Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z tagiem: unia-europejska

Znów dekretują innowacyjność! Wczoraj ogłoszono powołanie tzw. Rady ds. Innowacyjności – grono polityków znów będzie myśleć o stymulowaniu innowacyjności w Polsce! Inicjatywa ta okraszona została ‘nowym’ instrumentem (programem) nazwanym z polska  StartInPoland, którego celem jest „wykorzystanie potencjału finansowego i potrzeb rozwojowych spółek skarbu państwa oraz średnich i dużych firm z polskim kapitałem”. Za sto dni mamy poznać wysokość tego funduszu, ogłoszone też będą pierwsze konkursy. Jak przeczytałem, że StartInPoland opierał się będzie na trzech filarach (zaangażowaniu spółek Skarbu Państwa w finansowanie innowacyjnych projektów, dostarczanych przez polskie start-upy, wprowadzeniu pakietu zachęt i ulg podatkowych związanych z wydatkami na B+R oraz stworzeniu państwowego inkubatora dla młodych firm pracujących nad nowatorskimi przedsięwzięciami, wzorowanego na warszawskim kampusie Google’a), to złapałem się za głowę. ‘Dojenie’ spółek Skarbu Państwa w połączeniu z państwowymi inkubatorami nie wróży nic dobrego.

Znów słyszymy starą mantrę (tym razem wygłaszaną przez wicepremiera i ministra rozwoju, Mateusza Morawieckiego), że  w ciągu paru lat wydatki Polski na badania i rozwój wzrosną dwukrotnie, dzięki czemu do 2020 r. uda się nam zrealizować cel wyznaczonym nam przez UE, czyli 1,7 proc. PKB wydatków na badania i rozwój (obecnie na B+R wydajemy niecałe 0,9 proc. PKB, podczas gdy unijna średnia to 2 proc. PKB). Ile razy ja to słyszałem w ostatnich 15-20 latach! (zjawisko to nazywam fetyszem wskaźników’).

Para idzie znów w gwizdek. Polscy politycy są naprawdę kreatywni w wymyślaniu nowych określeń, nowych ładnie brzmiących nazw czy haseł. Wygląda na to, że modnym stanie się teraz słowo ‘nowatorskość’. Przypomnę też, że wielokrotnie w przeszłości ogłaszano podobne inicjatywy-programy, jednym z ostatnich nazywał się pięknie: ‚Wędka technologiczna’ (przy okazji zapytam się co z głośnym niedawno programem ‘Inteligentny Rozwój 2014-2020’? Jego też już go nie potrzebujemy? (tutaj)). Jak się wczytać  w te programy to widać, że istota tego typu inicjatyw jest taka sama, słowotok bardzo podobny, a co zmienia się to jedynie nazywanie tego samego trochę inaczej.  

Mogę przewidzieć, że tak jak w poprzednich latach, tak i teraz wszystko skończy się ‘Kongresem pogaduszek o Innowacyjnej Gospodarce’, a potem kolejny, ładnie nazywający się program, kolejna Rada ds. innowacyjności (nowatorstwa?).  itd. itd. 

A jak ta innowacyjność po polsku i europejsku wygląda można zajrzeć tutaj i tutaj

Przygotowując się do wykładu z procesów innowacyjnych (‘Zarządzanie innowacjami’) zajrzałem do swoich notatek w których znalazłem zapisaną propozycję dla studentów obejrzenia wystąpienia Michael O’Leary, szefa linii lotni­czych Ryanair, na pierwszej  Konwencji ds. Innowacji (Innovation Convention ), zorganizowanej przez Unię Europejska w 2011 roku (Michael O’Leary at the Innovation Convention 2011 (to samo na Youtube), Master Class with Michael O’Leary at the Innovation Convention 2011 – Brussels).  Konwekcje te odbywają się co roku, ale przeglądając listy uczestników w kolejnych edycjach dochodzę do wniosku, że w następnych latach dobór występujących na nich był już znacznie ostrożniejszy. Chciałbym zachęcić Państwa do obejrzenia tych dwóch filmów z udziałem Michael O’Leary. Wydaje mi się, że warto, bo osobowość Michaela O’Leary jest ciekawa, oraz w ciekawy sposób opowiada o innowacyjności pod egidą Unii Europejskiej właśnie w budynku Komi­sji Europejskiej w Brukseli, ‘jaskini lwa’, centrum UE.

Pierwszy ok. 17 minutowy film to wykład Michael O’Leary, drugi (prawie półgodzinny) to dyskusja z uczestnikami i odpowiedzi na ich pytania. Pierwszy film jest z napisami w języku polskim, drugi niestety nie ma polskiego tłumaczenia (jedynie można włączyć napisy po angielsku). By zachęcić Państwa poniżej przedstawiam fragment wykładu Michael O’Leary.

„OK, witam panie i panowie. To wielki zaszczyt być tu­taj dzisiejszego ranka. Myślę, że to pierwszy raz, kiedy ja czy Ryanair jesteśmy zaproszeni na konferencję przez Unię Europejską, bo jak większość z was wie, Unia Eu­ropejska zwykle albo mnie pozywa, znęca się nade mną i krytykuje, albo potępia za obniżanie kosztów podróży powietrznych nad Europą. Czyni moje życie tak bardzo trudnym dla dobra jej ulubionych linii lotniczych, którymi są jak wiemy Air France, British Airways czy Lufthansa.

