Witold Kwaśnicki

Własność, Wolność, Odpowiedzialność i Wzajemne zaufanie

Wpisy z tagiem: wzrost-gospodarczy

Z przyjemnością dowiedziałem się o wydaniu książki Marcina Mrowca pt. Austriacka Szkoła Ekonomii – Jak może pomóc wyjaśnić stagnację gospodarki Japonii. Na stronie wydawcy (PWN) przeczytałem ‘Data premiery: 14.11.2017’ – fajnie, że nie tylko filmy, sztuki teatralne, czy opery, mają swoje premiery, ale premiery mają też książki).

MrowiecOkladka

Pan Marcin Mrowiec jest głównym ekonomistą i dyrektorem Biura Analiz Makroekonomicznych Banku Pekao SA. Doskonale łączy zainteresowania teoretyczne z praktycznymi aspektami swej działalności zawodowej.

 ‘Kibcowałem’ powstaniu jego pracy doktorskiej i późniejszej jej obronie w listopadzie 2016 roku. Książka ta jest poprawioną i uzupełnioną wersją pracy doktorskiej p. Mrowca.

Nie miałem przyjemności recenzji jego pracy doktorskiej, ale z zadowoleniem napisałem, na prośbę PWNu, recenzję wydawniczą.  

Rekomendował tę książkę Wydawnictwu uznając, że jest ciekawa i może być wartościowa, zarówno dla ‘austriaków’, bo Autor pokazuje możliwości zastosowania teorii ASE do (praktycznego) wyjaśnienia specyfiki rozwoju gospodarki japońskiej, jak i ‘nieaustriaków’ (przeciwników podejścia austriackiego w ekonomii), bo jest pewna szansa, że przekona ich, że jest przynajmniej ziarnko prawdy w tym co twierdzą ekonomiści ze szkoły austriackiej.

Poza tym w książce zawarł Autor sporą dawkę informacji i wiedzy o specyfice rozwoju gospodarczego Japonii w ostatnich kilkudziesięciu latach.

Zarys teorii szkoły austriackiej przestawiony jest w rozdziale pierwszym oraz w trzech aneksach (Najważniejsi prekursorzy oraz przedstawiciele ASE,  Główne wyróżniki ASE i Porównanie ASE do szkół ekonomii „głównego nurtu” )

Książka jednak w istocie jest o Japonii i jej rozwoju gospodarczym, a wszelkie rozważania dotyczące austriackiej szkoły ekonomii (ASE) należy potraktować jako dodatek i wyjaśnienie dla czytelnika, który tej teorii nie zna.

W trzech rozdziałach Autor opisuje ‘Źródła interwencjonizmu w Japonii oraz jego wpływ na architekturę instytucjonalną’, ‘Przedsiębiorstwo japońskie – ustrój wewnętrzny oraz usytuowanie w szerszych strukturach gospodarczych’, oraz ‘Interwencjonizm w sferze monetarnej gospodarki Japonii’. Dobrym uzupełnieniem tych bardzo oryginalnych rozważań Autora są trzy aneksy („Stracone dekady” Japonii, Typologia tytułów licencyjnych używanych przez japońską biurokrację, oraz Cechy szczególne japońskiego modelu gospodarczego).

Ze względu na oryginalność rozważań dotyczących rozwoju Japonii przy wykorzystaniu teoretycznych osiągnięć szkoły austriackiej w ekonomii zaproponowałem zmianę tytułu tej książki, sugerując np.:

  • Rozwój i stagnacja gospodarcza Japonii w świetle austriackiej szkoły ekonomii
  • Rozwój gospodarczy Japonii z perspektywy austriackiej szkoły ekonomii
  • Japoński cud gospodarczy z perspektywy austriackiej szkoły ekonomii
  • Japońskie prosperity i stagnacja w świetle austriackiej szkoły ekonomii

Wydawnictwo jednak nie zaakceptowało tych sugestii pozostawiając jako podstawowy tytuł ‘Austriacka Szkoła Ekonomii’. Jak mogę sądzić powodem takiej postawy było uznanie, że taki tytuł będzie bardziej komercyjnym (co dla nas, zwolenników szkoły austriackiej brzmi bardzo optymistycznie – oby faktycznie zwolenników szkoły austriackiej było coraz więcej w Polsce!)

Niestety nie tylko sugestii tytułu nie zaakceptowano, ale także nie uwzględniono mojej propozycji zmiany Zakończenia, które wedle mojej opinii nie jest typowym zakończenie podsumowującym dzieło.  Zaproponowałem mianowicie by część o ‘Arystotelesie, Grecji, Rzymie, Europie i Chinach’ przenieść do dodatku, a zostawić tylko oryginalny opis i wnioski odnoszące się do przypadku Japonii.

Serdecznie polecam przeczytanie książki Marcina Mrowca, dzięki temu spojrzymy na Japonię całkiem inaczej niż nam się dotychczas proponowało, pozwoli nam też zrozumieć różnice kulturowe pomiędzy światem zachodnim i Japonią, a przez to zrozumieć odmienność modelu gospodarki japońskiej.

Od wielu lat zwracam uwagę na to jak wielkie spustoszenie w naszych umysłach zrobiła w wieku XX idea i praktyka państwa opiekuńczego (do czego przyłożył się jeszcze komunizm, zwłaszcza sowiecki i chiński). Po czterech-pięciu pokoleniach żyjących w okresie państwa opiekuńczego, nie jesteśmy w stanie zaakceptować tego, że to nie od państwa powinniśmy oczekiwać rozwiązania wielu trapiących nas problemów. Nie wspomnę o tym, że wiele z tych problemów wykreowało właśnie samo państwo opiekuńcze. Zamiast szukać pomocy w naszej indywidulanej aktywności, wspartej aktywnością i współpracą lokalnych społeczności, wytworzyliśmy w sobie przekonanie, że najlepszym remedium na trapiące nas problemy jest omnipotentne państwo. Zapomnieliśmy, że jeszcze sto lat temu tak nie było, że niemalże powszechną zasadą była postawa typu ‘jeśli umiesz liczyć to licz przede wszystkim na siebie’.

Przyznam, się, że sam nie wiem jakie jest wyjście z tego ‘skrzywienia umysłowego’. Bardzo prawdopodobne, że do wyleczenie się z niego potrzeba będzie dwóch pokoleń, jak to było u Mojżesza (40 lat wędrówki narodu wybranego po pustyni). Należy zacząć o tym dyskutować i kształtować postawy młodych ludzi.

