya, ale nie przyszło mi do głowy, że Korea Północna może nie być najlepszym krajem świata, jak mi wmawiano. Jak to możliwe? Odpowiedź jest w „Roku 1984″ George’a Orwella: dwójmyślenie. Jednoczesna wiara w dwa sprzeczne poglądy. Z jednej strony widzisz, że ludzie żyjący w innym świecie są szczęśliwi, a ci, którzy cię otaczają, głodują; z drugiej zaś – wierzysz w to, co słyszałeś przez całe życie: „U nas jest najlepiej”. Kim Dżong Il ukazywał mi się we śnie i nie był to koszmar, lecz najpiękniejsze przeżycie.  

Jesteś wolna?

– Teraz tak, ale nie było łatwo się do tego przyzwyczaić. Wolność jest trudna. Najpierw musiałam się uwolnić emocjonalnie – zrozumieć, że Kim Dżong Il nie jest bogiem, że Amerykanie nie nienawidzą Koreańczyków, że Korea Południowa nie jest skolonizowana przez USA, że w innych krajach nie ma głodu. Nie znałam tutejszych zwyczajów, nie rozumiałam, co mówią ludzie, w co wierzą. Nie znałam znaczenia słowa „miłość” – w Korei Północnej można kochać tylko przywódcę. Gdy zasypiałam, powracały koszmarne wspomnienia. Nawet w środku dnia zastanawiałam się, czy naprawdę jestem w Korei Południowej. Ciągle się szczypałam, do krwi, żeby uwierzyć.

Podoba ci się kapitalizm?

– Uwielbiam go! Najbardziej zachwyca mnie wolność słowa. Ile tu jest książek, ile zawodów! Nigdy wcześniej nie widziałam dziennikarza, nie miałam w ręku niezależnej gazety. Nie wiedziałam, że można mieć własne zdanie – w Korei Północnej tylko przywódcy mają zdanie. Tam można stracić życie za nieostrożną wypowiedź, za obejrzenie niewłaściwego filmu. Tutaj państwo i system prawny chronią ludzi. A gdy zechcę, mogę wyjechać do innego kraju. To raj.

Masz wybór.

– Tego też musiałam się nauczyć. Nigdy nie uczono mnie krytycznego myślenia, nie potrafiłam dokonywać przemyślanych wyborów. Jak wybrać ryż z 15 gatunków w supermarkecie? Trzeba przez cały czas myśleć. To męczące.  

Nie boisz się?

– Reżim już nie ma nade mną władzy. Doznałam objawienia, czytając „Folwark zwierzęcy” – Orwell opisał moje życie! Sprowadzenie horroru Korei Północnej do prostej alegorii pomogło mi się wyzwolić.”

Yeonmi Park chce walczyć z reżimem. Życzę jej by jak najszybciej mogła wrócić do swojego domu i do wolnej ojczyzny. By Korea Północna przybrała twarz Yeonmi.  By jak najszybciej Korea Północna mogła być tak oświetlona jak obecnie Korea Południowa.
A obecnie te Koree w nocy wyglądają tak (to obrazek, który też pokazuję studentom na wykładach).

KoreaPolnocnaPoludniowa

Chyba niezauważone przez polskie media zostało wczorajsze zdarzenie, które może w przyszłości być uznane za historyczne. Mianowicie Międzynarodowy Fundusz Walutowy w poniedziałek wyznaczył chińskiego renminbi jako jedną z elitarnych walut na świecie!  Renminbi weszło do koszyka walut składającego się na tzw. SDRy  (Special Drawing Rights,  Specjalne prawa ciągnienia), umownej jednostki rozrachunkowej Międzynarodowego Funduszu Walutowego, mającej charakter pieniądza bezgotówkowego. Dotychczas (od 2010) roku w koszyku były cztery waluty: amerykański dolar, Euro, funt brytyjski i japoński jen (odpowiednio z udziałami 41,9%, 37,4%, 11,3% i 9,4%), po włączeniu chińskiej waluty do tego koszyka (od 2016) z udziałem prawie 11% (dokładnie 10,92%), zmniejszono nieznacznie  udział dolara do 41,73%, dosyć radykalnie  zmniejszono udziały Euro do 30,93%, podobnie funta brytyjskiego do 8,08% i  w trochę mniejszym stopniu japońskiego jena do 8,33%.

Udział chińskiego juana  jako środka płatności w operacjach finansowych na świecie stale rośnie, od mniej niż jednego procenta w 2013 roku do około 2% w 2014 roku i prawie 3% obecnie,  w 2015 r. Decyzję MFW uznać można za  kamień milowy i uznanie osiągnięć Chin w wymiarze systemu finansowego i gospodarczego.

Z pewnością decyzja MFW  utoruje drogę do szerszego korzystania z juana w handlu i operacjach finansowych oraz zapewni rosnącą pozycję Chin jako światowej potęgi gospodarczej. Zaryzykuję twierdzenie, że 30 listopada 2015 roku uznany będzie w przyszłości za historyczną, przełomową datę inicjująca coś co można nazwać Pax Sinasiana. Nie twierdzę, że Pax Sinasiana zaistnieje natychmiast lub w niedalekiej przyszłości. Będzie podobnie jak z Pax Britannica w XIX wieku i Pax Americana po drugiej wojnie światowej – będzie to proces powolny, rozciągnięty na kilka dekad.

Zajęci naszymi przepychankami związanymi np. z Trybunałem Konstytucyjnym czy decyzjami prezydenta RP o ułaskawieniach osób ‘niewinnych’, nie zauważamy, że dzieją się sprawy na prawdę ważne w skali globalnej. 

Przez przypadek zacząłem czytać artykuł opublikowany na stronie Krytyki Politycznej, co gorsze, katowałem się brnąc do końca tego artykułu. Wiem czego można spodziewać się po pismach Krytyki Politycznej i powinienem to ‘puścić mimo uszu’. Zdecydowałem się jednak skomentować go, bo przedrukowało go wiele innych portali, a poza tym można go potraktować jako typowy przykład przeinaczania i całkowitego niezrozumienia idei kapitalizmu, gospodarki rynkowej i liberalizmu. Artykuł ten jest dobrym przykładem pisania w sposób niby neutralny, świadomie wprowadzający w umysł czytelnika wirusa nienawiści do kapitalizmu i liberalizmu. To zresztą nie powinno dziwić, bo wszelakiej maści socjaliści i marksiści mają w tym wieloletnie doświadczenie i doskonałe wzorce z przeszłości.

Już sam tytuł artykułu (Dobre życie zamiast kapitalizmu) jest tego dowodem. Zatem, wnioskować można, że każde życie poza kapitalizmem jest dobre?

Przyjmę konwencję – najpierw co ‘smakowitszy’ cytat z tego artykułu i możliwie najkrótszy mój komentarz.

„Celem rozwoju nie musi być konsumowanie z roku na rok coraz to większej liczby dóbr i usług, czyli wzrost PKB.”