Dlatego właśnie myślę, że konferencja o innowacjach jest tak ważna, bo kiedy spojrzycie na ten bałagan, w któ­rym Europa obecnie się znajduje, jest tylko jedna dro­ga ucieczki. I nie są to rozwiązania wymyślone przez któregoś z europejskich polityków, nie są to też zde­cydowanie konferencje w Brukseli, gdzie ostatni in­nowacyjny pomysł miał miejsce chyba w 1922 roku …

Bo Bruksela to (dla tych z was, którzy znają trylo­gię Gwiezdnych Wojen) baza Imperium, budynek Ber­laymont jest Gwiazdą Śmierci, gdzie każda namiastka innowacyjności jest pozostawiana za drzwiami, kie­dy wchodzicie, aby spotkać się z biurokratami i poli­tykami, u których to, że kłamią poznajecie się po tym, że po prostu ich usta się poruszają. Tak, czy ina­czej… pomyślałem, że zrobimy tak: (…) zaprezentu­ję bardzo szybko, czym Ryanair jest i co Ryanair robi.

Ryanair to najbardziej innowacyjne linie lotnicze świa­ta. Zdaję sobie sprawę, że poprzeczka nie jest posta­wiona wysoko, bo pozostałe linie bez końca nawala­ją w kwestii innowacji. I teraz: nasz serwis obsługi klienta nie składa się z wręczania wam dobrego win­ka oraz wielkich siedzeń dla waszych wielkich tłu­stych tyłeczków… albo punktów za częste latanie z nami w kółko na koszt waszego pracodawcy. Nasz serwis klienta składa się z trzech rzeczy, których lu­dzie naprawdę chcą: taniego lotu, przylotu na czas… i gwarancji, że nie zgubimy waszego bagażu po dro­dze. Powyższa idea – która wydaje się całkiem pro­sta – wywołała rewolucję w przemyśle lotniczym. …

Nigdy wcześniej nie byłem na brukselskiej konferen­cji. Ktoś z Komisji bardzo uprzejmie przysłał mi e-mail, pisząc: z chęcią zapłacimy za pańskie loty, hotel, taxi i podeślemy limuzynę, aby pana odebrała… i tak da­lej. Jezu! Więc mówię mu, że dobrze, że przylecę na lot­nisko Brussels-Charleroi lotem linii Ryanair z Dubli­na w poniedziałek wieczór, będę musiał się dostać do centrum miasta i jeśli moglibyście mi znaleźć ho­tel… może Novotel będzie dobry, ale wszystko jedno – może tam, gdzie członkowie Komisji się zatrzymują…

Odpowiedź otrzymałem w poprzedni piątek: „Przykro mi, ale Komisja nie może zapłacić za pana lot Ryana­ir, bo mamy wśród członków Komisji zakaz używania ta­nich linii lotniczych”. Żeby tego było mało: „Nie możemy panu zamówić taksówki z lotniska Brussels-Charleroi, ponieważ możemy posyłać taksówki tylko na bruksel­skie lotnisko [Zaventem], ale możemy panu za to za­pewnić hotel w Brukseli”. Co mogliby jednak dla mnie zrobić? Jeśli poleciałbym liniami konkurencji, Aer Lin­gus, na lotnisko brukselskie [Zaventem], za cenę około 10 razy większą niż lotem w Ryanair, to Komisja byłaby rada, jeśli mogłaby zwrócić mi te 9 razy większe koszty.

Komisja Europejska sama wyprodukowała dwa tygo­dnie temu tabelkę – 25 najszybciej rozwijających się lotnisk świata zeszłego roku – gdzie było tylko JED­NO europejskie lotnisko. Pośród 25 najszybciej roz­wijających się lotnisk, w Europie: ojczyźnie innowacji i radykalnej transformacji, jakież było jedyne europej­skie lotnisko wśród 25 najlepszych na świecie rosną­cych lotnisk ostatniego roku? Południowe Brussels­-Charleroi, gdzie Komisja nie zapłaci za loty, i którego nie są w stanie odnaleźć europejskie limuzynki. …”

 

Na blogu Kamila Cebulskiego przeczytałem mail jaki dostał on po udzieleniu wywiadu dla serwisu Nam Zależy. Jestem poruszony tym mailem z kilku powodów. Po pierwsze, kolejny raz ujawnia on ogromne marnotrawstwo pieniędzy publicznych, beztroskę zarówno osób kwalifikujących projekty do finansowania oraz urzędników rozliczających wydanie tych pieniędzy. Jednocześnie poraża bezwzględna szczerość, a przede wszystkim tupet i bezczelność autora tego maila.

Sprawa wydaje mi się na tyle interesująca, że pozwolę sobie zacytować ten mail (pisownia oryginalna):

Witam

 Gratuluję ciekawej rozmowy z Nam Zależy. Wspominał Pan w niej, że zajmuje się między innymi przeprowadzeniem upadłości w UK. Otóż myslę, że mógłbym zostać Pana klientem.

