Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z tagiem: wlasnosc

Dzisiaj mija 150 lat od dnia kiedy londyńczycy mogli przejechać się po raz pierwszy metrem. Pamiętajmy, że wtedy jeszcze nie było elektryczności, a pierwsze pociągi w metro londyńskim ciągnięte były przez lokomotywy parowe. Warto powiedzieć, że przez kilkadziesiąt lat metro w Londynie rozbudowywane było przez firmy prywatne. Upaństwowowienia metra w Londynie dokonano w 1933 roku.  Pierwsze, kilkukilometrowe, mające siedem stacji połączenie podziemnej kolejki w Londynie zostało uruchomione 10 stycznia 1863 przez spółkę z Metropolitan Railway. Decyzja o budowie tuneli zapadła w 1854. Czyli wybudowano tę linię w ciągu  9 lat, a jak budowano ilustruje obrazek poniżej:

Pierwszy jedenastokilometrowy odcinek metra w Warszawie instytucje publiczne budowały 12 lat, mając do dyspozycji znacznie bardziej zaawansowane technologie! (O kosztach budowy już nie będę wspominał)

Do końca XIX wieku spółek i linii było już sześć. Początkowo spółki te nie współpracowały ze sobą i pasażerowie w każdej z nich musieli posiadać inne bilety, ale na początku XX wieku rozpoczął się proces współpracy i konsolidacji spółek. Głównym powodem była potrzeba zgromadzenia sporego kapitału potrzebnego do przedłużenie linii na przedmieścia oraz koniecznością elektryfikacji linii. Obecnie londyńskie metro ma ponad 400 km długości, czyli mogłoby połączyć bez problemu Wrocław z Warszawą.

Nie jest celem opisywanie tutaj historii metra w Londynie (dla zainteresowanych polecam:

Artykuł w The Telegraph
oraz filmiki: 1 i 2

Kiedy czytałem o historii metra w Londynie naturalnym było też spojrzenie na historię metra w Warszawie.

Poniżej przedstawiam mapy linii metra w Londynie w 1863 roku i w 1908 roku oraz Warszawie obecnie (linia niebieska) oraz to co będzie za parę lat (linia czerwona). Jako żywo linia londyńskiego metra w 1863 roku podobna jest do linii metra w Warszawie (z tym, że jedna biegnie ze wschodu na zachód a druga z południa na północ). Kiedy tak patrzyłem na te mapy to zastanawiałem się czy te 100 -150 lat jest miarą zapóźnienia cywilizacyjnego Polski względem Wielkiej Brytanii? (to tak pół żartem pół serio, bo  naturalnie można znaleźć usprawiedliwienie mówiąc np. że wtedy kiedy w Londynie budowano metro w Warszawie szykowano się do Powstania Styczniowego,  żę 123 lata zaborów, że Polska szlachecka, że liberum veto, że komunizm, że  sowieci, że … ).

Linia Metra w Londynie w 1863 oku

Metro w Londynie w 1908 roku

Metro w Warszawie w 2013

Władze Pekinu maja duży problem z zatłoczonymi ulicami, dużą liczbą samochodów jeżdżących po mieście i związanym z tym dużym zanieczyszczeniem powietrza. Jak próbują temu zaradzić? Stosując stare, biurokratyczne metody kontroli liczby pojazdów. Mianowicie co roku wydają ściśle ograniczona liczbę pozwoleń na rejestracje nowych samochodów. Władze miejskie ograniczą w tym roku radykalnie liczbę nowych samochodów, do ok. 30% tego co było w 2010 roku. Warto jednak zauważyć, że i tak ta liczba jest ogromna, mianowicie władze zezwolą w 2011 roku na wydanie tablic rejestracyjnych dla 240 tys. samochodów (do Chin trzeba przykładać inna miarę niż zwykliśmy to robić w naszym codziennym życiu w Polsce!  W samym Pekinie jeździ obecnie ok. 5 mln samochodów, w ostatnich 5 latach liczba ta wzrosła prawie dwukrotnie). Zezwolenia te będą rozdzielane co miesiąc przy pomocy internetowej loterii. Jak wielkie jest zapotrzebowanie widać choćby po tym, że już w pierwszych dziesięciu minutach nowego roku, 6 tys. osób złożyło wniosek o rejestrację samochodu. Loteria i losowanie internetowe ma w zamierzeniu władz zapobiec korupcji i zapewnić sprawiedliwy podział tego ‚rzadkiego dobra’. Pekin nie jest jedynym miastem borykającym się z tego typu problemami. Możemy się zastanowić,czy ten z pozoru logiczny sposób rozdzielania dóbr jest jest dobry. Jak pokazuje doświadczenie wielu krajów (także i w Polsce) jakakolwiek biurokratyczna reglamentacja wcześniej czy później doprowadza do patologii społecznych, a zwłaszcza do zwiększenia korupcji. W Singapurze zastosowano już bardziej prorynkowe rozwiązanie (choć uznać to należy za ‚toporną protezę rynku’), co roku ogłaszana jest liczba nowych samochodów, które mogą być kupione i by kupić nowe auto należy zapłacić za certyfikat (który pozwala używać auto przez określony czas, z reguły przez 10 lat). Certyfikaty te są bardzo drogie, często ich cena ustalana jest poprzez aukcje. Na samochód pozwolić sobie mogą bogate osoby, albo duże firmy wypożyczające samochody. W Londynie natomiast, dzięki nowoczesnym technologiom, rozwiązano to w sposób jeszcze bardziej rynkowy. Kiedy samochód wjeżdża do londyńskiego city robione jest zdjęcie jego tablicy rejestracyjnej, automatycznie rozpoznaje się właściciela samochodu i z jego konta pobierana jest automatycznie opłata za wjazd i użytkowanie drogi. Ustalając wielkość tej opłaty w naturalny sposób można kontrolować liczbę pojazdów jeżdżących po londyńskich drogach bez uciekania się do biurokratycznych wygibasów. 
Naturalnie najlepszym rozwiązaniem byłoby w pełni rynkowe podejście. Uznanie prywatnej własności dróg i pobieranie opłat za ich użytkowanie przez tychże właścicieli. Oni sami już wymyśliliby najtańsze i wygodne dla kierowców sposoby pobierania opłat za użytkowanie dróg. A że interes taki musiałby być dochodowy to jakość dróg musiałaby być także odpowiednia (bo nikt nie chciałby płacić i jeździć po dziurach). Konkurencja pomiędzy różnymi właścicielami doprowadziłaby do racjonalnie niskiego poziomu opłat. Tylko proszę mi nie mówić, że opłaty te byłyby wysokie i normalnego użytkownika nie byłoby stać na jeżdżenie samochodem. Byłoby wręcz odwrotnie. Trzeba zdać sobie sprawę z tego, że to właśnie obecny system jest bardzo drogi i mało efektywny. To mit, że jeździmy po państwowych drogach bezpłatnie. Jeśli mielibyśmy do dyspozycji te pieniądze, które zabiera nam państwo na budowę i tzw. utrzymywanie dróg (w postaci różnego rodzaju danin: podatków, akcyz, winiet, itp), to już samo to wystarczyłoby nam na zapłacenie myta prywatnemu właścicielowi drogi (a śmiem twierdzić, że w wyniku konkurencji myto byłoby niższe niż to co średnio teraz płacimy państwu jako właściciele samochodów).

