Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z tagiem: spoleczenstwo-obywatelskie

Kilka dni temu Pani premier Ewa Kopacz powiedziała, że  „Polacy powinni wreszcie zarabiać, tak jak zarabia się na Zachodzie … Doprowadzenie do tego to wyzwanie na następne cztery lata”. Można potraktować te słowa jako puste gadanie, tak jak w ostatnich kilku tygodniach, w ramach kampanii wyborczej, traktuje się obietnice wszelkiej maści polityków. Tak nawiasem mówiąc, zastanawiam się kiedy ten poziom absurdu płynący z ust polityków osiągnie taki poziom, że po prostu będziemy ich ignorować i przestaniemy całkowicie słuchać.

Czytajać te słowa Ewy Kopacz zastanawiałem się nad tym czy w większości politycy są tak głupi, że w istocie w kwestiach gospodarczych nie wiedzą co mówią, czy też są cynicznymi kłamcami. Nie byłoby może tak źle gdyby byli cynikami i kłamali, boję się jednak, że prawdziwa jest ta pierwsza możliwość. 

Gdyby inżynier powiedział, że jest w stanie zbudować pojazd (pociąg, samochód, samolot, …) który w ciągu paru minut będzie w stanie przewozić ludzi z Wrocławia do Gdańska, to potraktowalibyśmy go jako wariata (bo nawet gdyby zbudować taki pojazd np. rakietowy, to przyspieszenia musiałyby być tak duże, że żaden człowiek nie wytrzymałby tego). A coś takiego słyszymy niemalże co dzień z ust polityków, obiecujących wyborcom wszystko, nawet najbardziej absurdalne rzeczy.

Każdy system dynamiczny (a system gospodarczy takim jest) ma swoja tzw. wewnętrzną dynamikę, charakteryzowany przez specjalistów np. przez tzw. stale czasowe sytemu. Kiedy podgrzewamy w zimie pokój, to nie oczekujemy, że w ciągu paru minut temperatura w nim podniesie się np. z 10 stopni Celsjusza do 25 stopni Celsjusza. Spodziewamy się, że w zależności od wielkości tego pokoju może potrwać to od kilkudziesięciu minut (dla małego pokoju) do kilku godzin (dla dużego pokoju).

Podobnie jest w systemie gospodarczym, który też ma swoje ‘stałe czasowe’. Zarobki pracowników nie wzrosną tylko dlatego, że Pani Premier sobie tego zażyczy, czy dlatego, że związki zawodowe ‘tupną nogą’. Nie jest chyba wykraczającym poza zdolności intelektualne każdego człowieka to by zrozumieć, że wielkość zarobków jest pochodną jego produktywności. W Polsce w ostatnich 26 latach ta produktywność rośnie znacznie szybciej niż na tzw. Zachodzie, ale 26 lat temu zaczynaliśmy z bardzo niskiego jej poziomu. To dzięki temu nadrobiliśmy zaległości, i jeśli 26 lat temu średnio w Polsce zarabialiśmy ok. 10 razy mniej niż na Zachodzie, to obecnie zarabiamy ok. 3-4 razy mniej. Jesteśmy w stanie nadrobić dalej tę różnicę, ale fizycznie nie jest możliwe dokonanie tego w ciągu najbliższych 4 lat (jak życzyłaby sobie Pani Premier). Jeśli stworzono by odpowiednie warunki do rozwoju przedsiębiorczości (swobody gospodarowania) to moglibyśmy te zapóźnienie w stosunku do Zachodu nadrobić w ciągu najbliższych 12-15 lat. Boję się jednak, że braknie ku temu woli politycznej i może to potrwać dwa, trzy razy dłużej (jeśli w ogóle).

Warunkiem zatem jest zapewnienie wolności gospodarczej, poszanowanie własności prywatnej i budowanie zaufania społecznego. Trzeba wyraźnie powiedzieć i uświadomić ludziom, że dobrobyt bierze się z systematycznej pracy, której owoce nie są marnowane przez działania polityczne. To, że społeczeństwa zachodnie osiągnęły dobrobyt to nie jest wynik dekretów politycznych, ale ich systematycznej, ciężkiej pracy i dobrej jej organizacji w warunkach gospodarki rynkowej w ostatnich 150-200 latach. Taki stosunek do życia (nie tylko gospodarczego)  zawarty jest w zasadach klasycznego, zachodniego liberalizmu, ale także wschodniego taoizmu (o czym wspominam np. Historii myśli liberalnej – robocza wersja dostępna tutaj, patrz str. 13-15). By to zilustrować podam  na początek tylko dwa cytaty z klasycznych dzieł taoistycznych.

Lao-tsy w TAO-TE-KING, czyli KSIĘGA DROGI I CNOTY (Przeł. Tadeusz Żbikowski) napisał:

Co należy zrobić, żeby zmącenie ustąpiło?
Należy zachować spokój (i bezruch), a (woda) stopniowo stanie się czysta.
Co można zrobić, żeby zachować spokój na wieki?
Poprzez ruch (i zmiany) stopniowo spokój się zrodzi.
Ci, którzy przestrzegali tej zasady tao, nigdy nie dążyli do wypełnienia swoich pragnień do końca.

Kto wspina się na palce, nie stoi (mocno na ziemi).
Kto dwa kroki chce zrobić jednocześnie, nie idzie (szybko).
Kto ukazuje się (publicznie), nie świeci (swoją osobowością)
Kto twierdzi, że ma (zawsze) rację, to (to, co mówi), nie jest (dla wszystkich) oczywiste.
Kto domaga się uznania, nie ma żadnych osiągnięć.
Kto stara się nad innych wywyższyć, nikomu nie przewodzi.