 Kilka lat temu założyłem firmę, która zajmuje się tworzeniem portali internetowych. Jak Pan wie głośno było kilka lat temu o dotacjach na portale. Postanowiłem z kolegą skorzystać i napisaliśmy 4 biznesplany mając nadzieję, że chociaż jeden przejdzie. Okazało się, że przeszły trzy. Razem dostaliśmy 1,1 miliona złotych, przy faktycznych kosztach z „prawdziwego” biznesplanu na poziomie 350 tys.

Sądziliśmy, że za te pieniadze uda się rozkręcić firmę na tyle, że nie tyle arobi na swoje utrzymanie, ale również pozwoli całkiem dobrze zarobić. Dotacje rozliczyliśmy, a „górką” podzililismy się ze wspólnikiem. Niestety jednak nie udało się rozkręcić firmy na odpowiedni poziom. Tak naprawdę osiągnęliśmy mniej niż 10% zakładanej przez nas popularności. Na szczęscie ta popularność zakładana w oficjalnym projekcie była 100 razy niższa, więc oficjalnie odnieśliśmy ogromny poteżny sukces :)

Przy rozwijaniu firmy popełniliśmy jak kazdy masę błedów. Chyba przez to, że mieliśmy kasy jak lodu naprawdę uwierzyliśmy, że możemy osiągnać wszystko. Niestety rzeczywistość była inna. W zeszłym miesiącu, postanowiliśmy nie przedłużać abonamentu za serwery. Zwolniliśmy 6 pracowników. Spółka ma ok 320 tys. zł długów. Nie zgłosiliśmy upadłości w terminie, zrobili to wierzyciele. Dzisiaj siedzi na nas komornik a ja nie wiem co dalej robić. Od kilku tygodni czytam o upadłości nie tylko spółki, ale również konsumenckiwej, gdyż komornik wszedł również na nasze prywatne konta.

W wywiadzie mówił Pan o możliwości upadłości w UK i chciałbym na ten temat się więcej dowiedzięc. Może to by była opcja dla mnie. najlepiej jakby dało się uratować mieszkanie, które kupiliśmy z żoną, jak to mawiają TIRowcy z „oszczędności” z projektu.

Z góry dziękuję za odpowiedź.

X Y

From: X Y ;
To: ‚Kamil Cebulski’ <poczta@kamilcebulski.pl>;
Subject: Chyba przyszły klient
Sent: Fri, Oct 17, 2014 1:17:03 PM

 W UE jak i w poszczególnych krajach (w tym w Polsce) opracowuje się różne metody oceny efektów wspierania przedsiębiorczości, innowacyjności i efektywności wydawania pieniędzy publicznych. Najczęściej obraz jaki wyłania się z takich ocen jest pozytywny: ocenia się, że efekty są dobre (jeśli nie wspaniałe), wiec brnijmy i wspomagajmy dalej publicznymi pieniędzmi  przedsiębiorców, innowatorów, wynalazców, … . Dopiero kiedy kogoś nachodzi ‘chwila szczerości’ okazuje się jak zniekształcony jest ten oficjalny obraz subsydiowania różnej działalności z pieniędzy publicznych.

Może zamiast wymyślania różnych metodologii oceny projektów publicznych warto byłoby wymyśleć jakąś ‘pigułkę szczerości’, po której zażyciu przedsiębiorcy, innowatorzy, wynalazcy, …, korzystający szeroką garścią z publicznych (rządowych) programów pomocowych,  szczerze, bez owijania wełny w bawełnę, powiedzieliby jak faktycznie używają tych środków i  czy faktycznie są one tak wielką dla nich pomocą w prowadzeniu biznesu?

Przy okazji o podobnej sytuacji. W zeszłym roku opublikowany został tekst Kuby Wygnańskiego i Piotra Frączaka pt. Manifest ekonomii społecznej cztery lata później, doświadczonych działaczy ruchu społecznego, doskonałych znawców historii i bieżącej sytuacji w szeroko rozumianym trzecim sektorze. Autorzy zauważają, w tym okresie „w Polsce ze środków UE uruchomiono na bezprecedensową skalę liczne programy wsparcia ekonomii społecznej na poziomie krajowym i regionalnym. Wydano setki milionów złotych, wsparto setki programów i instytucji, których celem ma być wspieranie ekonomii społecznej, zorganizowano tysiące konferencji i szkoleń, uruchamiano zespoły, budowano strategie, prowadzono badania itd. Można zaryzykować twierdzenie, że był to najkosztowniejszy w ostatnich latach program wsparcia ekonomii społecznej w całej UE.” Po tej refleksji zadają pytanie na ile te wszystkie działania były skuteczne, i przedstawiają jeszcze całą listę dodatkowych, ważnych pytań: „Czy podmiotów ekonomii społecznej jest więcej? Czy stworzono w oparciu o te mechanizmy nowe, wartościowe, trwałe miejsca pracy dla osób, które mają problemy z odnalezieniem się na otwartym rynku pracy? Czy środowisko jest bardziej zintegrowane i zdolne do budowania wspólnej wizji rozwoju ekonomii społecznej? Czy ekonomia społeczna i jej produkty są bardziej rozpoznawalne społecznie? Czy dotarliśmy do jakichkolwiek ważkich nowych znalezisk badawczych? Czy nasza pozycja w UE jako dynamicznego lidera rozwoju ekonomii społecznej została podtrzymana? Czy na poziomie rządowym udało się zbudować poważne środowisko realnie, a nie tylko nominalnie zainteresowane rozwojem ekonomii społecznej? Czy wreszcie zakładanie i funkcjonowanie podmiotów ekonomii społecznej jest prostsze, wziąwszy pod uwagę np. dostęp do kapitału początkowego, fachowego wsparcia, dostępu do rynków?”

