Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z tagiem: uczelnie

Znany (i niestety bardzo drogi) wydawca książek naukowych, Edward Elgar, opublikował właśnie książkę, którą może warto byłoby wydać po polsku.  Jest to napisana przez Randalla Holcombe Advanced Introduction To The Austrian School Of Economics (Zaawansowane Wprowadzenie do Austriackiej Szkoły Ekonomii). Fragmenty tej książki można przeczytać na Google Books.

Randall Holcombe nie jest ‘austriakiem czystej krwi’, jest profesorem ekonomii na Florida State University i większość jego publikacji mieści się w głównym nurcie ekonomii, ale przynajmniej jedna publikacja ukazała się w ‘austriackim czasopiśmie’: Holcombe, R. G. (2013), ‘Firms as knowledge repositories’. Review of Austrian Economics, 26(3), 259–275. Jak sam powiedział w jednym z wywiadów: „nie reklamuję się jako austriacki ekonomista, i sporo publikuję w czasopismach akademickich,  przez ten pryzmat jestem głównie oceniany przez moich kolegów. Robię to, co myślę, że jest dobrą ekonomią, wykorzystując najlepsze pomysły, które są dla mnie dostępne. Szkoła austriacka ma wiele do zaoferowania, nie dlatego, że jest austriacka, ale dlatego, że są tam dobre idee.”

W zamierzeniu autora, książka przeznaczona jest głównie dla studentów ekonomii, by poszerzyć ich znajomość podstaw ekonomii (można się domyślać, że motywowane było to nieobecnością szkoły austriackiej w najpopularniejszych podręcznikach ekonomii). Dużą zaletą tej książki jest to, że główne idee szkoły austriackiej przedstawione są krótko, na 116 stronach, w sposób prosty i zrozumiały (cała książka ma 144 strony).  

Holcombe od razu na początku podkreśla, że istotną cechą podejścia austriackiego jest ‘analiza nierównowagi’ (disequilibrium economics) – w odróżnieniu od analizy dominującej w ekonomii głównego nurtu, skupionej na analizie stanów równowagi.  

Już w pierwszym rozdziale zatytułowanym „Proces rynkowy”  wykorzystuje on ideę dynamicznego procesu rynkowego po to by wyjaśnić istotę podejścia austriackiego:  ważna rola spontanicznego porządku; natura i istota czasu oraz wiedzy w działalności gospodarczej; rola i znaczenie przedsiębiorczości; charakter realnej konkurencji (a nie jako tworu teoretycznego); konkurencja jako proces odkrywania (dicovery proces); znaczenie i konsekwencje subiektywizmu wartości i oczekiwań, a tym samym niepewności (w odróżnieniu od ryzyka). W następnych trzech rozdziałach Holcombe  przedstawia  dokładniej najważniejsze elementy dyskusji w ramach szkoły austriackiej: wiedzy zdecentralizowanej, rachunku ekonomicznego, pieniądza, bankowości i cykli koniunkturalnych.   Piąty, ostatni, rozdział jest swego rodzaju podsumowaniem. Autor przedstawia w nim rozwój myśli austriackiej w pierwszych dekadach XX wieku oraz jej odnowienie po kryzysie gospodarczym (naftowym) lat 70., jak również pewne uwagi odnośnie  perspektywy jej dalszego rozwoju.  

Warto przy okazji powiedzieć, że w Polsce od paru lat ukazuje się wiele publikacji związanych ze szkołą austriacką w ekonomii. Dzięki wysiłkowi wydawniczemu Instytutu Ludwiga von Misesa oraz Jana Fijora (Fijorr Publisching) mamy możliwość przeczytania po polsku takich ważnych pozycji jak (lista jest daleko niepełna):