Natomiast Czuang-tsy w Prawdziwej Księdze Południowego Kwiatu, pisząc o skuteczności działania zgodnego z naturą:
„Cz’ui rzemieślnik dokładniej kreśli koła ręką niż cyrklem. Zdawało się, że jego palce tak naturalnie dostosowują się do tego co robi, że nie musi natężać uwagi. Jego władze umysłowe były więc jednym i nie było dla nich przeszkód. Jeżeli się nie czuje nóg, to znaczy, że buty są wygodne. Jeżeli nie czuje brzucha, to znaczy, że przepaska jest dobra. Jeżeli intelekt nieświadomym jest dobra ani zła, to znaczy, że serce (Hsin) jest spokojne … A ten, kto spokojnie zaczynając, nie czuje się nigdy spokojny, nieświadom jest spokoju.”

 Tak pisząc o skuteczności systematycznej pracy, liberalizmie i taoizmie, przypomniał mi się film dokumentalny z 2010 roku pt. The Man Who Stopped the Desert (Człowiek, który zatrzymał pustynię). Jest to wzruszając historia Yacouba Sawadogo, prostego rolnika z Burkina Faso, który przez prawie 40 lat, wykorzystując tradycyjną uprawę roślin w klimacie zwrotnikowym nazywanej Zai, dzięki swojemu uporowi i systematycznemu działaniu, był w stanie zamienić obszar pustynny na żyzną glebę na której rośnie obecnie las, jak również można ją wykorzystać rolniczo.  Warto podkreślić, że poradził on sobie z problemem, nad którym od wielu lat pracują naukowcy z całego świata (nie muszę wspominać, że za grube miliony dolarów, najprawdopodobniej z publicznych pieniędzy).

Zai nie jest jakąś wyrachowaną technika rolniczą. To w istocie bardzo prosta i tania technika rolnicza, w której przy pomocy łopaty (lub siekiery) wykopuje się okrągłe  otwory w twardej ziemi, a następnie wypełnia się je kompostem. W otworach tych sadzi się nasiona drzew, prosa lub sorgo. Specyficzny kształt otworów  umożliwia zbieranie się w otworach wody  w porze deszczowej (która trwa z reguły 2-4 miesiecy) i dzięki czemu możliwe jest utrzymanie wilgoci i składników odżywczych w porze suchej. Yacouba Sawadogo wykazał się inwencja i usprawnił tradycyjną metodę, poszerzając otwory, tak aby zbierały w nich więcej wilgoci i dodając trochę gnoju, który również zachowuje wilgoć na dłużej. Co też ważne, Sawadogo przygotowuje w ten sposób ziemię w porze suchej, odwrotnie niż to mają w zwyczaju tradycyjne lokalne praktyki.

Ostatnio ciekawie o historii Yacouba Sawadogo  napisała Jaśmina Marczewska. Tam też na końcu tekstu możemy znaleźć zasmucająca historię, związaną (znów) z instytucjami państwowymi: „Źródłem problemu są kwestie dotyczące własności ziemi. Bardzo wielu drobnych rolników w Burkina Faso nie posiada gruntów, lecz tylko je dzierżawi. Koniec najmu może nastąpić w każdej chwili. Jednocześnie rząd pozwala miastom anektować pobliskie tereny, w minimalnym stopniu wynagradzając to ludziom, którzy już je zamieszkują i są wysiedlani. Tak dzieje się z wioską Sawadogo, położoną kilka kilometrów od 64-tysięcznego Ouahigoya. Na obszarze przyłączonym do tego ośrodka znalazł się las, z takim trudem wyhodowany przez Yacoubę. Władze zaczynają już budować tam domy.  Przysłani geodeci podzielili nieruchomość na niewielkie działki. Jedną z nich pozostawiono Sawadogo, przydziały dostaną również jego starsze dzieci. Cała reszta zostanie wyprzedana. Yacouba musiał bezsilnie patrzeć, jak miejscy urzędnicy wbili kołek w podłogę jego sypialni. Kolejna linia przecina grób jego ojca. Rolnik stara się teraz zebrać pieniądze, by odkupić las, w który zainwestował swoje życie. Musi zgromadzić aż 20 tys. dolarów – paradoksalnie, sam podwyższył wartość gruntu, przyczyniając się do poprawy jakości ziemi.”

Tutaj powstrzymam się od komentarza.

Co jakiś czas na uczelniach i w instytutach badawczych przeprowadzana jest tzw. okresowa ocena pracowników naukowych. Niby nic nowego, coś naturalnego, coś co powinno być przedmiotem działań każdej jednostki wobec swoich pracowników. Ocenie poddawany byłem od początku swoje pracy. Wyglądało to zwykle tak, że przekazywałem zwierzchnikowi spisane to co w ostatnim okresie zrobiłem (często w formie ankiety), zbierała się komisja ds. oceny i dokonywała takowej oceny (biorąc także pod uwagę subiektywne zdanie zwierzchników, jak i członków komisji). Jednakże w ostatnim okresie dotknęła nas mania wskaźników i chęci tzw. obiektywnej oceny ilościowej. Powstają różnego rodzaju regulaminy ‘oceny pracownika naukowego’ w których każda aktywność jest wyceniana w punktach, potem te punkty są sumowane i jeśli się nie przekroczy pewnego progu punktowego to ocena jest negatywna. Jednym z elementów oceny pracownika naukowego jest ocena jego dorobku publikacyjnego. Przyznaje się punkty za opublikowanie w różnych czasopismach naukowych, a w tym celu Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego tworzy różnego rodzaju wykazy czasopism naukowych. Uwzględnia się w tych ocenach różnego rodzaju miary bibliograficzne, np. impact factor, indeks Hirscha.

Nawiasem mówiąc, tego rodzaju miary, czy tzw. lista filadelfijska (ISI Master Journal List)  powstały nie po to by dokonywać oceny pracowników, a z pobudek badawczych, z chęci poznania samego procesu publikacji wyników badań naukowych. Twórcy tych wskaźników nie myśleli by używać ich do oceny indywidualnych osiągnieć pracowników naukowych. Dopiero potem różnej maści biurokraci rzucili się na tego typu  koncepcje by użyć je do tzw. obiektywnej oceny pracownika naukowego.