Po zadaniu tych pytań Wygnański i Frączak konstatują, że „wiele wskazuje na to, że właściwie na wszystkie zapisane powyżej pytania trzeba udzielić odpowiedzi negatywnej.” Proponują, by „szczerze zastanowić się nad powodami porażki i zadbać o to, aby przynajmniej tych samych błędów nie powielać w przyszłości”.

Po tej publikacji spodziewać należałoby się gorącej reakcji środowiska, wielu debat i głosów polemicznych. Zastanawiające jest to, że nic takiego nie nastąpiło. To symptomatyczne. Czy jest to reakcja typu ‘chowam głowę w piasek’, czy wynika to ze swego rodzaju cynizmu, z przekonania, że ‘faktycznie tak jest, niewiele tutaj sam mogę zrobić, ale póki mogę działać i korzystać z funduszy unijnych to będę w tym trwał’?

Przyznam się, że zatrważające jest stwierdzenie Jakuba Wygnańskiego i Piotra Frączaka, że „z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że liczba osób, które zostały zatrudnione do wspierania ekonomii społecznej jest wyższa niż liczba stworzonych w sektorze ekonomii społecznej miejsc pracy”. Z jednej strony to nie dziwi, bo tak zwykle jest z instytucjami państwami (im więcej zatrudnionych w urzędach pracy tym gorzej jest z wielkością bezrobocia), ale w przypadku zaangażowania oddolnego, środowisk lokalnych, można byłoby spodziewać się czegoś innego. 

Godzinę temu ogłoszono, że w tym roku  Nagroda im. Alfreda Nobla w  naukach ekonomicznych powędrowała do Jeana Tirole’a. Tirole został uhonorowany za ‘analizę potęki rynku i regulacji’ („for his analysis of market power and regulation”), a jak w prezentacji sylwetki Noblisty powiedziano: ‚za zapobieganie nadużywania potęgi rynku’ („How to prevent abuse of market power?„). Znów jest to ‘matematyczny Nobel’ z ekonomii. Moja pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy po ogłoszeniu decyzji to:„Komitecie Noblowski, proszę zmień płytę”. Wyraźnie widać, że w przyznawaniu nagrody Nobla z ekonomii dominują głosy ekonometryków, ekonomistów matematycznych. Nagrody Nobla w przeważającej liczbie trafiają do sprawnych matematyków, a nie do ekonomistów, którzy wytyczają nowe kierunki myślenia w ekonomii. Widać też wyraźną dominację głównego nurtu w ekonomii (mainstream economics) zdominowanego przez myślenie ‘keynesowskie’.

Kiedy dwa lata temu pisałem notatkę ‘Nobel z ekonomii 2012 – prognozy i dywagacje wspomniałem o Tirole’u:

„Często wymienianym do Nagrody Nobla jest Jean Marcel Tirole, za jego osiągniecia dotyczące organizacji przemysłu i teorii gier. Zajmuje się on też problematyką finansów (regulacje finansowe i kryzys finansowy). Wydaje mi się jednakże jego szanse jako Francuza są niewielkie.”

Widać dwa lata temu miał mniejsze szanse niż w tym roku.

Od paru lat zaangażowany jestem w analizę czegoś co w ortodoksyjnej (europejskiej) nomenklaturze nazywane jest ekonomią (gospodarką) społeczną, czy innowacjami społecznymi. Nie będę się tutaj znęcał nad tym, że terminy te to klasyczne oksymorony (ekonomia czy innowacje z natury są społecznymi).  W dzisiejszym wpisie chciałbym poruszyć inny problem, który pokażę na przykładzie ‘ekonomii społecznej’, ale wydaje się być problemem natury ogólnej. Mianowicie jak krytyczne analizy pochodzące z ‘wnętrza sytemu’, okazują się być nie tylko nieskutecznymi, ale wręcz ignorowanymi. Trochę  na zasadzie: „plują mu w twarz, a on udaje, że deszcz pada”.