  • Callahan Gene (2004), Ekonomia dla normalnych ludzi, wprowadzenie do Szkoły Austriackiej, Warszawa, Chicago: Fijorr Publishing
  • Chodorov Frank (2005), O szkodliwości podatku dochodowego, Warszawa, Chicago: Fijorr Publishing
  • Hazlitt Henry (2013), Ekonomia w jednej lekcji, Warszawa: Instytut Ludwiga von Misesa
  • Hazlitt Henry (2007), Inflacja, wróg publiczny nr 1, Warszawa, Chicago: Fijorr Publishing
  • Hoppe Hans-Hermann (2006), Demokracja, bóg, który zawiódł, Warszawa, Chicago: Fijorr Publishing
  • Hultberg Neslon, Hans H. Hoppe, Murray N. Rothbard, Jospeh T. Salerno (2004), Jak zrujnować gospodarkę, czyli Keynes wiecznie żywy, Warszawa: Fijorr Publishing
  • Kirzner Israel (2010), Konkurencja i przedsiębiorczość, Fijorr Publishing
  • Menger Carl (2013), Zasady ekonomii, Fijorr Publishing
  • Mises Ludvig von (2005), Planowany chaos, Lublin, Warszawa: Instytut Liberalno-Konserwatywny, Fijorr Publishing
  • Mises Ludvig von (2006), Ekonomia i polityka, Warszawa: Fijorr Publishing
  • Mises Ludwig von (2007), Ludzkie działanie: traktat o ekonomii, Warszawa: Instytut Ludwika von Misesa, tłumaczenie: Witold Falkowski
  • Mises Ludwig von (2013), Teoria pieniądza i kredytu, Fijorr Publishing
  • Rothbard Murray N. (2004), Złoto, banki, ludzie – krótka historia pieniądza. Co rząd zrobił z naszym pieniądzem? Jak odzyskać stracone pieniądze?, Warszawa, Chicago: Fijorr Publishing
  • Rothbard Murray N. (2007), Ekonomia wolnego rynku (tomy 1 do 4), Warszawa, Chicago: Fijorr Publishing
  • Rothbard Murray N. (2007), Tajniki bankowości, Warszawa, Chicago: Fijorr Publishing
  • Skousen Mark (2012), Struktura produkcji. Giełda, Kapitał, Konsumpcja, Fijorr Publishing
  • Skousen Mark (2013), Austriacka Szkoła Ekonomii dla inwestorów, Fijorr Publishing
  • de Soto Jesus Huerta (2009), Pieniądz, kredyt i cykle koniunkturalne, Warszawa: Instytut Ludwika von Misesa
  • de Soto Jesus Huerta (2012), Szkoła austriacka – Ład rynkowy, wolna wymiana i przedsiębiorczość, Fijorr Publishing
  • Sowell Thomas (2000), Ekonomia dla każdego, czyli to, co szanujący się obywatel, wyborca i podatnik wiedzieć powinien, Warszawa, Chicago: Fijorr Publishing
  • Sowell Thomas (2004), Ekonomia stosowana, czyli co robić, żeby nie psuć gospodarki, Warszawa, Chicago: Fijorr Publishing
  • Sowell Thomas (2008), Fakty i mity w ekonomii, Warszawa: Fijorr Publishing.

 Są jeszcze inne wydawnictwa publikujące książki ekonomistów szkoły austriackiej, np. książki Friedricha von Hayeka (książki te staram się polecać studentom jako tzw. literatura uzupełniająca, np. w ramach kursu Postawy ekonomii)

 Jest zatem tych pozycji sporo. Są one popularne i czytane (zwłaszcza przez młode pokolenie). Dlaczego zatem nie trafiają one do szkół i uniwersytetów? Ekonomia szkoły austriackiej jest praktycznie nieobecna na kursach uniwersyteckich (nawet w szkołach ekonomicznych).

 Co gorsza liczba godzin przeznaczanych na nauczanie ekonomii jest coraz mniejsza. Obserwuję to nie tylko na mojej uczelni, ale także w wyższych uczelniach ekonomicznych (np. Uniwersytetach Ekonomicznych). Kiedy w 2000 roku przeszedłem z Politechniki Wrocławskiej na Uniwersytet Wrocławski zacząłem uczyć Mikroekonomii i Makroekonomii; do dyspozycji miałem 120 godzin wykładów i tyleż ćwiczeń (konwersatoriów). Dzięki temu mogłem nie tylko opowiedzieć studentom o tym co jest wymagane w programach ministerialnych, ale sporo czasu miałem na powiedzenie o alternatywnych podejściach do analizy ekonomicznej (np. ekonomii ewolucyjnej, czy właśnie szkoły austriackiej). Kilka  lat temu program nauczania mikro- i makroekonomii ograniczony został do 90 godzin, a w tym roku studenci kierunku ekonomia mają jedynie Podstawy ekonomii w wymiarze 44 godzin wykładów!