Dyskutując o tego typu problemach przywołuję często słowa brytyjskiego historyka A.J.P. Taylora, który w Historii Anglii (English History 1914-1945, Oxford University Press, 1965) napisał:

„Do sierpnia 1914 roku rozsądny, przestrzegający prawa Anglik mógł przejść przez życie i prawie nie zauważyć istnienia państwa poza urzędem pocztowym i policjantem. Mógł żyć, gdzie chciał. Nie miał urzędowego numeru czy karty identyfikacyjnej. Mógł podróżować za granicę albo opuścić swój kraj na zawsze bez paszportu czy jakiegokolwiek urzędowego zezwolenia. Mógł wymienić pieniądze na każdą obcą walutę bez ograniczeń i limitów. Mógł nabywać dobra z każdego kraju na świecie na takich samych warunkach, na jakich kupował je w domu. Skoro o tym mowa – cudzoziemiec mógł spędzić życie w tym kraju bez zezwolenia i bez informowania o tym policji. Odmiennie niż w krajach europejskich na kontynencie, państwo nie wymagało od swoich obywateli służby wojskowej. Obywatel angielski mógł – jeśli chciał – zaciągnąć się do regularnej armii, marynarki lub rezerwy. Mógł także zignorować, jeśli tego chciał, wymagania obrony narodowej. Poważni posiadacze byli od czasu do czasu powoływani jako sędziowie przysięgli. Poza tym pomocą państwu służyli tylko ci, którzy chcieli [...]. Pozostawiało ono dorosłych obywateli samym sobie.”

 Kilka dni temu przeczytałem wpis Dennis’a Prager’a dotyczący najgroźniejszego uzależnienia jakiemu uległy współczesne społeczeństwa, jakim jest uzależnienie od przywilejów (uprawnień) nadawanych obywatelom przez państwo. Polecam przeczytanie tego wpisu w całości.

Prager zwraca uwagę na to, że prawdą jest iż wyjście z takich powszechnych uzależnień jak narkomania, alkoholizm, hazard, seksoholizm, czy palenia papierosów jest bardzo trudne. Jest jednak jedno uzależnienie (które nawet nie jest traktowane jako uzależnienie), mianowicie uzależnienie od przyznawanych przez państwo przywilejów, uzależnienie od tego, że ‘dostaje się coś za nic’.

Dla większości pełnosprawnych osób, którzy otrzymują pomoc od instytucji publicznych  w postaci zapomóg pieniężnych, kuponów żywnościowe, dotowanych mieszkań, nieodpłatnej edukacji, nieodpłatnej opieki zdrowotnej i innych świadczeń socjalnych, już sama myśl o rezygnacji z jednego z nich i podjęcia się trudu zapłacenia za nie z własnych ciężko zarobionych pieniędzy wydaje się niemożliwa. Wyjście z takiego uzależnienia uznawane jest za trudniejsze niż wyjściu z alkoholizmu czy narkomanii.  

Prager idzie w swej opinii nawet tak daleko, że uważa, iż wszelkiej maści socjaliści, czy politycy rozdający na lewo i prawo przywileje, powinni być traktowani na równi ze sprzedawcami narkotyków.

Zwraca on uwagę na to, że uzależnienia od nadawanych przywilejów czyni w istocie więcej szkód w społeczeństwie niż jakikolwiek inne uzależnienie. Wszelkie inne uzależnienia mogą zrujnować własne życie i życie najbliższych, a pijani kierowcy czynią kalekami, lub nawet zabijają, konkretnych ludzi. Społeczeństwo jako całość może przeżyć tego typu uzależnienia. Natomiast im więcej osób, które otrzymują pomoc publiczną w formie nadawanych przywilejów (uprawnień), tym szybszy i bliższy jest gospodarczy upadek tego społeczeństwa jako całości.

Uzależnienie od przywilejów niszczy system wartości, który przyczynił się w przeszłości do rozwoju gospodarczego opartego na mechanizmach rynkowych, kapitalistycznych. Wydaje mi się, że do uzależnienia opisanego przez Pragera, można dodać jeszcze jedno uzależnienie gorsze od alkoholizmu, narkomanii, palenia papierosów, hazardu, uzależnienia jakim ulegają sami politycy, sami rządcy, mianowicie uzależnienie od kreowania inflacji i psucie pieniądza.

Pierwszym krokiem ku wyjściu z tego uzależnienia od przywilejów powinno być  wykorzeniamy postaw antykapitalistycznych u tzw. intelektualistów (o których mówiłem w wykładzie „O antykapitalistycznej mentalności ludzi wykształconych”, dostępnym tutaj).

Są pewne powody do (przynajmniej umiarkowanego) optymizmu i jest nadzieja, że możliwe jest wyjście z tego typu uzależnień. Jak na razie jedynie Szwajcarzy wykazują się pewnym rozsądkiem, ale może za nimi pójdą inne społeczeństwa.  W 2014 roku Szwajcarzy odrzucili w referendum możliwość włączenia służby zdrowia w domenę przynależną państwu. Istniejący w Szwajcarii system ochrony zdrowia wymaga, aby każdy obywatel posiadał podstawowy pakiet ubezpieczenia zdrowotnego, które oferuje ok. 60 firm prywatnych. W tym referendum, zainicjowanym przez przedstawicieli lewicy,  prawie 62% Szwajcarów opowiedziało się za tym, aby nadal funkcjonował system prywatny. Ciekawy jest rozkład opinii na temat utrzymania obecnego systemu. Regiony niemieckojęzyczne głosowały przeciwko objęciu przez państwo kontroli nad służbą zdrowia, natomiast kantony, w których dominującym językiem jest francuski, były zdecydowanie przeciwko sektorowi prywatnemu.

Podobnym rozsądkiem wykazali się Szwajcarzy w czerwcu 2016 roku, kiedy to w referendum rozpisanym ponownie na wniosek lewicy, prawie 77% Szwajcarów odpowiedziało się przeciw wprowadzeniu tzw. dochodu gwarantowanego.

Uczmy się od Szwajcarów i wykazujmy się takim jak oni rozsądkiem. Stać nas na to. 

Przepraszam, ale dzisiejszy wpis będzie trochę impulsywny. Właśnie przeczytałem kolejny artykuł prof. Stiglitza, stąd ta moja impulsywność.