  W czerwcu 2008r. w Gdańsku odbyła się konferencja „Ekonomia Solidarności”. Na tej Konferencji zaprezentowano i ogłoszono dokument Manifest Ekonomii Społecznej. Powstawał on w latach 2006-2008, w zamierzeniu miał być to głos środowiska ekonomii społecznej w Polsce, który miał zainicjować budowę polskiego modelu ekonomii społecznej i zintensyfikować jej rozwój. Cztery lata po tym wydarzeniu, w listopadzie 2012 Jan Jakub Wygnański i Piotr Frączak opublikowali tekst podsumowujący te lata doświadczeń, pt. Manifest ekonomii społecznej cztery lata później. Głos ten jest o tyle ważny, że autorami są osoby od wielu lat bardzo zaangażowane w działalność trzeciego sektora, aktywnie uczestniczący w rozwijaniu ekonomii społecznej w Polsce, osobami o niekwestionowanym autorytecie w środowisku aktywistów, ale też i wśród polityków i samorządowców.

Autorzy zauważają, w tym okresie „w Polsce ze środków UE uruchomiono na bezprecedensową skalę liczne programy wsparcia ekonomii społecznej na poziomie krajowym i regionalnym. Wydano setki milionów złotych, wsparto setki programów i instytucji, których celem ma być wspieranie ekonomii społecznej, zorganizowano tysiące konferencji i szkoleń, uruchamiano zespoły, budowano strategie, prowadzono badania itd. Można zaryzykować twierdzenie, że był to najkosztowniejszy w ostatnich latach program wsparcia ekonomii społecznej w całej UE.” Po tej refleksji zadają pytanie na ile te wszystkie działania były skuteczne, i przedstawiają jeszcze całą listę dodatkowych, ważnych pytań: „Czy podmiotów ekonomii społecznej jest więcej? Czy stworzono w oparciu o te mechanizmy nowe, wartościowe, trwałe miejsca pracy dla osób, które mają problemy z odnalezieniem się na otwartym rynku pracy? Czy środowisko jest bardziej zintegrowane i zdolne do budowania wspólnej wizji rozwoju ekonomii społecznej? Czy ekonomia społeczna i jej produkty są bardziej rozpoznawalne społecznie? Czy dotarliśmy do jakichkolwiek ważkich nowych znalezisk badawczych? Czy nasza pozycja w UE jako dynamicznego lidera rozwoju ekonomii społecznej została podtrzymana? Czy na poziomie rządowym udało się zbudować poważne środowisko realnie, a nie tylko nominalnie zainteresowane rozwojem ekonomii społecznej? Czy wreszcie zakładanie i funkcjonowanie podmiotów ekonomii społecznej jest prostsze, wziąwszy pod uwagę np. dostęp do kapitału początkowego, fachowego wsparcia, dostępu do rynków?”

Bardzo niepokojące jest to, że ci doświadczeni działacze ruchu społecznego, doskonali znawcy historii i bieżącej sytuacji w szerokorozumianym trzecim sektorze, konstatują, że „wiele wskazuje na to, że właściwie na wszystkie zapisane powyżej pytania trzeba udzielić odpowiedzi negatywnej.” Proponują, by „szczerze zastanowić się nad powodami porażki i zadbać o to, aby przynajmniej tych samych błędów nie powielać w przyszłości”.

Po tej publikacji spodziewać należałoby się gorącej reakcji środowiska, wielu debat i głosów polemicznych. Zastanawiające jest to, że nic takiego nie nastąpiło, mimo, że od publicznego udostępnienia tekstu upłynęło prawie dwa lata (piszę to we wrześniu 2014 roku, a tekst udostępniony był w internecie w listopadzie 2012 r.). To symptomatyczne. Czy jest to reakcja typu ‘chowam głowę w piasek’, czy wynika to ze swego rodzaju cynizmu, z przekonania, że ‘faktycznie tak jest, niewiele tutaj sam mogę zrobić, ale póki mogę działać i korzystać z funduszy unijnych to będę w tym trwał’?

Przyznam się, że zatrważające jest stwierdzenie Jakuba Wygnańskiego i Piotra Frączaka, że „z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że liczba osób, które zostały zatrudnione do wspierania ekonomii społecznej jest wyższa niż liczba stworzonych w sektorze ekonomii społecznej miejsc pracy”. Z jednej strony to nie dziwi, bo tak zwykle jest z instytucjami państwami (im więcej zatrudnionych w urzędach pracy tym gorzej jest z wielkością bezrobocia), ale w przypadku zaangażowania oddolnego, środowisk lokalnych, można byłoby spodziewać się czegoś innego.

Autorzy zastanawiają się też nad tym ‘jak wspierać rozwój ekonomii społecznej’, ale równie ważna jest podniesiona przez nich kwestia ‘jak nie wspierać rozwoju ekonomii społecznej’. Ciekawe jest jednak to, że w istocie proponują modyfikację aktualnego stanu rzeczy, a nie jakieś zmiany zasadnicze, a może nawet i rewolucyjne. Tak odczytuję ich stwierdzenia: „Należy rozważyć stworzenie na poziomie krajowym konsorcjum różnych instytucji, którego celem byłoby wypracowywanie rozwiązań systemowych ważnych dla ekonomii społecznej … Trzeba zracjonalizować liczbę różnego rodzaju ośrodków wsparcia i zakres ich działań. … Rozsądne byłoby też stworzenie dosłownie kilku, ale „mocnych” inkubatorów z prawdziwego zdarzenia, w których byłyby rozwijane i testowane bardziej złożone i innowacyjne prototypy działań z obszaru ekonomii społecznej.”