W ten sposób powstaje swego rodzaju przymus publikowania, który sam w sobie nie jest zły, jeśli tylko wynika z wewnętrznej potrzeby naukowca, by podzielić się swoimi wynikami badawczymi. Niestety obecnie przeradza się to w patologiczną zasadę Publish or perish (publikuj albo zgiń). Naturalnie nie jest to zjawisko nowe. Kiedy w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku zaczynałem tzw. karierę naukową zasada ta była już obecna. Już wtedy doświadczaliśmy zalewu publikacji naukowych o wątpliwej wartości; do tego stopnia było to już wtedy dokuczliwe, że odczuwaliśmy pewne problemy ze znalezieniem dobrych publikacji w ogromie wszystkich publikacji (internetu i wyszukiwarek wtedy nie było!). Zajmowaliśmy się wtedy modelowaniem procesów ewolucyjnych i to wtedy pojawił się postulat, do którego coraz częściej wracam, który, jak nam się wydawało, mógłby uzdrowić sytuację. Mianowicie należałoby przyjąć by w czasie swojego życia naukowego, każdy mógł opublikować pewną ograniczoną liczbę publikacji (np. trzy, może pięć), osobistą decyzją naukowca byłoby kiedy takowe opublikować (Karol Darwin pracował nad swym podstawowym dziełem  O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego  ponad 20 lat, od 1838 roku, i pracowałby może jeszcze długo, gdyby nie zmuszono go do opublikowania tej książki w 1859 r.).

Takie ocenianie oparte na wskaźnikach zwykle kończy się ‘zabawą w złodziei i policjantów’. Kiedy w pierwszym okresie wprowadzania takiej oceny liczyła się liczba publikacji to reakcją środowiska naukowego było pojawienie się ogromnej liczby czasopism gdzie  można było publikować (bardzo często artykuły wątpliwej jakości, jak wtedy nazywaliśmy, ‘przyczynkarskie’). Kiedy okazało się, że ci sprytni nie tyle w prowadzeniu dobrych badań, co w publikowaniu ‘szybko i dużo’, najbardziej na tym zyskiwali (często w finansowym wymiarze), zmieniono wskaźniki i nie tyle liczba publikacji a liczba cytowań stała się podstawą dobrej oceny. Równie szybko środowisko ‘sprytnych naukowców’ znalazło na to sposób – zaczęły powstawać ‘spółdzielnie’, których członkowie wzajemnie się cytowali (niezależnie od tego czy mieli ku temu merytoryczne powody czy nie). Kiedy uświadomiono sobie ten proceder spróbowano kolejny raz ‘uszczelnić’ system oceniania i zaczęto zwracać uwagę na jakość tych cytowani i uwzględniać tzw. impact factor czasopism w których publikowano i cytowano. Cóż się okazało?  Redakcje czasopism by zadbać o wzrost znaczenia danego czasopisma, w uwagach do recenzji artykułów przesyłanych do publikacji, sugerowali, że problematyka ta już wcześniej poruszana była na łamach tego czasopisma i dobrze byłoby zamieścić odnośniki do pewnych artykułów wcześniej opublikowanych (niekiedy dochodzi to sugerowania cytowania konkretnych osób z kręgu danego czasopisma). Proszę mi wierzyć, ta ‘zabawa’ nigdy się nie skończy – na kolejne próby ‘uszczelniania’ systemu zawsze znajdą się sposoby ominięcia ograniczeń. Póki ocena nie będzie oparta wzajemnych relacjach, na swego rodzaju samouzgodnieniu opinii, na zdrowych, ludzkich zasadach krytycznej dyskusji i subiektywnej oceny każdego zaangażowanego w proces, póty nie będzie dobrze. Póki nie wrócimy do moralnych zasad wypływających z potrzeby uczciwego ocenienia tego co robią inni i wykluczania ze społeczności tych nieuczciwych, póty nie nastąpi poprawa w jakości publikacji i jakości prowadzonych badań naukowych. Zapomnieliśmy co to jest honorowe zachowanie, nie doceniamy zasady ostracyzmu – nie doceniamy siły wykluczenia ze środowiska osoby nieuczciwej, zachowującej się nagannie.

Kiedy tak wracam myślami do początków mojej pracy na uczelni, to dochodzę do wniosku, że pewien przymus publikowania jest dobry w pewnym wieku, wtedy jak młody naukowiec rozwija się, kiedy ma ogromną energię i potencjał intelektualny. Sam tego doświadczyłem kiedy starałem się sporo publikować po angielsku w miarę dobrych czasopismach zachodnich. Ta młodzieńcza pasja wynika z chęci samorealizacji, własnego zadowolenia z tego, że coś się poznało i zrobiło, ale także z pewnego młodzieńczego przekonania, że ‘zawojuje się  świat’, będzie się znanym w środowisku, będzie się brało udział w dyskusjach z tymi najlepszymi i najbardziej znanymi.  I to jest prawda, taka aktywność wtedy jest bardzo ważna. Tego typu stosunek do wykonywanej pracy wydaje mi się bardzo ważnym mechanizmem ‘napędzającym’ rozwój nauki.