Toż to samo twierdzą wolnorynkowy i zwolennicy liberalizmu gospodarczego. Rozwój człowieka jest czymś znacznie szerszym niż rozwój gospodarczy. Pełny, całościowy rozwój człowieka jest jedynie w pewnym stopniu warunkowany dobrobytem materialnym, który kapitalizm umożliwia osiągnąć. Proponuję też przeczytać cytat, który zamieszczam na końcu tego wpisu. Kto jak kto, ale zwolennicy austriackiej szkoły ekonomii od dziesięcioleci, od początku narodzenia się koncepcji PKB, uznają, że jest to najgorsza i najbardziej kłamliwa miara rozwoju gospodarczego. Autor artykułu niby zauważa ten problem i pisze: „Ktoś może zauważyć, że przecież w kapitalizmie możliwe jest jedno i drugie, że możemy mieć zarówno bogactwo materialne, jak i dobrą jakość życia. Niezupełnie.” No i potem następuje tyrada „Część osób może znaleźć dla siebie miejsce w obecnym systemie społeczno-gospodarczym i udaje się im zapewnić sobie wygodne życie. Niemniej jednak w tym samym czasie wielu innych ludzi żyje w ubóstwie, czują się zagubieni, samotni lub po prostu nieszczęśliwi. Celem współczesnej wersji globalnego kapitalizmu nie jest skuteczne rozwiązanie problemów tej części społeczeństwa, która nie czuje się w nim dobrze. Celem jest co innego – umożliwienie tym, którzy są żądni bogactwa i władzy, zgromadzenia jak największego majątku, nawet jeżeli odbywa się to kosztem innych ludzi lub nadmiernego eksploatowania zasobów przyrody.”

Drogi Panie Marcinie Gerwin, toż to co dzisiaj dominuje to nie jest  żaden klasyczny kapitalizm, to kapitalizm kolesiów, kapitalizm polityczny, kapitalizm kreatywny. Toż to mariaż polityki i wielkiego biznesu przyczynia się do tej ‘żądzy bogactwa i władzy, …”.

„Warto tu zwrócić uwagę, że ten system nie mógłby funkcjonować, gdyby ludzie byli zadowoleni z tego, co mają. … Niezbędne było więc wykreowanie konsumpcyjnego stylu życia w jak największej części społeczeństwa, poprzez odpowiednie działania agencji public relations i politykę państwa.”

Sam Pan, Panie Marcinie, przyznaje, że ogromną rolę ma tutaj ‘polityka państwa’. To nie przeszkadza Panu krytykować zasad wolnego rynku i w istocie uznawać ludzi za idiotów dających się wodzić za nos.

„W latach 40. ubiegłego wieku, czyli w czasach, gdy jedna trzecia mieszkań nie miała bieżącej wody, łazienek lub toalet, gdy ponad połowa z nich nie miała centralnego ogrzewania, a większość dzieci nie kończyła ósmej klasy szkoły podstawowej, zadowolenie z życia wynosiło 7,5 (w skali do zera do dziesięciu). Dziś typowy dom w USA ma nie tylko toaletę i bieżącą wodę, jest także dwukrotnie większy, stoi w nim komputer, telewizor, zmywarka, pralka, kuchenka mikrofalowa, odtwarzacz DVD, a dorośli domownicy (i nie tylko) mają telefony komórkowe. Tymczasem średnie zadowolenie z życia wynosi 7,2.”

To jest ogromne nadużycie intelektualne. Żaden liberał i wolnorynkowiec nie twierdzi, że szczęście zależy od dobrobytu materialnego. Poczucie szczęścia jest subiektywną sprawą każdej osoby. Gdyby pojęcie i poczucie szczęścia było takie proste to filozofowie i intelektualiści nie zajmowaliby się tym problemem od 2500 lat.  

„Współczesny kapitalizm opiera się na pewnej wizji świata, na ideologii, która podtrzymuje jego funkcjonowanie. Zgodnie z nią człowiek jest z natury chciwy i egoistyczny.” 

Znów, Panie Marcinie, podkłada Pan nieprawdziwe rozumienie przez liberałów słów ‘chciwość i egoizm’. Już prawie 250 lat temu Adam Smith w Bogactwie narodów napisał:„Co się zaś tyczy rozrzutności, czynnikiem pobudzającym do wydawania jest żądza natychmiastowego użycia, która choć niekiedy gwałtowna i trudna do pohamowania, jest zazwyczaj chwilowa i przypadkowa. Czynnikiem natomiast, jaki pobudza do oszczędzania, jest pragnienie poprawy naszego bytu, które, choć na ogół spokojne i umiarkowane, budzi się w nas już w łonie matki i nie opuszcza nas aż do grobu. Na całej przestrzeni czasu, jaka oddziela te dwa momenty, nie ma chyba jednej chwili, w której człowiek nie odczuwałby żadnego pragnienia jakiejkolwiek zmiany lub poprawy.”, oraz: Człowiek „prawie ciągle potrzebuje pomocy swych bliźnich i na próżno szukałby jej jedynie w ich życzliwości. Jest bardziej prawdopodobne, że nakłoni ich do pomocy, gdy potrafi przemówić do ich egoizmu i pokazać im, że jest dla nich samych korzystne, by zrobili to, czego od nich żąda. Nie od przychylności rzeźnika, piwowara czy piekarza oczekujemy naszego obiadu, lecz od ich dbałości o własny interes. Zwracamy się nie do ich humanitarności, lecz do egoizmu i nie mówimy im o naszych własnych potrzebach, lecz o ich korzyściach.” Egoizm rozumiany jest przez liberałów jako bardzo spokojne i pokojowe nastawienie każdego człowieka pragnącego poprawić swój los.
Poza tym już Max Weber, ponad sto lat temu, napisał w jego klasycznym dziele Etyka protestancka a duch kapitalizmu : „Żądza posiadania”, „dążenie do zysku”, do pieniężnego, możliwie najwyższego zysku, nie mają same w sobie nic wspólnego z kapitalizmem. Dążenie takie istniało i istnieje wśród kelnerów, lekarzy, woźniców, artystów, kokot, przekupnych urzędników, żołnierzy, rozbójników, krzyżowców, bywalców jaskiń hazardu, żebraków – można powiedzieć wśród „all sorts of conditions of man”; we wszystkich epokach i krajach świata, gdzie istniała obiektywna możliwość. Porzucenie raz na zawsze tego naiwnego wyobrażenia należy do kindersztuby historii kultury. Nawet najbardziej niepohamowana żądza posiadania nie jest w najmniejszym stopniu równoznaczna z kapitalizmem, a tym bardziej z jego „duchem”. Kapitalizm można wręcz identyfikować z ograniczeniem, a przynajmniej z racjonalnym temperowaniem tego irracjonalnego popędu. Kapitalizm jest za dążeniem  do zysku w ciągłym, racjonalnym kapitalistycznym działaniu: do ciągle odnawianego zysku, do rentowności.”
Przy okazji proponuję Panu poświęcenie pół godziny i obejrzenie, oraz solidne przemyślenie, tego co zawarł John Stossel w filmiku Chciwość (sześć odcinów, 1 2 3 4 5 6).