Autorzy potwierdzają moje generalne odczucie, że wspieranie rozwoju innowacyjnego przez państwowe instytucje jest działaniem fasadowym. Piszą oni mianowicie, że „innowacje społeczne powinny zasilać ekonomię społeczną tak, żeby uniknąć obserwowalnego obecnie stanu: odtwórczości, oportunizmu, unikania ryzyka i bezrefleksyjnego kopiowania schematów (ze względu na to, że są „fundowalne”, a nie ze względu na to, że okazały się skuteczne). W całym obecnym systemie finansowania podstawową troską jest maksymalizowanie biurokratycznie rozumianego bezpieczeństwa (stąd hiperformalizm). Nie ma natomiast przestrzeni na podejmowanie trudnych, innowacyjnych, a co za tym idzie – obarczonych ryzykiem przedsięwzięć.” Myślę, że za taką sytuację nie należy jednak winić samych zaangażowanych w tworzenie innowacji społecznych, to jest błąd systemowy i to co jest najistotniejsze w efektywnym prowadzeniu procesu innowacyjnego (tzn. godzenie się na podejmowanie ryzyka i pogodzenie się z tym, że naturalną sytuacją jest ponoszenie porażek w większości przypadków) nigdy nie będzie obecne we wspieranym przez instytucje państwowe (publiczne) rozwoju innowacyjnym.

Za bardzo pozytywny postulat uważam to, że Jakub Wygnański i Piotr Frączak wspomnieli o konieczności ekonomizowania i demonopolizacji systemu wsparcia ekonomii społecznej i ogólnie rozwoju Trzeciego Sektora. Uznają oni, że obecnie proces ekonomizacji jest zahamowany, ryzyko występuje w procesie uzyskania środków, „ale już nie tego, czy przedsięwzięcie się powiedzie od strony ekonomicznej”. To czy projekt zakończy się sukcesem nie ma „żadnego znaczenia dopóki zachowuje się proceduralną poprawność i zbiera przysłowiowe już podpisy”. Autorzy uznają, że bez „istotnego zwrotu w kierunku ekonomizacji sektor popadnie w całkowitą zależność od administracji, a ta poświęci go i porzuci w pierwszej kolejności, gdy tylko zabraknie jej środków własnych (już teraz widać tego przejawy) lub środków unijnych (co też w końcu nastąpi)”. Mam tutaj pewną satysfakcję (trochę na zasadzie ‘A nie mówiłem!’), bo wspominałem o tym w ekspertyzie jaką wykonałem dla Instytutu Spraw Publicznych w 2005 roku, której fragmenty zostały później opublikowane w kwartalniku Trzeci Sektor ( ’Ekonomia (gospodarka) społeczna‚ , ekspertyza wykonana dla Instytutu Spraw Publicznych, 2005 (publikacja w Trzecim Sektorze  i polemika)).

Nie uważam, że ‘gospodarka społeczna’ nie powinna istnieć we współczesnym społeczeństwie. Wręcz przeciwnie, ten sektor gospodarki powinien funkcjonować, z korzyścią dla ludzi, a przez to z korzyścią dla społeczeństwa. Powiem więcej, istnieje on w sposób naturalny w gospodarcze rynkowej (kapitalistycznej) od początku jej istnienia i będzie istniał, jeśli tylko pozwolić ludziom działać. Gospodarka społeczna (i innowacje społeczne) to głównie proces oddolny, w dużym stopniu spontaniczny, bez narzucania jak powinien on wyglądać przez ‘czynniki odgórne’ (rząd, politycy, stowarzyszenia regionalne, itp.).

 

Nie mam ostatnio wiele wolnego czasu (co widać po częstości wpisów na blogu, za co mogę jedynie przeprosić), ale to co przed chwilą przeczytałem poruszyło mnie na tyle, by choć krótko dać upust swojemu poruszeniu.
Eurodeputowana (co za okropne słowo, zawsze kojarzy mi się z ‘europaletą’) Róża Thun, kandydatka na kolejną kadencję do PE w wywiadzie opublikowanym na onet .pl powiedziała:

„Wyobraźmy sobie jeden dzień bez Unii: to, że znowu wracają cła, zamykają się granice, potrzebujemy wizy do każdego kraju członkowskiego. Wyobraźmy sobie, ile przedmiotów znika z naszych półek. Zobaczmy, ile zakładów pada, bo nie opłaca im się już eksportować. Wycofują się inwestorzy, rośnie bezrobocie. Polacy, którzy żyją w tej chwili za granicą, wracają do kraju.”

Dalej mówi:  „Nie zadawajmy pytań z tezą”, jakby nie dostrzegała, że ta jej wypowiedź jest właśnie z tezą!