Jednakże, powoli dochodzę do wniosku, że kiedy człowiek staje się bardziej doświadczonym, starszym (a może nawet starym), kiedy zaczyna patrzeć na świat trochę z innej perspektywy, to zaczyna dominować w nim przekonanie, że znacznie więcej jest do zrobienia ‘tu i teraz’ (w Polsce, we Wrocławiu, w najbliższym otoczeniu), że należy być aktywnym po to by przede wszystkim kształtować myślenie młodego pokolenia. W tej sytuacji publikowanie po angielsku, w najlepszych czasopismach staje się już mniej ważne (sam tego doświadczyłem i doświadczam, choć nadal staram się by od czasu do czasu coś tam opublikować). Dochodzę do wniosku (używając marksistowskiego określenia), że nadbudowa staje się ważniejsza. Tyczy się to zwłaszcza nauk społecznych, w tym ekonomii. Ukształtowanie młodego człowieka, młodego pokolenia, pokazanie alternatyw, nauczenie krytycznego myślenia,  będzie skutkowało w przyszłości, będzie miało wpływ na wiele lat, na zachowanie się kolejnego pokolenia. Kontakt z młodymi, współpraca z organizacjami młodych, wykłady i udział w panelach organizowanych przez młodych są w tej sytuacji znacznie ważniejsze. Dlatego współpracuję i na tyle na ile mogę wspieram działanie młodych ludzi związanych np. z Instytutem Misesa, PAFERE, KoLibra, uczestniczę w pracach Olimpiady Wiedzy Ekonomicznej, czy biorę udział w Festiwalach Nauki.

Ważny (a może ważniejszy) staje się innego rodzaju ‘impact factor’, ten subiektywny, budowany dla mnie, pozwalający mi ocenić na ile moje działania są ważne dla mojego bliskiego i dalszego otoczenia.  Ten oficjalny  ‘impact factor’  jest naturalnie też ważny, ale wydaje mi się, że znacznie mniej ważny niż dawniej. Przyznam się, że teraz nie odczuwam takiego imperatywu jaki odczuwałem dawniej: jechać na tę czy inną konferencję zagraniczną, opublikować w dobrym czasopiśmie zagranicznym. Oczywiście staram się, ale świadomie staje się to dla mnie mniej ważne. Dochodzę często do wniosku, że może lepiej opublikować coś po polsku, nawet w mniej znanym, w skali międzynarodowej, czasopiśmie, ale dostępnym dla szerokiego grona polskich czytelników.  Artykuł taki staje się niekiedy podstawą do późniejszych wystąpień, udziału w panelach dyskusyjnych i spotkań z młodymi ludźmi.

Gdyby dzisiaj żył Adam Smith, ten Szkot, pracujący w Edynburgu w XVIII wieku, który w swoim życiu napisał ledwie dwie książki, to z pewnością oceniony byłby negatywnie przez współczesne komisje uniwersyteckie.  Nad swoim podstawowym dziełem, Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów (1776), Adam Smith pracował 10 lat. Jaki współczesny uniwersytet pozwoliłby na tego typu nieproduktywność?  

Kilka lat temu, kiedy potrzebowałem pewnych danych statystycznych, wszedłem na stronę GUS i początkowo ucieszyłem się, bo tam zobaczyłem link do rocznika statystycznego. Rozczarowałem się kiedy pobrałem ten ‘rocznik’, bo okazało się, że udostępniono mniej niż połowę zawartości tego rocznika, a te potrzebne mi dane były akurat w tej drugiej, nieudostępnionej części.  Zadzwoniłem do GUSu z zapytaniem dlaczego nie udostępnione są całe roczniki? Powiedziałem, że nie tylko całe roczniki statystyczne, ale i inne dane gusowskie powinny być udostępnione w domenie publicznej, bo przecież zbieranie tych danych finansowane jest z pieniędzy publicznych (m.in. z moich podatków). Pani z którą rozmawiałem wyraziła zaskoczenie i zdziwienie. Napisałem w tej sprawie maila do prezesa GUSu. Nie wiem czy to odniosło skutek, ale faktem jest, że coraz więcej ‘surowych’ danych dostępnych jest na stronie internetowej GUSu. To dobry znak.

Od wielu lat mówię (m.in. swoim studentom), że powinniśmy się domagać od wszystkich instytucji publicznych udostępniania nam wszelakich danych (informacji, wiedzy, …), których uzyskanie było finansowane z pieniędzy publicznych. Nie jestem w tym żądaniu odosobniony, ani nie byłem też pierwszym. Od wielu lat w innych państwach jest to postulowane. Chyba pierwszym był Hans Rosling, twórca oryginalnej metody prezentacji danych statystycznych (wszystko dostępne na stronie gapminder.org). W wykładzie na TED w 2006 roku (którego obejrzenie polecam w całości) postuluje to w szesnastej minucie (15:02). Podobnie domaga się tego twórca World Wide Web (WWW) Tim Berners-Lee. Tutaj polecić można jego dwa wykłady na TED, pierwszy, wygłoszony w 2009 roku, poświęcony przyszłości  internetu (w nim o konieczności udostępnienia danych mówi od jedenastej minuty (10:49)), drugi, wygłoszony w następnym roku, już poświęcony jest w całości korzyściom jakie może przynieść publiczne udostępnienie danych. Jego okrzyk „Raw Data Now” (10:50 w pierwszym wykładzie), czyli „Dajcie nam Surowe Dane”, stał się zaczynem szerszego ruchu społecznego, który powoli zaczyna przynosić efekty w postaci coraz większego udostępniania danych przez rządy i agencje międzynarodowe (m.in. ONZ).

Jakie nieoczekiwane efekty może przynieść udostępnienie surowych danych opisał wczoraj Piotr Arak w artykule ‘Otwarte dane’, opublikowanym na Obserwatorze Finansowym. Polecam przeczytać całość. Okazuje się, że „z ujawnionych przez rząd w USA danych systemu ubezpieczeń społecznych udało się odkryć, że kilkuset lekarzy w ramach wynagrodzenia za usługi otrzymało po kilka milionów dolarów. Rekordzista – okulista z Florydy – 21 mln dol.” a „rządowa agencja zajmująca się wywiadem Intelligence Advanced Research Projects Activity (IARPA) udowadnia, że obywatele-ochotnicy zajmujący się badaniami dla rządu są skuteczniejsi niż specjaliści z CIA”.