„Osoby bogate nie mają żadnych zobowiązań wobec pozostałej części społeczeństwa, gdyż same zdobyły swój majątek i nikt im w tym nie pomagał. Płacenie pracownikom głodowych pensji lub przenoszenie fabryk do miejsc, w których można ludziom płacić mniej, jest całkowicie normalne i uzasadnione dążeniem do maksymalizacji zysków spółki, co powinno być głównym priorytetem wszystkich.”

Toż to cała nieprawda. Naturalnie są też tacy bogaci, ale wielu (jeśli nie większość) naprawdę bogatych czuje się ‘odpowiedzialnymi wobec społeczeństwa’. Że wspomnę tylko dwie postaci, żyjącego ponad 100 lat temu Andrew Carnegie (z jego Ewangelią bogactwa) oraz obecnie jednego z najbogatszych ludzi świata, Billa Gatesa (z jego bardzo aktywną działalnością filantropijną). Proponuję też przeczytanie mojego wpisu sprzed paru tygodni: Socjał ery kapitału – herezja?  

„Celem szkoły jest wykształcenie karnych i posłusznych pracowników, którzy będą ochoczo i zgodnie z terminem wykonywali zadania zlecone im przez ich przyszłego szefa.”

Gdzie Pan to widzi? Napisałbym raczej ‘Celem szkoły jest wykształcenie karnych i posłusznych obywateli, którzy będą ochoczo i zgodnie z terminem wykonywali zadania zlecone im przez polityków i rządzących.’

Wiele innych cytatów można byłoby skomentować i wykazać absurdalność opinii Pana Gerwina. Zatrzymam się jednak tutaj, kończąc ten wpis cytatem mojej Historii myśli liberalnej (której robocza wersja dostępna jest tutaj)

„Jakże jednak często zapominamy tę starą, odwieczną prawdę, że wolność nierozerwalnie związana jest z odpowiedzialnością – a może tylko chcemy o tym zapomnieć? Miał rację George Bernard Shaw pisząc na początku tego wieku w swoich maksymach dla rewolucjonistów, że „Wolność znaczy tyle samo co odpowiedzialność. To właśnie dlatego ludzie tak bardzo jej się boją.” Czym zatem jest liberalizm? Jak pisał Ludwig von Mises (1989, s. 3): „Liberalizm nie jest kompletną doktryna lub określonym dogmatem. Całkiem przeciwnie: jest zastosowaniem nauki do życia człowieka w społeczeństwie. I tak jak ekonomia, socjologia i filozofia nie zatrzymały się w swoim rozwoju od czasów Dawida Hume, Adama Smitha, Dawida Ricardo, Jeremy Benthama, i Wilhelma Humboldta, tak doktryna liberalizmu jest inna dzisiaj od tej, jaka była w ich czasach, nawet jeśli jej podstawowe zasady pozostały niezmienne. [...] Liberalizm jest doktryną dotyczącą całkowicie wzajemnego postępowania ludzi w stosunku do siebie w tym świecie. [...] Liberalizm nie przyrzeka ludziom szczęśliwości i zadowolenia, ale tylko możliwie najobfitsze zaspokojenie wszystkich tych pragnień, które mogą być zaspokojone rzeczami zewnętrznego świata.” Liberalizm często krytykowany jest za zbyt materialne nastawienie do człowieka. Twierdzi się, że nie ma on nic do zaoferowania dla zaspokojenia tzw. wyższych potrzeb człowieka. Trzeba być świadomym, że odpowiednia polityka społeczna może przyczynić się do polepszenia bytu materialnego, ale nigdy nie zdoła uczynić ludzi szczęśliwszymi, czy też zadowolić ich najskrytsze pragnienia. Liberałowie uważają wręcz, że „szczęście i zadowolenie z losu nie zależy od żywności, odzienia i mieszkania, ale przede wszystkim od wewnętrznych myśli i marzeń człowieka” (Mises, 1989, s. 4). Troszcząc się przede wszystkim o materialny byt człowieka, liberalizm nie lekceważy duchowej strony życia. Taki stosunek liberalizmu do sfery duchowej wypływa z przekonania, że żadne regulacje zewnętrzne nie mogą wpływać na to, co najwyższe i najgłębsze w człowieku. Liberałowie dążą do stworzenia odpowiednich warunków dla zaspokojenia materialnych potrzeb człowieka, traktując to jako warunek konieczny jego pełnego duchowego rozwoju. Wypływa to z ich przekonania, że „inne duchowe bogactwa nie mogą przyjść do człowieka z zewnątrz, ale z wnętrza jego własnego serca” (Mises, 1989, s. 4). To co najważniejsze w liberalizmie, to chęć stworzenia zewnętrznych warunków, koniecznych do zbudowania bogatego życia wewnętrznego. Liberałowie wierzą nie tylko w możliwości doskonalenia się ludzi ale też i w możliwości polepszania warunków zewnętrznych, w których przychodzi im żyć. Co jednak równie istotne, liberałowie są przekonani, że w perspektywie długookresowej, w toku ludzkich dziejów dokonuje się rzeczywiste doskonalenie się człowieka i poprawa jego warunków życia, przy czym okresy najszybszych zmian na lepsze doświadczane były przez cywilizacje, które umożliwiały jednostką względną swobodę działania, w imię ich własnego interesu. Liberalna wiara w możliwości doskonalenia się człowieka zakłada empiryczny i pragmatyczny stosunek do zastanej rzeczywistości, skłonności do eksperymentowania i poszukiwania coraz to lepszych rozwiązań. Pod tym względem liberałów można nazwać ewolucjonistami, bo podobnie jak w ewolucji naturalnej, lepsze rozwiązania poszukiwane są metodą prób i błędów, a znalezione rozwiązania zawsze poddawane są jak najszybszej konfrontacji z rzeczywistymi warunkami i sprawdzeniu ich przydatności w warunkach rzeczywistych. Generalnie można powiedzieć, że ideą bliską liberałom było pojęcie zmiany – już na początku XIX w. partia liberalna nazywana była „partią ruchu”, w odróżnieniu od konserwatystów, nazywanych „partią porządku”. Mises (1989, s. 167) kończy swoją książkę o liberalizmie stwierdzeniem, które warto wielokrotnie powtarzać: „Liberalizm nie jest religią, ani żadnym światowym poglądem, żadną partią specjalnych interesów. … Liberalizm jest czymś całkowicie różnym. Jest ideologią, doktryną wzajemnej zależności wśród członków społeczeństwa i równocześnie, zastosowaniem tej doktryny do zachowania się ludzi w aktualnym społeczeństwie. Nie obiecuje nic, co przekracza to co może być osiągnięte w społeczeństwie i przez społeczeństwo. Pragnie dać ludziom jedną rzecz, spokojny, niezakłócony rozwój materialnego dobrobytu dla wszystkich ludzi, by osłonić ich przed zewnętrznymi przyczynami bólu i cierpień, o ile to leży w mocy społecznych instytucji w ogóle. Zmniejszać cierpienia, zwiększać szczęście: to jest cel liberalizmu. … Liberalizm … nie ma partyjnych kwiatów i nie ma żadnych kolorowych sztandarów, żadnych partyjnych pieśni, żadnych partyjnych bożków, żadnych symboli i sloganów. Liberalizm ma istotną treść i argumenty. Te muszą prowadzić do zwycięstwa.” W tym samym czasie co Mises, w podobnym duchu o istocie liberalizmu pisał Ramsay Muir (1920, s. 15), dla którego liberalizm jest „raczej stanem umysłu, punktem widzenia, sposobem patrzenia na różne sprawy a nie ustaloną i niezmienną doktryną. Jak wszystkie żywotne wyznania, jest raczej przekonaniem duchowym a nie jakimś przepisem.””