Noblista pisze: „Zasadniczym problemem, który od kryzysu nęka gospodarkę globalną i który nieco się nasilił, jest bowiem brak zagregowanego popytu globalnego.” To typowa retoryka interwencjonistów. Jak słyszę tego typu zaklęcia (inne to np. ‘konsumpcja napędza PKB’, czy ‘rozwój gospodarczy pchany jest eksportem’, to zaczynam się telepać w środku.) Prof. Stiglitz nie widzi w tym co pisze wewnętrznych sprzeczności. Naigrawa się, że „W modelach tych kluczowe narzędzie polityki pieniężnej stanowi stopa procentowa, którą można – jak pokrętło termostatu – przesuwać w górę i w dół, żeby zapewnić uzyskanie przez gospodarkę dobrych wyników”. Przecież on dokładnie tak samo myśli, też uważa, że ma takie pokrętło, którym może zwiększyć popyt (‘zagregowany popyt’!).

Wielki (chciałoby się napisać zadufany w sobie, ale takiemu maluczkiemu ekonomiście jak ja nie wypada tak pisać) Noblista pisze „Tym, co powinny zrobić banki centralne, jest skupienie się na dopływie kredytu, co oznacza przywrócenie i utrzymywanie zdolności i chęci lokalnych banków do pożyczania pieniędzy MŚP.” Problemem jest, że, jak pokazuje doświadczanie (o czym chyba prof. Stiglitz powinien wiedzieć), małe i średnie przedsiębiorstwa bardzo niechętnie biorą kredyty i wolą swój rozwój opierać na zakumulowanym zysku, na kapitałach własnych. Tego co potrzebują to nie przeszkadzania im, dania swobody działania, mniejszych uciążliwości (nie tylko podatkowych, generalnie administracyjnych),stabilności prawa. Najbardziej ogólnie: potrzebują dbałości instytucji publicznych o ich własność.  

Dalej prof. Stiglitz pisze: „Płynącą z tego ważną lekcję można zawrzeć w starym porzekadle: „śmieci na wejściu, śmieci na wyjściu”. Jeśli banki centralne wciąż będą posługiwać się błędnymi modelami, to będą nadal popełniać błędy.” Znów profesor zapomina starą metodologiczna prawdę: ‘każdy model jest błędny’. Posługiwanie się jakimkolwiek modelem do prowadzenia tzw. polityki gospodarczej, monetarnej, fiskalnej, …, wcześniej czy później doprowadza do katastrofy. Naturalnie przedsiębiorcy też posługują się modelami, tylko, że oni te modele traktują jako narzędzie ułatwiające im bieżące decyzje, i jeśli widzą, że ‘coś jest nie tak’ to porzucają szybko taki model i szukają innego narzędzia, a bardzo często odwołuję się wtedy do swoje intuicji, doświadczenia.

Istnieje też jeszcze  inna zasadnicza różnica pomiędzy przedsiębiorcami a politykami gospodarczymi (i ekonomistami im doradzającymi). Jeśli jakiś przedsiębiorca popełni błąd to traci na tym on i jego firma (i najczęściej jest to nauczka dla innych przedsiębiorców ‘by nie iść tą drogą’). Natomiast kiedy błąd popełnia polityk gospodarczy to dotyka to milionów ludzi w danym społeczeństwie i wszyscy na tym tracą (najczęściej poza tym politykiem, bo on zawsze znajdzie usprawiedliwienie, że przecież chciał dobrze, to tylko inni mu przeszkadzali). W odróżnieniu od przedsiębiorców, politycy gospodarczy nie uczą się na swoich błędach i nie jest to sygnałem dla innych polityków by nie iść tą droga’.

Zakończę pytaniem: A jaką ma pewność prof. Stiglitz, że jego model jest dobry, a nie błędny?

Zarząd Krajowy Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego zorganizował 18 lutego 2015 r. seminarium połączone z Jubileuszem 90. urodzin Profesora Zdzisława Sadowskiego. Przedmiotem dyskusji na tym seminarium był tekst prof. Z. Sadowskiego pt. Ewolucja gospodarki rynkowej (dostępny jest on na stronie PTE – tutaj). Nie jest to tekst przypadkowy, bo jak prof. Sadowski powiedział w trakcie seminarium (cytuję za stenogramem umieszczonym na stronie PTE): „Otóż pozwoliłem sobie … przedstawić ten krótki tekst napisany 7 czy 8 lat temu, gdyż moim zdaniem on najlepiej wyraża w krótkich słowach pewną kwintesencję mojego sposobu myślenia o procesach rozwoju gospodarczego.” Na koniec swoje wypowiedzi prof. Sadowski powiedział: „Zaprezentowałem tekst, który w pewnym sensie jest moim credo, jest jakby moim  testamentem. Wyraża on sposób myślenia,  który mi pasuje i dalej będzie pasował, choć z tymi poprawkami, czy uzupełnieniami, czy rozwinięciami, o których właśnie wspomniałem. No więc to przedstawiam państwu i czekam na odpowiedź.” Nawiasem mówiąc, jak się czyta stenogram z wypowiedziami uczestników tego seminarium to w zasadzie nie ma wypowiedzi odnoszących się do ‘testamentu prof. Sadowskiego’. Nie będąc uczestnikiem tego seminarium nie mogłem odpowiedzieć prof. Sadowskiemu, dlatego pozwolę sobie tutaj odpowiedzieć przynajmniej na pewne najważniejsze kwestie. Zdaje sobie sprawę, że w wielu sytuacjach odpowiedź moja powinna być dłuższa, forma blogu wymusza jednak pewną skrótowość wypowiedzi.

Prof. Sadowski uważa, że „[d]opiero rewolucja francuska otworzyła drogę do nowego ustroju gospodarczego, opartego na filozofii liberalnej”. Ta gloryfikacja rewolucji francuskiej nie wydaje mi się to zasadna. Ta droga otwarta została sto lat wcześniej przez znacznie mniej krwawe (a w zasadzie bezkrwawe) wydarzenie jakim była Rewolucja Wspaniała (ang. Glorious Revolution, po polsku nazywana też Rewolucją Chwalebną, Sławetną Rewolucją) w Anglii  oraz przyjęcie przez parlament w grudniu 1689 r. prawa ograniczające kompetencje władcy, tzw. Bill of Rights (Deklarację Praw, Kartę Praw, Kartę Swobód). Wtedy to Anglia, jako pierwszy kraj w Europie wszedł w etap współczesnego parlamentaryzmu: podatki nie mogły być zwiększane bez zgody parlamentu, podobnie w okresie pokoju bezprawne było zwiększenie liczebności armii, zagwarantowano wolny wybór członków parlamentu oraz swobodę wypowiedzi w parlamencie, nie można też było nikogo uwięzić bez sprawiedliwego procesu i wyroku sądowego. To Rewolucja Wspaniała otworzyła drogę do szybkiego rozwoju gospodarczego opartego na przedsiębiorczości, wynalazczości i ‘dbałości o interes własny’. Śmiem twierdzić, że bez Rewolucji Wspaniałej i Karty Praw nie byłoby rewolucji przemysłowej końca XVIII wieku.