Udostępnienie danych przez różne instytucje publiczne może wiązać się z pewnym ryzykiem ich nadużywania, z pewnością jednak korzyści płynące z tego publicznego udostępnienia są znacznie, znacznie większe. Jestem przekonany, że przy odpowiedniej polityce, te negatywne efekty mogą być zminimalizowane, a dokona się to dzięki zbiorowej dbałości (i odpowiedzialności) tych którzy będą korzystali z tych surowych danych. Już oni wymyślą sposoby zabezpieczenia się przed nieuczciwością i nadużyciem!

Zatem domagajmy się:

Raw Data Now!!!

 

Próbuje się nam wmówić, że rynek nie jest w stanie realizować tzw. celów społecznych. Staram się z tym błędnym poglądem walczyć. Okazję ku temu był wywiad o który poprosił mnie Pan Arkadiusz Korycki (chyba w ramach jakiegoś programu badawczego nt. ekonomii społecznej, a czym ta ekonomia wg. jej zwolenników jest można przeczytać np. tutaj i tutaj). Cały wywiad jest dosyć długi (dla wytrwałych do poczytania tutaj), ale kilka fragmentów pozwolę sobie zamieścić poniżej:

 

„AK: Czy zdaniem Pana Profesora gospodarkę społeczną należy traktować jako jeden z integralnych segmentów nowoczesnej gospodarki czy jako odrębny sektor?

WK: Uważam, że jest to integralna część gospodarki, w zasadzie jej segmentu rynkowego. W ramach gospodarki społecznej oprócz tych elementów związanych z zyskiem powinniśmy realizować cele społeczne, ale proszę zauważyć, że w momencie kiedy dany przedsiębiorca zaspokaja ludzkie potrzeby, zachowuje się egoistycznie, ale w takim egoizmie, czy dbałości o interes własny,  załatwia wiele celów społecznych. Jednym z celów przedsiębiorstwa społecznego jest walka z bezrobociem. W momencie kiedy przedsiębiorca wytwarza zysk, ma pieniądze na to, żeby rozwijać przedsiębiorstwo, zatrudnia dodatkowe osoby i w ten sposób znacznie efektywniej zaspokaja potrzeby walki z bezrobociem aniżeli dzieje się to w ramach tzw. ekonomii społecznej (w rozumieniu urzędników  Unii Europejskiej). Wśród polityków, społeczników pada bardzo często określenie „musimy walczyć z bezrobociem”. W gospodarce rynkowej z bezrobociem nie ma sensu walczyć, bo ono jest załatwiane w sposób naturalny, poprzez normalne mechanizmy rynkowe. Taka nomenklatura wojenna używana przez polityków wynika z faktu, że bezrobocie jest często wykreowane przez nich samych. Najpierw kreują to, a potem z tym usilnie walczą. Sytuacja podobna jest do tej ze strażakiem, który najpierw podpala dom, a następnie jest pierwszym do gaszenia pożaru.

….

AK: Czy Pana zdaniem gospodarka społeczna ma mieć takie same prawa jak inne podmioty gospodarcze?  

WK: Absolutnie tak. Powinna rozwijać się przede wszystkim w otoczeniu rynkowym, poddana takiej samej konkurencji jak wszystkie inne podmioty rynkowe.  Wówczas ona będzie się lepiej rozwijała i kwitła. Nie twierdzę jednak, że  w okresie przejściowym państwo nie może wspierać. Ogromne miliony złotych można przeznaczyć na coś co w dłuższej perspektywie może przynieść znacznie lepsze efekty, co mogłoby służyć temu, co jest podstawowym brakiem polskiego społeczeństwa – na budowanie zaufania społecznego, wzajemnego zaufania pomiędzy ludźmi. Ekonomia, gospodarka społeczna opiera się przede wszystkim na zaufaniu. Wszystko, co się dzieje w gospodarce opiera się  na zaufaniu. W Polsce – jak to pokazuje chociażby diagnoza społeczna profesora Janusza Czapińskiego i jego  wieloletnie badania, należymy do społeczeństw o najniższym poziomie zaufania społecznego. Nie zbudujemy  dobrej gospodarki rynkowej bez budowy tego zaufania. Gdyby te miliony złotych poszły nie na jakieś ułudy typu ‘przedsiębiorstwa społeczne’, gdzie liczba osób zaangażowanych w to przedsiębiorstwo społeczne jest znacznie większa niż liczba stworzonych miejsc pracy, to mielibyśmy znacznie większe efekty.

By do tego doszło musi nastąpić zmiana w myśleniu polityków, które prezydent Ronald Reagan ujął trafnie w powiedzeniu: „Politycy mają skłonność do myślenia o następnych wyborach, a nie o następnym pokoleniu.”

AK: A jak pańskim zdaniem radzą sobie podmioty gospodarki społecznej w realizacji celów typowo społecznych?

WK: Po pierwsze należy uświadomić sobie, co rozumiemy przez cel społeczny. Faktem jest, że wielu ludzi nie radzi sobie w otoczeniu rynkowym, są zagubieni. W dużym stopniu wynika to z ‘bagażu przeszłości’. Państwo, instytucje publiczne, oduczyły ludzi (nie tylko w Polsce, także w krajach Europy Zachodniej) elementarnej odpowiedzialności za swoje działania. To państwo (a pierwszym był kanclerz Otto von Bismarck, który w końcu XIX zaczął rozbudowywać programy pomocy społecznej) oduczyły ludzi czegoś naprawdę ważnego – odpowiedzialności i dbałości o zapewnienie sobie i swojej rodzinie bezpiecznej przyszłości. Ta erozja odpowiedzialnego ludzkiego zachowania zaczęła się właśnie w końcu XIX wieku a w wieku XX, nabrała przyspieszenie, zwłaszcza od lat 1930., a wszystko to pod zbożnym i obłudnym hasłem budowy ‘państwa dobrobytu’. To państwo ‘wmówiło’ ludziom, że zadba o ich zdrowie, edukację, zapewni pracę, ubezpieczy od wszelkich nieszczęść. Ludzie uwierzyli, że tak może być i to tanim kosztem. Efekty widzimy po kilkudziesięciu latach – jakość publicznej edukacji jest fatalna, po to by faktycznie zadbać o swoje zdrowie trzeba dać łapówkę, albo pójść do prywatnego lekarza, stopa bezrobocie osiąga dwucyfrowe wartości, widmo głodowej ‘państwowej’ emerytury jest całkiem realne, itd., itp.   