Uniwersytety powoli stają się szkołami zawodowymi, a nie centrami dyskusji, zdrowych sporów akademickich, kształcenia ogólnego, krytycznego myślenia. Dzięki ‚staraniom’ ministerstwa, ważniejsze jest wypełnianie coraz to większej liczy dokumentów (w ramach tzw. Krajowych Ram Kwalifikacji) i formalne wykazanie jakiej to wiedzy, kwalifikacji i umiejętności nabyli studenci na zajęciach.

Owoce takiego scentralizowanego, ministerialnego  podejścia zbierać będziemy za parę lat, kiedy to z uczelni wychodzić będą niedouczone, bezkrytyczne roczniki absolwentów.

PS W uzupełnieniu wczorajszego wpisu (a zwłaszcza ostatnich akapitów) pozwolę sobie zacytować słowa Ludwiga von Misesa z jego Ludzkiego działania:

„Nieszczęście naszych czasów polega właśnie na tym, że panuje powszechna niewiedza dotycząca roli, jaką polityka wolności gospodarczej odgrywała w postępie technologicznym przez ostatnie dwieście lat. Ludzie padli ofiarą złudzenia, że udoskonalenie metod produkcji zbiegło się w czasie z polityką laissez faire tylko przez przypadek. Wprowadzeni w błąd przez marksistowskie mity uważają, że nowoczesny przemysł pojawił się w wyniku działania tajemniczych „sił produkcji”, które w żaden sposób nie zależą od czynników ideologicznych. Wydaje im się, że klasyczna ekonomia nie przyczyniła się do powstania kapitalizmu, lecz była jego wytworem, jego „ideologiczną nadbudową”, to znaczy doktryną służącą obronie nieuczciwych roszczeń kapitalistycznych wyzyskiwaczy. …

Charakterystyczną cechą naszych czasów, naznaczonych niszczycielskimi wojnami i dezintegracją społeczeństw, jest rewolta przeciw ekonomii. Thomas Carlyle nadał ekonomii przydomek „posępnej nauki”, a Karol Marks napiętnował ekonomistów jako „burżuazyjnych sługusów”. Szarlatani obiecujący cudowne recepty na stworzenie raju na ziemi traktują ekonomię z pogardą, nazywając ją nauką „ortodoksyjną” i „reakcyjną”. Demagodzy chełpią się swoimi rzekomymi zwycięstwami nad ekonomią. Człowiek „praktyczny” ostentacyjnie gardzi ekonomią i jest dumny ze swego braku wiedzy na temat badań prowadzonych przez „kanapowych ekonomistów”. Polityka gospodarcza ostatnich dziesięcioleci jest płodem mentalności, która wyśmiewa każdą solidną teorię ekonomiczną i wychwala fałszywe doktryny jej przeciwników. …  Za niezadowalający stan gospodarki z pewnością nie można winić nauki lekceważonej i pogardzanej zarówno przez rządzących, jak i masy. Trzeba z naciskiem stwierdzić, że przez ostatnie dwieście lat losy nowożytnej cywilizacji białych ludzi były ściśle związane z losami ekonomii. Cywilizacja ta mogła się pojawić dzięki temu, że narody, które ją budowały, potrafiły docenić odkrycia ekonomii i zastosować je w polityce gospodarczej. Cywilizację tę czeka zagłada, jeśli narody nadal będą podążać drogą wskazywaną im przez doktryny odrzucające myślenie ekonomiczne.

To prawda, że ekonomia jest nauką teoretyczną i powstrzymuje się od sądów wartościujących. Jej zadaniem nie jest wskazywanie ludziom, do jakich celów powinni dążyć. Jest to nauka o tym, jakich środków należy użyć, żeby osiągnąć obrane cele, a nie o tym, jakie cele sobie wyznaczać. Podstawowe decyzje, ocena i wybór celów znajdują się poza zakresem badań nauki. Nauka nigdy nie mówi człowiekowi, jak powinien postępować, wskazuje mu tylko, co musi zrobić, jeśli chce osiągnąć określony cel.

Niektórym ludziom wydaje się, że to bardzo mało i że nauka, która ogranicza się do badania tego, co jest [a nie tego, jak powinno być – uw. red.], i nie potrafi sformułować sądu wartościującego na temat najważniejszych, ostatecznych celów, nie ma nic do powiedzenia o życiu ani działaniu. Ten pogląd jest również błędny. Jednakże wykazanie jego fałszywości nie jest zadaniem tych wstępnych uwag. Jest to jeden z celów całego traktatu.”