Dalej prof. Sadowski pisze: „Ale liberalizm nie zrodził się z przypadku, lecz był odpowiedzią na zmiany w warunkach życia. A warunki te zmieniły się nie dlatego, że ktoś wymyślił liberalizm, tylko było to następstwem rewolucji technicznej, która otworzyła drogę do przemysłu maszynowego”. Twierdzę, że było odwrotnie, to wolność gospodarcza sprzyjała innowacjom. Długo by o tym pisać, pozwolę sobie jedynie na zaproponowanie przeczytanie tego co o rozwoju technologicznym napisał Ludwig von Mises.

Nie wydaje mi się też zasadna opinia prof. Sadowskiego, że „[r]ewolucja przemysłowa zmieniła świat dzięki zdobyciu umiejętności wykorzystania energii pary”.  Oczywiście ‘energia pary’ była ważna, ale tak prawdę powiedziawszy, znacznie ważniejsze były wynalazki usprawniające procesy technologicznie związane z przemysłem tekstylnym (bawełnianym), np. wymyślone przez Eli Whitney’a cotton gin (odziarniarka), czy Samuela Crompton’a spinning mule (przędzarka).

Pisząc o pierwszym etapie rozwoju kapitalizmu prof. Sadowski wspomina Adama Smitha i Jean Baptiste Say’a. To jest takie dosyć tradycyjne spojrzenie. Myślę,  że warto spojrzeć na to szerzej i podkreślić rolę Szkockiego Oświecenia wymieniając także Davida Hume’a, Francis Hutcheson’a, czy Adam Ferguson. Ogromny wkład, zarówno od strony polityki jak i teorii wniósł też wielki osiemnastowieczny leseferysta i polityk Anne Robert Jaques Turgot.

Przy okazji opisu drugiego etapu rozwoju kapitalizmu prof. Sadowski podkreśla „konflikt między kapitałem a pracą”. Można na ten etap faktycznie spojrzeć po marksistowsku i myśleć o tym co napisali Marks, Engels, czy Hegel. Warto może jednak uzupełnić ten obraz pokazując zgodność, ‘harmonię interesów’ zaangażowanych w proces produkcji, tak jak to uczynił w połowie XIX wieku Frederic Bastiat w ‘Harmoniach ekonomicznych’.

Etap czwarty, po II wojnie światowej, prof. Sadowski nazywa ‘Złotym wiekiem kapitalizmu’, w którym  w krajach rozwiniętych występuje „wysokie tempo wzrostu gospodarczego, brak bezrobocia, import zatrudnienia”. Warto może jednak pamiętać, czym skończył się ten ‘złoty wiek’, naznaczony wielkim interwencjonizmem państwowym w gospodarkę, że dość przypomnieć lata siedemdziesiąte XX wieku, dwa wielkie kryzysy naftowe i stagflację.

Etap szósty to dla prof. Sadowskiego „współczesny kapitalizm epoki informatyzacji”. Miło mi było to przeczytać, bo wynika z tego, że  neoliberalizm się już skończył (mogę powiedzieć, dzięki Bogu, bo już nie będzie chłopcem do bicia). Tak nawiasem mówiąc to wydaje mi się zasadne połączenie etapów czwartego, piątego i szóstego  i nazwanie go ‘kapitalizmem kolesiów’ (o czym pisze np.  w ‘Panika roku 1907 – kryzys finansowy 2008. Sto lat budowania kreatywnego kapitalizmu’, Ekonomia XXI wieku = Economics of the 21st Century, 2014, nr 2, s. 9-33 (wersja robocza 26 sierpnia 2013).

W opinii prof. Sadowskiego „Dotychczasowa ewolucja zapewniła ..: ogólny wzrost gospodarczy, ogromny postęp nauki i techniki, wzrost zamożności nawet w krajach ubogich. Natomiast nie zapewniła tego, o co chodziło, Smithowi gdy głosił ideę niewidzialnej ręki – sprawiedliwego podziału. A zapewniając racjonalność mikroekonomiczną, nie zapewniła racjonalności wykorzystania zasobów w skali ogólnej.”

Proponowałbym zastąpienie pogrubionego przeze mnie w powyższym cytacie słowa ‘nawet’ na ‘zwłaszcza’. To właśnie kapitalizm pozwolił i pozwala na wydobycie się z biedy, tak było na początku XIX wieku, kiedy to Wielka Brytania, USA i cała Europa Zachodnia były krajami biednymi, gdzie dochód na osobę był na poziomi obecnie uznawanym za granice biedy (ok. 1 dolara amerykańskiego na dzień) oraz jest obecnie po 1980 roku, kiedy to dzięki przyjęciu modelu kapitalistycznego rozwoju biedne kraje Azji i Afryki wydobyły się z biedy.

Jeśli chodzi o ‘racjonalność w skali ogólnej’ to będę trochę złośliwy i stwierdzę, że gospodarka centralnie zarządzana wykazała się za to wielką racjonalnością.

Wspominając o odmienności kapitalizmu współczesnego, prof. Sadowski pisze iż jest to „zmiana roli państwa: zwiększenie znaczenia polityki gospodarczej państw, a potem układów zintegrowanych (polityka makro, wspomaganie biznesu, państwo opiekuńcze); zmiana natury podmiotów gospodarujących na rzecz dominacji wielkich koncernów transnarodowych (oligopolizacja rynku, globalizacja)”.

Nie nazwałbym tego odmiennością, a raczej radykalną zmianą związaną z dominacją koncepcji ‘państwa dobrobytu’ (welfare state), coraz mniej mającego wspólnego z systemem rynkowym, a coraz więcej z socjalizmem. Dlatego nie zgadzam się z  tym, że „[w]iele jednak przemawia za tym, że jest to wciąż kapitalistyczna gospodarka rynkowa: decyzje należą do indywidualnych podmiotów, których siła opiera się na prywatnej własności kapitału”. Te decyzje są bardzo ograniczane, to raczej kapitalizm kolesiów (kapitalizm kreatywny) w którym sfery polityki i gospodarki wzajemnie się przenikają.