Zarząd Krajowy Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego zorganizował 18 lutego 2015 r. seminarium połączone z Jubileuszem 90. urodzin Profesora Zdzisława Sadowskiego. Przedmiotem dyskusji na tym seminarium był tekst prof. Z. Sadowskiego pt. Ewolucja gospodarki rynkowej (dostępny jest on na stronie PTE – tutaj). Nie jest to tekst przypadkowy, bo jak prof. Sadowski powiedział w trakcie seminarium (cytuję za stenogramem umieszczonym na stronie PTE): „Otóż pozwoliłem sobie … przedstawić ten krótki tekst napisany 7 czy 8 lat temu, gdyż moim zdaniem on najlepiej wyraża w krótkich słowach pewną kwintesencję mojego sposobu myślenia o procesach rozwoju gospodarczego.” Na koniec swoje wypowiedzi prof. Sadowski powiedział: „Zaprezentowałem tekst, który w pewnym sensie jest moim credo, jest jakby moim  testamentem. Wyraża on sposób myślenia,  który mi pasuje i dalej będzie pasował, choć z tymi poprawkami, czy uzupełnieniami, czy rozwinięciami, o których właśnie wspomniałem. No więc to przedstawiam państwu i czekam na odpowiedź.” Nawiasem mówiąc, jak się czyta stenogram z wypowiedziami uczestników tego seminarium to w zasadzie nie ma wypowiedzi odnoszących się do ‘testamentu prof. Sadowskiego’. Nie będąc uczestnikiem tego seminarium nie mogłem odpowiedzieć prof. Sadowskiemu, dlatego pozwolę sobie tutaj odpowiedzieć przynajmniej na pewne najważniejsze kwestie. Zdaje sobie sprawę, że w wielu sytuacjach odpowiedź moja powinna być dłuższa, forma blogu wymusza jednak pewną skrótowość wypowiedzi.

Prof. Sadowski uważa, że „[d]opiero rewolucja francuska otworzyła drogę do nowego ustroju gospodarczego, opartego na filozofii liberalnej”. Ta gloryfikacja rewolucji francuskiej nie wydaje mi się to zasadna. Ta droga otwarta została sto lat wcześniej przez znacznie mniej krwawe (a w zasadzie bezkrwawe) wydarzenie jakim była Rewolucja Wspaniała (ang. Glorious Revolution, po polsku nazywana też Rewolucją Chwalebną, Sławetną Rewolucją) w Anglii  oraz przyjęcie przez parlament w grudniu 1689 r. prawa ograniczające kompetencje władcy, tzw. Bill of Rights (Deklarację Praw, Kartę Praw, Kartę Swobód). Wtedy to Anglia, jako pierwszy kraj w Europie wszedł w etap współczesnego parlamentaryzmu: podatki nie mogły być zwiększane bez zgody parlamentu, podobnie w okresie pokoju bezprawne było zwiększenie liczebności armii, zagwarantowano wolny wybór członków parlamentu oraz swobodę wypowiedzi w parlamencie, nie można też było nikogo uwięzić bez sprawiedliwego procesu i wyroku sądowego. To Rewolucja Wspaniała otworzyła drogę do szybkiego rozwoju gospodarczego opartego na przedsiębiorczości, wynalazczości i ‘dbałości o interes własny’. Śmiem twierdzić, że bez Rewolucji Wspaniałej i Karty Praw nie byłoby rewolucji przemysłowej końca XVIII wieku.

Dalej prof. Sadowski pisze: „Ale liberalizm nie zrodził się z przypadku, lecz był odpowiedzią na zmiany w warunkach życia. A warunki te zmieniły się nie dlatego, że ktoś wymyślił liberalizm, tylko było to następstwem rewolucji technicznej, która otworzyła drogę do przemysłu maszynowego”. Twierdzę, że było odwrotnie, to wolność gospodarcza sprzyjała innowacjom. Długo by o tym pisać, pozwolę sobie jedynie na zaproponowanie przeczytanie tego co o rozwoju technologicznym napisał Ludwig von Mises.

Nie wydaje mi się też zasadna opinia prof. Sadowskiego, że „[r]ewolucja przemysłowa zmieniła świat dzięki zdobyciu umiejętności wykorzystania energii pary”.  Oczywiście ‘energia pary’ była ważna, ale tak prawdę powiedziawszy, znacznie ważniejsze były wynalazki usprawniające procesy technologicznie związane z przemysłem tekstylnym (bawełnianym), np. wymyślone przez Eli Whitney’a cotton gin (odziarniarka), czy Samuela Crompton’a spinning mule (przędzarka).

Pisząc o pierwszym etapie rozwoju kapitalizmu prof. Sadowski wspomina Adama Smitha i Jean Baptiste Say’a. To jest takie dosyć tradycyjne spojrzenie. Myślę,  że warto spojrzeć na to szerzej i podkreślić rolę Szkockiego Oświecenia wymieniając także Davida Hume’a, Francis Hutcheson’a, czy Adam Ferguson. Ogromny wkład, zarówno od strony polityki jak i teorii wniósł też wielki osiemnastowieczny leseferysta i polityk Anne Robert Jaques Turgot.

Przy okazji opisu drugiego etapu rozwoju kapitalizmu prof. Sadowski podkreśla „konflikt między kapitałem a pracą”. Można na ten etap faktycznie spojrzeć po marksistowsku i myśleć o tym co napisali Marks, Engels, czy Hegel. Warto może jednak uzupełnić ten obraz pokazując zgodność, ‘harmonię interesów’ zaangażowanych w proces produkcji, tak jak to uczynił w połowie XIX wieku Frederic Bastiat w ‘Harmoniach ekonomicznych’.

Etap czwarty, po II wojnie światowej, prof. Sadowski nazywa ‘Złotym wiekiem kapitalizmu’, w którym  w krajach rozwiniętych występuje „wysokie tempo wzrostu gospodarczego, brak bezrobocia, import zatrudnienia”. Warto może jednak pamiętać, czym skończył się ten ‘złoty wiek’, naznaczony wielkim interwencjonizmem państwowym w gospodarkę, że dość przypomnieć lata siedemdziesiąte XX wieku, dwa wielkie kryzysy naftowe i stagflację.