Szanowna Pani eurodeputowana, do tego by nie było tak jak Pani mówi w tym eksperymencie myślowym, nie jest nam potrzebna Unia w takim kształcie jak obecnie: biurokratyczna, przeregulowana,  nieefektywna, hamująca inicjatywy przedsiębiorców, …. (tutaj można byłoby  pisać dalsze dziesiątki negatywnych przymiotników).  Trzeba po prostu znieść wszelkie bariery w kontaktach międzyludzkich.  Trudno może to Pani sobie wyobrazić, ale tak było do pierwszej wojny światowej np. w Wielkiej Brytanii. Zacytuję Pani początek pierwszego rozdziału książki o historii Anglii (A.J.P. Taylor, (1965), English History 1914-1945): „Do sierpnia 1914 roku rozsądny, przestrzegający prawa Anglik mógł przejść przez życie i prawie nie zauważyć istnienia państwa poza urzędem pocztowym i policjantem. Mógł żyć, gdzie chciał. Nie miał urzędowego numeru czy karty identyfikacyjnej. Mógł podróżować za granicę albo opuścić swój kraj na zawsze bez paszportu czy jakiegokolwiek urzędowego zezwolenia. Mógł wymienić pieniądze na każdą obcą walutę bez ograniczeń i limitów. Mógł nabywać dobra z każdego kraju na świecie na takich samych warunkach, na jakich kupował je w domu. Skoro o tym mowa – cudzoziemiec mógł spędzić życie w tym kraju bez zezwolenia i bez informowania o tym policji. Odmiennie niż w krajach europejskich na kontynencie, państwo nie wymagało od swoich obywateli służby wojskowej. Obywatel angielski mógł – jeśli chciał – zaciągnąć się do regularnej armii, marynarki lub rezerwy. Mógł także zignorować, jeśli tego chciał, wymagania obrony narodowej. Poważni posiadacze byli od czasu do czasu powoływani jako sędziowie przysięgli. Poza tym pomocą państwu służyli tylko ci, którzy chcieli [...]. Pozostawiało ono dorosłych obywateli samym sobie.” (dostępna na gogle books).

Dalej Pani mówi: „Staram się przez to pokazać konkretne osiągnięcia, które mają wpływ na życie obywateli – na przykład obniżenie roamingu.” Do tego by obniżyć koszty np. komunikacji naprawdę nie jest nam potrzebna Unia. Nie wiem czy Pani wie, ale w latach 1930. minuta rozmowy pomiędzy Londynem a Nowym Jorkiem kosztowała ok. 300 dolarów, teraz kilka centów  i tutaj, żadna Unia nie zadziałała. Proste działania mechanizmów rynkowych, presja konsumentów i  kreatywność człowieka, która najpełniej się rozwija kiedy nikt wynalazcy, przedsiębiorcy, kapitalisty, konsumenta, itd.,  nie ogranicza.

Dalej stwierdza Pani, że „wszystkie opisy muszą być ujednolicone, żeby każdy obywatel Unii zrozumiał, jaki produkt ma w rękach”. Sednem rozwoju jest różnorodność i swoboda komunikowania. Sukces Europy w późnym Średniowieczy zależał od tej różnorodności (to pozwoliło Europejczykom uzyskać dominacje nad Chińczykami czy Arabami w tamtym czasie). Rozumiał to nawet taki demoliberał jak John St. Mill, który w 1864 roku napisał: „„Co uczyniło europejską rodzinę ludów postępową, a nie stojącą w miejscu częścią ludzkości. Nie jakaś wyższość, która jeśli istnieje, to jest skutkiem, a nie przyczyną; lecz godna uwagi różnorodność charakteru i kultury. Jednostki, klasy i narody były nadzwyczaj niepodobne do siebie; torowały sobie najrozmaitsze drogi, z których każda wiodła do jakiegoś wartościowego celu; a choć w każdym okresie ci, którzy szli różnymi drogami, nie tolerowali się nawzajem i każdy zmusiłby chętnie wszystkich pozostałych do pójścia jego szlakiem, próby wzajemnego hamowania swego rodzaju rzadko się udawały i każdy przyjmował z czasem bez sprzeciwu dobro, które mu inni ofiarowali. Moim zdaniem, Europa zawdzięcza cały swój wszechstronny postęp tej mnogości dróg.”

W tym samym duchu mógłbym odpowiedzieć na Pani dyktat, że „ W UE nie mamy jednego prawa handlowego, więc musimy, myśląc o handlu w internecie, stworzyć jedno prawo. Podobnie dla kultury. Nie istnieje jedno prawo dotyczące ochrony dóbr intelektualnych. To szalenie blokuje nam dostęp do kultury europejskiej, a przecież tworzymy wspólną kulturę.”

Mówi Pani: „Nasze kwalifikacje zawodowe muszą być w pełni respektowane. UE nie stwarza barier – ona je stopniowo znosi”  oraz „Chciałabym, żebyśmy pozbyli się w Unii jeszcze kilku barier na rynku wewnętrznym. Powinien on być faktycznie jednolity, a nie podzielony na 28 różnych części”. Szanowna Pani, tu nie chodzi o to by je ‘stopniowo znosić’, ale by je znieść szybko i bezwarunkowo. A to da się zrobić w ciągu jednego dnia, uchylając wszelkie przepisy Unii Europejskiej, które jak ostatni słyszałem spisane są już na ponad 130 000 stronach (kto jest w stanie się orientować w tej gęstwinie przepisów?). Mikołajowi Kopernikowi wcale nie było potrzebna Unia Europejska by podróżować po Europie i zgłębiać tajniki wiedzy w największych i najważniejszych ośrodkach uniwersyteckich. 