Wiele uwagi poświęca prof. Sadowski ‘rosnącym nierównościom dochodowym’ oraz ‘szerokiemu  obszarowi biedy’. Znów dużo można byłoby pisać o nieporozumieniach z tymi problemami związanymi. Zadam jedynie pytanie: w jakim społeczeństwie lepiej żyć? Egalitarnym, ale generalnie biednym, czy o dużych dysproporcjach dochodów, ale względnie bogatym, w którym nawet ci biedni żyją lepiej niż bogaci w kraju egalitarnym? Jak to ujął Henry Kissinger: „Socjalizm to równe dzielenie biedy, kapitalizm to nierówne dzielenie bogactwa”.  Natomiast jeśli chodzi „szeroki obszar biedy” to warto wiedzieć, że udział biednych w całości społeczeństwa globalnego spadł z ok. 90% na początku XIX wieku do ok. 25% w 1980 r, i do obecnych  ok. 10%. Od 1980 roku spadek widać także w kategoriach wymiernych, liczba osób biednych wyraźnie maleje z maksimum ok. 1350 mln w 1980 r. do obecnych ok. 900 mln. Nieprawdą jest to co pisze prof. Sadowski, że „Postulat eliminacji biedy został wysunięty na czoło celów milenijnych ONZ, jednak realizacja tego zadania okazuje się bardzo powolna”. Od początku współczesnej fali globalizacji, czyli od  1980 r., dzięki wzrostowi swobody gospodarowania i budowy zrębów gospodarki rynkowej w wielu krajach świata, liczba ludzi biednych w skali globalnej wyraźnie spada.

Wydaje mi się, że prof. Sadowski całkowicie myli się szukając przeszkód w realizacji ‘pożądanego biegu zdarzeń’ w ‘komercjalizacji nauki ‘ i ‘komercjalizacja edukacji’.  

Śmiem twierdzić, że na przeszkodzie stoi nie tyle komercjalizacja nauki, ile zbyt daleko idące upaństwowienie nauki i badań naukowych z biurokratycznym naciskiem  na spełnianie wskaźników (co nazywam ‘fetyszem wskaźników’). Nieporozumieniem wydaje mi się zarzut komercjalizacji edukacji, której po prostu nie widzę. Od  końca XIX wieku doświadczamy wręcz odwrotnego procesu. Edukacja (zwłaszcza na poziomie podstawowym i średnim) opanowana jest przez instytucje publiczne (państwowe). W tej państwowej biurokratyzacji i uniformizacji edukacji młodego pokolenia należy szukać zagrożeń i przyczyn coraz to gorszego poziomu kształcenia.

Prof. Sadowski odwołuje się do Karla Polanyi i jego „The Great Transformation”  cytując: „Zgoda na to, aby mechanizm rynkowy był jedynym regulatorem losu człowieka i jego naturalnego otoczenia… może doprowadzić społeczeństwo do zupełnej ruiny”. Słowa te nazywa „godnymi pamiętania”, ośmielę się nie zgodzić i zaproponować by słowa te były godne zapomnienia (czego dowodem są doświadczenia społeczeństw zachodnich w budowaniu gospodarek rynkowych w ostatnich 200 latach).

Co zatem proponuje  prof. Sadowski? Ano, „skoro nie można zaufać mechanizmowi rynkowemu, to trzeba dać mu wsparcie w postaci świadomych działań regulacyjnych w skali międzynarodowej”, oraz potrzebne jest „opracowanie metod kojarzenia rynku z rozumnym sterowaniem, a w tym celu: stworzenie sieci programów i instytucji państwowych i międzynarodowych nie działających na zasadach rynkowych, powstanie silnego wspierającego ruchu obywatelskiego” .

Toż to będzie dopiero nieszczęście, gdyby pozwolić na jakąś formę globalnego rządu i ‘świadome działania regulacyjne w skali międzynarodowej’. Bolszewicy przećwiczyli to już w skali regionalnej, teraz miałoby się to dokonać w skali globalnej? Natomiast ‘kojarzenie rynku z rozumnym sterowaniem’ jest utopią. Ostatni przykład porażki tego typu koncepcji to tzw. trzecia droga Giddensa (propagowana przez Blaira i Schroedera).

Może warto zaakceptować to, że nie ma jakiejś trzeciej drogi, tak jak nie da się ‘w połowie zajść w ciążę’, ani ‘w połowie wyskoczyć z pociągu’. Do powstania ‘silnego ruchu obywatelskiego’ nie jest konieczne działanie instytucji państwowych (centralnych). Wystarczy tylko przyjrzeć się jak aktywne było społeczeństwo obywatelskie w pierwszej połowie XIX wieku w USA (co pięknie zostało opisane przez A. de Tocqueville  w Demokracja w Ameryce).

Profesor Sadowski stawia przed nami dylemat: albo Eldorado (powszechny dobrobyt) dzięki ‘sterowanemu rynkowi’, albo Armagedon (ogólna katastrofa) powodowana ‘drapieżnym kapitalizmem’. To stary problem wyboru pomiędzy tym co proponują zwolennicy podejścia konstruktywistycznego i zwolennicy spontanicznego rozwoju. Trochę w tym duchu pisałem w Ekonomiście w 2009 roku w  ’Amalteisci i neomaltuzjanie – dwie wizje rozwoju. Jak pokazuje doświadczenie, ten powszechny dobrobyt osiąga się nie dzięki konstruktywizmowi, a właśnie dzięki swobodzie gospodarowania. Dajmy działać amalteistom, a problemy zasygnalizowane przez prof. Sadowskiego („narastanie trudności energetycznych, rosnące trudności z wodą, skutki globalnego ocieplenia w postaci kataklizmów naturalnych i podniesienia poziomu wód oceanicznych”) zostaną skutecznie rozwiązane w całkiem nieodległej przyszłości. Zamiast twierdzić, że „świat poczuje się zmuszony do prawdziwej współpracy korygującej rynek” lepiej wydaje mi się być zmuszonym do odwołania się do pokojowych zasad rynkowych.  