Etap szósty to dla prof. Sadowskiego „współczesny kapitalizm epoki informatyzacji”. Miło mi było to przeczytać, bo wynika z tego, że  neoliberalizm się już skończył (mogę powiedzieć, dzięki Bogu, bo już nie będzie chłopcem do bicia). Tak nawiasem mówiąc to wydaje mi się zasadne połączenie etapów czwartego, piątego i szóstego  i nazwanie go ‘kapitalizmem kolesiów’ (o czym pisze np.  w ‘Panika roku 1907 – kryzys finansowy 2008. Sto lat budowania kreatywnego kapitalizmu’, Ekonomia XXI wieku = Economics of the 21st Century, 2014, nr 2, s. 9-33 (wersja robocza 26 sierpnia 2013).

W opinii prof. Sadowskiego „Dotychczasowa ewolucja zapewniła ..: ogólny wzrost gospodarczy, ogromny postęp nauki i techniki, wzrost zamożności nawet w krajach ubogich. Natomiast nie zapewniła tego, o co chodziło, Smithowi gdy głosił ideę niewidzialnej ręki – sprawiedliwego podziału. A zapewniając racjonalność mikroekonomiczną, nie zapewniła racjonalności wykorzystania zasobów w skali ogólnej.”

Proponowałbym zastąpienie pogrubionego przeze mnie w powyższym cytacie słowa ‘nawet’ na ‘zwłaszcza’. To właśnie kapitalizm pozwolił i pozwala na wydobycie się z biedy, tak było na początku XIX wieku, kiedy to Wielka Brytania, USA i cała Europa Zachodnia były krajami biednymi, gdzie dochód na osobę był na poziomi obecnie uznawanym za granice biedy (ok. 1 dolara amerykańskiego na dzień) oraz jest obecnie po 1980 roku, kiedy to dzięki przyjęciu modelu kapitalistycznego rozwoju biedne kraje Azji i Afryki wydobyły się z biedy.

Jeśli chodzi o ‘racjonalność w skali ogólnej’ to będę trochę złośliwy i stwierdzę, że gospodarka centralnie zarządzana wykazała się za to wielką racjonalnością.

Wspominając o odmienności kapitalizmu współczesnego, prof. Sadowski pisze iż jest to „zmiana roli państwa: zwiększenie znaczenia polityki gospodarczej państw, a potem układów zintegrowanych (polityka makro, wspomaganie biznesu, państwo opiekuńcze); zmiana natury podmiotów gospodarujących na rzecz dominacji wielkich koncernów transnarodowych (oligopolizacja rynku, globalizacja)”.

Nie nazwałbym tego odmiennością, a raczej radykalną zmianą związaną z dominacją koncepcji ‘państwa dobrobytu’ (welfare state), coraz mniej mającego wspólnego z systemem rynkowym, a coraz więcej z socjalizmem. Dlatego nie zgadzam się z  tym, że „[w]iele jednak przemawia za tym, że jest to wciąż kapitalistyczna gospodarka rynkowa: decyzje należą do indywidualnych podmiotów, których siła opiera się na prywatnej własności kapitału”. Te decyzje są bardzo ograniczane, to raczej kapitalizm kolesiów (kapitalizm kreatywny) w którym sfery polityki i gospodarki wzajemnie się przenikają.

Wiele uwagi poświęca prof. Sadowski ‘rosnącym nierównościom dochodowym’ oraz ‘szerokiemu  obszarowi biedy’. Znów dużo można byłoby pisać o nieporozumieniach z tymi problemami związanymi. Zadam jedynie pytanie: w jakim społeczeństwie lepiej żyć? Egalitarnym, ale generalnie biednym, czy o dużych dysproporcjach dochodów, ale względnie bogatym, w którym nawet ci biedni żyją lepiej niż bogaci w kraju egalitarnym? Jak to ujął Henry Kissinger: „Socjalizm to równe dzielenie biedy, kapitalizm to nierówne dzielenie bogactwa”.  Natomiast jeśli chodzi „szeroki obszar biedy” to warto wiedzieć, że udział biednych w całości społeczeństwa globalnego spadł z ok. 90% na początku XIX wieku do ok. 25% w 1980 r, i do obecnych  ok. 10%. Od 1980 roku spadek widać także w kategoriach wymiernych, liczba osób biednych wyraźnie maleje z maksimum ok. 1350 mln w 1980 r. do obecnych ok. 900 mln. Nieprawdą jest to co pisze prof. Sadowski, że „Postulat eliminacji biedy został wysunięty na czoło celów milenijnych ONZ, jednak realizacja tego zadania okazuje się bardzo powolna”. Od początku współczesnej fali globalizacji, czyli od  1980 r., dzięki wzrostowi swobody gospodarowania i budowy zrębów gospodarki rynkowej w wielu krajach świata, liczba ludzi biednych w skali globalnej wyraźnie spada.

Wydaje mi się, że prof. Sadowski całkowicie myli się szukając przeszkód w realizacji ‘pożądanego biegu zdarzeń’ w ‘komercjalizacji nauki ‘ i ‘komercjalizacja edukacji’.  

Śmiem twierdzić, że na przeszkodzie stoi nie tyle komercjalizacja nauki, ile zbyt daleko idące upaństwowienie nauki i badań naukowych z biurokratycznym naciskiem  na spełnianie wskaźników (co nazywam ‘fetyszem wskaźników’). Nieporozumieniem wydaje mi się zarzut komercjalizacji edukacji, której po prostu nie widzę. Od  końca XIX wieku doświadczamy wręcz odwrotnego procesu. Edukacja (zwłaszcza na poziomie podstawowym i średnim) opanowana jest przez instytucje publiczne (państwowe). W tej państwowej biurokratyzacji i uniformizacji edukacji młodego pokolenia należy szukać zagrożeń i przyczyn coraz to gorszego poziomu kształcenia.

Prof. Sadowski odwołuje się do Karla Polanyi i jego „The Great Transformation”  cytując: „Zgoda na to, aby mechanizm rynkowy był jedynym regulatorem losu człowieka i jego naturalnego otoczenia… może doprowadzić społeczeństwo do zupełnej ruiny”. Słowa te nazywa „godnymi pamiętania”, ośmielę się nie zgodzić i zaproponować by słowa te były godne zapomnienia (czego dowodem są doświadczenia społeczeństw zachodnich w budowaniu gospodarek rynkowych w ostatnich 200 latach).

Co zatem proponuje  prof. Sadowski? Ano, „skoro nie można zaufać mechanizmowi rynkowemu, to trzeba dać mu wsparcie w postaci świadomych działań regulacyjnych w skali międzynarodowej”, oraz potrzebne jest „opracowanie metod kojarzenia rynku z rozumnym sterowaniem, a w tym celu: stworzenie sieci programów i instytucji państwowych i międzynarodowych nie działających na zasadach rynkowych, powstanie silnego wspierającego ruchu obywatelskiego” .