Tu przestanę, choć aż prosi się by skomentować w podobnym duchu, niemalże każde wypowiedziane przez Panią zdanie (a na to nie mam już czasu, bo pilna robota mnie wzywa). 

Parę miesięcy temu Institute of Economic Affairs ogłosił konkurs na opracowanie programu wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Nagroda za najlepsze opracowanie była niebagatelna – 100 000 Euro (przyznana przez Lorda Niela Lawsona, Kanclerza Skarbu w latach 1983-1989, za czasów premierostwa Margaret Thatcher).

 Kilka dni temu ogłoszono zwycięzcę, którym został  Iain Mansfield, Dyrektor ds. Handlu i Inwestycji przy ambasadzie brytyjskiej na Filipinach; wcześniej pracował dla Departamentu Biznesu, Innowacji i Umiejętności. Jego propozycja przedstawiona została we własnym imieniu i nie reprezentuje oficjalnego stanowiska Ambasady Brytyjskiej w Manili, Biuro Spraw Zagranicznych oraz Wspólnoty (The Foreign and Commonwealth Office) ani też rządu Jej Rząd Królewskiej Mości.

Opracowanie pt. A Blueprint for Britain: Openness not Isolation (Wzorzec dla Wielkiej Brytanii: Otwartość nie izolacja)  można przeczytać tutaj. Do ścisłego finału zakwalifikowanych zostało jeszcze pięć innych prac (które też warto przeczytać):

W swoim opracowaniu Iain Mansfield  proponuje by Wielka Brytania poprzez ustawę (Great Repeal Bill) doprowadzenia do kompleksowego przeglądu regulacji związanych z członkostwem WB w UE i uchylenia, tam gdzie jest to wskazane, regulacji UE.  Takie powolne wyjście WB z UE miałoby zapobiec  ewentualnym wstrząsam gospodarczym w handlu i pozwoliłoby zmniejszyć obciążenia biurokratyczne jakimi. w wyniku regulacji UE, dotknięte są brytyjskiej firmy.

Decyzja o wyjściu WB z UE (Brexit) musi mieć charakter decyzji politycznej, a nie decyzji gospodarczej. Wedle szacunków Mansfielda, wyjście WB z UE pozwoliłoby zwiększyć wielkość brytyjskiego PKB o 1,3 mld funtów (t.j. ok. 0,1% ogólnego PKB, w innych scenariuszach Mansfield przewiduje:optymistycznie, zysk ok. 16,1 mld (czyli ok. 1,1% PKB), pesymistycznie, spadek o 40 mld (czyli 2,6% PKB)). Znacznie mniej przepisów ograniczających przedsiębiorczość,  w połączeniu z większą swobodą handlu z gospodarkami wschodzącymi, mogą działać niezwykle pozytywnie na przyszły rozwój gospodarki brytyjskiej.

W swym opracowaniu Mansfield twierdzi, że wyjściu z UE towarzyszyć powinno utrzymanie zerowych stawek celnych w handlu pomiędzy Wielką Brytanią a UE we wszystkich dziedzinach z wyjątkiem rolnictwa. Towarzyszyć temu powinno  wyjście z Europejskiego Jednolitego Rynku (Single market). Pobyt w nim oznaczałby utrzymanie prawie wszystkie najbardziej uciążliwych i kontrowersyjnych aspektów członkostwa w UE .

Aby zrekompensować ograniczony dostęp do Jednolitego Rynku, Wielka Brytania powinna:

  • Doprowadzić do przyłączenia się do Europejskiego Stowarzyszenia Wolnego Handlu (EFTA) , pozostając poza Europejskim Obszarem Gospodarczym. Postuluje on by stopień bliskości WB z UE powinien być gdzieś pomiędzy sytuacją Szwajcarii i Turcji .
  • Dążyć do umowy o wolnym handlu z największymi gospodarkami takimi jak Chiny i USA .
  • Pogłębić swoje zaangażowanie w organizacjach takich jak G8, G20 i OECD .
  • Pielęgnować dwustronne strategiczne relacje z tradycyjnymi  sojusznikami – Australią, Kanadą i Francją.
  • Wykuć nowe relacje z wschodzącymi potęgami w Azji i Ameryce Łacińskiej .
  • Ustanowić formalne relacje z krajami europejskimi spoza UE, mającymi bliskie kontakty handlowe z UE, w celu umożliwienia tym krajom przemówienie silniejszym głosem w rozmowach z UE .

Myślę, że warto byłoby w Polsce podyskutować o tych propozycjach Brytyjczyków (wszystkich sześciu!). A w przyszłości może wejść w alians z Brytyjczykami i zaprosić do tego klubu kilka innych państw UE. Może nawet nie po to by od razu myśleć o wyjściu z UE, ale głównie po to by dać sygnał Brukseli, że ‘tak dalej być nie może, że jeśli taki twór jak UE ma przetrwać to musi ulec radykalnej transformacji’. 


  • RSS