Z informacji jakie ukazały się niedawno z okazji jeszcze jednego dziwnego dnia nazwanego ‘Światowym Dniem Mycia Rąk’, dowiedzieliśmy się, że co ósmy Polak nie myje rąk przed jedzeniem, co piąty nie robi tego po powrocie do domu, zaś co drugi mężczyzna i co czwarta kobieta nie myją rąk po wyjściu z toalety. A przecież mycie rąk to najprostsza i najbardziej dostępna metoda profilaktyki zdrowotnej, a użycie do tego celu wody i mydła jest często zabiegiem ratującym życie. Widocznie nie doceniamy tego, że mamy w Polsce powszechny dostęp do bieżącej wody i w miarę dobrze funkcjonujący system kanalizacji.

Co się jednak dziwić  tzw. normalnym  ludziom jeżeli jeszcze w połowie XIX wieku chirurdzy odmawiali mycia rąk przed zabiegiem chirurgicznym.

Szacuje się, że na świecie rocznie na biegunkę umiera 1,5 miliona małych dzieci, a według naukowców mycie rąk ocaliłoby aż 40 proc. z nich. Jakoś do powszechnej akceptacji nie trafiają argumenty lekarzy, że mycie rąk zmniejsza ryzyko np. zarażenia się grypą, redukuje ryzyko zachorowania na biegunkę, wirusowe zapalenie wątroby typu A, infekcje oddechowe, gronkowca, czy salmonellę. UNICEF od lat podkreśla, że mycie rąk mydłem jest jedną z najtańszych, najbardziej efektywnych „szczepionek” przeciwko chorobom wirusowym, od grypy sezonowej po zwykłe przeziębienie.

 ‘Wielcy tego świata’, politycy, artyści, filantropi, tzw. zieloni, alter- i antyglobaliści, … skupiają swoją uwagę na (kosztownej) walce ze zmianami klimatycznymi, a nie myślą o tym, że znacznie taniej i skuteczniej można poprawić byt ludności świata zapewniając wszystkim np. dostęp do czystej wody. Warto być świadomym tego, że jedna trzecia światowej populacji, tj. 2,5 miliarda ludzi, nie ma dostępu do podstawowych urządzeń sanitarnych, w tym do czystej, bieżącej wody. Ponad 1 miliard ludzi nie ma możliwości korzystania z toalety (co traktowane jako  coś naturalnego i powszechnie dostępnego w tzw. rozwiniętym świecie) i załatwia te potrzeby pod gołym niebem.

Takie ekonomiczne myślenie nie jest obce badaczom pracującym w ramach tzw. Konsensusu Kopenhaskiego (Copenhagen Consensus Center, CCC). Nie trzeba być wielkim ekonomistą by wiedzieć, że nasze zasoby (czy to w wymiarze indywidulanym czy społecznym), którymi dysponujemy po to by zaspokoić nasze cele (oczekiwania, potrzeby), są zawsze ograniczone. Jeśli są ograniczone to należy je używać bardzo rozsądnie, ekonomicznie, tak by te potrzeby były zaspokojone w możliwie maksymalnym stopniu.  W tym duchu CCC wydał niedawno książkę pt. How to Spend $75 Billion To Make The World A Better Place (Jak wydać 75 mld USD, aby uczynić świat lepszym miejscem do życia).

Dlatego jednymi z priorytetowych działań w skali całego świata powinno być przede wszystkim zmniejszenia niedożywienia dzieci w wieku przedszkolnym, w tym zapewnienie im odpowiedniej dawki mikroelementów, poprawy jakości diety i lepszej opieki. Ważnym działaniem powinno być też to o czym napisałem na początku: zapewnienie dostępu do bieżącej wody i do urządzeń sanitarnych.

Nie bez powodu inżynierowie amerykańscy zapytani o najważniejsze innowacje XX wieku umieścili na czwartym miejscu  dostarczenie bieżącej wody, rozwój systemu jej dystrybucji oraz powszechny dostęp do kanalizacji (po Elektryfikacji, Samochodzie i Samolocie). To w dużym stopniu dzięki powszechnemu dostępowi do czystej, bieżącej wody w krajach rozwiniętych gospodarczo zwiększył się średni czas długości życia  w momencie narodzin z ok. 45 lat w końcu XIX wieku do obecnych ponad 80 lat.

Wydaje się, że ‘wielcy tego świata’ nie powinni ‘lać wody’ (zwłaszcza przed wyborami) a zabrać o to by czysta woda była dostępna dla wszystkich 7,2 miliarda ludzi żyjących na świecie. 

Zastanawia mnie dlaczego przedsiębiorcy, którzy osiągnęli sukces, a założona przez nich firma stała się znaną na rynku (nawet na rynku globalnym), tak często opowiadają się za protekcjonizmem i ‘ochroną rodzimego biznesu przed konkurencją międzynarodową’.  Wczoraj przeczytałem wywiad z Krzysztofem Domareckim, założycielem Seleny S.A.. Jego pierwsza spółka Selena została założona w 1992 roku, a jej działalność koncentrowała się na rynku polskim, teraz Krzysztof Domarecki jest Przewodniczącym Rady Nadzorczej Grupy Selena, globalnego producenta i dystrybutora chemii budowlanej posiadający centralę w Polsce. Jest też jednym z najbogatszych Polaków.

Często spotykam się z opiniami w stylu ‘oczywiście jestem za rynkiem, ale … musi to być rynek regulowany’. Podobnie jest z wypowiedzią K. Domareckiego: „Nie jestem zwolennikiem protekcjonizmu, ale zbyt daleko posunięty liberalizm szkodzi”.  

Postawieniem problemu na głowie jest stwierdzenie, że: „W dyskusji o polskim rozwoju gospodarczym nie chodzi o to, czy mamy wolny rynek, czy nie. Chodzi o to, że warunki konkurowania w Europie, w USA i w ogóle na świecie nie są równe. O ile my wpuszczamy bez ograniczeń zagranicznych graczy, o tyle inne kraje – USA, Niemcy czy Francja – mają taryfowe i pozataryfowe bariery wejścia na własne rynki.” Pan Domarecki dostrzega stworzoną przez polski rząd patologię, że „firmy zagraniczne mają większe szanse na rozwój niż nasze, które takiej ochrony nie otrzymują”. Jednakże zamiast walczyć o to by wszystkie podmioty gospodarcze, te polskie i zagraniczne, miały takie same warunki funkcjonowania , opowiada się za swego rodzaju retorsjami, na zasadzie ‘bo tak robią w USA, Niemczech, czy Francji’.  Okrasza jeszcze tę swoją wypowiedź apelem o ‘patriotyzm gospodarczy’. Patriotą to ja jestem wtedy kiedy walczę o wolność ojczyzny, jeśli jest zagrożona, ale też wtedy kiedy kupuję w Polsce produkty lepsze i tańsze, nie patrząc na to kto je wyprodukował.