Toż to będzie dopiero nieszczęście, gdyby pozwolić na jakąś formę globalnego rządu i ‘świadome działania regulacyjne w skali międzynarodowej’. Bolszewicy przećwiczyli to już w skali regionalnej, teraz miałoby się to dokonać w skali globalnej? Natomiast ‘kojarzenie rynku z rozumnym sterowaniem’ jest utopią. Ostatni przykład porażki tego typu koncepcji to tzw. trzecia droga Giddensa (propagowana przez Blaira i Schroedera).

Może warto zaakceptować to, że nie ma jakiejś trzeciej drogi, tak jak nie da się ‘w połowie zajść w ciążę’, ani ‘w połowie wyskoczyć z pociągu’. Do powstania ‘silnego ruchu obywatelskiego’ nie jest konieczne działanie instytucji państwowych (centralnych). Wystarczy tylko przyjrzeć się jak aktywne było społeczeństwo obywatelskie w pierwszej połowie XIX wieku w USA (co pięknie zostało opisane przez A. de Tocqueville  w Demokracja w Ameryce).

Profesor Sadowski stawia przed nami dylemat: albo Eldorado (powszechny dobrobyt) dzięki ‘sterowanemu rynkowi’, albo Armagedon (ogólna katastrofa) powodowana ‘drapieżnym kapitalizmem’. To stary problem wyboru pomiędzy tym co proponują zwolennicy podejścia konstruktywistycznego i zwolennicy spontanicznego rozwoju. Trochę w tym duchu pisałem w Ekonomiście w 2009 roku w  ’Amalteisci i neomaltuzjanie – dwie wizje rozwoju. Jak pokazuje doświadczenie, ten powszechny dobrobyt osiąga się nie dzięki konstruktywizmowi, a właśnie dzięki swobodzie gospodarowania. Dajmy działać amalteistom, a problemy zasygnalizowane przez prof. Sadowskiego („narastanie trudności energetycznych, rosnące trudności z wodą, skutki globalnego ocieplenia w postaci kataklizmów naturalnych i podniesienia poziomu wód oceanicznych”) zostaną skutecznie rozwiązane w całkiem nieodległej przyszłości. Zamiast twierdzić, że „świat poczuje się zmuszony do prawdziwej współpracy korygującej rynek” lepiej wydaje mi się być zmuszonym do odwołania się do pokojowych zasad rynkowych.  

Na portalu ekonomiaspoleczna.pl, który generalnie nie sprzyja ideom rynkowym, a na którym większość publikowanego materiału dotyczy gospodarki społecznej jako alternatywy dla rynku, ukazał się artykuł Krzysztofa Wittelsa pt. Socjal ery kapitału. Zapomniany dorobek warszawskich przedsiębiorstw 1864-1939. Już wstęp artykułu zachęca do dalszego czytania: „Brzmi jak herezja. A jednak. Osiedla robotnicze, kasy pożyczkowe i emerytalne, przyzakładowe żłobki i szkoły, domy ludowe, kluby sportowe, czytelnie i kółka teatralne miały swoje początki w erze „dzikiego kapitalizmu” sprzed I wojny światowej i w okresie XX-lecia międzywojennego”.  Kiedy przeczytałem ten artykuł to pomyślałem: Mój Boże, jacy oni są niedouczeni, jacy zaślepiani, jacy naiwni?  Dla nich kapitalizm zawsze jest pazerny, krwiożerczy, nieludzki. Kiedy im (nazywam ich ‘wrażliwymi społecznie’) tłumaczy się, że kapitalizm ma przede wszystkim ludzką twarz, że jedyną ‚społeczną odpowiedzialnością biznesu jest tworzenie zysku’, że rynek (symbol kapitalizmu) jest najbardziej pokojową instytucja jaką wymyślił człowiek, to nie wierzą i powiadają, że to kłamstwa i herezje. Dobrze, że powoli zmienia się mentalność tych wrażliwych społecznie aktywistów i publikują u siebie te odkrywcze dla nich prawdy. Dla nas zwolenników rynku (‚wolnego rynku’) i prawdziwego kapitalizmu rynkowego to nic nowego. Ci aktywiści nazywają to herezją, brzmi to podobnie jak nazywanie ‚cudem gospodarczym’ tego co stało się po 1948 roku w Niemczech po reformach i wprowadzeniu rynku przez Ludwiga Erharda. A to przecież żaden cud czy herezja, toż to naturalna reakcja ludzi (przedsiębiorców i konsumentów) na funkcjonowanie zdrowych mechanizmów rynkowych.

Po przeczytaniu artykułu Krzysztofa Wittelsa może nasunąć się pytanie: Dlaczego współcześni Norblinowie, Wedlowie, Granzowie, Natansonowie, Szlenkierowie, Gerlachowie nie wykazują się tego typu aktywnością prospołeczną i dbałością o pracowników? Nie jest do końca prawdą, że nie obserwujemy tego typu działalności wśród współczesnych przedsiębiorców i kapitalistów. Powoli odżywa idea firm rodzinnych, także w Polsce i w takich firmach jest miejsce na tego typu działalność (polecam portal Inicjatywa Firm Rodzinnych, gdzie jest dużo informacji odnoszących się do ścisłych więzi właścicieli z pracownikami ich firm). Wydaje się, że dwa czynniki nie sprzyjają współcześnie pełnemu rozkwitowi aktywności przedsiębiorców i kapitalistów w ‘kwestii pracowniczej’. Po pierwsze w większości firm (zwłaszcza dużych) nie ma jasno określonego właściciela, dominuje obecnie tzw. rozmyta forma własności. Nazwa firmy nie jest związana z jego właścicielem. Po drugie, w XX wieku państwo (rządy) coraz częściej przejmowało tę sferę aktywności pomocy pracownikom i twierdziło, że zrobi to lepiej niż właściciele firm. Naturalnie po to by realizować te cele rządy musiały nakładać na przedsiębiorców coraz to większe daniny (w Polsce, jak się szacuje, do każdego tysiąca złotych wypłacanego pracownikowi, firma musi dodatkowo wyłożyć ok. 800 zł, wypłacanych w postaci różnorakich danin instytucjom państwowym). Nie dziwi zatem to, że przy tych ogromnych obciążeniach fiskalnych przedsiębiorcy nie wykazują się już tak dużą aktywnością w tej sferze. Dlatego raczej podziwiać należy to, że wielu przedsiębiorców prywatnych nadal wspiera (w różnorakiej formie) swoich pracowników.