Mises Ludwig von, Ludzkie działanie: traktat o ekonomii, Warszawa: Instytut Ludwika von Misesa,, tłumaczenie: Witold Falkowski, 2007

Dzisiejsza notatka nawiązuje w pewien sposób do moich dwóch wpisów sprzed dwóch lat: Na początek roku akademickiego oraz Jeszcze raz o studentach. Kiedy w  artykule „ASP produkuje osierocone zombie”. Debata o uczelni przeczytałem: „Po raz pierwszy od 30 lat studenci Akademii Sztuk Pięknych i ich wykładowcy dyskutowali o tym, co zmienić na swojej alma mater. Taka debata to na wrocławskich uczelniach absolutny wyjątek”, to jako ‘czynny akademik’ zacząłem czytać dalej, z nadzieją, że dowiem się coś ciekawego o tym jak należy zmienić ‘życie uczelni’. No i faktycznie dowiedziałem się coś na prawdę interesującego. Łukasz (absolwent ASP, albo tzw. wieczny student?) powiedział: ”Absolwenci są miarą jakości kształcenia. Ja z tej perspektywy widzę, że na studiach brakowało zajęć z autoprezentacji, pisania CV czy też budowania portfolio. Może nawet przydałby nam się trener osobisty, który motywowałby nas do nauki.” (wyróżnienie moje – WK).

Rozumiem, że student może odczuwać brak praktycznych zajęć, w stylu uczenia ‘autoprezentacji, pisania CV czy też budowania portfolio” (co jednak powinno być traktowane jako zajęcia dodatkowe). Jednakże oczekiwać tego by uczelnia była niańką, by załatwiała ‘trenera osobistego’ wydaje mi się (używając języka studenckiego) przegięciem.

To nie jest problem jednostkowy. Sam obserwuję u studentów, że my, tzw. nauczyciele akademiccy, mamy stworzyć im taką atmosferę na uczelni by studiowanie było ‘łatwe, lekkie i przyjemne’.

A studia to przecież ogromny indywidualny, intelektualny wysiłek. W którym nauczyciel ma być przewodnikiem i partnerem w dyskusji. Tak mi się przynajmniej, skromnie, wydaje.

Kładę jednak uszy po sobie, bo jeszcze studenci pójdą do dziekana albo rektora, naskarżą na mnie i wtedy dopiero będę miał się  z pyszna.

Za kilka dni zaczyna się nowy rok akademicki i radosne spotkania ze studentami, a tam na wykładach będzie także  o Szkotach, nie o tych z żartów, ale o znanych postaciach historycznych. 

Tak się złożyło, że miałem okazje przeczytać w magazynie krakowskiego portu lotniczego Airgate artykuł pt. Edynburg – miasto tajemnic. Zajrzałem do tego artykułu, bo dla mnie Edynburg to fascynujące miejsce, które kojarzy mi się przed wszystkim ze Szkockim Oświeceniem. Jakież było moje rozczarowanie, kiedy od razu na początku przeczytałem, „Gdyby nie Edynburg, nie mielibyśmy ani Harry’ego Pottera, ani Sherlocka Holmesa, ani Jamesa Bonda.” A potem, było już tylko gorzej. Autor artykułu (którego nazwiska przez litość nie wspomnę), pisze: „Szkocka stolica odegrała jednak bardzo duża rolę w historii… Anglii. Co tam Anglii! Całego świata! Bo czyż Harry Potter, Sherlock Holmes, i agent 007 James Bond to nie są już postaci światowego formatu? A każda z nich powstała w Edynburgu.” W dalszej części artykułu, autor opisując ‘metafizyczny klimat’ Edynburga raczy nas opowieściami o niejakich Williamie Burke i Williamie Hare, „którzy w XIX wieku kradli ciała z edynburskich cmentarzy”, okultyście Thomas’u Weir’dzie, o 300 czarownicach, które spalone zostały na „stosie niedaleko edynburskiej Fontanny Czarownic”, o walkach kogutów, itp. Kończy natomiast ten dosyć długi artykuł zdaniem: „Zobaczyć to – czy bardziej poczuć – warto tak samo, jak poczytać sobie Arthura Conana Doyle’a, Roberta Louisa Stevensona czy Joanne Rowling.”