Zastanawia mnie pomieszanie różnych porządków. Krzysztof Domarecki wyraża opinię, że „Wyznaje się u nas naiwny liberalizm”. I jako przykład podaje, że „w większości krajów zachodnich firmy mogą negocjować wysokość stawek podatkowym w swoim urzędzie skarbowym. W Polsce jest to wciąż nie do pomyślenia”. Co ma piernik do wiatraka? Gdzie Rzym, a gdzie Krym?

 Takich nielogiczności i  pomieszania porządków jest w tym wywiadzie więcej. Choćby to: „Ja nie twierdzę, że konkurencję należy ograniczać. Należy ją chronić! Proszę jednak spróbować wygrać jakiś przetarg w Niemczech. Tam przetargi ustawia się tak, żeby największe szanse miały w nich firmy niemieckie. Ja nie twierdzę, że należy stawiać naszym konkurentom bariery prawne, ale proszę spojrzeć na wspomniane Niemcy – tam nie ma barier prawnych, przecież może pan w tym przetargu startować, może pan sprzedawać, tylko i tak nikt od pana nic nie kupi.”

Okopywanie się i stwarzanie barier naprawdę nie ma sensu i jestem przekonany, że tak doświadczona w tworzeniu biznesu osoba jak Krzysztof Domarecki jest tego w pełni świadoma. Gdyby coś takiego zrobiono to Selena nie byłaby obecnie firmą globalna, wygrywającą na rynkach międzynarodowych.  

Może jednak Pan Domarecki sięgnąłby do dobrej teorii ekonomii (tutaj jako dobry początek proponuje Henrego Hazlitta ‘Ekonomię w jednej lekcji’, gdzie Hazlitt rozprawia się pięknie z poglądami bliskimi Panu Domareckiemu) albo odwołałby się do dobrych wzorców z polityki gospodarczej. By nie sięgać za daleko i do odległych czasów, niechby odwołał się choćby do działań premiera Estonii Marta Laar’a (w latach 1992-1994 i 1999-2002).

Podstawowa zasada, jaką kierował się Laar, wtedy kiedy przeprowadzał Estonię z komunizmu do zdrowej gospodarki rynkowej, to przeprowadzić reformy polityczne i niemalże jednocześnie, szybko reformy gospodarcze. W wielu krajach nie doceniono znaczenia ‘zasady prawa’, jak mówi Laar, żadne chciejstwo nie zastąpi procesu stałego poprawiania prawa, żadna ekonomia rynkowa i demokracja nie mogą istnieć bez dobrego prawa, jasno określonych praw własności i dobrze funkcjonującego systemu sprawiedliwości. Ważne jest też być zdecydowanym w swoich działaniach, by dominowało przekonanie „Zróbmy to” (trzeba być zdecydowanym we wdrażaniu reform na przekór krótkotrwałym problemom, jak mówi Laar „No pain, no gain.”). Jego zdaniem, najważniejsze jest, by zadbać o zmiany w mentalności ludzi, by pobudzić przedsiębiorczość i energię w ludziach, zmusić ich do podejmowania decyzji i brania odpowiedzialności.

Dlatego w 1992 roku zniesiono w Estonii wszystkie ważne taryfy celne, Estonia stała się obszarem wolnego handlu (nie patrząc na to czy inne kraje działają protekcjonistycznie czy nie). Konkurencja z zagranicy wymusiła restrukturyzację przedsiębiorstw. W tym samym czasie wstrzymano wszelkie subsydia, pomoc i tanie kredyty dla przedsiębiorstw, pozostawiając im tylko dwie opcje – bankructwo albo efektywna produkcja. Jak sam Laar często powtarza: „Zaskakująco dużo przedsiębiorców wybrało tę drugą opcję.” W tym samym czasie dokonano wszelkich starań by dać pewność tym, którzy pracują więcej i zarabiają więcej, że nie będą za to karani. Ważnym tutaj elementem była radykalna reforma podatkowa. Obniżono znacznie poziom fiskalizmu i wprowadzono podatek liniowy. Zdaniem premiera, podatek liniowy był podstawą sukcesu gospodarczego Estonii. Jest on prosty w poborze i łatwy w kontroli. Jedynymi stratnymi na wprowadzeniu tego podatku byli doradcy podatkowi. W Estonii firmy nie płacą podatku CIT jeśli jest on reinwestowany w rozwój gospodarczy Estonii.

Uznano, że przyszłość Estonii (podobnie każdego innego kraju będącego w fazie przemian systemowych) leży w rozwoju technologicznym i potraktowania zapóźnienia technologicznego jako okazji do dokonania przełomu w rozwoju technologicznym. Przyjęto, że Estonia powinna dokonać skoku technologicznego i stosować najnowsze technologie, które, rzadko dostarczane są, jeśli rozwój oparty jest na pomocy. Dlatego w 1993 roku przyjęto zasadę „Handel a nie pomoc.” Dzięki temu Estonia doświadczyła w ciągu ostatnich lat nieprawdopodobnego postępu technologicznego i obecnie jest on jednym z elementów przewagi gospodarczej nad innymi krajami. Widać to także w działaniach rządu, który praktycznie nie korzysta z papieru, a normalnym jest, że na posiedzeniach rządu ministrowie używają tylko komputerów. Obecnie około 50 procent eksportu Estonii to elektronika. Korzystanie z telefonów komórkowych, wykorzystanie Internetu (np. w systemie bankowym) jest jednym z najwyższych w Europie. Deklaracje podatkowe już od wielu lat składa się w formie elektronicznej, co, ze względu na prostotę podatku zajmuje kilka minut.

Naturalnie podjęcie się tego typu działań nie przyczynia się do wzrostu popularności. Rząd wprowadzający tego typu reformy staje się niepopularny i często ‘odstawiany’ jest od władzy, ale, zdaniem premiera Laar’a, nie jest to ważne, liczy się to, że dzięki temu możliwe jest wprowadzenie radykalnych zmian poprawiających jakość życia. Jak powiedział Laar: „To była brudna robota, ale ktoś musiał ja zrobić. Pociąg, którego się pchnęło by ruszył nie zatrzyma się i obecnie jedynie to się liczy.” Estończycy docenili to i Laar został po raz drugi premierem na przełomie wieków.