Od wielu lat utrzymuję kontakty z ludźmi zaangażowanymi w rozwój tzw. ekonomii społecznej (gospodarkę społeczną), działalności organizacji pozarządowych, innowacji społecznych, itp. Bardzo sobie cenię te kontakty i bardzo przyjazny stosunek tego środowiska do moich, niekiedy bardzo radykalnych, poglądów prorynkowych. To są z bardzo mili i zaangażowani ludzie, ludzie ‘których się jeszcze chce coś robić’. Kilka miesięcy temu poproszono mnie o udział w konferencji nt. innowacji społecznych, wykorzystałem tę okazję do pokazania, że wiele tzw. innowacji społecznych powstało tylko dzięki rynkowi w systemie, który tak często krytykują, w kapitalizmie. W artykule, który zawarty został w pracach konferencyjnych, napisałem: „Jedną z ważniejszych innowacji społecznych XIX wieku była idea spółdzielczości. Przykład spółdzielczości wydaje się być dobrym dla zilustrowania tego jak powstawały innowacje społeczne w XIX wieku, w otoczeniu rynkowym. Warto podkreślić, że spółdzielczość jest wynikiem oddolnej aktywności ludzi, myślących w kategoriach własnego interesu, a pierwsze z sukcesem działające spółdzielnie rozwijały się w kapitalistycznej Anglii bez wsparcia jakiejkolwiek instytucji państwowej. Powszechnie uznaje się, że pierwsza z sukcesem funkcjonująca spółdzielnia powstała w 1844 roku w angielskiej miejscowości Rochdale, kiedy to Rochdale Society of Equitable Pioneers ustaliła zasady funkcjonowania spółdzielni (Rochdale Principles), które w przyszłości traktowane były jako swego rodzaju wzorzec organizowania innych spółdzielni. Rochdale Society of Equitable Pioneers utworzona została przez 28 osób, z których około połowa było tkaczami z Rochdale (Lancashire w Anglii). Efektem wprowadzanych innowacji w przemyśle tekstylnym i jego mechanizacji, sytuacja wykwalifikowanych robotników stawała się coraz gorsza. Często nie było ich stać na zakup żywności. Ta grupa 28 osób postanowili otworzyć własny sklep sprzedający produkty żywnościowe. Po spisaniu porozumienia, z pewnym trudem zebrali początkowy kapitał 28 ówczesnych funtów (po jednym funcie, jako udział każdego spółdzielcy) i 21 grudnia 1844 roku otworzyli swój sklep z bardzo skromnym wyborem masła, cukru, mąki, płatki owsiane i świec. W ciągu następnych trzech miesięcy rozszerzyli asortyment (np. o herbatę, tytoń). Dbając o dobrą jakość sprzedawanych towarów, stali się szybko znani jako solidni sprzedawcy. Ich inicjatywa okazała się na tyle skuteczne, że w ciągu następnych dziesięciu lat w Wielkiej Brytanii powstało prawie 1000 spółdzielni.

Spółdzielnia w Rochdale miała swoich prekursorów, jednakże większość z nich upadała w krótkim okresie. Przykładowo za pierwszą udokumentowaną spółdzielnię konsumencką uznaje się założoną przez lokalnych tkaczy w 1769 roku w Fenwick, East Ayrshire. Powstałe w 1761 roku Towarzystwo Tkaczy (Fenwick Weavers’ Society) miało na celu promowanie wysokich standardów w zakresie rzemiosła tkackiego, jednakże po kilku latach rozszerzono zakres działalności o zbiorowy zakup produktów spożywczych luzem oraz zakup książek (efektem tej aktywności było stworzeniem Biblioteki Fenwick w 1808).

W połowie XIX wieku, równolegle ze spółdzielniami produkcyjnymi czy rolniczymi, w całej Europie rozwijały się związki (spółdzielnie) kredytowe. Jednymi z najbardziej znanych były działające na obszarach wiejskich Kasy Raiffeisena. Finansowe związki kredytowe zostały wymyślone w 1852 przez Franza Hermanna Schulze-Delitzsch i działały początkowo w miastach. Ze składek członków spółdzielni finansowano niskooprocentowane kredyty, którymi z kolei można było zaliczkować działalność produkcyjną czy usługową. Warto zauważyć, że Schulze-Delitzsch nazwał te spółdzielnie „spółkami zarobkowymi”. Jednakże większy sukces odniosły kasy założone dwanaście lat później przez Friedrich Wilhelm Raiffeisen i one powszechnie uznawana są za inicjatorów kredytowego ruchu spółdzielczego.

Animatorami wczesnych form spółdzielczości byli w wielu krajach (Wielka Brytania, Belgia, Skandynawia) socjaliści, którzy budowanie gospodarki spółdzielczej uważali za metodę zbudowania alternatywy dla kapitalizmu. Warto jednak podkreślić, że idę spółdzielczości należy uznać za element gospodarki rynkowej. Wbrew pewnym mitom, działalność spółdzielni też była zorientowana na zysk (do podziału pomiędzy członków spółdzielni). Bez swobody gospodarowania jaką daję kapitalizm, spółdzielnie nie funkcjonowałyby tak dobrze (wystarczy sobie jedynie przypomnieć jakim rachitycznym tworem były spółdzielnie w PRLu i w innych krajach tzw. demokracji ludowej w XX wieku).”

Właśnie przeczytałem i wysłuchałem wypowiedzi kilku mądrali (Rosyjskie embargo może wzmocnić polskie rolnictwo) i tak sobie pomyślałem, gdzie oni byli parę miesięcy temu, kiedy to (niektórzy) rolnicy, wspomagani przez ministrów i premiera, upominali się o rekompensaty z kiesy państwowej i unijnej?

Wtedy trzeba było mieć odwagę powiedzieć, że to jest nieuczciwie i, że rolnicy powinni się zachować tak jak zachowują się prawdziwi przedsiębiorcy, spróbować przekuć  tę trudną sytuację w sukces. Przecież to jest naturalna i normalna sytuacja w gospodarce rynkowej, że pojawiają się nieoczekiwane, zaskakujące wydarzenia, które w zasadniczy sposób zmieniają rachunek ekonomiczny. Niektórzy na tym tracą, ale z reguły, wielu, a często większość, wykorzystuję te nieoczekiwanie zdarzenia jako okazję (doskonale o tym pisał Peter Drucker w ‘Innowacja i przedsiębiorczość’).

Jak pokazuje doświadczenie, w swej zbiorowej mądrości przedsiębiorcy potrafią zwykle znaleźć dobre rozwiązania (nie bez przyczyny Friedrich von Hayek nazwał konkurencję ‘procedurą odkrycia’). Nie należy psuć niektórych z nich obietnicami subsydiów, czy, pożal się Boże, pomocy państwowej, wsparcia firm przez instytucje państwowe, itd. Przedsiębiorcy często potrafią działać wbrew mądralom ekonomicznym. Tak było np. po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Ile to było gadania jak to polskie firmy nie wytrzymają presji konkurencyjnej firm zachodnich, jak spadnie eksport, kiedy złotówka się umacniała. I co, okazało się, polscy przedsiębiorcy nie tylko wytrzymali presję konkurencyjną, ale, w nieoczekiwany dla teoretyków sposób, zwiększyli eksport (przy silnej złotówce). Podobnie heroicznie zachowali się polscy przedsiębiorcy po kryzysie 2008 roku. Miedzy bajki należy włożyć tezę, że to dzięki działaniom rządu Polska była ‘zieloną wyspą’ na mapie Europy. Tak prawdę powiedziawszy dokonało się to dlatego, że rząd nic nie robił i (świadomie czy nieświadomie, tego nie wiem) zachował się zgodnie z prośbą kupca Le Gendre, który na pytanie ówczesnego ministra gospodarki we Francji Jean-Baptiste Colbert’a (1619-83): „co państwo może zrobić by pomóc biznesowi?” odpowiedział: „Laissez-nouns faire” (zostaw nas w spokoju; dajcie nam swobodę działania).