Tego typu działania państwa (w tym także publicznej edukacji) oduczyły czegoś, co jest bardzo istotne dla rozwoju gospodarczego – mianowicie akceptacji porażki, akceptacji tego, że może mi się nie udać. W Polsce, gdy ktoś ponosi porażkę uznaje ten moment za klęskę i uważa, że już się z tej sytuacji nie podniesie. W gospodarce rynkowej, w kapitalizmie, nawet we współczesnej Ameryce, jeśli ktoś ponosi porażkę, to nie jest to jeszcze klęska życiowa. Dominuje przekonanie,  że jeśli teraz mi się nie udało, to spróbuje raz jeszcze i z pewnością odniosę sukces. …

AK: Czy według Pana przedsiębiorstwa społeczne w Polsce potrafią wykorzystać swoje przewagi (np. wspólnotowość) w konkurencji z innymi podmiotami gospodarczymi czy nie są świadome swoich zalet, nie wiedzą jak się wybić, konkurować z nimi?

WK:      Powiem coś niepopularnego.  Uważam, że   przedsiębiorstwa społeczne w takiej postaci jak działają obecnie,  przestałyby istnieć, gdyby zakręcić kurek z funduszy publicznych. Proponuje zrobić taki eksperyment myślowy. Mamy setki, a może już nawet tysiące przedsiębiorstw społecznych, czy tzw. organizacji pozarządowych.  Nagle zakręcamy kurek pieniędzy publicznych, które płyną do tych instytucji, organizacji. Należy zapytać: ile z tych organizacji przetrwałoby? Uważam, że ogromna większość upadłaby w krótkim czasie, bo one funkcjonują wyłącznie dzięki wsparciu z funduszy publicznych. Nie ma tam samodzielności, samowystarczalności gospodarczej. Natomiast gdyby przedsiębiorstwa społeczne powstawały z inicjatyw oddolnych, z uwzględnieniem pewnych realiów gospodarczych, zwłaszcza tego, że funkcjonowałyby w otoczeniu rynkowym, poddane presji konkurencji tak samo jak przedsiębiorstwa komercyjne, to z pewnością ogromna większość przetrwałaby względnie długi czas. Wówczas funkcjonowałyby znacznie lepiej i mogłyby przetrwać bez funduszy publicznych. Takie eksperymenty myślowe czasami są potrzebne, co często proponuję moim studentom.

A.K.: Chciałbym zapytać jakie jest zdanie Pana Profesora na temat Krajowego Programu Rozwoju  Ekonomii Społecznej? Co Pan sądzi o tym dokumencie?

W.K.: Nie jestem zwolennikiem programów rządowych. One są długie i jednostronne, a powinny być krótkie, zwięzłe, zawierać określone cele operacyjne. Gdy popatrzy się na różne programy, strategie rozwoju, czy plany rządowe, to okazuje się, że powstają one co cztery-pięć lat i jest to ciągłe powielanie niemalże tych samych rzeczy. Czasami dopisuje się nowe, nośne hasło, ale istota nie ulega zmianie. Mój postulat: Krajowy Program Wsparcia dla Ekonomii Społecznej nie powinien być napisany na kilkudziesięciu czy kilkuset stronach, ale na kilku, z jasno określonymi celami operacyjnymi (tak by po kilku latach, każdy z nas, jako zewnętrzny obserwator, mógłby  powiedzieć, że cel został, bądź nie został, osiągnięty). Proszę zauważyć, że większość celów prezentowanych w tego typu programach nie jest terminami operacyjnymi (używa się tam takich niejasnych sformułowań jak wsparcie, poszerzenie, zdynamizowanie, rozwój, …). Są to nieprecyzyjne cele, trudne do zweryfikowania czy zostały osiągnięte, czy nie. Żaden polityk nie lubi operacyjnych celów, ponieważ miałby kłopoty rozliczeniem się z nich (np. przed wyborcami).

Najkrócej mogę powiedzieć tak: Jako przeciwnik wszelkiego rodzaju programów subsydiowania działań z funduszy publicznych nie  popieram Krajowego Programu Rozwoju Ekonomii Społecznej.

 A.K.: Jak Pan Profesor  ocenia potrzebę i realność osiągnięcia celów: nadrzędnego  („w roku 2020 ekonomia społeczna stanowi ważny czynnik wzrostu zatrudnienia, spójności społecznej oraz rozwoju kapitału społecznego” oraz celu strategicznego  („do 2020 podmioty ekonomii społecznej staną się ważnym elementem aktywizacji osób w trudnej sytuacji na rynku pracy oraz dostarczycielem usług użyteczności publicznej działającymi we wspólnotach samorządowych”) Krajowego Programu Rozwoju Ekonomii Społecznej 

W.K.: To jest właśnie to o czym przed chwilą mówiłem. Te cele nie są operacyjne, żaden prywatny przedsiębiorca nie sformułowałby ich w ten sposób, wyznaczając cele działania swojej firmy. Przecież zawsze mogę wykazać, niezależnie od tego co zostało zrobione i ile pieniędzy na to wydano, że ekonomia społeczna jest „ważnym czynnikiem wzrostu zatrudnienia ….” ,  czy to, że podmioty ekonomii społecznej „staną się ważnym elementem aktywizacji …”.  Proszę zauważyć, ze nawet w tzw. celach operacyjnych tego Programu, używa się określeń typu „Wzmocnienie roli…”, „Wzrost skuteczności …”, czy „Wzrost kompetencji …”.   Jedynym w miarę operacyjnym jest cel drugi „Powstanie i utrzymanie 35 tysięcy miejsc w pracy w przedsiębiorstwach społecznych”. Kiedy te 35 tys. zestawimy z ponad 2 mln rzeszą bezrobotnych w Polsce to cel ten jest nie tyle operacyjny, co wręcz śmieszny. Ekonomia społeczna ma realizować cel społeczny jakim jest ‘walka z bezrobociem’, kreując kilkadziesiąt tysięcy miejsc pracy?