Ani słowa w tym artykule o naprawdę historycznym okresie dla dziejów świata, mianowicie o Szkockim Oświeceniu, i o klimacie intelektualnym Edynburga w XVIII wieku! Nie ma nic o takich szkockich myślicielach i naukowcach jak Francis Hutcheson, David Hume, Adam Smith, Dugald Stewart, Thomas Reid, Adam Ferguson. To chyba znak naszych czasów, kiedy to gwiazdki i gwiazdeczki, tzw. celebryci stają się ważniejsi niż naprawdę znane postaci kultury i sztuki. Czy świadczy to o niedouczeniu i ignorancji redaktorów i dziennikarzy? Śmiem zadać to pytanie, bo taki elementarny brak wiedzy autorów publikacji  w gazetach i tygodnikach, oraz wypowiedziach redaktorów w radio czy telewizji jest spotykany coraz częściej.

Nie wymagam, by autor artykułu o Edynburgu przeczytał prace Stefana Zabieglika, znawcy kultury Szkocji i Szkockiego Oświecenia, ale mógłby na początek zajrzeć choćby do Wikipedii co tam jest napisane o Edynburgu, potem do hasła o Szkockim Oświeceniu. Tam dowiedziałby się, choć trochę, o tym kto to byli Francis Hutcheson, David Hume, Adam Smith, Dugald Stewart, Thomas Reid, Adam Ferguson i jak ich idee ukształtowały bieg historii świata w ostatnich 250 latach. Dobrze jest wiedzieć, kto to był Arthur Conan Doyle, Robert Louis Stevenson czy Joanne Rowling, ale warto znać proporcje i warto poznać myśli ludzi, którzy ukształtowali naszą cywilizację. To zresztą powinniśmy wynieść z nauki szkolnej i uniwersyteckiej. Ale by tak było, proces edukacji musiałby przebiegać całkiem inaczej niż to wytyczone jest przez, uwielbiających wszelkie standardy, urzędników ministerstw, czy to edukacji czy szkolnictwa wyższego. Ale, jakość kształcenia to już całkiem inna historia.

Za parę dni zderzę się z tym, kiedy spotkam się ze studentami pierwszego roku i zobaczę ich ‘maślane oczy’, kiedy zadam kilka elementarnych pytań, czy to z historii, czy o aktualnej sytuacji społecznej albo gospodarczej. Najgorsze jest to, że co roku jest gorzej i z roku na rok te oczy stają się coraz to bardziej ‘maślane’.  

Premier Donald Tusk odnosząc się do konieczności zmian w Unii Europejskiej powiedział: „Ten nowy traktat, zmiany w obowiązujących traktatach, musi doprowadzić do tego, by Europa przypominała bardziej dobrze funkcjonujące przedsiębiorstwo.”  Można intepretować te słowa w wieloraki sposób. Pozytywny – może faktycznie należałoby Unię Europejską oddać w zarząd prywatny i potraktować ją jak przedsiębiorstwo (najlepiej od razu niech będzie notowane na giełdzie, wtedy w miarę szybko i w miarę obiektywnie widać byłoby oceny jakości zarzadzania). Trochę złośliwie – Unia Europejska w obecnym kształcie to faktycznie przedsiębiorstwo (‚państwowe’) zarządzane przez nomenklaturę i jako takie, niemalże z definicji, nie może być dobrze zarządzane; dlatego nie należy dziwić się, że tak fatalnie jest w UE (znamy to z okresu tzw. realnego socjalizmu).

Przed chwilą przeczytałem wiadomość (Chile nie zapłaci za studia), że rząd chilijski nie ugiął się (lepiej: nie ugiął się w pełni) przed żądaniami socjalistów by wprowadzić publiczne i bezpłatne szkolnictwo. Może dobrze byłoby aby premier Donald Tusk wziął przykład z prezydenta Sebastiana Pinery i nie uginał się przed koniunkturalnymi i populistycznymi żądaniami z lewa i z prawa, by wykazał się zdecydowaniem i by wreszcie pokazał, że te jego młodzieńcze liberalne ideały nie były tylko pustymi słowami.

Jeśli nowy rząd i nowy (stary) premier nie zrobią radykalnych reform w ciągu najbliższych paru miesięcy to potem już na pewno nic nie zrobią. Tu kłania się ‚Tyrania status quo’, może dobrze by premier przypomniał sobie dawne lektury?