W końcu listopada rząd przesłał do Sejmu projekt ustawy o utrzymaniu porządku i czystości w gminach. Projekt ten, wraz z uzasadnieniem i projektami aktów wykonawczych to ponad 140 stron. Kto to będzie czytał? Na pewno nie posłowie, oni są od głosowania, ewentualnie wprowadzania poprawek sugerowanych przez lobbystów, a potem od poprawiania uchwalonych przez nich gniotów. Pomijając długość,  to jest to co najmniej dziwny projekt ustawy, a nawet niebezpieczny. To kolejne naruszenie prawa prywatności i prawa własności. Zgodnie z tym projektem administracja gminna będzie kontrolowała nie tylko firmy, lecz także prywatnych właścicieli nieruchomości.
Na prywatne posesje mieliby prawo wejść urzędnicy (lub straż gminna z rzeczoznawcami oraz niezbędnym sprzętem) i dokonać oględzin terenu, wykonać zdjęcia i w ogóle powęszyć.
Ustawa ogólnikowo stwierdza, że sprawdzeniu mogą podlegać nieruchomości (obiekty i ich części), na których prowadzi się zbieranie odpadów komunalnych. Pole do nadinterpretacji i nadużyć będzie zatem wielkie. Niektórzy uważają, że nie będzie konieczności wpuszczenia urzędnika do mieszkania, bo wystarczy, że okaże mu się miejsce do zbierania odpadów. Ale przecież ja w mieszkaniu też mam podręczny kosz na śmieci, więc chyba mogą mi też wejść i do mieszkania? Poza tym zgodnie z tym projektem kontrolujący mogą wejść do domu i sprawdzić, w jaki sposób segreguję odpady!
Zgodnie z  projektowaną ustawą, nie tylko urzędnicy będą mogli sprawdzać stan mojego kosza na śmieci, dokonać tego będą mogli także pracownicy firmy wywożącej odpady (choć przyznać trzeba znacznie bardziej ograniczone).
Na wątpliwości, czy cała ta ustawa jest zgodna z konstytucją, od razu znaleźli się znawcy prawa, konstytucjonaliści, którzy zapewniają, że jest to zgodne (choć, jak przyznają, jest to ograniczenie naszej wolności).
Od razu nasuwa się pytanie, ile to będzie kosztowało nas, podatników i jaką kolejna armię urzędników będzie trzeba zatrudnić? To chyba dla rządu i samorządów nie problem, jako, że dzięki porozumieniu z UE odnośnie niewliczania kosztów związanych z reformą emerytalną do deficytu, rząd może zwiększyć deficyt i dług, a zatem  można będzie zwiększyć zatrudnienie w administracji – Kreatywna księgowość polskiego rządu

Warto pamiętać to co powiedział już dawno temu David Hume: "Rzadko kiedy wolność traci się od razu", a także Hannah Arendt: "Im mniej polityki, tym więcej wolności".
Tak krok po kroczku, zabierana jest nasza wolność. Czy sprzeciwimy się temu?


  • RSS