Można byłoby tak analizować niemalże wszystkie sformułowania tego programu i wykazywać ich miałkość, nieoperacyjność, absurdalność, ale chyba nie o to Panu chodzi.

O ile znam ‘cykl życia’ tego typu programów rządowych, za ok. 5-6 lat podjęte zostaną znów dyskusje nad kolejną edycją ‘Krajowego Programu Rozwoju Ekonomii Społecznej’ (choć wtedy na pewno będzie się on inaczej nazywał, ale nazwa na pewno będzie nośna i przemawiająca do wyobraźni) i po dwóch latach dyskusji przedstawione będą nowe cele w horyzoncie roku np. 2030, w których ‘ekonomia społeczna’, ‘podmioty ekonomii społecznej’ będą ważnym, poszerzonym, pogłębionym, …., elementem życia gospodarczego.”

Kilka dni temu ukazał się ‘List otwarty do wolnych Polaków w kraju i zagranicą’ w słusznej sprawie niesprawiedliwego wyroku, który ma być ogłoszony 5 stycznia 2012 roku przez Sąd Okręgowy w Warszawie w sprawie zbrodni stanu wojennego w Polsce. Fakty są niezaprzeczalne.  Jak piszą Autorzy tego listu: „Ponad dziesięć tysięcy internowano w więzieniach, obozach i jednostkach wojskowych. Tysiące skazano wyrokami podległych im sądów doraźnych, włącznie z wyrokami śmierci. Zamordowano i zastrzelono wielu niewinnych. Bestialsko katowano w więzieniach i obozach. Strzelano i pałowano na ulicach. Wyrzucano z pracy, relegowano ze szkół i uczelni. Pozbawiano rodziców praw rodzicielskich. Deportowano rodaków z Ojczyzny.” To musi być osądzone sprawiedliwie, z tym całkowicie się zgadzam i solidaryzuję się w tym względzie z Autorami listu.

List ten zatytułowany został ‘Zbrodnie komunizmu zbrodniami neo-liberalizmu’. W dalszej części listu napisane jest: „To próba ominięcia sprawiedliwości przez raz wydany wyrok, co ma w przyszłości uniemożliwić powtórne osądzenie za czyny już osądzone… To jest zbrodnia sądowa.
Taka praktyka stawia w równym szeregu zbrodnie totalitarnego neo-liberalizmu ze zbrodniami komunizmu.”

I w związku tym mam jedną wątpliwość. Po co w to wszystko mieszać neoliberalizm? Kilka tygodni temu pisałem o tym jak to ‘neoliberalizm traktowany jest jako chłopiec do bicia’ (patrz też dawniejszy wpis ‚Liberalizm – wszelkie zło tego świata?‚). Wydaje mi się, że i w tym Liście otwartym tak potraktowany został neoliberalizm. Rozumiem intencje Autorów Listu, ten ich ‘neo-liberalizm’ miał być synonimem rządu obecnego i poprzednich rządów, które w sprawie ukarania sprawców stanu wojennego nic nie zrobiły. Problem jest w tym, że rządów tych naprawdę trudno nazwać neo-liberalnymi. Liberalizm ma swoje tradycyjne znaczenie i ‘przyszywanie mu różnych łatek’ jest zwykłym nadużyciem. Proszę, nie zmieniajmy znaczenia słów. Wydaje mi się, że ten list otwarty mógłby być napisany bez takiego bardzo emocjonalnego nastawienia i bez użycia niepotrzebnego słowa liberalizm, a wtedy też i jego skutek mógłby być większy.

Od czasu kiedy Wikileaks rozpoczął 28 listopada publikację 250 tys. poufnych depesz dyplomacji amerykańskiej sprawa twórcy Wikileaks, Juliana Assange, staje się coraz głośniejsza. Assange wyraźnie ‘nadepnął komuś ważnemu na odcisk’, bo wcześniejsze publikacje na Wikileaks nie wywołały tak gwałtownej reakcji.

Sprawa przecieków WikiLeaks może się okazać ważnym elementem w budowaniu oddolnego ‘społeczeństwa obywatelskiego’. Choć ten termin niezbyt mi odpowiada, bo sugeruje, że muszą istnieć państwa, może lepiej zatem byłoby używać określenia Henri Bergsona ‘społeczeństwa otwartego’, bliższe Assange’owi, którego zamierzeniem jest budowanie "państwa otwartego".  Chyba najbardziej odpowiadałby mi termin ‘społeczeństwa spontanicznego’ – bo nie sugeruje on, że ludzie musza żyć pod państwową kuratelą.

W listopadzie szwedzki sąd zlecił aresztowanie Assange’a, ponieważ prokuratura chce go przesłuchać w sprawie oskarżeń o gwałty. Co ciekawe list gończy ma najwyższą kategorię! Zarzut ten wydaje się być tylko pretekstem i szkoda, że rząd Szwecji nie potrafił oprzeć się  naciskomi zachować się jak np. rząd Ekwadoru, który zadeklarował chęć przygarnięcie Assange’ai zapewnienia mu pełnej swobody wypowiedzi (
http://www.rp.pl/artykul/571590.html
).