A propos mojej notatki sprzed dwóch tygodni Na poczatek roku akademickiego na onet.pl znalazłem artykuł opublikowany w Newsweeku pt. Co ma student w głowie?. Czytamy tam: „Nauczyciele akademiccy są przerażeni – polscy studenci są coraz głupsi. Niestety, może być jeszcze gorzej. … W Polsce brakuje przekonania, że dobra edukacja kosztuje – zauważa prof. Zbigniew Mikołejko. – Stworzył się mit, że wykształcenie należy się jak psu zupa, który nie ma nic wspólnego z edukacją. Studenci coraz częściej ulegają kulturze lenistwa i wręcz żądają obniżenia wymagań. Stąd uczelnia sprowadza się do automatu do wydawania dyplomów – dodaje. …


Aby więc utrzymać obecną liczbę studentów i wysokość dochodów, znów będą musiały obniżyć poziom, by jeszcze większy odsetek młodych ludzi zdecydował się na studia. – Możliwe, że niedługo uczelnie przestaną narzekać na poziom liceów i zaczną naciskać na MEN, aby obniżyło poziom matury, co umożliwi przyjmowanie na studia większej liczby osób  – prorokuje prof. Bachmann.

Gdyby tak się stało, to za kilka lat tytuły magistrów zaczną otrzymywać półanalfabeci. Choć w sumie dlaczego dyskryminować analfabetów, jeśli opłacą czesne?”.

Od paru tygodni na łamach Gazety Dolnośląskiej (lokalnego dodatku do GW) toczy się ‚dyskusja-niedyskusja’ o kondycji Uniwestytetu Wrocławskiego. Zamiast Uniwersytetu Wrocławskiego mogła to być niemalże każda tzw. publiczna uczelnia wyższa w Polsce, akurat trafiło na UWr! Nie będę jednak zabierał głosu w tej sprawie, bo to musiałaby być długa wypowiedź, a poza tym nie za bardzo wierzę by, w sposób radykalny, cokolwiek zmieniło się  na polskich uczelniach bez zmiany otoczenia w których funkcjonują uczelnie (przede wszystkim by uczelnie rzeczywiście konkurowały między sobą – a temu mogłyby sprzyjać wprowadzenie odpłatności za studia, prywatyzacja polskich uczelni, ich pełna autonomia, no i naturalnie ‚walka’ o dobrego absolwenta przez pracodawców). 
Nie o tym jednak chciałem dzisiaj napisać. Tak mi sie to nasunęło, kiedy przeczytałem informację o powołaniu kolejnej komisji (naturalnie finansowanej z publicznych pieniędzy), mianowicie  jedenastoosobowego Zespołu ds. Dobrych Praktyk  Akademickich (będzie to tak wspaniała jedenastka jak polska drużyna piłkarska). Przyznam się, że dziwię się członkom tego zespołu (o każdym z nich można powiedzieć tylko dobre słowa), że zgodzili się firmować swoimi nazwiskami tę donkiszoterię. Zespół ten jest kontynuatorem działającego od wielu lat Zespołu ds. Etyki w Nauce. Postawię tylko jedno retoryczne pytanie: czy w wyniku działań Zespołu ds.Etyki w Nauce systematycznie w polskiej nauce, na polskich uczelniach poprawia się  etyczne zachowanie się pracowników polskich uczelni i polskich naukowców?
Jedyne co nam pozostało to stosować ‚na co dzień’ stare przesłanie Wojciecha Młynarskiego ‚Róbmy swoje‚. Dodałbym jeszcze działanie zgodne z ‚liberalnym 3P‚(być przygotowanym (tak by wykorzystać każdą nadarzającą się okazje do realizacji swoich celów), postępować zgodnie z zasadami etycznymi (niezależnie od okoliczności w jakich się znajdujemy), oraz być cierpliwym (a’nasz czas nadejdzie’)). To wszystko naturalnie zgodne jest ze starą taoistyczną zasadą wu-wei (niedziałania - co wcale nie oznacza ‚nic nierobienia’!).

I wracając do tego co napisałem na początku: Panie doktorze Dybczyński proszę mi nie zarzucać, że: ‚przymykam oko na zło, które wokół mnie się dzieje’, ‚mam trudności z odróżnieniem tego co złe i co dobre’, ‚wstydzę się za swoją uczelnię’,'marnotrawię publiczne pieniądze, źle ucząc studentów’, ‚lekceważę zajęcia i studentów’,'przymykam oczy na nieprawidłowości’, ‚załatwiam jakieś swoje małe interesiki’, ‚uważam, że Uniwersytet jest własnością wspólnoty profesorów’. Panie doktorze Dybczyński, każdy sądzi według siebie!


  • RSS