Zatem prośba do polityków wszelkiej maści: zostawcie nas wszystkich (nie tylko przedsiębiorców) w spokoju, dajcie nam swobodę działania.

 

Jak zwykle Adam Leszczyński nie zawiódł i w kolejnym swoim artykułem wprowadził mnie w stan osłupienia. W artykule ‘Wspólne nie znaczy niczyje’ napisał m.in. „W tej liberalnej utopii (bo do tego, że była to utopia, po 25 latach wolnego rynku chyba już nikogo nie trzeba przekonywać) też nie było miejsca dla spółdzielczości.” Pomijam to, że w Polsce nie mamy wolnego rynku (a zwłaszcza po 1997 roku to już jest tylko atrapa rynku) i zarzut o ‘liberalnej utopii’ jest po prostu bezzasadny. Parę słów chciałbym jednak napisać o tym dlaczego w Polsce „nie było miejsca dla spółdzielczości”. Najkrótszą odpowiedzią jest: ‘bo nie było rynku, bo przez ostatnie 20 lat w Polsce obserwujemy coraz większą socjalizację stosunków gospodarczych’.  Jest pewnym mitem, a red. Leszczyński wydaje się być zwolennikiem tego mitu, że spółdzielczość najlepiej rozwija się przy wsparciu instytucji państwowych i czynników politycznych. Elementem tego mitu jest też to, że spółdzielnie nie działają dla zysku, że są swego rodzaju organizacją filantropijną.

Warto zatem  podkreślić, że spółdzielczość jest wynikiem oddolnej aktywności ludzi, myślących w kategoriach własnego interesu, a pierwsze z sukcesem działające spółdzielnie rozwijały się w kapitalistycznej Anglii bez wsparcia jakiejkolwiek instytucji państwowej. Powszechnie uznaje się, że pierwsza z sukcesem funkcjonująca spółdzielnia powstała w 1844 roku w angielskiej miejscowości Rochdale, kiedy to Rochdale Society of Equitable Pioneers ustaliła zasady funkcjonowania spółdzielni (Rochdale Principles), które w przyszłości traktowane były jako swego rodzaju wzorzec organizowania innych spółdzielni. Rochdale Society of Equitable Pioneers utworzona została przez 28 osób, z których około połowa było tkaczami z Rochdale (Lancashire w Anglii). Efektem wprowadzanych innowacji w przemyśle tekstylnym i jego mechanizacji, sytuacja wykwalifikowanych robotników stawała się coraz gorsza. Często nie było ich stać na zakup żywności. Ta grupa 28 osób postanowili otworzyć własny sklep sprzedający produkty żywnościowe. Po spisaniu porozumienia, z pewnym trudem zebrali początkowy kapitał 28 ówczesnych funtów (po jednym funcie, jako udział każdego spółdzielcy) i 21 grudnia 1844 roku otworzyli swój sklep z bardzo skromnym wyborem masła, cukru, mąki, płatków owsianych i świec. W ciągu następnych trzech miesięcy rozszerzyli asortyment (np. o herbatę, tytoń). Dbając o dobrą jakość sprzedawanych towarów, stali się szybko znani jako solidni sprzedawcy. Ich inicjatywa okazała się na tyle skuteczne, że w ciągu następnych dziesięciu lat w Wielkiej Brytanii powstało prawie 1000 spółdzielni.

Spółdzielnia w Rochdale miała swoich prekursorów, jednakże większość z nich upadała w krótkim okresie casu. Przykładowo za pierwszą udokumentowaną spółdzielnię konsumencką uznaje się założoną przez lokalnych tkaczy w 1769 roku w Fenwick, East Ayrshire. Powstałe w 1761 roku Towarzystwo Tkaczy (Fenwick Weavers’ Society) miało na celu promowanie wysokich standardów w zakresie rzemiosła tkackiego, jednakże po kilku latach rozszerzono zakres działalności o zbiorowy zakup produktów spożywczych luzem oraz zakup książek (efektem tej aktywności było stworzeniem Biblioteki Fenwick w 1808).

W połowie XIX wieku, równolegle ze spółdzielniami produkcyjnymi czy rolniczymi, w całej Europie rozwijały się związki (spółdzielnie) kredytowe. Jednymi z najbardziej znanych były działające na obszarach wiejskich Kasy Raiffeisena. Finansowe związki kredytowe zostały wymyślone w 1852 przez Franza Hermanna Schulze-Delitzsch i działały początkowo w miastach. Ze składek członków spółdzielni finansowano niskooprocentowane kredyty, którymi z kolei można było zaliczkować działalność produkcyjną czy usługową. Warto zauważyć, że Schulze-Delitzsch nazwał te spółdzielnie „spółkami zarobkowymi”. Jednakże większy sukces odniosły kasy założone dwanaście lat później przez Friedrich Wilhelm Raiffeisen i one powszechnie uznawana są za inicjatorów kredytowego ruchu spółdzielczego.

Animatorami wczesnych form spółdzielczości byli w wielu krajach (Wielka Brytania, Belgia, Skandynawia) socjaliści, którzy budowanie gospodarki spółdzielczej uważali za metodę zbudowania alternatywy dla kapitalizmu. Warto jednak podkreślić, że idę spółdzielczości należy uznać za element gospodarki rynkowej. Wbrew pewnym mitom, działalność spółdzielni też była zorientowana na zysk (do podziału pomiędzy członków spółdzielni). Bez swobody gospodarowania jaką daję kapitalizm, spółdzielnie nie funkcjonowałyby tak dobrze.  Wystarczy sobie jedynie przypomnieć jakim rachitycznym tworem były spółdzielnie w PRLu i w innych krajach tzw. demokracji ludowej w XX wieku.

P.S. Polscy pionierzy spółdzielczości uczyli się na wzorach niemieckich. Najbardziej znane są powstałe w końcu XIX wieku na terenie Wielkopolski Kasy Stefczyka (założone przez Franciszka Stefczyka), które ułatwiały finansowanie rzemiosła, rolnictwa i drobnego przemysłu. Ten rozwój spółdzielczości w drugiej połowie XIX wieku w Wielkopolsce był wspaniale przedstawiony w polskiej telewizji w latach 70. XX wieku w serialu Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy. Scenariusz do tego filmu napisał Stefan Bratkowski, a jego głównym celem było pokazanie jak ubodzy Polacy pod koniec XIX w. stali się, dzięki samoorganizacji, najważniejszym przeciwnikiem wielkiego kanclerza Niemiec Otto von Bismarcka.


  • RSS