Dobrym krokiem Assange’a (bo pokazującym, że czuje sie niewinnym) było jego zgłoszenie się na komisariacie policji w stolicy Wielkiej Brytanii. Niestety jego prośba o wypuszczenie z aresztu za kaucją została odrzucona. Co najmniej dziwne wydaje się uzasadnienie sądu brytyjskiego, który uznał on, że Assange prowadzi włóczęgowski tryb życia, przez co jest nieuchwytny. Zatem trzeba osadzić go w areszcie. (
http://wyborcza.pl/1,76842,8783867,Szef_Wikileaks_za_kratkami.html
)

Pod wyraźnym wpływem tzw. oficjalnych czynników ugięły się firmy i organizacje, które z definicji powinny wykazać się apolitycznością. Strona internetowa
http://wikileaks.org/
przestała działać. Dobrze przynajmniej,że Polacy i Szwajcarzy nie wykazali sięw tej kwestii nadgorliwością i htttp://wikileaks.pl/ oraz 
http://wikileaks.ch/
 
nadal działają. Operatorzy kart płatniczych MasterCard i Visa wstrzymali przepływ płatności na rzecz Wikileaks, szwajcarski bank PostFinance przestał obsługiwać jej konta, podobnie serwis PayPal. Przedstawiciele tych firm oświadczyli, że tymczasowo zawieszają współpracę z portalem i Assange’em, bo istnieją podejrzenia, że ich działalność jest nielegalna.

Optymistycznym jest reakcja ‘społeczeństwa spontanicznego’. Internauci, którzy nazywają siebie Anonimowymi(Anonymous) zagrozili, że zaatakują portale tych firm, które zablokowały obsługę finansową Wikileaks, a co za tym idzie napływ dotacji dla portalu. Agencja Associated Press (AP) pisze, że sympatycy Wikileaks zaatakowali także strony internetowe szwedzkich prokuratorów i adwokata, którego klientki oskarżają założyciela Wikileaks o przestępstwa seksualne. Zwolennicy Wikileaks przeprowadzili zmasowane ataki na wrogie organizacji strony internetowe. Zapowiedziano walkę z cenzurą w ramach akcji Operacja zemsta. "Uderzymy w każdego, kto będzie starał się ocenzurować Wikileaks, nawet jeśli będą to wielomiliardowe korporacje” – oświadczył jeden z inicjatorów akcji.

Szwedzka prokuratura, która wydała nakaz aresztowania dla Juliana Assange’a, zgłosiła też skargę na policji dotyczącą przeciążenia strony w wyniku ataku hakerów. Podobnie obrońcy dwóch kobiet oskarżających Assange’a o gwałt oraz przedstawiciele szwajcarskiego banku potwierdzili, że hakerzy zablokowali ich stronę.

Natomiast islandzka firma DataCell, która zajmuje się pośredniczeniem w darowiznach, zapowiedziała pozwanie Visy do sądu za blokowanie przelewów na konto Wikileaks.  „Użytkownicy Visy wyrazili swoją chęć wspierania Wikileaks, a firma nie daje im tej możliwości. Visa nie powinna mieszać się do polityki, lecz po prostu robić to, co umie, czyli przekazywać pieniądze” – powiedział dyrektor DataCell Andreas Fink.

Do protestów przeciw nagonce na Assange’a włączył się też australijski rząd. Można powiedzieć, że wreszcie się włączył, bo jego pierwsze reakcje były bardzo nieprzychylne Assange’owi (który jak wiadomo jest Australijczykiem). Minister spraw zagranicznych Kevin Rudd powiedział, że winny upublicznienia dokumentów USA jest nie sam Assange, ale osoby, które dopuściły się przecieku. Stwierdził też, że  że rząd Australii zapewni Assange’owi odpowiednią pomoc konsularną.

Jeszcze kilka dni temu premier Australii Julia Gillard oskarżyła Assange’a o "skrajną nieodpowiedzialność", ponieważ ujawnienie dokumentów mogło narazić na niebezpieczeństwo setki osób. Ciekawa była odpowiedź Assange’a w liście opublikowanym w gazecie The Australian: "W ciągu czterech lat działalności zmienialiśmy całe rządy, ale nie są nam znane przypadki ani jednej osoby zranionej z naszego powodu. Za to Stany Zjednoczone, przy współudziale rządu australijskiego, tylko ciągu ostatnich miesięcy zabiły tysiące ludzi [chodzi o wojnę w Afganistanie]".


http://www.rp.pl/artykul/575780.html


http://wyborcza.pl/1,76842,8789471,Cyberwojna_w_obronie_Wikileaks.html


http://wyborcza.pl/1,91446,8788776,Wikileaks_Islandzka_spolka_wniosla_skarge_na_grupe.html


http://wyborcza.biz/biznes/1,101562,8787880,Sympatycy_Wikileaks_zaatakowali_strone_internetowa.html


http://wyborcza.pl/1,91446,8784856,Australia__wine_za_ujawnienie_depesz_ponosi_USA.html

Zgodzić trzeba się całkowicie z poglądem Juliana Assange, że: "Demokratyczne społeczeństwa potrzebują silnych mediów i Wikileaks jest częścią tych mediów".  Stron pokazujących kulisy i efekty działań polityków powinno być więcej i wierzę, ze takie będą otwierane.

Sa już przykłady takich oddolnych, spontanicznych działań. Od paru lat funkcjonują strony umożliwiąjce śledzenie losów naszych, publicznych, pieniędzy, np.:


http://www.followthemoney.eu/


http://farmsubsidy.org/


http://fishsubsidy.org/

  Dobrze byłoby gdyby takie strony powstawały w każdym z państw, jak również np. w polskich województwach, miastach czy gminach. Mamy pełne prawo wiedzieć, co dzieje się z naszymi podatkami, daninami dawanymi na rzecz państwa!


  • RSS