 Dlatego nie zgadzam się z opinią Krzysztofa Domareckiego i dostrzegam nielogiczności w jego wypowiedzi: „nie jestem zwolennikiem protekcjonizmu, ale musimy zdawać sobie sprawę, że jeśli posuniemy nasze wyobrażenia o liberalizmie za daleko, to sobie zaszkodzimy, a nie pomożemy. Znosząc wszystkie bariery 25 lat temu, Polska spowolniła rozwój własnych firm. Kto na tym stracił? Pracownicy, firmy i państwo.” 

Przede wszystkim w Polsce na początku lat 90. ubiegłego wieku nie zniesiono ‘wszystkich barier’, gdyby to uczyniono i wytrwano w tej decyzji, to obecnie bylibyśmy znacznie bardziej rozwinięci gospodarczo i technologicznie (patrz choćby wspomniany przeze mnie przykład Estonii).

Do pewnego stopnia skłonny jestem przyjąć opinię nt. prywatyzacji w Polsce i tutaj jest ziarno prawdy. Jak mówi Pan Domarecki: „Gdybym to ja prywatyzował polski przemysł, to sprzedałbym wtedy państwowe firmy polskim przedsiębiorcom na 20-letni kredyt. Tymczasem wiele polskich firm po prostu zaorano albo sprzedano zachodnim koncernom za mniej niż 10 proc. ich wartości. Rezultat jest taki, że w Polsce nie ma zbyt wielu centralnych siedzib dużych firm. Ludzie bez kapitału zauważają, jaki ma to efekt dla zarobków. Jeśli taka firma jak Nowy Styl braci Jerzego i Adama Krzanowskich czy Synthos Michała Sołowowa ma siedzibę w Polsce, to zatrudnia tu całą centralę, marketing, dział badań i rozwoju oraz finansistów. Tworzy więc etaty o wysokiej wartości dodanej, wysoko opłacane, buduje kapitał ludzki. Jeśli zaś zamiast głównej siedziby firmy mamy zakład przetwórczy zachodniej korporacji, to nie ma tu marketingu, nie ma badań i rozwoju, są zaś tylko stanowiska robotnicze i techniczne. Nadmierna liczba takich zakładów w Polsce jest właśnie efektem zbytniej liberalizacji. Mamy jeden Synthos, jedno Fakro, a mogliśmy mieć po 50 takich firm.”

Tylko dlaczego polscy przedsiębiorcy nie wywierali takiego nacisku na polskich polityków 25 lat temu? Oto hamletowskie pytanie?

Jest jednak dla mnie zagadką, jak logicznie wytłumaczyć można to, że „nadmierna liczba takich zakładów w Polsce jest właśnie efektem zbytniej liberalizacji”? A może ja już na prawdę nie wiem co to jest liberalizacja? Może określenie ‘liberalizacja’ znaczy już obecnie to co ja rozumiem pod słowem ‘etatyzm’?

Dopiero dzisiaj przeczytałem informację o trwającym konkursie pt. „Moja droga do wolności gospodarczej”. Konkurs zorganizowany jest przez Gazetę Prawną ‘pod honorowym patronatem Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Bronisława Komorowskiego’.

Jak piszą organizatorzy, Konkurs ma na celu pokazanie pozytywnych przemian gospodarczych Polski po 1989 roku i zachęcają uczestników do podzielenia się swoimi doświadczeniami z prowadzenia biznesu. Proponują by w nadsyłanych pracach znalazły się odpowiedzi na takie pytania jak: Co pomagało w drodze do sukcesu? Jakie występowały trudności? Czy w naszym kraju łatwo jest otworzyć i prowadzić firmę, czy raczej rządzący mają jeszcze dużo do zrobienia w tej kwestii?

Więcej informacji można znaleźć na stronie Dziennika GP:  
http://www.gazetaprawna.pl/przedsiebiorczosc

Czytając tę informację naszły mnie pewne wątpliwości. Po pierwsze by opisać drogę do wolności gospodarczej to należy osiągnąć ten stan. Boję się, że ogromna większość polskich przedsiębiorców (jeśli nie wszyscy) mogą uznać, że to co jest w Polsce jest dalekie od stanu wolności gospodarczej i może się okazać, że prac nadesłanych nie będzie, albo po prostu będą nie na temat.

Po drugie, w notce o Konkursie napisano, że „Autor zwycięskiej historii zostanie zaproszony do uczestnictwa w elitarnej debacie „Wyboista droga do wolności gospodarczej”, która będzie zwieńczeniem akcji „Nie ma wolności bez przedsiębiorczości” i odbędzie się 30 października o godzinie 17.00 w hotelu Polonia Palace w Warszawie. W debacie udział wezmą przedstawiciele rządu, Kancelarii Prezydenta RP oraz eksperci.”

Wszystko pięknie, tylko wydaje mi się,  że pomieszano tutaj kolejność. To chyba „nie ma przedsiębiorczości bez wolności”? Chyba taka jest zależność przyczynowo-skutkowa? A może ja czegoś nie rozumiem?

Poza tym dlaczego droga do wolności gospodarczej ma być wyboista? Toż to bardzo prostu zrobić, żeby to była szeroka autostrada do wolności gospodarczej. Po prostu znieść wszelkie ograniczenia tej wolności, jednym prostym aktem prawnym.
Takim dobrym przykładem (choć dalekim od ideału) była ‘Ustawa z dnia 23 grudnia 1988 r. o działalności gospodarczej.” (tzw. Ustawa Wilczka, od nazwiska Mieczysława Wilczka, ówczesnego ministra przemysłu w rządzie Mieczysława Rakowskiego). Ustawa (poza odwołaniem wielu innych ustaw) zawierała w sobie dwa podstawowe artykuły:

Art. 1 „Podejmowanie i prowadzenie działalności gospodarczej jest wolne i dozwolone każdemu na równych prawach, z zachowaniem warunków określonych przepisami prawa.”

Art. 4 „Podmioty gospodarcze mogą w ramach prowadzonej działalności gospodarczej dokonywać czynności i działań, które nie są przez prawo zabronione.”

 Wprowadźmy te zasady w życie, bez żadnych warunków wstępnych, a droga do wolności i przedsiębiorczości nie będzie wyboista, ale gładziutka jak najlepsza amerykańska (lub niemiecka) autostrada.


  • RSS